piątek, 31 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 24


         Pół roku później. Dzień ślubu Sylwii i Sebastiana. Świadkami mieli być Asia i Maciek. Dziewczyna jednak długo nie przyjeżdżała. Zarówno goście, jak i państwo młodzi, coraz bardziej się denerwowali. Niektórzy nawet zaczynali wątpić w jej przybycie. Sebastian odszedł kilka kroków dalej i wybrał numer do przyjaciółki.
- I co? - spytała Sylwia z nadzieją w głosie. Sebastian przecząco pokręcił głową. Nie odbierała.
- Niech to szlag – mruknęła pod nosem zdenerwowana. Dlaczego akurat na jej ślubie coś takiego musiało się zdarzyć? Postanowiła poczekać jeszcze 5 minut. Jeśli Aśka się nie zjawi, poszuka zastępstwa.
- Możemy zaczynać? - podszedł do nich ksiądz
- Dziesięć, piętnaście minut, dobrze? - poprosił pan młody. Kapłan zgodził się bez wahania. Prawie wszyscy siedzieli już w kościele. Na zewnątrz pozostawali jeszcze Marta i Maciek.
- Aśka chyba by nie nawaliła, co?
- Pewnie że nie. Musiało coś się stać – mruknął zaniepokojony. Joasia wśród przyjaciół słynęła z tego, że zawsze dotrzymuje słowa. Jeśli z kimś się umawiała, zawsze przychodziła. Czasami zdarzało się jej spóźnić, ale informowała o tym, aby ktoś nie musiał czekać daremnie. Tym razem nic, żadnego znaku nie dała. Coraz bardziej się o nią niepokoili.
- Marta, zastąpisz ją w razie potrzeby?
- Jeśli będzie trzeba... to tak.
Wolała, żeby to Aśka była świadkową. Jakoś głupio byłoby jej zastąpić ją w tej roli. Nie tylko dlatego, że była do tego kompletnie nieprzygotowana i obawiała się że nie podoła. Ale dlatego, że zdążyła się z blondynką zaprzyjaźnić.
Dwie minuty później podjechała taksówka. Blondynka wysiadła z czarnego mercedesa i natychmiast podbiegła do młodej pary.
- Naprawdę, bardzo was przepraszam. Mama się trochę spóźniła i nie mogłam wyjść wcześniej, a jak już chciałam do was zadzwonić, to okazało się że komórka mi padła.
- Zaraz zaczynamy, chodź – cała piątka weszła do kościoła. Asia urodziła miesiąc temu. Jej matka zgodziła się dzisiaj zająć jej córeczką, aby wraz z mężem bez obaw mogli dobrze bawić się na weselu przyjaciół. Sebastian poinformował księdza, że są już gotowi. Chwilę później rozpoczęła się uroczysta msza, podczas której on i Sylwia przysięgnęli sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską przed Bogiem, przed sobą i przed wszystkimi zgromadzonymi w kościele. A po mszy było wesele. Odbywało się ono w restauracji „Słonecznej”. Lokal wynajęty był do północy, tak więc śmiało można było się bawić do późna.
Najpierw podano obiad, przy którym wznoszono kilka toastów, później deser, a następnie rozpoczęły się tańce.
- Maciek, no chodź – Marta ciągnęła go za rękę, lecz on ani myślał podnosić się z krzesła. Ani na chwilę nie odpuszczał, cały czas stawiał jej opór. Kiedy brunetka się zmęczyła i trochę odpuściła, mężczyzna natychmiast wykorzystał sytuację. Pociągnął ją do siebie tak, że usiadła na jego kolanach.
- Jak wypijesz ze mną kieliszek wina to pójdziemy.
- Nie mogę – odpowiedziała smutno – Nawet za zdrowie młodej pary nie wypiłam
- Dlaczego?
- Nie sądzę, by to było najlepsze miejsce na poważną rozmowę
- W takim razie znajdziemy coś spokojniejszego – zadecydował. Postanowili się przejść. Zwykle na świeżym powietrzu dobrze im się rozmawiało.
- Nie odpuścisz, co?
- Nie – odpowiedział poważnym tonem. Zrozumiała, że nie ma sensu owijać w bawełnę, Maciek nie da się zwieść. Był uparty nie mniej niż ona. Oboje uparci, siebie warci.
- Zamierzałam powiedzieć ci później, po wizycie u lekarza. Ale skoro nalegasz... zrobię to teraz – zatrzymała się i spojrzała na niego niepewnie. Dostrzegła, że jest zaniepokojony.
- Proszę cię, tylko nie mów że jesteś poważnie chora – rzekł błagalnym tonem
- Na szczęście nie, nic mi nie dolega. Ale normalny stan dla organizmu to nie jest – zarejestrowała jego pytające spojrzenie. Wzięła głęboki oddech i zebrała się na odwagę. Nie miała pojęcia jak zareaguje. Zapewne to dla niego będzie szok.
- Jestem w ciąży
- W ciąży? - powtórzył jak echo
- No tak. Będziemy rodzicami – przez chwilę nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa – Tylko mi nie mów, że nie wiesz jak to się stało.
- Wiem, przecież sypiamy ze sobą... Ale to pewne? - kiwnęła twierdząco głową. Na to on pocałował ją namiętnie i wziął w ramiona.
- Kocham was. Ciebie i nasze maleństwo
- Kiedyś twierdziłam, że nie chcę mieć dzieci. Ale z odpowiednim facetem to nawet przyjemne – uśmiechnęła się, przytulając się do niego. Spacerowym krokiem wrócili na wesele. Obojgu dopisywały jeszcze lepsze humory niż przedtem. Maciek bardzo ucieszył się, że zostanie ojcem. Właśnie jego reakcji Marta obawiała się najbardziej. Nigdy nie rozmawiali o dzieciach, ani w ogóle o dalekiej przyszłości. Zwykle cieszyli się chwilą, teraźniejszością. Nawet nie miała pojęcia, czy partner myślał o ślubie. Skoro pojawi się dziecko, to wypadałoby aby byli małżeństwem.

        Wieczorem Maciek na chwilę wyszedł na zewnątrz z Sebastianem. Długo rozmawiali, stojąc tuż przy wejściu. Pan młody palił papierosa, natomiast jego przyjaciel nerwowo coś obracał w dłoniach.
- Wiesz, cieszę się, że Sylwia została moją żoną – powiedział dumnie. Urody jej nie brakowało, a odkąd zrozumiała swoje błędy, także i charakter stał się jej atutem. Maciek kiwnął twierdząco głową.
- Życie potrafi zaskakiwać – stwierdził – Nigdy bym nie pomyślał, że tak to się skończy
- A ty co taki zestresowany? - dostrzegł podenerwowanie w zachowaniu przyjaciela.
- Zamierzam oświadczyć się Marcie, ale nie wiem jak zacząć – ściszył głos i pokazał mu czerwone pudełeczko. Sebastian lekko je uchylił, a jego oczom ukazał się piękny pierścionek.
- Najlepiej walnij prosto z mostu. Zaczekaj chwilę – zgasił papierosa i wszedł do wnętrza lokalu. Maciek zastanawiał się, co on kombinuje... Wszystko stało się jasne, kiedy zamiast niego, przyszła Marta.
- Maciek? O co chodzi? Sebastian mówił, że masz mi coś ważnego do powiedzenia – oznajmiła lekko zaniepokojona. Komisarz był pod ścianą. Nie miał innego wyjścia, pozostało mu tylko teraz się oświadczyć. Nieźle to Sebastian wykombinował.
- Tak... - uklęknął przed nią, wyciągnął z kieszeni pudełeczko i otworzył je przed nią – Wyjdziesz za mnie?
- Ale nie robisz tego tylko dlatego że jestem w ciąży?
- No coś ty. Gdybym cię nie kochał, nie prosiłbym cię o rękę. To jak, będziesz moją żoną?
- Będę – odpowiedziała wzruszona. Maciek założył jej pierścionek na palec i wstał. Brunetka rzuciła mu się na szyję z radości. Nigdy nie żałowała tej decyzji. On także nie. Stworzyli kochającą się rodzinę – tylko tyle, a może i aż tyle, wystarczyło im do szczęścia.
--------
I tak oto kończy się szóste co do długości z opowiadań na blogu. Jutro rozpoczynamy nowe, dość tajemniczo je zapowiem: zbyt wrażliwe osoby powinny je sobie raczej odpuścić.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 23


Następny dzień upłynął Maćkowi pod znakiem przygotowywania się do powrotu na komendę. Podpisał nową umowę, przygotował swoje biurko do pracy i z radością przywitał się z zespołem.
- To wspaniale że do nas wracasz – oznajmiła Sylwia. Wyglądała na bardzo zadowoloną i to zapewne nie tylko z tego faktu. Najwidoczniej wczorajsza rozmowa z Sebastianem zakończyła się pomyślnie dla obojga, bowiem jemu także wrócił dobry humor.
- No naprawdę, takiego finału to ja się nie spodziewałem. Dobrze że chłopaki z wewnętrznego sprawdzili komendanta wojewódzkiego.
- Powiedzcie mi, kto wysłał anonimowy donos na niego? - ściszył głos, aby nikt z zewnątrz nie dosłyszał pytania
- Jaki donos? - spytała Asia. Wszyscy wyglądali na zaskoczonych. Komisarz nie mógł uwierzyć, że nic nie wiedzą w tej sprawie.
- Wewnętrzni powiedzieli mi, że całą sprawę opisał im jakiś anonim, który wysłał do nich list. Pomyślałem, że to ktoś z was nie dał za wygraną.
- Ależ skąd. Przecież prosiłeś, abyśmy zostawili tę sprawę, bo ty i tak odpuszczasz – przypomniała mu Sylwia. Przez chwilę Maćkowi przyszło na myśl, że chcą go nabrać, lecz ujrzawszy poważne spojrzenia i miny kolegów, wycofał się z tej tezy.
- No i my uszanowaliśmy twoją decyzję.
- W takim razie kto wysłał donos? - mruknął zdezorientowany. Może to Marta? Nie, ona na pewno by mu powiedziała, gdy to zrobiła.
- Ja – dobiegł ich czyjś głos z korytarza. Wszyscy momentalnie odwrócili głowy w stronę wejścia. Do biura wkroczył nie kto inny tylko stary. Maciek spojrzał na niego pytająco.
- Wściekłem się, że przez niego tracę świetnego policjanta. No i... byłem przecież niewygodnym dla niego świadkiem, więc mnie także by się pozbył. Nie mogłem tego tak zostawić – wyjaśnił komendant
- A ja miałem pana za kretyna – rzucił wprost Maciek – A jednak to pan pośrednio ukrócił tę jego nielegalną działalność i dzięki panu wróciłem do pracy. Dziękuję.
- Cóż... czasem trzeba być człowiekiem – mruknął pod nosem – Dzisiaj macie wolne, ale bądźcie pod telefonem – odwrócił się na pięcie i wyszedł. Tomek natychmiast wystrzelił jak z procy i jako pierwszy opuścił komendę, jakby obawiał się, że stary zmieni decyzję. Potem wyszli także Bartek i Aśka.
- Ciekawe czemu stary tak rzadko pokazuje że ma uczucia, no taki ludzki jest
- Stanowisko obowiązuje – rzucił półżartem Maciek. Właśnie zbierał się do wyjścia, kiedy Sebastianowi przyszedł do głowy pomysł.
- Co robisz wieczorem?
- Nic konkretnego. A co?
- Może byście z Martą przyszli do nas na kolację? - Sylwia spojrzała na niego zaskoczona. W chwili gdy Maciek nie patrzył, Sebastian puścił do niej oczko. Postanowiła zaufać ukochanemu i dać mu wolną rękę.
- Nie wiem czy będzie miała czas. Ale ja chętnie przyjdę – uśmiechnął się, kiwając głową
- Bez Marty mi się nie pokazuj – pogroził mu palcem
- Dobra, będziemy oboje – zapewnił, jednocześnie stawiając przed sobą wyzwanie. Wyciągnąć Martę z biura. Znając jej upór, mogło wcale nie być łatwo. Komisarz pożegnał się z przyjacielem i jego partnerką, po czym zostawił ich samych.
- Ty coś kombinujesz – stwierdziła, dostrzegając uśmiech na jego twarzy.
- On nam pomógł, my pomożemy jemu
- To znaczy? - uniosła brwi, nie odrywając spojrzenia od mężczyzny
- Fajnie razem wyglądają, nie sądzisz? - kiwnęła twierdząco głową – Chyba mają się ku sobie. Trzeba ich skłonić, żeby stali się trochę bardziej wylewni, aby w końcu mieli odwagę pogadać o swoich uczuciach.
- Jak zamierzasz to zrobić?
- Coś wymyślimy, nie? - objął ją w pasie i pocałował
- Coś na pewno – odpowiedziała mu tym samym.

Nie miał większych problemów z nakłonieniem Marty do wizyty u Sebastiana i Sylwii. Uznała to za dobrą okazję, aby lepiej się poznać. Skoro i ona, i oni byli znajomymi Maćka, to dlaczego mieli się nie znać między sobą? Ubrani odświętnie zjawili się 5 przed czasem w mieszkaniu mężczyzny. Brunetka upierała się, żeby wyjść później, lecz jej towarzysz miał manię punktualności i wolał czekać na miejscu niż się spóźnić. Nie pozostało jej nic innego, jak to zaakceptować.
Gospodarz zaprowadził ich do salonu, gdzie czekała już na nich Sylwia. Stół zastawiony był przeróżnymi potrawami: z mięsa, surówki, sałatki, zupa, ziemniaki oraz oczywiście pieczywo. Wśród napojów można było wyróżnić dwie kategorie: alkoholowe i bezalkoholowe. Wśród tych pierwszych występowały tylko wino i wódka, natomiast wśród tych drugich sok jabłkowy oraz woda mineralna.
- Ja dzisiaj się powstrzymam, prowadzę – odmówił Maciek, kiedy Sebastian chciał nalać mu wódki. W tym wypadku także i on z niej zrezygnował. Dziewczyny natomiast ochoczo piły wino. Do końca kolacji wypiły prawie całą butelkę.
- No pięknie, dziewczyny niezdatne do zmywania – rozłożył bezradnie ręce gospodarz
- Twój dom, twoje naczynia, ty zmywasz – zwróciła mu uwagę Sylwia
- Co niezdatne? My tylko jesteśmy trochę...
- Wolę jednak nie ryzykować rozbitymi talerzami – uśmiechnął się życzliwie do czarnowłosej i brunetki – Maciek, pomożesz mi? Pokażemy na co stać facetów.
- A pewnie, aż się zdziwią – mężczyźni zabrali brudne naczynia do kuchni i zamknęli drzwi od pomieszczenia. Sylwia natychmiast wykorzystała to, że jest sama z Martą.
- Słuchaj, on ci się podoba, prawda? - spytała półszeptem, jakby obawiała się że mogłaby zostać usłyszana.
- Nie zaprzeczę. Fajny z niego facet – odparła, bawiąc się kieliszkiem – Co cię z nim łączyło? - wypaliła nagle. Wpatrywała się groźnie prosto w jej oczy
- Chciałam się nim zabawić. Głupia byłam
- Nic więcej?
- Absolutnie nic – położyła rękę na sercu. Brunetka odetchnęła z ulgą i znów spuściła głowę.
- Z jednej strony chciałabym spróbować, ale nie mam pewności czy jestem gotowa na poważny związek – wyznała smutno. Czarnowłosej zrobiło się jej trochę szkoda. Na szczęście miała dla niej dobrą radę.
- To mu to powiedz. Jeśli będzie wiedział, że jest szansa, to łatwiej będzie mu czekać. Będzie bardziej cierpliwy.
- Myślisz? - spytała z nadzieją w głosie. Być może to faktycznie było dobre wyjście.
- Nie myślę. Ja to wiem.
W międzyczasie podobną rozmowę z Maćkiem odbył w kuchni Sebastian. Dał mu do zrozumienia, że nie powinien dusić w sobie uczuć i powiedzieć o nich Marcie. I tak też postanowił. Zamierzał to zrobić jeszcze dzisiaj, póki jeszcze chce to zrobić i ma na tyle odwagi, aby to powiedzieć. Po wyjściu od Sebastiana odwiózł ją prosto do domu, a sam potem gdzieś pojechał. Z niecierpliwością wyglądała go przez okno, zamierzała poważnie z nim porozmawiać. Odetchnęła z ulgą, kiedy kilka minut później zaparkował samochód na podwórku. A zaraz potem zrobiło się jej gorąco. W końcu zamierzała wypowiedzieć bardzo ważne słowa, które będą miały znaczący wpływ na jej życie. Być może będą to najważniejsze słowa w jej życiu. Czekała w salonie. Z każdą chwilą denerwowała się coraz bardziej. Usłyszała trzask zamykanych drzwi. Ten moment nieubłagalnie się zbliżał.
Ku swojemu zaskoczeniu ujrzała bukiet czerwonych róż, a za nimi Maćka. Podszedł do niej i wręczył kwiaty.
- Marta, jesteś naprawdę wspaniałą kobietą. Jesteś światłem na drodze mojego życia, wskazujesz mi prawidłowy kierunek. Dzięki tobie stałem się lepszym człowiekiem. Starałem się eliminować swoje wady, walczyć ze słabościami, aby zasługiwać na związek z taką kobietą jak ty. Nigdy na nikim nie zależało mi tak bardzo jak na tobie! - odwróciła głowę, czując że to co zaraz usłyszy, może nią wstrząsnąć, pomimo tego, że spodziewała się tych słów – Kocham cię. Jeśli zgodzisz się... dać mi szansę, uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
- Maciek... dasz mi trochę czasu? - wyszeptała
- Ile tylko zechcesz. Poczekam ile będzie trzeba
- Ja też cię kocham – rzuciła mu się na szyję z radości. Nareszcie powiedzieli sobie to, co już powinni powiedzieć jakiś czas temu. Koniec z samotnym życiem. Od teraz razem będą stawiali kolejne kroki. Razem będą przeżywali chwile radości i smutku. Razem będą dzielić się przeżyciami. Będą razem na zawsze... połączeni węzłem miłości.
Tej nocy oboje długo nie mogli zasnąć. Ze szczęścia. Jeszcze nigdy nie byli tak szczęśliwi.
--------
Ostatnia część ukaże się jutro.

środa, 29 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 22


          Wiele pytań i myśli przewinęło się przez jej głowę. Kim on dla mnie jest? Czego od niego oczekuję? Jest ważny dla mnie? Chyba tak. Jakie chyba? Jest! Dlaczego? Jak on to zrobił? Jak udało mu się znaleźć klucz do mojego serca? Co ja tak właściwie do niego czuję? Czy ja go kocham? Cholera no... Nie potrafię bez niego żyć! Ma w sobie to coś. Coś, co mnie ku niemu ciągnie. Przy nim wszystko jest łatwiejsze, nabiera pozytywnych barw. Jakby miał w sobie magiczną moc. Problemy odchodziły gdzieś daleko, a ona czuła, że jest szczęśliwa. A bez niego? Przygnębiona, zagubiona, smutna. Z nikim nie było jej tak dobrze. Nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak on. Jakby był częścią jej... Zacisnęła pięści i gwałtownie zerwała się do pozycji stojącej.
- Ja go kocham i chcę z nim być – wyszeptała pod nosem. Wzięła głęboki oddech i ruszyła. Pewnym krokiem szła w stronę domu. Koniec tych podchodów. Trzeba wyłożyć kawę na ławę. Musi zdobyć się na odwagę i w końcu wyznać mu, co do niego czuje. Pozornie proste zadanie, ale kiedy stanie z nim oko w oko, stanie się to o wiele trudniejsze. Więznący głos w gardle, drżące palce, słabnące nogi, zawroty głowy... To tylko niektóre z możliwych przeszkód. Chociaż w sumie, gdyby straciła równowagę to Maciek natychmiast by ją złapał i przytrzymał w swych ramionach. Przy furtce pojawiło się pierwsze zawahanie. A może jeszcze poczekać? Przynajmniej do przeprosin za kłótnię. Ale przecież to ona zrobiła awanturę. Miała mokrą bluzkę, więc on ją ściągnął, aby się nie przeziębiła. Nie miała pewności, czy dalej by ją rozbierał. Może poprzestałby tylko na całowaniu? A może wystarczyło tylko jedno słowo zamiast całej awantury? Maciek to porządny facet, na pewno by nie naciskał. Nie ma co czekać, trzeba od razu z nim pogadać. Pierwszy kryzys przezwyciężony. Drugi nadszedł szybciej niż się spodziewała, bowiem już gdy naciskała klamkę drzwi wejściowych. Może to on pierwszy powinien wyznać jej miłość? Ale nie wiadomo kiedy to nastąpi. Może to być już jutro, ale równie dobrze za miesiąc czy za pół roku. Tyle cierpliwości nie ma. Idąc na górę, zajrzała do salonu. Ani śladu po kolacji, po awanturze także. Najwidoczniej Maciek wszystko posprzątał. Zatrzymała się przy drzwiach od jego pokoju. Wzięła głęboki oddech i zapukała. Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do środka. Mężczyzna leżał na łóżku, plecami do drzwi.
- Maciek? - przeszła na drugą stronę i zobaczyła że śpi. Wzięła z krzesła koc, rozłożyła go i przykryła nim przyjaciela. Może to i lepiej? Może jutro jakoś łatwiej będzie jej rozmawiać.
Nowy dzień jednak nie spełnił oczekiwań. Marta była coraz mniej pewna, czy to dobry moment, aby wyznać mu miłość. Przez noc cała odwaga z niej uszła. Ostatecznie z wczorajszego postanowienia pozostały tylko puste słowa. Krzątała się po kuchni, przygotowując śniadanie. Nawet nie zauważyła, kiedy do pomieszczenia wszedł Maciek.
- Przepraszam – powiedział cicho, nie chcąc jej wystarszyć. Brunetka powoli odwróciła głowę w jego stronę. Niby chciała mu powiedzieć o swoich uczuciach, ale coś jej na to nie pozwalało. Walczyła z samą sobą, gdy do głowy przyszła jej myśl, że wieczór jest lepszą porą na takie rozmowy. Nie zdążyła się odezwać, a już się wycofała.
- Naprawdę, nie chciałem żeby to tak wyglądało.
- Obiecaj, że to się więcej nie powtórzy – zażądała, nim zdążyła się powstrzymać. Natymiast zganiła siebie w myślach. Przecież do pewnej chwili było całkiem przyjemnie. Nawet bardzo.
- Obiecuję – delikatnie ujął jej dłoń i ucałował – Muszę iść na komendę, na przesłuchanie.
- Co takiego?!
- W charakterze świadka – odetchnęła z ulgą – Komendanta wojewódzkiego zatrzymali, no i muszę im opowiedzieć jak wyglądała historia mojego zwolnienia. Nic strasznego. Potem mam spotkanie w sprawie pracy, a po południu drugie. Zapewne zobaczymy się dopiero wieczorem.
- Albo i nie – rzekła tak cicho, że ledwie usłyszał. Rzucił jej pytające spojrzenie. - Mam dzisiaj strasznie dużo roboty, wrócę późno. Nie czekaj na mnie.
- Idę. Cześć
- Cześć – rzuciła nożem o podłogę, gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi. Dlaczego tak nagle zaczęła traktować go z dystansem? Przecież jeszcze przed kilkoma minutami chciała wyznać mu miłość! A w rozmowie z nim zachowywała się jakby był jej całkowicie obojętny. I jeszcze to kłamstwo z pracą... Tak naprawdę chciała uniknąć wspólnej kolacji, aby mieć stuprocentową pewność, że sytuacja ze wczoraj się nie powtórzy. Tym razem mogła stracić kontrolę nad sobą, co mogłoby się skończyć wspólną nocą. A na to nie była jeszcze gotowa. Nawet jeśli w tamtej chwili by tego chciała, następnego dnia mogłaby tego żałować.

          Przesłuchanie trwało kilkanaście minut. Maciek wychodził z komendy wyjątkowo zadowolony. Jeszcze nigdy tak pozytywnie nie postrzegał inspektorów z wydziału wewnętrznego. Może dlatego, że tym razem nie patrzył na nich oczami podwładnego. Najbardziej zaskoczyła go propozycja powrotu do pracy na poprzednim stanowisku. Z racji że od rezygnacji minęło niewiele czasu i nikogo nie zatrudniono na jego miejscu, a także dzięki nienagannej opinii o Maćku innych komisarzy, było to łatwe do zrealizowania. Mężczyzna nie mógł się zdecydować. Z jednej strony chciał wrócić, uwielbiał tę pracę, lecz z drugiej oswoił się już z myślą, że będzie robił coś innego. Postanowił przemyśleć dokładnie propozycję. Odpowiedź miał podać jutro. Częściowo uzależnił ją od dzisiejszych spotkań w sprawie zatrudnienia.
Do domu wrócił około wpół do ósmej. Zmęczony wrażeniami z całego dnia opadł na kanapę i przymknął oczy. Momentalnie zasnął. Śniło mu się, że jest świadkiem na ślubie Sebastiana i Sylwii. Towarzyszyła mu Marta. Oboje dobrze bawili się na weselu. Cały czas nie odstępowali siebie na krok. Tańczyli tylko ze sobą, ona odmawiała innym facetom, on odmawiał narzucającym się mu kobietom. Chociaż pokusa była ogromna – panie były naprawdę piękne i młode, posiadały smukłą figurę i wiele atutów, on wolał zostać z brunetką. To ona była dla niego najbardziej uroczą panną na tej sali. Zamierzał jej powiedzieć, że chce spędzić z nią resztę swojego życia. I wtedy obraz zaczął się rozmazywać. Próbował mówić, ale wcale nie było słychać jego głosu. Obudził się. Zobaczył jakąś postać pochylającą się nad nim. Było ciemno, więc nie poznał jej z wyglądu.
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić – usłyszał łagodny głos Marty
- W porządku, tak mi się jakoś przysnęło... - wyciągnął ręce do góry, aby się przeciągnąć.
- Śpij dalej
- Miałem ciężki dzień... pójdę do siebie
- Jak praca? - zatrzymała go w drzwiach. Miała nadzieję, że wreszcie uda mu się coś znaleźć. Zauważyła już, że bezrobocie strasznie go dołuje.
- Znaczy się spotkania? Fatalnie – machnął ręką zrezygnowany – Na jednym zaproponowali mi robotę za najniższą krajową, nie wiem czy to wezmę. A na drugim... - pokręcił głową – jak gość zobaczył w moim CV, że jestem tylko po maturze, od razu zakończył rozmowę. - Marta posmutniała. Nie wiedziała, że mężczyzna ma dla niej prawdziwą bombę.
- Ale... chyba mam coś na oku – mruknął tajemniczo. Na jego twarzy zagościł chytry uśmieszek.
- Co takiego?
- Byłem dzisiaj na komendzie, na tym przesłuchaniu
- I? - ponagliła go zniecierpliwiona. Nie dopatrzyła się żadnego związku między komendą a potencjalną propozycją pracy. Przecież niedawno go stamtąd chcieli wyrzucić. Maciek musiał powiedzieć to wprost.
- Na koniec... na koniec zaproponowali mi powrót na poprzednie stanowisko – w milczeniu obserwował jak brunetka otwiera usta ze zdziwienia – Myślisz że powinienem skorzystać?
- Sam mówiłeś, że tam się czujesz najlepiej – odparła po chwili
- No i drugiej okazji na tak dobrą pracę mogę długo nie mieć
- Więc czemu nie?
- Właściwie to nie wiem... - przetarł ręką po czole. Komendant wojewódzki już na pewno nie będzie tam pracował. Najbliższe lata najprawdopodobniej spędzi w więzieniu. A więc sprawiedliwości stało się zadość. Dotychczas rządziły układy, ale teraz zapewne będzie inaczej. Coś go ciągnęło do tej roboty. Nawet te znienawidzone raporty i inne papierki wyglądały przyjaźnie. Dopiero teraz zorientował się, jak bardzo mu tego wszystkiego brakuje.
- Wracam – oznajmił po dłuższej chwili namysłu
- Dobra decyzja
- Więc niedługo wyjdę na prostą. I będę mógł się wyprowadzić
- Najpierw wróć na komendę, zacznij pracować, nic nie dzieje się od tak – pstryknęła palcami
- No tak – kiwnął twierdząco głową – Widzisz, sądziłem że zakończyłem już żywot samotnego policjanta. A tu jednak niespodzianka...
- Nigdy nie można mieć pewności co się zdarzy – zasugerowała, dyskretnie obserwując twarz policjanta. Ale najwyraźniej niczego się nie domyślił, bowiem nie była w stanie nic z niej wyczytać. Żadnych uczuć, emocji.
- Yhym. Idziemy spać, co?
- Ja jeszcze przedtem do wanny – wskazała na drzwi od łazienki – Dobranoc Maciek
- Dobranoc Marta – odprowadził ją wzrokiem. Westchnął ciężko i poszedł do swojego pokoju. Nie miał siły, nawet żeby chociaż się przebrać. Opadł na łóżko, a już kilka chwil później zasnął.
--------
Przedostatnia część opowiadania ukaże się jutro.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 21


          Znudzony ciszą w samochodzie włączył radio. Minęła właśnie godzina dwudziesta, więc podawali serwis informacyjny.
- Afera w małopolskiej policji – momentalnie podgłośnił radio. Mimo że już tam nie pracował, informacja o rzekomej aferze zaciekawiła go. - Jarku, oddaję ci głos
- Dzisiaj, około godziny siedemnastej czterdzieści zatrzymany został komendant wojewódzki. Podejrzany on jest o wielokrotne nadużycie swojej władzy, między innymi pozbywał się pracowników z podległych mu placówek. Oprócz tego komendant przyjmował łapówki od gangsterów za pozbywanie się dowodów przeciw nim, co prowadziło do umarzania śledztw. Jego asystent natychmiast podał się do dymisji. Wygląda na to, że więcej osób było w to zamieszanych. Wydział wewnętrzny policji zajął się potajemnie całą sprawą kilka dni temu, kiedy po ujęciu groźnego przestępcy jeden z policjantów nagle, bez konkretnego powodu, zrezygnował z pracy. Zatrzymanie komendanta jest właśnie wynikiem wewnętrznego śledztwa w krakowskiej policji.
- O cholera – mruknął pod nosem. Nie wiedział, że takich jak on, wyrzuconych bez powodu, jest więcej. I jeszcze ta współpraca z przestępcami... Chyba nawet lepiej że tam już nie pracował. Ale nie miał wątpliwości, że on także będzie musiał stawić się na przesłuchanie.
Kilka minut później zaparkował samochód na osiedlu, na którym mieszkał Sebastian. Akurat z klatki wychodziła starsza pani z pieskiem, więc nie musiał dzwonić na domofon. Wszedł na drugie piętro i zapukał do drzwi.
- Wchodź, wchodź – zaprosił go do środka, kiedy otworzył – Komendanta wojewódzkiego zatrzymali, słyszałeś?
- Tak, słyszałem. W radiu o tym mówią, telewizja pewnie też.
- Przed chwilą dzwonił do mnie stary. Wewnętrzni chcą mnie jutro przesłuchać.
- Ze mną też pewnie sobie pogadają. Nie spodziewałem się, że tak szybko tam wrócę – zaśmiali się. Maciek postanowił nie owijać w bawełnę i od razu przejść do sedna sprawy.
- Siadajmy – usiedli naprzeciw siebie w fotelach
- Powiedz mi szczerze... Co czujesz do Sylwii? - spojrzał mu prosto w oczy. Widział jak jego twarz czerwienieje ze złości. Dlaczego tak gwałtownie reagował na jej imię? Być może z powodu niespełnionych marzeń?
- Nic. Przecież ci mówiłem, że to sam seks, nic więcej – wycedził przez zęby
- Takie bajki to jej możesz wciskać, ale nie mi. Od tygodnia chodzisz wkurwiony jak stopięćdziesiąt, normalnie strach podejść i pogadać, reagujesz alergicznie na jej imię, podobno jej unikasz...
- Nic do niej nie czuję – upierał się przy swoim
- To dlaczego cierpisz? - Sebastian zacisnął zęby i ukrył twarz w dłoniach. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. - Z powodu tego rozstania
- Kurwa, ile razy mam ci powtarzać że nic do niej nie czuję?!
- Przestań pierdolić! - Maćkowi także puściły nerwy – Przede mną możesz kłamać ale nie przed samym sobą
- To nie jest kłamstwo!
- Przekonajmy się – złapał go za rękę i pociągnął do przedpokoju. Tam postawił go przed lustrem.
- Co ty robisz?
- Spójrz sobie w twarz i powiedz że jej nie kochasz. Że ci na niej nie zależy – czekał aż usłyszy te słowa z jego ust. Jeśli to wypowie, dalsza rozmowa na ten temat straci sens. Będzie musiał się poddać. Lecz ta wydłużająca się chwila ciszy upewniała go, że ma rację.
- No powiedz to do cholery! - stracił cierpliwość. Sebastian wziął głęboki oddech.
- Nic... nie... nie... no nie mogę, no! - zdenerwowany uderzył dłonią w ścianę. Maciek, choć bardzo chciał, nie potrafił powstrzymać uśmiechu.
- Bo ją kochasz! Przyjmij to wreszcie do wiadomości!
- No kocham ją! I co z tego?!
- Ona ciebie też. Przecież ci to wyznała – Sebastianowi cisnęło się na usta pytanie „skąd wiesz?”, jednak powstrzymał się. To nie był czas na zastanawianie się nad tym.
- To co mam zrobić?
- Pogadaj z nią. Daj jej szansę. Może się uda? Może wreszcie spotkałeś tę właściwą kobietę? No człowieku, nie rezygnuj tak łatwo!
- Sam mi ją odradzałeś. A teraz co?
- Dobra, przyznam ci się – machnął zrezygnowany ręką – Była u mnie dzisiaj, prosiła o radę. Miłość ją zmieniła. Nigdy jej takiej nie widziałem. Nigdy! Zawsze twarda, pewna siebie. A dzisiaj kompletnie się rozkleiła.
- A co jeśli udawała? - spytał podejrzliwie. Maciek nie dał się zaskoczyć. Był na coś takiego przygotowany.
- Musiałaby być znakomitą aktorką. Przecież nie mówię ci, żebyś od razu dał jej kredyt zaufania. Na to sobie z czasem zapracuje. Zacznij od normalnych spotkań, a nie od razu wspólne mieszkanie. Będziesz się jej przyglądał i wtedy sam będziesz wiedział, czy naprawdę jest dobrą kobietą dla ciebie.
- Wiesz co? Dzięki! - poklepał go po plecach – Wspaniale mieć takiego przyjaciela. Nie wiem jak ja ci się odwdzięczę!
- Nie musisz. Po to są przyjaciele, żeby sobie pomagać, nie?
- No pewnie.
- Ja już będę leciał, trzymaj się – uścisnął jego dłoń i uśmiechnął się krzepiąco.
- Cześć – zamknął za nim drzwi. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer czarnowłosej.
- Sylwia? Możemy jutro się spotkać? Muszę z tobą poważnie porozmawiać. Tak, to bardzo ważne. Dobrze, to u mnie o dziewiętnastej. Cześć.

           Dochodziła dziewiąta wieczorem, kiedy wrócił do domu. Ku jego zaskoczeniu wszystkie światła były pogaszone. Czyżby Marta poszła już spać? Nie było jeszcze tak późno. Wszedł do salonu i stanął jak wryty. Cały stół zastawiony był jedzeniem, a pośrodku stały dwie świece, które były tu jedynym źródłem światła. Brunetka siedziała przy stole. Wpatrywała się w niego, trzymając w ręku butelkę wina.
- Czekałam na ciebie – wstała, odstawiła wino i podeszła do mężczyzny. Pomogła zdjąć mu bluzę, po czym powiesiła ją w holu. Oboje zasiedli do stołu, naprzeciw siebie.
- Smacznego. Mam nadzieję, że coś z tego wyszło – uśmiechnęła się nieśmiało. Maciek przypomniał sobie, iż kiedyś wspominała mu o swoich bardzo niewielkich zdolnościach kulinarnych. Naprawdę nie umiała gotować czy tylko tak mówiła ze skromności? Wreszcie miał okazję to zweryfikować. Bez wahania zabrał się za konsumpcję przygotowanej przez nią kolację.
- I jak?
- No wiesz, nie zakrztusiłem się, nie popijam tak nagle, nadal żyję, więc chyba dobrze – zażartował. Brunetka miała ochotę go uderzyć za te żarty, jednak strach przed prawdziwą opinią nie pozwalał jej ruszyć się z miejsca. - A na poważnie to świetne, naprawdę – powiedział z uznaniem. Kamień spadł jej z serca. Bardzo jej zależało, aby kolacja się udała. W końcu nie je w byle jakim towarzystwie, jest przecież ze swoim przyjacielem.
Po dokładnym „wyczyszczeniu” talerzy z jedzenia usiedli razem na kanapie, z kieliszkami wina w ręku. Siedzieli, w milczeniu popijając czerwony napój alkoholowy. W pewnej chwili Maćkowi zadrżała ręka, kieliszek się przechylił, a jego zawartość wylała się na bluzkę brunetki.
- Cholera!
- Przepraszam, nie chciałem – natychmiast zabrał ze stołu serwetki i zaczął wycierać plamę z wina. W pewnej chwili ich twarze znalazły się blisko siebie, a ich spojrzenia spotkały się. Tak, to był ten moment. Powoli zbliżali się do siebie... aż w końcu ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Długo musieli czekać na tę chwilę. Ale było warto. Żadne z nich nie chciało tego przerywać. Było im przyjemnie, to mogłoby trwać wiecznie. Czar nadspodziewanie szybko prysnął. Z winy Maćka. Oderwał się od niej i ściągnął mokrą od wina bluzkę. A kiedy chciał znów ją pocałować, uderzyła go z otwartej dłoni w twarz.
- Co ty sobie do cholery myślisz?! Najpierw bluzka, potem spodnie, bielizna i łóżko, co?! - wykrzyczała ze łzami w oczach
- Marta, to nie tak! - chciał ją złapać w ramiona, lecz go odepchnęła
- A jak?! Potraktowałeś mnie jak dziwkę! Jak tamte wszystkie twoje poprzednie, z którymi sypiałeś i po jednych nocach zostawiałeś!”
- Zmieniłem się, nie widzisz?! Odkąd cię poznałem nie spałem z żadną kobietą, bo zacząłem traktować cię poważnie!
- No naprawdę, wielki Maciek, przestał sypiać z kobietami, żeby uwieść kolejną. Normalnie order powinni ci dać! - wściekła brunetka zamachnęła się i strąciła ręką kilka talerzy ze stołu
- Uspokój się do cholery! - chciała mu przypomnieć, kto tu jest gospodarzem, lecz w porę się powstrzymała. Wiedziała, że tak go może urazić, a w efekcie byłby gotów nawet się wyprowadzić. Nieładnie byłoby wypomniać mu, iż mieszka pod jej dachem.
- My nawet na jednej randce nie byliśmy, a ty już chciałeś mnie zaciągnąć do łóżka! Świnia! - złapała za talerz i rzuciła nim w jego stronę. Nie czekała nawet na to co zrobi. Pobiegła do sypialni, ubrała nową bluzkę oraz gruby sweter i wybiegła z domu. Co chwilę oglądała się za siebie, czy nie biegnie za nią. Ale wcale go nie wiedziała, więc zwolniła kroku. Doszła do parku. Przysiadła na najbliższej ławce i ukryła twarz w dłoniach.
--------
Następna część ukaże się jutro.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 20


- Mogę wejść? - Maciek odsunął się i pozwolił jej wejść do środka. Zamknął za nią drzwi, a następnie poprowadził czarnowłosą do salonu.
- Każdego bym się spodziewał, ale nie ciebie – patrzył na nią podejrzliwie. Zastanawiał się, jaki może mieć do niego interes. Bo żeby przyszła tak sama z siebie, porozmawiać – w to nie mógł uwierzyć.
- No tak, mamy pewne sprawy niewyjaśnione z przeszłości – przyznała lekko skrępowana – Może najpierw lepiej będzie je rozwiązać? - nie doczekawszy się odpowiedzi, postanowiła kontynuować – Przepraszam za wszystko co złe z mojej strony. Naprawdę, szczerze, z całego serca tego żałuję. Może to co teraz czuję to kara za moje złe uczynki.
- A co czujesz? - natychmiast podchwycił temat
- Czuję ból, pustkę, tęsknotę, smutek... żal...
- Należało ci się – odparł niewzruszony, splatając dłonie. Usiadł wygodnie w fotelu, wskazując dłonią na kanapę. Sylwia usiadła i ukryła twarz w dłoniach.
- Wiem – rzekła ze skruchą – Teraz zrozumiałam, że to było podłe. Nie powinnam była tak postępować z ludźmi. Z tobą też...
- Było, minęło. Jakoś się pozbierałem, nie wracajmy do tego.
- Spodziewałam się, że powiesz coś w stylu „To teraz za karę cierp” - mruknęła zaskoczona. Dostrzegła na twarzy mężczyzny lekki uśmiech.
- Od wyznaczania kary jest ktoś na górze. A w dodatku chyba jeszcze nie czas na podsumowanie twoich postępków. Młoda jesteś, jeszcze kawał życia przed tobą, kawał czasu aby złe uczynki naprawić dobrymi.
- Pomożesz mi?
- Spróbuję – rzekł po chwili zastanowienia – No dawaj, mów.
- Zakochałam się w Sebastianie – na jej policzkach wystąpił blady rumieniec. Czarnowłosa spuściła głowę zawstydzona. Maciek pokiwał głową. Ona i miłość? Chyba jednak nie doceniał siły tego uczucia, skoro przemieniło tak zatwardziałą i zimną osobę jak Sylwia. Tak jakby przyszła do niego zupełnie inna osoba.
- I co w związku z tym?
- Widzę, że ja także nie jestem mu obojętna...
- No fakt, odkąd przestał z tobą sypiać jest nie do zniesienia
- A widzisz. Może mógłbyś z nim pogadać, uświadomić mu że jestem dla niego ważna? - spytała z nadzieją w głosie. Wbiła w niego wzrok, patrzyła błagalnym spojrzeniem. Im dłużej zwlekał z odpowiedzią, tym bardziej czuł się nieswojo.
- On sam najlepiej wie czy jesteś dla niego ważna czy nie.
- To inaczej. Jeśli mu na mnie zależy to może nakłoniłbyś go, aby dał mi drugą szansę? Przecież podobno się przyjaźnicie – była bliska rozpaczy. Jeszcze nigdy nie widział, żeby jej tak bardzo na kimś zależało. Nawet zrobiło mu się jej szkoda. Była jaka była, ale to jednak człowiek i jak się okazało, też ma uczucia. Musiała być zdesperowana, skoro przyszła do niego. Być może nawet widziała w nim ostatnią deskę ratunku, ostatnią iskierkę nadziei.
- Tak, tylko że... przed tą twoją przemianą to ja mu odradzałem ten związek, ostrzegałem go przed tobą. I jak to teraz będzie wyglądało?
- To właśnie tym bardziej uwierzy, że powinien dać mi drugą szansę! Skoro ty tak uparcie twierdziłeś że jestem nieodpowiednia, a teraz uważasz że się nadaję, to on uwierzy w tę przemianę! Pomożesz? Proszę – zerwała się z kanapy i uklęknęła przed nim. Nie mógł odmówić. Złapał ją za ramiona i podniósł do pozycji stojącej.
- No dobrze – westchnął – Ale nic nie obiecuję
- Dzięki – rzuciła mu się na szyję z radości. Maciek cierpliwie poczekał, aż sama się trochę uspokoi. Wiedział, że nie będzie łatwo i chciał jej o tym powiedzieć. Ale gdy zobaczył jak życie w nią wróciło, gdy cieszyła się jak dziecko, nie potrafił tego burzyć. Po prostu trzeba stanąć na wysokości zadania i poważnie porozmawiać z Sebastianem. W końcu on także cierpi przez to rozstanie.
- Nie dziękuj, bo jeszcze nic nie zrobiłem
- Mam nadzieję, że nie chowasz do mnie urazy za przeszłość. Naprawdę, przepraszam – położyła rękę na sercu. Przez chwilę wydawało mu się to teatralnym zagraniem. Czyżby dał się nabrać na jakąś jej nową gierkę? Przez chwilę miał wątpliwości.
- Nie. Ale to nie znaczy, że o tym zapomnę. Będę cię obserwował. I uwierz mi, jeśli go zranisz, gorzko tego pożałujesz – pogroził jej palcem. Czarnowłosa potulnie schyliła głowę. Wiedziała, że Maciek może mieć wątpliwości co do jej przemiany. Ale z czasem, gdy zobaczy jej postępowanie, będzie już pewien że naprawdę nie jest tą samą osobą co kilka lat temu.
- To ja już pójdę – odwróciła się w stronę drzwi. Zrobiła ledwie dwa kroki i się zatrzymała. Odwróciła głowę, zatrzymując wzrok na Maćku. - Naprawdę, myliłam się co do ciebie. Porządny z ciebie gość – nie odpowiedział nic. Zresztą, ona nawet nie czekała na jakąkolwiek reakcję, wyszła. Mężczyzna przez chwilę siedział zamyślony w fotelu. Postanowił jeszcze dzisiaj odwiedzić przyjaciela.

          Punktualnie o godzinie dziewiętnastej do drzwi zapukała Marta. Umówiła się z nim, że przyjedzie pomóc mu przy przeprowadzce. Maciek nie wiedział jak przyjaciółka zamierza mu pomóc, dlatego się zgodził.
- Zaraz, zaraz. Mówisz mi, że masz tylko laptopa, jedną torbę i dwa kartony rzeczy? - spytała z niedowierzaniem brunetka. W odpowiedzi mężczyzna kiwnął głową.
- No tak. A czego się spodziewałaś po samotnym dwudziestoośmioletnim mężczyźnie, który zwykle do domu przychodził tylko się przespać? - uderzyła się z otwartej dłoni w czoło. Dlaczego się nie domyśliła? A nawet jeśli nie, to mogła go wprost zapytać.
- Jakbym wiedziała, przyjechałabym taksówką. A tak to jestem swoim samochodem, myślałam że wszystkiego do siebie nie zmieścisz i przyda się drugi wóz.
- Jednak wejdzie. No dobra, jedziemy?
- Jedziemy – Maciek wyniósł rzeczy na korytarz. Zamknął drzwi na klucz, po czym zniósł bagaże na dół. Marta upierała się, że mu pomoże, lecz on nie chciał jej dodatkowo męczyć. Skłamał, że te kartony są zbyt ciężkie dla kobiety (w rzeczywistości tak tylko wyglądały) i nie może się nią wysługiwać. Na szczęście ta wymówka była wystarczająco dobra i brunetka zdecydowała się zaczekać na niego na dole. Po prostu nie chciał nadużywać jej dobroci i gościnności. To, że pozwoliła mu u siebie mieszkać, było już dla niego dużo. O więcej nie śmiał prosić.
Około dwadzieścia minut później dotarli na miejsce. Marta zaprowadziła go na górę, do pokoju sąsiadującego z jej sypialnią.
- To największy z wolnych. Do twojej dyspozycji – rozejrzał się dookoła. Na wprost od drzwi znajdowało się okno. Po lewej stronie meble, a z prawej biurko i rozkładana sofa. Obok niej Maciek postawił swoje rzeczy.
- Jakby łóżko było zbyt niewygodne, to możemy kupić nowe.
- Królowo złota! Tutaj to ja nawet na podłodze mogę spać! - ucałował ją w dłoń, a następnie w policzek.
- Ani mi się waż! - pogroziła mu palcem – Ma być ci wygodnie, jak coś nie tak to mów wprost. Jesteś teraz moim współlokatorem i muszę dbać o warunki mieszkalne. No tak czy nie?
- Współlokatorem? Przecież nie dorzucam się do czynszu. Ale jak będę miał to obiecuję, nie będę siedział tutaj za darmo
- Nie musisz płacić. Aha, jeszcze jedno. Nie mów do mnie królowo – spojrzała na niego z ukosa, z trudem powstrzymując uśmiech.
- Dobrze. Ale będę miał wyrzuty sumienia, jeśli będę zarabiał i wykorzystywał sytuację, że mogę za darmo mieszkać – Marta przez chwilę się zastanowiła. Nie chciała przyjmować od niego pieniędzy, ale on chciał jej dać, dla własnego spokoju. Chyba że... weźmie ale ich nie ruszy. Jak będzie potrzebował, wtedy mu wszystko odda. Tak, to był świetny pomysł.
- No jeśli ma to uspokoić twoje sumienie... to pogadamy o tym jak dostaniesz swoją pierwszą wypłatę, dobrze? - pokiwał twierdząco głową. Dziewczyna posłała mu uroczy uśmiech i zamknęła za sobą drzwi. Spojrzał na wiszący nad biurkiem zegar. Wskazywał on godzinę 19:47. Za niewiele ponad pół godziny miał być u Sebastiana. Postanowił że później zajmie się pakowaniem, a teraz już pojedzie, aby się nie spóźnić.
- Marta, ja wychodzę! - zawołał spod drzwi. Brunetka podeszła do niego, wcisnęła mu coś do ręki i ucałowała go w policzek na pożegnanie.
- Od domu, od bramy, od piwnicy, od strychu i od garażu – powiedziała, wskazując kolejno odpowiednie klucze.
- Od garażu?
- Tak. Jest wystarczająco duży na dwa samochody. Nawet trzy by weszły. No chyba że wolisz trzymać go na podwórku, wybór pozostawiam tobie.
- Zastanowię się jeszcze. Będę późno, pa.
- Pa – podeszła do okna. Obserwowała jego samochód, dopóki nie zniknął jej z pola widzenia.
--------
Droga Alutko, opowiadanie zakończy się w piątek. Następna część oczywiście jutro.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 19


         Tydzień później. Maciek odebrał samochód od mechanika. Jego naprawa kosztowała go wszystkie oszczędności. Niestety, trochę się przeliczył i brakowało mu na opłaty. Miał do dyspozycji jeszcze dwieście zł, ale musiał zostawić sobie coś na jedzenie. Tylko że nie będzie miał gdzie mieszkać. Będzie zmuszony liczyć na łaskę któregoś z przyjaciół. Marka od razu mógł skreślić z listy. Mają z Żanetą małe dziecko i jeszcze on na dokładkę? Zresztą, ostatnio bardzo rzadko ze sobą rozmawiali. Dawno się nie widzieli. Jakby więzy tej przyjaźni zaczęły zanikać. Aśka z mężem potrzebują trochę prywatności. Sebastian? Od zakończenia romansu z Sylwią chodził wściekły przez cały czas, był nie do zniesienia. Aby poprosić o pomoc Martę, potrzebowałby więcej odwagi niż posiada. Pozostał mu tylko dworzec.
Los chciał jednak inaczej. Kiedy właściciel mieszkania przyszedł po pieniądze, chwilę później brunetka zapukała do drzwi. Maciek wpuścił ją do salonu i poprosił, aby tam zaczekała. Nawet gdyby bardzo się starała nie słuchać o czym rozmawiają mężczyźni, i tak by usłyszała.
- Chyba pan się pomylił w liczeniu.
- Niestety, ale w tej chwili nie mam więcej. Spłacę to panu w ratach – zapewnił. Dziewczyna zastanawiała się, czy nie wkroczyć tam i nie wspomóc kolegi, lecz powstrzymała się jeszcze.
- Za tydzień pan opuszcza mieszkanie i ostatecznie się rozliczamy – oznajmił surowym tonem właściciel mieszkania
- Proszę pana, zawsze płaciłem w terminie, od trzech lat. Nie mógłby pan raz zrobić wyjątku?
- Nie. Żegnam – zabrał pieniądze i wyszedł. Maciek oparł się o stół i westchnął ciężko. Spojrzał w stronę salonu. Zobaczył jak Marta wybiega w stronę drzwi.
- Przepraszam pana! - dogoniła mężczyznę na pierwszym piętrze. Ten zatrzymał się i zaczekał na nią. - Ile brakuje?
- Trzysta złotych – brunetka bez słowa wyciągnęła portfel i wręczyła mu trzy zielone banknoty.
- Teraz się zgadza?
- Tak. Ale to nie zmienia faktu, że pani znajomy ma 7 dni na opuszczenie mieszkania. Nie mam zamiaru ryzykować, że za miesiąc nie zobaczę ani grosza – odwrócił się na pięcie i odszedł. Marta wróciła na górę.
- Co to miało być? - spytał zaskoczony, czekając na nią w drzwiach
- Zapłaciłam brakującą sumę – oznajmiła, wchodząc do mieszkania – Nie zgodził się, abyś tu został
- Naprawdę, nie musiałaś
- Musiałam. Masz problemy finansowe, prawda? A mi kasy nie brakuje, ty jesteś moim przyjacielem. Zrobiłam co uważałam za stosowne.
- Taka przyjaciółka to skarb – usiedli razem na kanapie – Oddam ci jak tylko będę miał
- To nie jest teraz największym problemem. Gdzie będziesz mieszkał?
- Wiesz, przewidywałem że facet może zerwać umowę. Była tam taka klauzula, że nawet jak złotówki brakuje to bez konsekwencji może odstąpić od umowy. No i z tego skorzystał. Szczerze mówiąc, to nie wiem gdzie mam się podziać – wbił wzrok w podłogę. Jego sytuacja naprawdę nie wyglądała najlepiej. Na szczęście nie został z tym sam.
- Ale ja wiem – uśmiechnęła się tajemniczo. Mężczyzna spojrzał na nią z nadzieją.
- Gdzie? - powiedział cicho, właściwie to Marta wyczytała to z ruchu ust
- U mnie – oznajmiła pewnym tonem, jakby to była najoczywistsza oczywistość. Maciek pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie, nie mogę.
- Ale dlaczego? Mam duży dom, nie będziesz mi przeszkadzał. Nawet będzie mi lepiej, bo kobiecie samej w takim wielkim domu to smutno. A tak będę miała towarzystwo – przytuliła się do niego – No nie daj się prosić – dodała, widząc że się jeszcze waha
- Sam nie wiem... chyba nie mam innego wyjścia – uśmiechnął się do niej, co odebrała jako zgodę.
- Odwieziesz mnie do domu?
- Pewnie – objął ją ramieniem i zaprowadził do samochodu. Po naprawie chodził jak nowy. Chociaż tyle dobrze.
- A jak idą ci poszukiwania pracy? - zapytała, gdy byli już w drodze
- Fatalnie – mruknął, nie odrywając wzroku od drogi – Albo najniższa krajowa, albo nieaktualne, albo za głupi jestem.
- Przestań! - krzyknęła stanowczo, że aż szarpnął kierownicą ze strachu. Na szczęście nie stracił panowania nad pojazdem. - Jesteś bardzo inteligentnym facetem. A to że nie masz zrobionych żadnych studiów, nie znaczy że wiesz mniej niż ci po studiach. Swoją drogą to dziwne, przecież twoi rodzice mają pieniądze. Nie chcieli cię wspomóc?
- To długa historia.
- A spieszy ci się gdzieś?
- No... nie – odparł po chwili zastanowienia. Zanim dojadą do jej domu, minie jeszcze przynajmniej 10 minut. Najważniejsze fakty z ostatnich lat bez problemu zdąży wymienić.
- No to opowiadaj
- Kiedyś u nas z pieniędzmi nie było tak dobrze. Były lepsze momenty i gorsze, czasami ledwo wystarczało. Ale jakoś przetrwaliśmy kryzys i potem było już tylko lepiej. Brat poszedł do seminarium. Moi rodzice należą do ludzi bardzo wierzących, toteż natychmiast stał się ich oczkiem w głowie. Zresztą nie tylko ich. Całej rodziny. Na mnie się wypięli, odszedłem w niepamięć. Nadskakiwali mu kiedy tylko był w domu, spełniali każde zachcianki. A ja z doproszeniem się o kasę na książki do liceum miałem problem, rozumiesz? - przerwał na chwilę aby ochłonąć. Marta cierpliwie czekała w milczeniu na kontynuację. Patrzyła na mężczyznę ze zrozumieniem i współczuciem. - Brat wykorzystywał swoją pozycję, znaczy się to że był klerykiem, do zdobywania przywilejów. Ja byłem jedyną osobą, która go krytykowała. I to ja zawsze byłem ten zły. Wiecznie mi coś nie pasowało. Ale gdyby wyganiali cię z pokoju, bo zmęczony braciszek przyjechał, to nie wściekałabyś się? Jak tylko skończyłem liceum i zdałem maturę, wziąłem się za poszukiwanie pracy. Padło na policję. Przyznali mi mieszkanie służbowe, więc się wyprowadziłem. Oni się wściekli i powiedzieli że jeśli nie wrócę, nie mam co liczyć na ich pomoc.
- Nie wróciłeś – wyszeptała, wbijając wzrok w szybę
- Powiem ci, że nie żałuję. W tej pracy spędziłem wiele pięknych lat. Najpierw w drogówce, potem w dochodzeniówce. No i w sumie dzięki tej pracy spotkałem ciebie.
- To dobrze, że jesteś zadowolony z wyboru – uśmiechnęła się krzepiąco. Przez myśl przeszło mu, że jej przyszły mąż będzie miał w niej duże oparcie. On chciał być tym mężem...
- Sam wybrałem tę trudniejszą drogę, bardziej wyboistą, pod górkę. Ale dzięki temu mogę z dumą spojrzeć w lustro, nie muszę odwracać wzroku. Bo dostaję nowe wyzwania i daję radę.
- Bardzo ciekawie mówisz
- Lepiej skończę, bo często jak myślę to do dziwnych wniosków dochodzę
- Ale mów, chętnie posłucham – z jakiegoś powodu wolał zakończyć tę dyskusję w tym miejscu. Doskonale wiedział, że rozmowa może zejść na niewłaściwe tory, a on nie będzie w stanie tego kontrolować.
- Jesteśmy na miejscu – zatrzymał samochód przed jej bramą.
- Słuchaj... Możesz przecież iść na studia zaoczne
- Myślałem o tym już wielokrotnie. Ale jak pracowałem już w policji to doszedłem do wniosku, że nie są mi one potrzebne
- Teraz sytuacja się zmieniła
- Nie obraź się, ale wolę zostać tumanem po maturze – w odpowiedzi brunetka pokręciła głową z dezaprobatą. Nie wiedziała dlaczego tak chciał, lecz najwidoczniej tak było mu wygodnie. A po co zmieniać coś, co jest dobre? Nie miał przecież pewności, że będzie to zmiana na lepsze.
- Dobra, wysiadam. Pa – ucałowała go w policzek i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zaczekał aż dziewczyna wejdzie do domu, po czym dopiero wtedy odjechał.

         Już następnego ranka postanowił spakować swoje rzeczy. Jeszcze dziś chciał się wyprowadzić i oddać klucze właścicielowi. Gdy skończył, wyszedł na zakupy. Kupił schab na obiad i kilogram ziemniaków (zamierzał pokroić je na frytki) oraz codzienną gazetę. Szczególnie interesował go dział z ogłoszeniami. W oczy rzuciły mu się trzy nowe. Postanowił od razu zadzwonić. Z dwoma pracodawcami umówił się na jutro, a z trzecim na pojutrze. Zabrał się za przygotowanie obiadu. Akurat kiedy pokroił schab, usłyszał pukanie do drzwi.
- Otwarte! - zawołał, myśląc że to Marta postanowiła zrobić mu niespodziankę i wzięła wolne w pracy. Zamiast dźwięku otwieranych drzwi i głosu brunetki, usłyszał ponowione pukanie. Wytarł ręce w ściereczkę, po czym poszedł otworzyć. Nie był w stanie nic z siebie wydusić, zamurowało go, gdy za drzwiami ujrzał Sylwię.
--------
Następna część ukaże się jutro.

sobota, 25 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 18


Spakował karton ze swoimi rzeczami do bagażnika i wsiadł do samochodu. Postanowił osobiście dopilnować, aby Marcie się nic nie stało. Pojechał więc do jej firmy. Tam spotkał przy wejściu Tomka i Sylwię.
- Co ty tu robisz? - spytała zaskoczona czarnowłosa
- Przyjechałem do znajomej. Nie ma jej? - w odpowiedzi Tomek pokręcił przecząco głową. Maciek zacisnął zęby, nic nie mówiąc. Bez namysłu wyciągnął telefon i wybrał jej numer. Nie odbierała.
- Dobra, ja wracam do domu. Południa jeszcze nie ma, a ja już mam dość – zrezygnowany wrócił do samochodu i odjechał. Najchętniej wyrwałby kartkę z kalendarza, przewinął czas do następnego dnia i wyrzucił niemiłe wspomnienia z pamięci. Szkoda, że nie było to możliwe.
Późnym popołudniem zadzwonił do niego telefon. Dzwonił Sebastian, aby poinformować przyjaciela o aresztowaniu poszukiwanego. Maćkowi to jednak niewiele poprawiło humor. Marta nadal nie dawała znaku życia. Doskonale wiedział, że seryjni mordercy bardzo rzadko rezygnują ze swoich ofiar. Spróbował ponownie do niej zadzwonić. Bezskutecznie.
Dostawał już białej gorączki. Co chwilę spoglądał na telefon wypatrując wiadomości tekstowej albo nieodebranego połączenia od brunetki. Jeszcze chwila i zwariuje. Wyciągnął z szafki butelkę wódki. Miał nadzieję, że alkohol doda mu cierpliwości i wytrwałości w dalszym wyczekiwaniu. Nalał już sobie kieliszek przezroczystego płynu, kiedy usłyszał dźwięk swojej komórki. Zerwał się z miejsca jak oparzony. Ciężki kamień spadł mu z serca, kiedy na wyświetlaczu ujrzał napis „Marta”.
- Słucham? - jego głos zabrzmiał nie naturalnie. To dlatego, że mu ulżyło. Jeszcze chyba nigdy nie był tak szczęśliwy, że ją słyszy.
- Cześć, to ja
- Cześć, widziałem na wyśmietlaczu – przetarł spocone czoło dłonią. Emocje dopiero powoli opadały.
- Mogę wpaść do ciebie wieczorem?
- Pewnie – ucieszył się, gdy usłyszał jej pytanie. Nie miał nic przeciwko. Ba, nawet chciał żeby przyszła. Musiał jej przecież powiedzieć o utracie pracy, a jakoś niezręcznie byłoby mu robić to przez telefon.
- To pa – pospiesznie się rozłączyła. Nawet nie czekała na odpowiedź ze strony mężczyzny. Wydała mu się jakaś dziwna, taka nieswoja. Coś musiało się stać. Zawsze była wesoła, pełna energii, żywiołowa. A podczas tej rozmowy przygaszona, przygnębiona. Słyszał to po jej głosie. I to szybkie pożegnanie. Mogła słuchać go godzinami, moment rozstania odciągałaby w nieskończoność. A teraz bez żadnych oporów się rozłączyła, jakby zupełnie kto inny znajdował się po drugiej stronie słuchawki.
Dochodziła dwudziesta, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Natychmiast zerwał się z kanapy i poszedł otworzyć.
- Cześć Marta – odsunął się, aby mogła wejść do środka
- Cześć. Przepraszam, że nie odbierałam, ale prawie cały dzień przeleżałam w łóżku.
- Źle się czułaś?
- A potem byłam na cmentarzu – kontynuowała, jakby wcale nie usłyszała pytania – Dzisiaj jest rocznica śmierci taty – spuściła głowę zasmucona. Maciek bez słowa wziął ją w ramiona. Dzięki temu poczuła się lepiej. Działał na nią niesamowicie pozytywnie.
- Widzę że ty też w nie najlepszym humorze. Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku. Wywalili mnie z pracy – wypuścił ją z objęć i przeszedł do salonu. Poszła za nim.
- Żartujesz? - kiedy spojrzała na jego twarz, zrozumiała że mówi jak najbardziej poważnie – Dlaczego?
- Pamiętasz jak mówiłem ci że siostra komendanta wojewódziego odgrażała mi się zwolnieniem z pracy? Za zatrzymanie jej synalka. A ja to olałem.
- Tak, wspominałeś.
- No i pogadała z nim, żeby mnie udupić. A stary jak to stary... pieprzony karierowicz. Powiedział mi, że nie ma innego wyjścia, bo jak mnie nie zwolni to on straci stołek, a jak przyjdzie nowy to mnie i tak wyleje. Rozumiesz to?! Ten idiota poświęcił mnie żeby zachować ten swój tłusty tyłek w wygodnym fotelu! - irytował się Maciek. Na samo wspomnienie o tym czerwienił się ze złości.
- Przykro mi – położyła dłoń na jego ramieniu. Nagle do głowy wpadł jej, na pozór genialny, pomysł – Ale nie ma co płakać, bo mam plan.
- Naprawdę? Jaki?
- Będziesz moim asystentem – oznajmiła dumnie. Spodziewała się, że Maciek się ucieszy, lecz nie mogła dostrzec ani odrobiny radości czy entuzjazmu na jego twarzy.
- Co proszę?
- Słyszałeś – odparła lekko zawiedziona jego reakcją – Co myślisz?
- Naprawdę, doceniam to że chcesz mi pomóc, dziękuję ci. Ale będzie lepiej jak poszukam innej roboty.
- Dlaczego?
- Nie nadaję się do tego. Do tej roboty i do tego całego towarzystwa. Chyba nie muszę ci przypominać bankietu
- Nie przesadzaj, nie było tak źle. Na pewno się odnajdziesz, tylko spróbuj – bardzo chciała, żeby się zgodził. Nie tylko dlatego, iż chciała z nim pracować. Chciała mu pomóc, a doskonale zdawała sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie jest łatwo o dobrą pracę.
- Ale ja jestem tylko tumanem po maturze. Żadnych studiów nie zrobiłem – rozłożył bezradnie ręce
- No i co z tego? Chcę żebyś był moim asystentem
- Nie rozumiesz. Nie chcę ściągać na ciebie problemów. Jak urzędasy się dowiedzą, że zatrudniasz pracownika bez kwalifikacji to naślą kontrolę. A oni to już znajdą, nawet jeśli nic nie ma. Wiem jak to jest, niektóre rewizje u nas też są ustawione. Jak dowalą ci mandaty i kary, to się nie wypłacisz
- Nie bój się o to. Więc w poniedziałek – zaczęła zbierać się do wyjścia – Muszę iść. Cześć Maciek – pocałowała go w policzek
- To nie ma sensu. Poszukam sobie pracy, coś na pewno znajdę
- Nie rozumiem cię – pokręciła głową z dezaprobatą – Ale jeśli wolisz, proszę!
- Kurde, Marta, proszę cię... - złapał ją za rękę, nim zdążyła odejść – Nie bądź zła, bardzo chętnie spędziłbym z tobą czas, ale nie w tej pracy
- Tu nie chodzi o spędzanie czasu. Nie masz pracy, więc ja chcę ci ją dać, bo szukam kogoś. Ale jak wolisz. Zapomnij, nic nie proponowałam. Powodzenia w poszukiwaniu, przyda się.
- Dzięki... odprowadzić cię?
- Sama trafię. Cześć – odwróciła się na pięcie i odeszła
- Cześć – trzasnęła drzwiami – Tylko drzwi mi nie rozwal – mruknął pod nosem do samego siebie. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze kilkanaście minut temu cieszył się na myśl o jej wizycie. Jak to szybko kobieta potrafi zepsuć humor facetowi. Dlaczego ona musi być taka uparta?

Wieczór zapowiadał się miło dla Sebastiana i Sylwii. Oboje zjedli pyszną kolację przyrządzoną przez czarnowłosą, po czym natychmiast udali się do jej sypialni. Opadli na łóżko, całując się nawzajem. Przez chwilę była na dole, lecz zdecydowała się przejąć inicjatywę. Obiecała sobie, że nie rozbierze się dopóki poważnie z nim nie porozmawia.
- Coś nie tak? - zapytał, kiedy przytrzymała jego ręce, gdy chciał ściągnąć jej bluzkę
- Muszę ci o czymś powiedzieć – wstała i podeszła do okna. Wbiła wzrok w niewidoczny punkt.
- Cholera, mówiłem że powinniśmy się zabezpieczać!
- Nie, nie jestem w ciąży – pokręciła przecząco głową. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Wiedziała, że Sebastian nie będzie zachwycony, przecież nie tak się umawiali. Ale to już było silniejsze od niej. Nie potrafiła się już dłużej okłamywać. Nie potrafiła się powstrzymywać przed okazywaniem mu uczuć.
- Zakochałam się w tobie – wyznała jednym tchem. Przymknęła oczy, czekając na jego odpowiedź. Słyszała jego głębokie oddechy, a potem kroki.
- To koniec – rzucił w drzwiach
- Seba!
- Mieliśmy się nie angażować emocjonalnie, tak? Tak. Złamałaś zasadę. A ja nic więcej ci nie obiecałem, tylko seks. A że ty sobie wyobraziłaś nie wiadomo co to już nie moja wina. Po cholerę mi to mówisz? Źle ci było w łóżku?
- Bo ja już dłużej tak nie mogę! Na początku tyle mi wystarczało, ale z czasem potrzebowałam ciepła, troski, twojej bliskości
- Powiem ci tylko tyle, że jesteś świetna w łóżku i nie żałuję tych chwil. Przykro mi, że to tak szybko się skończyło – rozłożył bezradnie ręce. Nie widział w tym ani trochę swojej winy. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógł jakoś dać jej nadzieję na prawdziwy związek.
- Koniec tego może być początkiem czegoś większego – zasugerowała, patrząc na niego z nadzieją
- Ale ja nic do ciebie nie czuję – odparł po chwili zawahania. Widać po nim było, że nie jest pewien tego co powiedział. Może nie chce się do tego przyznać? A może jego uczucie dopiero rozkwitało i potrzebowało jeszcze czasu?
- Trzymaj się. Cześć – zamknął za sobą sypialne drzwi i odszedł.
--------
Następna część ukaże się jutro.

piątek, 24 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 17


         Około osiemnastej zadzwoniła do niego Marta, z propozycją spaceru w godzinach wieczornych. Perspektywa spędzenia czasu w miłym towarzystwie zdecydowanie poprawiła mu humor. Umówili się przed firmą należącą do brunetki za trzy godziny. Maciek po pracy pojechał do domu, przebrał się i powolnym, spacerowym krokiem udał się w umówione miejsce. Zjawili się tam niemal w tym samym czasie. Dziewczyna pocałowała go w policzek na powitanie.
- Prosto przed siebie? - spytała z uśmiechem
- Oczywiście. Widzę że humor dopisuje.
- No wiesz, jak się końcówkę dnia spędza w tak miłym towarzystwie – oparła się o jego ramię. Szli tak kawałek chodnikiem, aż skręcili do parku. Rozmawiali na różne tematy. Maciek postanowił poradzić się jej w sprawie Sebastiana.
- Spotykają się, sypiają ze sobą. Zapewnia mnie, że dla nich liczy się sam seks, żeby im obojgu było przyjemnie. Ale sama powiedz, czy tak się długo da? Któreś z nich w końcu poczuje coś więcej do tej drugiej osoby. Znam Sylwię i wiem, że nie będzie to ona . A Sebastian... on już kiedyś bardzo cierpiał. To mój przyjaciel, martwię się o niego.
- Rozumiem cię – powiedziała łagodnym tonem. - Ale dlaczego skazujesz ten związek na porażkę?
- Bo nie jest oparty na uczuciu – rzucił krótko i treściwie
- Trudno się z tobą nie zgodzić – przyznała po chwili namysłu. Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie pozwolił jej na to telefon komisarza. Przeprosił ją i odebrał połączenie.
- Cześć Bartek
- No, cześć. Słuchaj, w trybie ekspresowym sprawdzili ten nóż – jego głos drżał niepokojąco. Maciek czuł, że coś jest nie w porządku.
- No i? - mruknął zniecierpliwiony
- To nie była krew. To tylko ketchup
- Że co?! Jaki ketchup? - komisarz miał ogromną ochotę w coś uderzyć ręką, lecz nie miał w co. Nerwowo krążył w kółko, co chwila spoglądając na swoją przyjaciółkę.
- Nie wiem, nie próbowałem w smaku – Maciek był bliski załamania. Niektóre teksty asystentów (jak np. ten) potrafiły natychmiastowo zdemotywować człowieka i zniechęcić do działania. - I jeszcze jedna zła wiadomość. Zgubiliśmy naszego podejrzanego. Ale chyba nie jest już podejrzany?
- Nadal jest. Macie go natychmiast znaleźć i nadal obserwować, jasne?! Jeśli w ciągu najbliższych 72 godzin nic poważnego się nie wydarzy, zgarniacie go i pobieramy materiał DNA. Że też cholera nie zrobiliśmy tego od razu – nie czekając na jego odpowiedź, rozłączył się i schował telefon do kieszeni.
- Problemy w pracy. Wszędzie tylko problemy – wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie Marty. Powolnym krokiem ruszyli dalej. - Tak więc, wracając do tematu, wkurzam się, kiedy tylko widzę jak się całują, opieprzam ich za byle co, żeby tylko nie doszło między nimi do kolejnego zbliżenia. Ja po prostu jestem pewien, że ona go zrani.
- A może ty jesteś zazdrosny? - zasugerowała, patrząc podejrzliwie
- O Sylwię? Proszę cię, to że kiedyś mi się podobała, nie znaczy że tak jest teraz. Teraz to... teraz... - chciał jej wyznać, że właśnie ona się dla niego liczy, lecz głos uwiązł mu w gardle. Odwrócił się plecami. Potrzebował chwili czasu, aby się przełamać. Był już gotów, by jej to powiedzieć, kiedy usłyszał jej krzyk. Gwałtownie się odwrócił i zobaczył jak chłopak, którego dzisiaj zatrzymał, przystawia jej nóż do szyi, cofając się kilka kroków w tył.
- I co teraz panie komisarzu! - zaśmiał się szyderczo. Twarz Maćka przybrała kamienny wyraz. Przerażona Marta właśnie w nim widziała jedyną nadzieję na ratunek. Ale nic nie mogła z niego wyczytać. Czy jest w stanie ją uratować? Czy w jego głowie układa się już plan działania?
- Wypuść ją – powiedział spokojnym tonem
- Nie doceniłeś mnie. Te wasze ofermy nawet porządnie kroku dotrzymać nie potrafią! - przez chwilę milczeli. Jedyne odgłosy wydawały szeleszczące liście, kołysane przez wiatr.
- Masz broń przy sobie? Rzuć ją na ziemię! - Maciek powoli sięgnął po pistolet. Przez jego głowę natychmiast przeszły tysiące myśli i setki obliczeń. Mógł szybko strzelić mu w rękę i natychmiast dobiec do niego, nim zdąży zareagować. Ryzyko jednak było zbyt duże. Nie trzymał przypadkowej ofiary, tylko jego ukochaną, wybrankę jego serca. Musiał wymyślić coś innego. Zauważył, że brunetka wpatruje się w niego, jakby wyczekiwała znaku do działania. Musiał uwierzyć, że są w stanie zrozumieć się bez słów. To było jedyne sensowne wyjście. Skinął lekko głową. Dostrzegła to, bowiem odpowiedziała mu tym samym. Strzelił w powietrze, aby odciągnąć uwagę chłopaka, kiedy ona złapała go za ramię obiema rękami i z całej siły je przytrzymała, nie pozwalając zranić się w szyję. Natychmiast dobiegł do nich Maciek. Wspomógł Martę i odepchnął napastnika, dzięki czemu brunetce nic już nie groziło. Schowała się za drzewem, skąd obserwowała bójkę obu mężczyzn (wiadomo komu kibicowała). Policjant chciał wyciągnąć kajdanki, aby go skuć. Wtedy siostrzeniec komendanta wojewódzkiego odepchnął go z całej siły i zerwał się do ucieczki. Nie było sensu gonić za nim. Zadzwonił do Bartka i poinformował go o całym zdarzeniu. Miał nadzieję, że patrole zdołają go odnaleźć gdzieś w okolicy. Jeśli szybko, przyjadą, daleko nie ucieknie.
Podszedł do Marty i wyciągnął do niej ręce. Padła mu w ramiona.
- Cała jesteś? - kiwnęła twierdząco głową – Jak to dobrze
- Dobrze, że ze mną byłeś – wyszeptała
- To ten seryjniak. Nie bój się, on ci nic już nie zrobi.
Tej nocy brunetka nie chciała być sama. Maciek zgodził się, aby została u niego na noc. Zdecydowali się na taki sam układ jak ostatnio: oboje śpią w jednym łóżku w jego sypialni. Oboje nie mieli nic przeciwko temu.

         Następnego dnia od rana na komendzie panowały grobowe nastroje. Sebastian pojechał z Sylwią i Tomkiem przeszukać mieszkanie chłopaka, którego nadal nie udało się znaleźć. Patrole już od kilku godzin poszukiwały siostrzeńca komendanta wojewódzkiego. Chłopak jakby zapadł się pod ziemię.
- Maciek, stary cię wzywa do siebie – z zamyślenia wyrwał go głos Bartka. Komisarz westchnął ciężko i udał się do gabinetu komendanta. Co prawda mężczyźni nie mają tak dobrej intuicji jak kobiety, lecz tym razem policjant był pewien, że nic dobrego się nie wydarzy. Zapukał, a usłyszawszy w odpowiedzi: „proszę” wszedł do środka. Stary wskazał mu krzesło naprzeciw siebie.
- W jakiej sprawie pan mnie wezwał? - spytał z niepokojem w głosie
- Czy pan zdaje sobie sprawę, co pan wczoraj narobił? Wie pan kogo wczoraj aresztował?
- Siostrzeńca komendanta wojewódzkiego. Tak, zatrzymany raczył mnie poinformować o tym
- Komendant się wściekł. Taki ochrzan solidny dostałem, że ruski rok popamiętam! I przez pana nie będę miał premii przez najbliższe pół roku! - denerwował się stary. Wstał od biurka i odwrócił się w stronę okna.
- A jak ty nas ochrzaniasz to dobrze jest – przeszło mu przez myśl – Ale ostatecznie jest winny
- Tak? Winny? A co o tym świadczy? Nóż wysmarowany ketchupem?! Inne komisariaty i komendy będą się z nas wyśmiewać!
- Widziałem go na gorącym uczynku. Napadł na kobietę wczoraj, nawet z nim rozmawiałem! Może i ona go nie rozpozna, ale ja wiem że to był on – uderzył pięścią w biurko. Komendant wychylił się lekko i spojrzał komisarzowi prosto w oczy.
- A on się wyprze. Słowo przeciwko słowu. Siostrzeniec komendanta wojewódzkiego przeciw policjantowi. Sąd nie będzie w stanie tego rozstrzygnąć. Umorzy sprawę, czyli porażka.
- Badania DNA wszystko wyjaśnią – stary uniósł brwi ze zdumienia – Jak tylko go złapią to od razu je zlecę – odwrócił się i ruszył w stronę drzwi, aby wyjść z gabinetu komendanta. Trzymał już dłoń na klamce, kiedy zatrzymał go głos starego.
- Nie zrobi pan tego
- Dlaczego nie?
- Bo nie będzie pan już tutaj pracował – patrzył przez okno w niewidoczny punkt. Brakowało mu odwagi, aby spojrzać teraz na Maćka.
- Nic nie mogę na to poradzić. To rozkaz z góry. Od komendanta wojewódzkiego. Niepotrzebnie zatrzymywałeś jego bratanka. Ja bym chętnie pana zostawił w pracy, ale nie mogę. Bo wtedy obaj wylecimy.
- Czyli poświęca mnie pan, aby zachować swój stołek, tak? - rzucił z wyrzutem. Był oburzony. Na komendzie nikt jakoś szczególnie nie lubił starego, nie okazywali mu szacunku, ale o coś takiego nigdy by go nie podejrzewali.
- Brakuje mi tylko 3 lata do emerytury. I chcę je spokojnie przepracować
- I tak wylecę z tej roboty – machnął zrezygnowany ręką. Stary podsunął mu jakiś papier. Było to rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem obu stron. Widniał już na nim podpis starego. Brakowało tylko podpisu Maćka. Trochę szkoda było mu rezygnować z tej pracy. Spędził w niej wiele pięknych, ale także smutnych, trudnych i zabawnych chwil. Wszystko kiedyś ma swój koniec. Widocznie przyszedł czas, aby rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu.
Podpisał. Przyszedł do tej pracy, aby dochodzić sprawiedliwości i działać w imieniu prawa. A teraz okazuje się, że znalazł się w bagnie gdzie liczą się znajomości. Brzydził się tym. Dlatego postanowił nie dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Po co? Po co ma do tego wracać? Jeśli nawet wygrałby sprawę, jego posada byłaby bardzo niepewna, a przełożeni czekaliby tylko na najmniejsze potknięcie, by go zniszczyć.
Od razu po wyjściu z gabinetu starego poszedł się pakować. Po kilku minutach wrócili Sebastian i Sylwia. Akurat kończył. Opowiedział im o wszystkim.
- I ty zamierzasz to tak zostawić?! Chłopie, ja cię nie poznaję!
- Taka wojna jest bez sensu. Są wyżej postawieni od nas, którzy mogą zdmuchnąć nas jak paprocha. Zresztą, nie mam zamiaru siedzieć w tym gównie. Nawet tu bardziej liczą się znajomości niż sprawiedliwość – machnął zrezygnowany ręką. Wziął karton ze swoimi rzeczami pod pachę i pożegnał się zarówno z nim, jak i z czarnowłosą. Po drodze wstąpił jeszcze do asystentów, na ostatnią wymianę zdań.
- Jeśli ma cię to pocieszyć to mamy już twarde dowody na tego gnojka. W jego piwnicy było pełno krwi, zapewne tam się znęcał nad tymi biednymi dziewczynami. Był też nóż, tym razem zakrwawiony, myślę że to jest narzędzie zbrodni. I notes z danymi ofiar, datą i godziną śmierci, miejscem gdzie ją porwał i gdzie porzucił. Na ostatniej stronie jest... Marta, ta z którą się spotykasz.
- Jasna cholera! Tomek, pojedźcie szybko do jej firmy i sprawdźcie czy się tam nie kręcił... No tak, zapomniałem że już tu nie pracuję – zacisnął zęby
- Ze względu na twoje zasługi jako policjant i jako kolega, spełnimy to jako ostatnie polecenie
- Dzięki – uścisnął mu dłoń, po czym Tomek wybiegł po Sylwię, by pojechać z nią we wskazane miejsce. Maciek pożegnał się zresztą zespołu i wyszedł z komendy. Rozdział pod tytułem „Praca w policji” został już definitywnie zakończony.
--------
Dzisiejszy scenek jest już dwusetnym w tym roku, co jest już teraz lepszym wynikiem niż w roku 2010 i 2011. Dziękuję za wszystkie komentarze, za wszystkie odwiedziny i mam nadzieję, że nadal będziecie czytać moje scenki, komentować je i oceniać.
Szczególne podziękowania kieruję do M.J, za napisanie kilku z tych dwustu oraz pomoc przy kilkunastu innych. Bardzo się cieszę, że mogliśmy współpracować i naprawdę, dziękuję z całego serca.
Następna część ukaże się jutro.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 16


         Następnego dnia od samego ranka na komendzie panowała napięta atmosfera. Stary od razu zapowiedział, że chce widzieć w biurze Maćka, Sebastiana, Sylwię, Tomka i Bartka punktualnie o 7:30. Nie wyglądał na zadowolonego. Maciek od razu się domyślił, że chodzi o wieczorny incydent z dziennikarzami. Ale co do tego mieli pozostali? Może oni też mu jakoś podpadli?
Wszystko wyjaśniło się, kiedy komendant zjawił się w biurze. Obrzucił groźnym spojrzeniem, stojącą w szeregu, całą piątkę, stanął na środku i chrząknął znacząco.
- Co to ma być?! Komenda policji czy burdel?!
- Czy... mógłby pan... jaśniej? - wyjąkała Sylwia. Stary zatrzymał wzrok na asystentce, na co ona natychmiast spuściła głowę. W duchu modliła się, by przestał się na nią gapić. Czuła się, jakby rozbierał ją tym swoim spojrzeniem. Jakby przenikał przez nią, czytał jej wszystkie myśli jak z książki.
- Wy dwaj! - wskazał na Maćka i na Bartka – Jesteście policjantami czy pajacami telewizyjnymi?!
- Ja tylko chciałem ich przegonić... - usprawiedliwił się komisarz, lecz natychmiast spotkał się z gwałtowną reakcją starego
- Milczeć! Ty! - skierował palec na Tomka – Dwutygodniowy zakaz picia kawy na komendzie!
- Ale...
- Żadnego ale! Żeby zalać kawą dokumenty?! Gdybym mógł, odesłałbym pana na leczenie! Na głowę!
- Niech pan mnie nie obraża! - oburzył się asystent. Tym razem przesadził. Może i miał wiele do wyrzucenia swoim podwładnym, ale mimo wszystko nie powinien ubliżać swoim podwładnym. Wiedząc, że nerwy mogą go ponieść do rękoczynów, postanowił dac już sobie spokój z Tomkiem.
- A wy co? - wyciągnął zza pleców gazetę i cisnął nią o biurko. Cała piątka natychmiast zajrzała na pierwszą stronę. Na samej górze wyraźnie napisany tytuł artykułu: „Niekonwencjonale metody śledcze policji?”. Pod nim znajdowało się zdjęcie radiowozu. Na masce siedziała Sylwia, jedną ręką się podpierając, a drugą oplatając szyję Sebastiana, który trzymał dłoń na jej udzie. Całowali się. Dziewczyna odwróciła się w stronę okna, czerwieniejąc się ze wstydu, natomiast komisarz westchnął ciężko.
- Skurwysyny – wycedził przez zęby Maciek. Wszyscy jakby zapomnieli o obecności starego. Dopiero gdy usłyszeli jego głośne chrząknięcie, ponownie ustawili się w szeregu.
- Wyjaśni mi to ktoś? - ton wypowiedzi sugerował, że trochę ochłonął. Sebastian zdobył się na odwagę, aby odpowiedzieć komendantowi.
- To co robimy po pracy, to nasza prywatna sprawa.
- Ale na służbowym samochodzie! Jak nie weźmiecie się do roboty, ześlę was... na Hel! - pogroził im palcem i wyszedł z biura. Tomek wzruszył ramionami, a Sylwia zaraz po jego wyjściu pokazała język w stronę drzwi. Sebastian objął czarnowłosą ramieniem, Maciek uderzył dłonią w biurko (a ono oczywiście mu oddało), natomiast Bartek po prostu sobie wyszedł.
- I tak sobie będę pił kawę! - rzucił oburzony asystent
- A niech ich wszystkich szlag trafi – machnął ręką zrezygnowany. Trzy pary oczu natychmiast skupiły się na Maćku. - No starego i tego naszego psychola – pokręcił głową. Wiedział, że to śledztwo będzie kosztowało ich wiele cierpliwości, uwagi, zdrowia i nerwów.

         Minęło kilka dni. Do parku zostały porzucone 4 kolejne ofiary. Pojawiały się one jednak coraz rzadziej, bowiem odstęp wynosił nawet 4 – 5 dni. Widocznie sprawca przestraszył się patroli policyjnych, jakie pojawiły się w parku po znalezieniu drugiego ciała. Teraz już nie podrzucał martwych dziewczyn w to samo miejsce, lecz w różne zakątki Parku Nadwiślańskiego. I nadal nie mieli punktu zaczepienia.
- Sebaaa? - Sylwia zakradła się do biura, w którym znajdował się tylko komisarz. Momentalnie odwrócił się jej stronę i podszedł do czarnowłosej.
- Tak? - położył ręce na jej biodrach, kiedy ona zarzuciła mu swoje na szyję
- Mam straszną ochotę na ciebie – szepnęła mu na ucho, wodząc dłonią po jego karku i ramieniu
- Yhym – mruknął, zbliżając swoją twarz do jej twarzy. Zaczęli się namiętnie całować. Pozwoliła mu, aby włożył ręce pod bluzkę.
- Ale chyba nie będziemy robić tego tutaj, co? Jeszcze ktoś nas przyłapie – pogłaskała go po policzku
- Zaraz wymkniemy się do toalety – nadal się całowali. Sylwia chcąc usiąść na biurku, przez przypadek strąciła nogą jakiś segregator. Im to wcale nie przeszkadzało i kontynuowali czynności, lecz hałas ściągnął Maćka do biura.
- Co tu się do cholery dzieje?! - natychmiast oderwali się od siebie
- To ja już pójdę – powiedziała cicho asystentka
- Ani kroku! Mamy ciężką sprawę, od kilku dni stoimy w miejscu. A wy co?! Pieprzycie się po kątach zamiast pomóc?! - nie ukrywał swojego zdenerwowania
- A skoro stoimy w miejscu do dlaczego nie spożytkować czasu w przyjemniejszy sposób? - złapał Sylwię za rękę i pociągnął za sobą.
- Mało wam opieprzu od starego?! - zignorowali jego ostrzeżenie. No tak, najwyraźniej od poprzedniego ochrzanu komendanta minęło tyle czasu, że już brakowało im jego pretensji i wrzasków.
- Skoro wy mnie olewacie, to i ja was będę olewał – machnął ręką poirytowany i wyszedł. Miał właśnie im oznajmić, że na uczelni woźny w szafce jednego ze studentów znalazł coś podejrzanego. Chyba jednak nie byli tym zainteresowani. Dlatego zdecydował się pojechać sam. W korytarzu minął jeszcze dobijającą się do drzwi toalety Ankę.
- Szukaj kibla na innym wydziale albo lej po nogawce – rzucił do niej
- Bardzo śmieszne. Chociaż raz mógłbyś się nie nabijać – odparła z wyrzutem
- Nie nabijam się. To była taka dobra, koleżeńska rada.
- Dobra, koleżeńska rada? - zakpiła
- No tak. Oni stamtąd tak szybko nie wyjdą. Zanim skończą minie trochę czasu – spojrzała na niego podejrzliwie. Odniosła wrażenie, że faktycznie mówi prawdę.
- Dzięki – wyminęła go pospiesznie – Kochankowie cholerni – mruknęła pod nosem, biegnąc do schodów. Postanowiła posłuchać rady komisarza i poszukać wolnej toalety na innym wydziale.

- Dzień dobry, komisarz Maciej Krubiński, wydział śledczy – pokazał odznakę – Pan jest tym woźnym?
- Tak, to ja. Zaprowadzę pana – Maciek poszedł za lekko siwawym mężczyzną. Weszli na pierwsze piętro i zatrzymali się przy jednej z szarych szafek. Woźny wyciągnął klucze z kieszeni i otworzył drzwiczki. W oczy rzucał się nóż, na jego ostrzu znajdowała się jakaś czerwona substancja. Komisarz wyciągnął z kieszeni worek foliowy, do którego schował interesujący go przedmiot.
- Myśli pan że to krew? - spytał zaniepokojony pracownik uczelni
- Oddamy go do analizy i zobaczymy. Do kogo należy ta szafka?
- Z tego co pamiętam do Mateusza Waldkowskiego... 207... tak, to jego.
- Gdzie on ma teraz zajęcia?
- Chwileczkę, sprawdzę w grafiku – woźny zbiegł po schodach na niższe piętro, do sekretariatu. Maciek cierpliwie na niego zaczekał.
- Zaprowadzę pana – oznajmił, kiedy wrócił na górę. Policjant bez pukania wszedł do sali, w której odbywały się zajęcia z anatomii człowieka. Od razu podszedł do wykładowcy i szepnął mu coś na ucho.
- Waldkowski! Zbieraj się – zawołał do jednego ze studentów
- A o co chodzi?
- Wyjaśnię ci na zewnątrz – Maciek chytrze się uśmiechnął. Poczekał aż wyjdą z wyjdą z uczelni.
- Powie pan w końcu?
- Policja – złapał go za rękę, zanim zdążył ruszyć do ucieczki. - Musimy parę spraw sobie wyjaśnić, pojedziemy na komendę. Mam cię skuć czy dobrowolnie jedziesz?
- Dobrowolnie – bąknął niezadowolony.

         Zatrzymanego od razu zaprowadzono do pokoju przesłuchań. Maciek przez chwilę się wahał, czy nie zapytać Seby, czy nie chciałby uczestniczyć w przesłuchaniu, lecz stwierdził że zapewne woli przeznaczyć ten czas na towarzystwo Sylwii. Komisarz zdecydowanym krokiem wszedł do środka. Na stół rzucił torbę foliową, w której znajdował się znaleziony przez niego nóż.
- Znaleźliśmy to w twojej szafce. Co masz do powiedzenia?
- Mój wuj jest komendantem wojewódzkim – oznajmił dumnie z uśmiechem na twarzy
- A mój jest prezydentem – odparł z powagą
- Ja mówię poważnie
- Ja również
- To chyba jakiejś podrzędnej wsi, której na mapie nie widać
- Widać, to tylko to, żeś w szkole się nie uczył, bo we wsi to rządzi sołtys – wstał z krzesła, starając się zapanować nad nerwami. Może jednak lepiej było wziąć kogoś do pomocy? A raczej do powstrzymywania, bo miał wielką ochotę uderzyć przesłuchiwanego. Chyba właśnie taką taktykę obrał, żeby go sprowokować.
- Oddamy ten nóż do analizy. Jeśli to krew, nie wywiniesz się z tego. Nawet twój wujek komendant ci nie pomoże.
- Zobaczymy – uśmiechnął się szyderczo. Maciek uznał, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Bez słowa wyszedł z pokoju przesłuchań i natychmiast zwrócił się do Tomka. Postanowił wypuścić zatrzymanego, lecz z obserwacją, tzw. „ogonem”. Tymczasem asystent oznajmił mu, że w biurze czeka na niego jakaś kobieta. Przez myśl mu przeszło, że mogłaby to być Marta, gdyby nie to, że Tomek powiedział o niej „jakaś kobieta”.
- Aleksandra Waldkowska – wstała z krzesła – Może pan nie skojarzyć, bo wyszłam za mąż, ale moim bratem jest przełożony pana przełożonego, znaczy się komendant wojewódzki
- Przełożony przełożonego. Brzmi równie dobrze jak pierwsza żona znajomego szwagra brata mojego znajomego – zakpił w myślach – Pani syn raczył mnie poinformować kim jest jego wuj – odparł niewzruszony
- Zamiast przestępców łapać to porządnych ludzi zatrzymujecie! A jak nie to się pieprzą w godzinach pracy! - wskazała na Sebastiana, mając na myśli artykuł z gazety sprzed kilku dni
- Proszę się uspokoić – powiedział stanowczo – Jeżeli pani syn został zatrzymany, to były ku temu podstawy
- Pożałuje pan tego. Może pan już pożegnać się z pracą
- Nie pani mnie zatrudniała i nie pani będzie mnie zwalniać! - krzyknął poirytowany. Kobieta zadarła nosa do góry i wyszła z biura. Maciek bez słowa opadł na krzesło. Miał już serdecznie dość tej sprawy, ale coś mu podpowiadało, że jest blisko rozwiązania.
--------
Droga Alutko, ja zwykle używałem cyfr do przedstawiania godziny. Czasem zdarzało się, że pisałem słowie, ale częściej chyba cyframi.
Następna część opowiadania ukaże się jutro.

środa, 22 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 15


- Dzień dobry – przywitał ich Sebastian
- Panie, jaki dobry! Nasza córka zaginęła! Błagam, zróbcie coś! Znajdźcie ją! - mówiła zrozpaczona matka
- Proszę się uspokoić. Kiedy ostatni raz pani ją widziała?
- Około 20:00 przedwczoraj. Poszła do koleżanki na Spacerową.
- Myśleliśmy że została u niej na noc, dlatego byliśmy całkiem spokojni. Dopiero wieczorem, jak wróciliśmy z pracy a jej nadal nie było, zaczęliśmy się niepokoić. Ale zaraz pomyślałem, że przecież mogła gdzieś wyjść zanim przyjechaliśmy. Ale dzisiaj rano gospodyni nam powiedziała, że wcale jej nie było w domu – wyjaśnił mężczyzna. Maciek pokiwał głową i zapisał coś w notesie.
- Może to jakieś porwanie dla okupu. Jesteśmy dość zamożnymi ludźmi.
- To by było nawet możliwe – mruknął mąż kobiety
- Macie państwo przy sobie zdjęcie córki?
- Oczywiście – sięgnęła do torebki po fotografię córki. Podała ją komisarzowi. - Proszę bardzo
- Z budowy ciała nawet podobna – szepnął Sebastianowi na ucho. Nie mieli stu procent pewności, że to ona. Nie było innego wyjścia, musieli poprosić parę o identyfikację zwłok.
- Proszę nam wskazać na mapie, którędy córka szła do tej koleżanki – poprosił Sebastian. Cała czwórka podeszła do zawieszonej na ścianie mapy. Kobieta dokładnie przejechała palcem po trasie. Trafiło się na niej kilka wąskich, mało uczęszczanych uliczek. Być może na jednej z nich została uprowadzona.
- W Parku Nadwiślańskim znaleźliśmy ciało młodej dziewczyny – zaczął Maciek – Nie miała przy sobie żadnych dokumentów, ani nic. Twarz miała pociętą, dlatego nie jesteśmy w stanie rozpoznać jej ze zdjęcia, lecz... podejrzewamy że to państwa córka – spuścił głowę. Zawsze ciężko było mu ogłaszać złe wieści. Kobieta zaniosła się płaczem, jej mąż natychmiast wziął ją w ramiona. Dla nich obojga był to szok.
- Przykro nam – dodał Sebastian. Nie wiedzieli, co więcej mogliby powiedzieć. Bezsensowne zapewnienia, że złapią sprawcę? Co one będą warte, jeśli oni sami nie wiedzą czy im się uda? W międzyczasie do biura zakradł się Tomek. Poprosił Maćka do siebie.
- Mamy już raport sekcji zwłok pierwszej ofiary – podał mu kartkę papieru. Komisarz bez słowa wziął się za czytanie.
- Została zgwałcona przed śmiercią. Brak śladów biologicznych sprawcy... musiał używać prezerwatywy. Cholera, no! - uderzył pięścią w ścianę
- Albo chciał mieć pewność, że nie zarazi się wirusem HIV, bo przecież nie wiadomo czy uprowadzona przez niego dziewczyna jest zdrowa, albo nie chciał żeby zaszła w ciążę – Tomek podzielił się swoimi przemyśleniami
- Ciążę? Aleś wymyślił. Co mu zależy, jak i tak zaraz po tym ją zabił.
- No tak... albo był świadomy, że nie może zostawić po sobie żadnych śladów. To nawet realne, bo na miejscu zbrodni też nic nie zostawił. Żadnych wskazówek dla nas.
- No chyba głupi by był jakby specjalnie nam coś zostawił! - wziął głęboki oddech, co pozwoliło mu się uspokoić. Ledwie przeczytał kolejne zdanie, Tomek znów się odezwał.
- A może to wcale nie on ją zgwałcił? Może to zupełnie kto inny, a ten ją potem znalazł i zabił?
- No wreszcie coś mądrze powiedziałeś – Maciek odetchnął z ulgą. Zaczynał mieć już wątpliwości, czy Tomek nadaje się do tej roboty. - Zobaczymy czy druga ofiara też była zgwałcona. Wtedy możemy wyrokować.
- Ładna dupa, to i nic dziwnego że się skusił – mruknął pod nosem asystent. Tym razem Maciek go zignorował.
- Świeżo obcięte paznokcie? Czyste dłonie, prawdopodobnie myte, jeszcze czuć zapach mydła? Szlag by to trafił! - rzucił papier na biurko. Wtedy w biurze pojawiła się Sylwia. Uśmiech zagościł na jej twarzy, gdy dostrzegła podenerwowanego komisarza. Ktoś skutecznie wykonał za nią robotę (denerwowanie Maćka).
- Widzę że ktoś tu nie w humorze – zaśmiała się szyderczo
- Morda w kubeł! Mamy nie dość że seryjniaka to profesjonalistę do złapania!
- Ej, o co chodzi z tymi paznokciami? - wtrącił się Tomek
- Kurwa, zacznij wreszcie myśleć! Jedna kawa nie wystarczy? To może zamiast ją wypić powinieneś wylać sobie na łeb?! - Tomek ucichł. W pomieszczeniu słychać było tylko cichy śmiech Sylwii.
- A ty z czego do cholery rżysz jak końska dupa do bata? Nie rozumiesz powagi sytuacji? - dopiero w ciszy zdołał odzyskać panowanie nad nerwami. - Wygląda na to, że sprawca musiał walczyć z dziewczyną. Ona być może go gdzieś zadrapała, to on po zabiciu jej obciął paznokcie i umył jej ręce aby pozbyć się swojego naskórka. Teraz to jest jasne? - oboje pokiwali głową. Maciek wrócił do biura, aby przekazać nowe informacje Sebastianowi. Małżeństwo już sobie poszło, więc był sam.
- Po południu będziemy wiedzieli czy to ona
- Biedna dziewczyna. Została zgwałcona przed śmiercią. Być może miała pod paznokciami naskórek sprawcy, ale on już doskonale o to zadbał, abyśmy nie mogli go zabezpieczyć. Obciął jej paznokcie i dokładnie umył ręce – dodał, widząc pytające spojrzenie Sebastiana – Od początku Adamowi dziwnie to wyglądało, bo ramiona i łokcie miała brudne.
- Cholera – zaklął, ukrywając twarz w dłoniach. Mieli do czynienia z naprawdę trudnym przeciwnikiem. Jeśli popełni jakiś błąd, będą musieli go maksymalnie wykorzystać. Dopóki będzie działał tak jak teraz, profesjonalnie i precyzyjnie, nie mają żadnych szans.

- Raport z sekcji zwłok waszej drugiej ofiary – oznajmiła Sylwia na wstępie – Proszę Sebuś – położyła go na biurku i wyszła zgrabnie kręcąc tyłeczkiem.
- Sebuś – zaśmiał się Maciek, obracając długopis w rękach – To widzę, że wczorajsza randka się udała
- Nawet bardzo. Ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie to wezwanie – mruknął, sięgając po papier
- Nie mów, że poszedłbyś z nią do łóżka na pierwszej randce
- A dlaczego nie? - chciał już mu wypomnieć, że sam tak robił, lecz na szczęście w porę ugryzł się w język. Kłótnie nikomu teraz nie były potrzebne. - Skoro ja tego chciałem i ona też, to nie widzę w tym nic złego.
- No tak, racja.
- Dzisiaj też się spotkamy. Wolałbym, żeby ten psychol, co go szukamy, dzisiaj zrobił sobie wolne.
- A ja to w ogóle wolałbym, żeby zakończył swą działalność, przyszedł tu na komendę, wystawił ręce do kajdanek i przyznał się do wszystkiego – westchnął rozmarzony
- Tak dobrze to nie ma. Ale że będę mógł wreszcie przespać się z Sylwią, to jest możliwe – powiedział z entuzjazmem.
- Uważaj na nią, nie angażuj się za bardzo
- Spokojnie. Zawarliśmy układ, że spotykamy się tylko dla seksu, sama przyjemność cielesna. Żadnych uczuć.
- Układ... Układy z takimi jak ona gówno warte są – machnął ręką – Ale jak mówisz że zero uczuć, to raczej nie będzie miała jak cię zranić.
- I o to mi właśnie chodziło – puścił oczko do kolegi. Zagłębił się w treści raportu przygotowanego przez Adama. Zdawało mu się, że nic ciekawego w nim nie znajdzie, lecz w samej końcówce wypatrzył jedną z upragnionych informacji.
- Tak jest! Wreszcie coś mamy!
- Co?! - Maciek zerwał się z miejsca i natychmiast znalazł się obok fotela kolegi. Sebastian wskazał mu zdanie, z którego wynikało, że na zębach ofiary zabezpieczono naskórek sprawcy.
- Być może w obronie przed nim ugryzła go w rękę... albo w inne miejsce
- No tak... ale nie wiadomo czy mamy go w bazie. Coś mi się zdaje, że nie...
- Ale jak go złapiemy, to mamy jak udowodnić mu winę!
- Żeby go złapać, to trzeba wiedzieć gdzie i kiedy, albo kogo złapać... - mruknął zawiedziony. Informacja niewątpliwie pozytywna, ale nie tego oczekiwał. Póki nie złapią sprawcy, zabezpieczony materiał genetyczny może być bezużyteczny.

         Wychodząc z komendy w godzinach wieczornych, natknął się na tłum dziennikarzy na ulicy. Oblegali oni komendę, domagając się jakichkolwiek informacji niczym wygłodniałe psy oczekujące wyjścia swego pana i otrzymania pokarmu. Maciek szybko wpadł na pomysł, jak przestraszyć żurnalistów.
- Panie komisarzu, a może pan coś powie? - zaczepił go jeden z nich, z mikrofonem w ręku. Drugi skierował kamerę na niego. Rzucił okiem na bok, w niewielkiej odległości od niego Aśka próbowała przejść do samochodu, jednak bezskutecznie, gdyż przejście blokowali jej inni dziennikarze.
- Pańscy koledzy po fachu zamiast wystawać przed komendą, powinni spędzić w szkole, ucząc się dobrych manier. Żeby ciężarną kobietę tak męczyć? Wstyd! Zero kultury, zero szacunku, wszyscy tacy sami! - dał się ponieść emocjom. No nic, trzeba było jak najszybciej wcielić swój plan w życie.
- Ale ja chciałem, aby pan wypowiedział się na temat śledztwa. Dwa morderstwa, a wy nadal nic nie macie. Ile trupów będziecie jeszcze potrzebowali?
- Wszystkich dziennikarzy zgromadzonych tutaj – rzucił ironicznie – To na żywo leci? - prezenter kiwnął twierdząco głową.
- Tak, przypominam że z nami jest komisarz... jak pan się nazywa?
- To chyba nie jest istotna informacja, nie robię kariery w mediach jak wy. Na temat śledztwa nie mogę nic powiedzieć, ale za to mogę zrobić co innego – uśmiechnął się tajemniczo
- A co takiego? - komisarz wyciągnął kajdanki i zabrał dziennikarzowi mikrofon. Nim tamten się zorientował, był już skuty i prowadzony w stronę wejścia na komendę.
- Jest pan aresztowany za utrudnianie śledztwa. Ja tu muszę pilnie do laboratorium jechać, a on mi tu będzie... - pokręcił głową. Musiał blefować. Inaczej plan by się nie powiódł. Tym bardziej, że wszystko nadal było kamerowane i transmitowane na żywo w telewizji.
- Panie, co pan! Ludzie, ratunku! - uwaga wszystkich dziennikarzy skupiła się na Maćku i prowadzonym przez niego mężczyźnie.
- Drodzy państwo, rozejść się proszę albo podzielicie los kolegi! - z uśmiechem na ustach obserwował, jak tłum rozbiega się na wszystkie strony. Wyciągnął kluczyki i rozkuł dziennikarza.
- Leć, póki mam dobry humor – klepnął go w plecy. Asia z niedowierzaniem pokręciła głową. Maciek podszedł do koleżanki i otworzył przed nią drzwi jej samochodu.
- Dzięki. Już myślałam że nigdy stamtąd nie wyjdę. Już nawet słabo mi się robiło – usiadła za kierownicą, obdarzając policjanta olśniewającym uśmiechem.
- No, jeszcze nam tu dziennikarzy brakowało. Myślisz że stary ogląda telewizję?
- Niestety, ale chyba tak
- Może jakoś przeżyję jutro awanturę. Cześć – podniósł dłoń i odszedł w kierunku swojego samochodu.
- Cześć – zawołała za nim i odpaliła silnik swojego renault.
--------
Następna część jutro.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Tak zwane życie cz. 14


- Cześć Adam – przywitał się z lekarzem sądowym. Dopiero kiedy podszedł blisko, zauważył że Sebastian także jest na miejscu zbrodni. Dlaczego akurat ich wezwano w nocy do morderstwa? Przecież już mieli sprawę, zabójstwo dokonane dzień wcześniej. Odpowiedź była tylko jedna...
- To może mieć związek z naszą sprawą. Prawdopodobnie to ten sam sprawca, z tym że tu już mamy dokumenty – wyjaśnił Sebastian, widząc pytające spojrzenie kolegi.
- Podobnie jak wcześniej, nie zginęła tutaj. Ciało zostało podrzucone
- Cholera! Gdybyśmy chociaż wiedzieli gdzie grasuje... a tu nic! - denerwował się Maciek
- Pójdę pogadać z technikami – oznajmił Sebastian. Odwrócił się na pięcie i pomaszerował kilka kroków w przód.
- Dużo podobieństw. Twarz zmasakrowana, także zginęła poprzez utratę dużej ilości krwi.
- To może być jakiś psychol. Łapie je, przetrzymuje gdzieś, rani nożem albo innym ostrym narzędziem i patrzy z przyjemnością na cierpienie dziewczyny – metodą dedukcji próbował odgadnąć sposób działania mordercy. Adam skinął lekko głową, pakując swoją torbę.
- Więcej po sekcji. Nic tu po mnie, wracam do domu. Cześć.
- Cześć – mruknął spoglądając w stronę leżących zwłok. Biedna dziewczyna. Co ona była komu winna, że zginęła? Pewnie nic. Wyglądało na to, że obie ofiary były przypadkowe. Sprawca nie mierzył w konkretne osoby, potrzebował tylko młodej dziewczyny. Najpierw złapał i zabił tamtą, potem tą.
- Ciekawe czy ciął jej twarz na żywca czy już po śmierci – zagadnął Sebastian, wróciwszy od techników. Maciek aż podskoczył. Pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć: „Oj Seba, Seba”.
- Cholera go tam wie. Tak czy siak, normalne to nie jest.
- No nie.
- Czego się dowiedziałeś?
- Właściwie to niczego. Oprócz dowodu osobistego i telefonu nic nie miała. Prawdopodobnie sprawca nie przeszukał jej kieszeni, tylko po prostu zabił ją i podrzucił ciało. Jeśli miała jakąś torebkę, to prawdopodobnie ją porzucił albo gdzieś zabrał ze sobą.
- Żadnych śladów? - spytał z niedowierzaniem
- Żadnych
- A świadkowie? - tym razem w jego głosie pojawiła się nadzieja. Sebastian pokręcił głową. Maciek próbował policzyć do 10, aby się uspokoić. Nie zadziałało.
- Kurwa, jest 21:45! Kiedy nasza ekipa tu przyjechała? Pół godziny wcześniej? On nie mógł tu być zbyt późno, przecież musiał mieć jeszcze czas na zatarcie śladów! Nie wierzę że nikt nic nie widział!
- Pogadaj z tym gościem co znalazł ciało, ja jadę do rodziców zamordowanej – pospiesznie odszedł, nie przyjmując żadnej odmowy. Komisarz poczekał aż odzyska panowanie nad nerwami i dopiero wtedy poszedł porozmawiać. Mundurowy wskazał mu lekko siwawego, szpakowatego mężczyznę, siedzącego na ławce. Miał na oko tak z 50 lat. Maciek usiadł obok niego.
- Komisarz Maciej Krubiński, wydział śledczy – pokazał mu odznakę – Pan znalazł ciało?
- No ja. Szedłem z psem, spuściłem go ze smyczy. Poleciał w krzaki i tam usiadł. Ja go wołam, a on nic, siedzi tam i szczeka. No to ja podchodzę, a tam ta dziewczyna leży.
- Nikogo pan w okolicy nie widział?
- Nie no, kilku ludzi jeszcze przechodziło. Ale nikt podejrzany się nie kręcił, nic jakoś szczególnie nie zwróciło mojej uwagi – pokręcił przecząco głową. Maciek zacisnął zęby. Wyglądało na to, że mieli do czynienia z profesjonalistą.
- Około której godziny znalazł pan ciało?
- Hmm... z domu wyszedłem o 20:39, szedłem jakieś... 10 minut, więc było około za dziesięć dziewiąta
- Dziękuję, jakby pan sobie coś przypomniał to proszę do nas dzwonić – podał mu wizytówkę – Paweł! Spisz pana zeznania – zwrócił się do jednego z mundurowych. Ten w odpowiedzi skinął głową i od razu zabrał się do wykonania polecenia.
- Wydaje mi się, że... - szepnął Maćkowi na ucho Tomek
- Nie mów tego na głos – skarcił go, podnosząc zaciśniętą pięść – Lepiej żeby tak nie było. Cholerny psychol!
- Ale musimy liczyć się z tym, że może być jeszcze wiele ofiar, nim go złapiemy.
- Dlatego musimy dać z siebie wszystko. Na razie trzeba znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. Chodź, pokręcimy się po okolicy, może coś ciekawego zobaczymy.

         Kiedy wrócił do domu, zegar wskazywał dokładnie 23:11. Zawiesił bluzę na wieszaku, podszedł do lustra i otarł czoło.
- Marta? - zawołał niepewnie, spoglądając w stronę kuchni. Tam jej jednak nie było, sprawdził to. Wróciła do domu? Przecież ją prosił. Poszedł do salonu, wściekając się na nią. Dopiero gdy stanął przy oknie, zauważył że brunetka śpi w fotelu. Na ten widok jego serce zmiękło. A więc czekała na niego, tak jak chciał, ale była już tak zmęczona, że zasnęła. Wziął ją na ręce i zaniósł do swojej sypialni. Położył ją na łóżku, przykrył kocem i wyszedł. Swe kroki skierował do kuchni. Zajrzał do lodówki, lecz gdy nie zobaczył niczego, na co miałby ochotę, stwierdził że nie jest aż tak bardzo głodny i zje dopiero rano. Przebrał się w dresy (nie przepadał za piżamą, a w czymś spać musiał) i położył na kanapie. Zasnął, lecz nie na długo. Minęła mniej więcej godzina. Od tamtej pory już nie spał. Włączył sobie radio, aby nie umrzeć z nudów. A może muzyka pomoże mu znów zasnąć?
Około drugiej Marta zerwała się gwałtownie do pozycji siedzącej. Spanikowana rozejrzała się dookoła. Wiedziała tylko jedno: nie jest u siebie. Wystrzeliła jak z procy i wybiegła z pomieszczenia. Nie zastanawiała się gdzie nogi ją niosą. Byle tylko poczuć się bezpiecznie. Stanęła jak wryta u progu salonu. Widziała podstać siedzącą na kanapie, słyszała ciche dźwięki dobrze znanej jej piosenki Guns n'Roses. Normalnie zaczęłaby śpiewać, ale nie w tych okolicznościach. Nie zdawała sobie sprawy, jak długo tak stała. Pewnie trwałoby to dłużej, gdyby mężczyzna jej nie zauważył. Wstał, na co ona podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję.
- Maciek! - odetchnęła z ulgą, kiedy znalazła się w jego ramionach. Znów poczuła się bezpiecznie. - Jak dobrze, że jesteś – wyszeptała
- Co się stało? - zapytał, nie wypuszczając jej z objęć
- Miałam koszmarny sen. Zabili cię i polowali na mnie. Pełno krwi, ciemne ulice, uciekam przed nimi, trafiona w ramię, tracę siły... Przez chwilę myślałam że to się stało naprawdę.
- Już dobrze, jestem przy tobie – delikatnie głaskał ją po głowie. Trwało to przez chwilę. Maciek czuł, że jego serce biło mocniej. Nie było co się oszukiwać. Zakochał się! Pierwszy raz od dawien dawna naprawdę kochał kobietę, naprawdę mu na niej zależało.
- Maciek? - odezwała się delikatnym głosikiem
- Tak?
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Dawaj – uśmiechnął się lekko. Trochę wstydziła się go o to prosić, gdyż nie chciała okazywać strachu. Ale ufała mu, dlatego przełamała się i powiedziała.
- Śpij ze mną – nieśmiało spojrzała mu w twarz. Malowało się na niej głównie zdumienie. Czegoś takiego się chyba nie spodziewał.
- No... skoro chcesz – odparł niepewnie
- Bardzo chcę. Przy tobie... czuję się bezpieczna – wyznała. Na jej policzkach wystąpiły rumieńce. Maciek pokiwał głową.
- Chodźmy – zaprowadził ją do sypialni. Położył się na skraju łóżka, aby zostawić jej jak najwięcej miejsca. Ku jego zaskoczeniu, przykryła go tym samym kocem, pod którym ona sama leżała.
- No co ty, boisz się mnie? Chodź bliżej – położyła głowę na poduszkę i obserwowała jak komisarz kładzie się tuż obok.
- Nie wiedziałem czy sobie tego życzysz – usprawiedliwił się. Na to ona się zaśmiała. Zupełnie nie wyglądało, jakby jeszcze przed kilkoma minutami czegoś się bała. Maciek nie mógł uwierzyć, że jego towarzystwo tak dobrze na nią wpłynęło.
- Przecież sama cię tu zaprosiłam! Zresztą, to twoje łóżko i jeśli ktoś powinien się stąd wynosić, to właśnie ja
- Nie przeszkadzasz mi. Możesz tu spać ile chcesz.
- Codziennie? - postanowiła się z nim trochę podroczyć
- 24 godziny przez 7 dni w tygodniu – uśmiechnął się uwodzicielsko
- Dziękuję uprzejmie
- Proszę bardzo
- Panie Maćku
- Panno Marto – oboje wybuchnęli śmiechem. Maciek stwierdził, że zwariował. Kto normalny o drugiej w nocy leży pod jednym kocem ze swoją przyjaciółką w łóżku, rozmawia nie wiadomo o czym i śmieje się w niebogłosy?
- Dobra, musimy trochę przyhamować. No co? Cisza nocna jest – dodał widząc jej niezadowoloną minę. Udała obrażoną, więc odwróciła się do niego plecami.
- A taka fajna imprezka się zaczynała – rzuciła półżartem. Poczuła, że mężczyzna powoli się do niej przysuwa.
- Tak, tak, tak! Przytul się do mnie! Nooo! Na co jeszcze czekasz?! - myślała sobie. Coraz bardziej się niecierpliwiła. W tej chwili żałowała, że mężczyźni nie umieją czytać w myślach kobiet. Na szczęście w innych momentach to było bardzo przydatne.
- Marta? - pogłaskał ją po policzku. Jej ciałem wzdrygnął przyjemny dreszcz. Nie miała siły się dalej opierać. Dała za wygraną. Odwróciła się w jego stronę.
- Obejmij mnie – wyszeptała. Bez słowa spełnił jej prośbę. Położyła głowę na jego ramieniu i zamknęła oczy. Czuła, że jest we właściwym miejscu. Że wreszcie odnalazła się w życiu. Wiedziała już czego chce. Ale w tej chwili nie miała na tyle odwagi, aby o tym powiedzieć. Będzie musiało minąć kilka dni, tygodni, aż zdecyduje się wyznać mu co do niego czuje. W kilka chwil zasnęła. Nie ma mowy, żeby cokolwiek złego się jej teraz przyśniło.
Rano zjedli wspólnie śniadanie, wypili kawę, po czym odwiózł ją do domu. Stamtąd pojechał od razu na komendę. Spóźnił się niecałe 20 minut.
- Masz szczęście, stary wziął dzisiaj wolne. A co ciekawe, Anka też – dodał, ściszając głos
- Dobra, nie chce mi się bawić w teorie spiskowe. Nadal uważam że oni mają romans i wiem że to tylko poszlaka, ale kolejna z wielu potwierdzających moją tezę.
- No tak...
- Koniec tematu – zaznaczył, nim Sebastian zdążył cokolwiek powiedzieć – Dowiedziałeś się czegoś od rodziców ofiary?
- Nic, co by nas do czegoś prowadziło. Nie miała żadnych wrogów, bardzo uczynna, zdolna, studiowała prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wiesz jak to jest, rodzice zwykle patrzą na swoje dzieci przez różowe okulary. No i nie wszystko mówi się rodzicom.
- Racja – przytaknął Maciek. Zrozumiał, co jego kolega chciał przez to powiedzieć. Trzeba przesłuchać jej znajomych z uczelni
- Pojedziemy tam po południu, dzisiaj zaczęłaby zajęcia o 11:45.
- Do pierwszej ofiary nadal nic nie mamy? - Sebastian pokręcił przecząco głową – Cholera...
- Chyba jednak mamy – wtrącił się Tomek, który usłyszał końcówkę rozmowy – Przyszło małżeństwo, chcą zgłosić zaginięcie córki. Czas zaginięcia i niektóre szczegóły pasują do waszej niezidentyfikowanej ofiary
- Dawaj tu ich – asystent skinął głową i zostawił komisarzy samych. Sebastian spojrzał na przyjaciela z nadzieją, że wreszcie uda im się ruszyć z miejsca. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale na pewno myślał tak samo.
--------
Następna część ukaże się jutro.