czwartek, 30 stycznia 2014

Nowy rozdział cz. 3

          Tematem numer jeden w klasie stał się występ Maćka na matematyce. Nie do końca taki efekt przewidział, lecz zgodnie z jego planem, wszyscy myśleli że nie radzi sobie z tym przedmiotem. Zanim prawda wyjdzie na jaw, on zdąży poznać klasę na tyle, by wiedzieć komu warto pomóc, a kogo należy sobie odpuścić.
Spędził sporo czasu na rozwiązywaniu kolejnych równań, lecz kiedy skończył ostatnie, przeciągnął się i rzucił na łóżko. Był zadowolony z wykonanej pracy. Z drugiej strony pomyślał sobie, że matematyczka nie uwierzy, że zrobił to sam.
- A kij z nią, niech sobie nie wierzy – pomyślał
Nie było dane mu nacieszyć się odpoczynkiem, ponieważ usłyszał pukanie do drzwi, a zaraz po tym w pokoju pojawiła się Katia.
- Nie mogłeś się powstrzymać? - wyglądała na niezadowoloną
- No tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem... Kuba ci powiedział, tak? Posłuchaj... ja nie zamierzam się nikomu podporządkowywać. Będę chciał to posłucham, nie to nie.
- Lepiej dla ciebie byłoby, żebyś porzucił te buntownicze zapędy.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i zmrużył oczy. Najwidoczniej nie był zainteresowany radą młodszej kuzynki. Ta w końcu zdenerwowała się, machnęła ręką i wyszła z pokoju, zostawiając przymknięte drzwi. Z okazji skorzystał Azor i już po chwili stał przy łóżku, trącając Maćka pyskiem i zachęcając go do zabawy.
- No, chociaż ty jeden nie będziesz prawił mi morałów – znienacka zabrał mu piłkę i nakazał usiąść. Uwielbiał droczyć się z psem. Niekiedy trzeba było ich uspokajać, bo gotów byli zdemolować cały dom w imię dobrej zabawy. Szczególnie, kiedy przyłączał się do nich Paweł.

          Następny dzień uczniowie klasy drugiej c zaczynali od lekcji matematyki. Większość klasy zakładała się kto będzie górą w kolejnym starciu – Maciek czy nauczycielka? Dawid Czepialski i jego koledzy – Filip Miedziański, Kamil Kwarc, Bartek Zerkaczewski i Krzysztof Walipięta zagrali na pieniądze. Niemal codziennie obstawiali w zakładach bukmacherskich, więc dla nich to był „chleb powszedni”.
- Maciuś! - zawołał Dawid – Tylko się nie daj, ja i Miedziawka postawiliśmy na ciebie po dyszce.
On tylko pokręcił głową i poszedł dalej. Minął braci Redziałów, Rafała i Radosława oraz stojącego z nimi Alberta Kuwerę, którym rzucił krótkie „cześć”. Odpowiedzieli mu, po czym wrócili do swoich tematów. Sebastian mówił mu wczoraj o wyraźnym podziale na podgrupy, zaznaczającym się w klasie. Czepialski i jego koledzy, Marta i jej świta – określeni zostali mianem najczarniejszych charakterów. Kolejne dwie grupy to czwórka dziewczyn, Sylwia, Edyta, Ania i Aneta – zamknięte towarzystwo, do którego ciężko było się przebić, bracia Redziałowie i ich kumpel z sąsiedztwa, Albert. Ostatnie dwie, choć mogłyby być określane mianem jednej, bowiem często się łączyły, utworzyły się tak jakby „z przymusu”. Należeli do nich wszyscy ci, którzy nie zakwalifikowali się do żadnej z pozostałych grup. Aśka i Paulina, które Maciek poznał jeszcze przed pierwszą wczorajszą lekcją oraz Sebastian, Kuba i Tomek. To właśnie do nich mimowolnie dołączył brunet.
Już wcześniej zauważył że obok chłopaków stoi też Katia. Przyspieszył kroku, bowiem dziewczyna wyglądała na zmartwioną. Wszyscy trzej mieli zdziwione miny, jakby nie rozumieli co do nich mówiła. W końcu Maciek znalazł się na tyle blisko, by usłyszeć co mówi kuzynka.
- Ten typ na zbyt wiele sobie pozwala, coś z tym trzeba w końcu zrobić! Kuba, on mnie uszczypnął w tyłek, słyszysz?
- Kto cię uszczypnął w tyłek? - wtrącił Maciek, którego dopiero teraz zauważyli – Tak w ogóle to cześć wszystkim.
- A taki jeden, Robert. Pół szkoły terroryzuje. Wyłudza fajki od młodszych, zastrasza, np. jak on jest w kiblu to nikt inny oprócz jego kolegów nie ma prawa tam być, a jak mu się jakaś dziewczyna spodoba to...
- Ty mu się spodobałaś – natychmiast się domyślił – No i co, nikt z tym nie zrobi porządku? Kuba, do cholery, to twoja dziewczyna! - mówił, wskazując na Katię – Zostawisz to tak? Zostawisz?
- Ale co mam zrobić?
- Postawić mu się? - zaproponował, co spotkało się z dezaprobatą Kuby
- Maciek, kurczę, ty chyba nie wiesz co mówisz!
- A ty chyba świata nie widziałeś! Przemoc jest oznaką słabości, w kupie siła, mówi ci to coś? Ta sprawa jest do załatwienia, tylko trzeba... myśleć.
Trójka chłopaków wymieniła między sobą spojrzenia. Katia poprosiła jeszcze kuzyna, by ten trochę odpuścił, ale on nie miał najmniejszego zamiaru. Chciał postawić się temu całemu Robertowi, choćby miał zostać pobity, poturbowany. Zwykle unikał bójek, ale wątpił żeby tym razem udało się załatwić tę sprawę inaczej.
- Dobra, no to ty myśl... a my pomożemy ci działać, co nie chłopaki?
- No jasne – dodał ochoczo Tomek
- Na mnie można liczyć – potwierdził Sebastian
- Także Katia, nic się nie bój, wkrótce będziesz miała spokój. Choćbym miał wszystkie zęby stracić.
- Tej, tej, nie popisuj się tak – zażartował Tomek
- A przed kim mam się popisywać? Przecież to moja kuzynka.
Kilka minut później matematyczka przeglądała rozwiązane przez niego równania. Była pod wrażeniem, ponieważ wstępnie nie dostrzegła żadnego błędu. Co jakiś czas powtarzała pod nosem „niesamowite”, co po pewnym czasie wywoływało coraz szersze uśmiechy na twarzach uczniów.
- No dobrze, to teraz chwila prawdy... - odezwała się w końcu na głos – Kto ci pomagał?
- Hmm... Dziadek – odparł po chwili namysłu
- To ja chętnie porozmawiam sobie z twoim dziadkiem.
- To niemożliwe, dziadek nie żyje od siedmiu lat
Nauczycielka zlustrowała go wzrokiem.
- Czy ciebie to bawi? Gdzie ty jesteś, w podstawówce czy w liceum?!
- Ależ skąd. Po prostu uważam że to dzięki dziadkowi tak dobrze mi poszło z tym zadaniem.
- Że niby co? Nagłe oświecenie z nieba? - odparła drwiącym tonem – A teraz też cię oświeci czy nie?
- Teraz nie, ale na sprawdzian owszem.
Deklaracja ta zabrzmiała niepoważnie nie tylko dla nauczycielki, lecz także dla uczniów. Nikt nie wziął pod uwagę możliwości, że na poprzedniej lekcji się zgrywał. Wszyscy uważali, że albo jest wariatem i skazuje sam siebie na porażkę, albo ma asa w rękawie. Po jego zachowaniu na tych dwóch lekcjach matematyki trudno było ocenić, do której opcji mu bliżej.
Po dzwonku i krótkiej przerwie przyszedł czas na lekcję fizyki. Maciek omal nie zasnął, słuchając opowieści nauczyciela o założeniach fizyki relatywistycznej. Kolejne dwie lekcje to wf. Choć brunet nie był najlepszy w tej dziedzinie, dotychczas chętnie uczęszczał na zajęcia. Nie wiedział tylko jak będzie tym razem.
- Nie możesz się poddać, nie ważne jak cię przyjmą – powtarzał sobie
Po niedługiej rozgrzewce chłopacy podzielili się na dwie drużyny, a dziewczyny udały się do sali obok na aerobik.
- No, w końcu będzie nas po równo – ucieszył się Czepialski. Dawid i jego koledzy jak zwykle stanowili jedną drużynę, z tym że dobrali sobie Kubę. Pozostali chłopacy, czyli bracia Redziałowie, Albert, Sebastian, Tomek i Maciek. Ten ostatni dobrowolnie zgodził się być bramkarzem – na tej pozycji czuł się najpewniej, kiedy grali w piłkę nożną w jego poprzedniej szkole.
Początek był dla niego fatalny. Nie obronił żadnej piłki, wpuszczał nawet te, które wydawały się wręcz banalne do wybronienia. Albo to rywale byli bardziej wymagający, albo przez ostatnie dwa tygodnie zaliczył regres formy.
- Mówiłem że jestem słaby – powtórzył po skończonych dwugodzinnych zajęciach do Tomka.
- Rozegrasz kilka meczy i się przyzwyczaisz. Zresztą, drużyna Czepialskiego prawie zawsze wygrywa...
- Ale żeśmy was pięknie spakowali! - Dawid nie krył radości – Dzięki panowie za grę.
Podchodził do każdego z przeciwnej drużyny i podawał rękę. Maciek mimowolnie odwzajemnił uścisk. Choć nie znał go jeszcze zbyt dobrze, ten nie zyskał jego sympatii. Miał go za cwaniaczka, który myśli, że wszystko mu się należy. Dokładnie tak samo po tych dwóch dniach większość klasy postrzegała Maćka. Chłopak uznał, że pora na zmianę taktyki. Stało się to szybciej niż przewidywał. Teraz, kiedy zniechęcił ludzi do siebie, będzie miał spokój. Wystarczyła mu tylko drobna garstka przyjaciół, ale tych prawdziwych, na których pomimo wszystko można liczyć.
Wracając z sali gimnastycznej, chłopacy już z daleka dostrzegli Katię, która dyskutowała z Robertem. Maciek ruszył jako pierwszy, koledzy za nim.
- Jakiś problem? - spytał, kiedy znalazł się obok kuzynki
- On już sobie idzie – dziewczyna zrobiła dwa kroki wstecz. Trzecioklasista chciał ją złapać za rękę, ale Maciek go powstrzymał.
- Gdzie? - wycedził przez zęby
- A z ciebie co za jeden? Nowy jakiś? To chyba nie wiesz kto tu jest panem.
- Panem? Chyba swojego gówna.
Stojący z boku chłopcy parsknęli śmiechem. Dookoła zaczynało się gromadzić coraz więcej osób. Nikt jeszcze nie odważył się rozmawiać z Robertem, tak jak robił to teraz brunet.
- Prosisz się o wpierdol – ostrzegł szkolny łobuz
- Spróbuj. Gwarantuję ci że wylecisz z tej szkoły tak szybko, jak mocz przy pełnym pęcherzu, a większość z nich – w tym momencie wskazał na uczniów, którzy obserwowali tę scenę – będzie mi bardzo wdzięczna.
- Ty... ty...
- No co? Słownictwa zabrakło? - rzekł drwiąco
- Jeszcze pożałujesz – rzucił szybko i odwrócił się na pięcie
- Poczekaj, jeszcze jedno – odparł spokojnie Maciek – Może nie jestem tak wysoki jak ty, może nie jestem tak silny, ale zniszczę cię, jeśli tylko ją tkniesz.
- Śmieszny jesteś.
Robert odszedł, dość agresywnie przepychając się przez tłum, zaś brunet położył dłoń na ramieniu swojej kuzynki.
- To dopiero początek – przestrzegł ją, aby zbyt szybko nie świętowała sukcesu. Wygrali jedynie potyczkę, która była tylko wstępem do prawdziwej wojny, która właśnie w tej chwili się rozpoczęła.
- Obyś tylko tego nie żałował.

środa, 29 stycznia 2014

Nowy rozdział cz. 2

Dwa tygodnie później.
Maciek leżał na łóżku z przymkniętymi oczyma. Mając w jednym uchu słuchawkę, oddawał duszę ulubionym dźwiękom, które tak bardzo pomagały mu się odprężyć, zrelaksować i oderwać od rzeczywistości. Mógł godzinami tak leżeć i nic nie robić, wsłuchując się w melodie, za które był gotów oddać wszystko. Świat byłby o wiele gorszy, gdyby te cudowne utwory nigdy nie powstały...
Nagle ten jego „rytuał” został przerwany przez pukanie do drzwi. Chłopak wyciągnął słuchawkę z ucha, podniósł się do pozycji siedzącej i wyprostował. Przez niewielką szczelinę wsunęła się głowa Katii.
- Mogę? - spytała nieśmiało
- Pewnie, chodź.
Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, po czym rozejrzała się dookoła i znalazła miejsce na obrotowym fotelu przy biurku. Założyła nogę na nogę, pochyliła się lekko do przodu i zaczęła mówić:
- Kiedy zamierzasz pojawić się w szkole? Papiery już od tygodnia leżą gotowe.
- Twoi rodzice cię przysłali, co? - uśmiechnął się pod nosem
Dziewczyna speszyła się, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że tym razem ma rację. Katia nie poddała się łatwo i spróbowała z tego wybrnąć.
- Nie, ja tak sama z siebie... no bo się martwię, a oni zresztą też. Nie możesz cały czas siedzieć w domu, uciekać od ludzi.
- I ja mam w to uwierzyć? Wiesz co? - przez chwilę pomyślała, że ją wyśmieje – Chyba wzbudzasz moją sympatię. Jutro... co mamy jutro?
- Poniedziałek.
- No popatrz. Idealny dzień na rozpoczęcie nauki, nieprawdaż?
- Yyy... tak – odparła lekko zdezorientowana – Jak chcesz to mogę oprowadzić cię po szkole.
- Dzięki, poradzę sobie – zapewnił, wracając do słuchania muzyki.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju, zostawiając go samego.
- On naprawdę jest jakiś taki dziwny – powiedziała pod nosem do samej siebie.

           Następnego ranka Maciek i Katia powolnym krokiem dotarli do budynku szkoły. Przez całą drogę nie zamienili ani jednego słowa – ona nie miała ochoty zaczynać rozmowy, a on nie potrafił znaleźć tematu, którym mógłby „wciągnąć” ją do rozmowy.
Od razu przy wejściu zaczepił ich Kuba, chłopak dziewczyny. Pocałował ją w policzek na powitanie, a na jej towarzysza spojrzał z ukosa. Nim cokolwiek zdołała powiedzieć, przywitał go niezbyt miłym tonem.
- A ty czego? Co tak stoisz i się gapisz?
- Kuba, to mój kuzyn – wycedziła przez zęby – Tak w ogóle to będziecie razem w klasie, więc nawet fajnie że już się poznaliście. Maciek – Kuba, Kuba – Maciek.
Czarnowłosy przez chwilę przyglądał się dobrze zbudowanemu blondynowi. Byli podobnego wzrostu. Kuba miał na sobie szarą bluzę, rozpiętą do połowy, a pod nią jasnozieloną koszulkę.
- Idę, wy się migdalcie dalej – rzucił opryskliwie Maciek – Może teraz nikt się nie będzie na was gapił.
- Co on taki wrażliwy? - zdziwił się
- Wiesz, przeprowadzka, takie tam. Ma trudny okres w życiu.
Tymczasem on dotarł po schodach na pierwsze piętro. Mijał kolejne, zupełnie nieznane mu osoby, jak wszyscy w tej klasie. Szukał gabinetu, w którym jego klasa miała mieć pierwszą lekcję – język polski. Kiedy w końcu znalazł, zapatrzył się na numerek na drzwiach i...
- Kurwa, jak chodzisz patałachu?! - usłyszał wściekły głos jakiejś dziewczyny
Kiedy w końcu udało mu się ją zlokalizować, przystąpił do ofensywy. Brunetka, choć krzykliwa i średniego wzrostu, wydawała się być dość łatwą rywalką.
- Tej, tej, panna jesteś, może trochę ładniejsze słowa?
- Nie będziesz mnie uczył zachowania, śmieciu!
- Masz szczęście, że dziewczyn nie biję. Ale nie myśl że ci wszystko wolno.
- Phi – usłyszał za sobą prychnięcie – Cwaniaczek jebany. Widziałyście jaką miał minę? A te jego ślepia?
Nie zwracał już na nią uwagę. Na takich jak ona nie warto było tracić czasu. Nie zdążył nawet dobrze się zastanowić co teraz, kiedy podszedł do niego jakiś chłopak.
- Ej, widziałem wszystko z daleka. Przeproś koleżankę – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu
- Bo co?
- Jajco. Z której ty jesteś klasy?
- Druga c.
- Pierdolisz – parsknął śmiechem – Ja jestem z drugiej c, ona jest z drugiej c i nigdy cię nie widzieliśmy.
- Bo ja nowy jestem. Od dzisiaj dopiero.
- Nowy... - powtórzył jak echo – Nieźle się panoszysz jak na nowego.
- Tej, Trzepialski – usłyszeli głos z boku. Dawid (tak miał na imię) denerwował się, kiedy ktoś przekręcał jego nazwisko, które brzmiało Czepialski. Złośliwi uważali, że idealnie opisuje jego charakter.
- Czego?
- Co ci znowu nie pasuje? Co się nowego czepiasz, hę?
Dawid wzruszył ramionami i odszedł na bok. Maciek dopiero teraz przyjrzał się dziewczynie, która zwróciła mu uwagę. Miała bladą cerę, blond włosy spięte w kucyk, małe jasnoczerwone usta i ręce skrzyżowane na piersiach.
- Nie przejmuj się, oni tak zawsze... Myślą że wszystko im wolno – wyjaśniła pokrótce – Tak w ogóle to Aśka Czerwińska jestem, a to moja koleżanka, Paulina Kozdra.
Dopiero teraz zza dziewczyny wysunęła się druga. Niska szatynka uśmiechnęła się nieśmiało i podała rękę nowemu koledze.
- Maciek. Maciek Potrzeba.
- Skąd się tu wziąłeś?
- A czy to ważne? - odparł wymijająco. Nie chciał opowiadać wszystkim, że już nie ma rodziców i został sam na tym świecie. Nie potrzebował współczucia. On tu przyszedł po to, by wrócić do normalnego życia, a nie znaleźć garstkę osób, z którymi będzie się rozczulał.
Na języku polskim Maciek został oficjalnie przedstawiony przez wychowawczynię klasy (polonistkę). Nie ustawały szmery i podśmiewania, każdy musiał skomentować obecność nowego ucznia w ich społeczności. Chłopak znalazł sobie miejsce na końcu klasy w pustej ławce. Obok, pod oknem, siedziały Aśka i Paulina, które zdążył poznać już na przerwie, przed nim Kuba, chłopak Katii, ze swoim kolegą, a po prawej stronie, przy ścianie, bliźniacy.
- Psst – Kuba odwrócił się za siebie – Czemu Katia nic mi nie powiedziała?
W odpowiedzi brunet wzruszył ramionami.
- Jej spytaj.
- Tak w ogóle to sory że na ciebie naskoczyłem. Nie miałem pojęcia że jesteś jej kuzynem.
- Luz – rzucił krótko, nie rozpamiętując już zajścia sprzed kilku minut. Postanowił skorzystać z okazji i zapytać Kubę o dziewczynę, na którą wpadł rano przed lekcją.
- Ej, a ta czarna z drugiej ławki pod ścianą to kto?
- Marta Słowocz.
- Że jak? Swołocz? - zaśmiał się pod nosem – A coś więcej?
- Cwana, zarozumiała, wredna, ma bogatych rodziców, na wszystko sobie pozwala, lubiana przez większość nauczycieli, bo z reguły ma dobre oceny... Czasem tylko się zdarzy słabiej.
- No i ciągle z tymi koleżankami... te to nawet do kibla razem chodzą – wtrącił się kolega Kuby z ławki – Sebastian jestem – dodał po chwili
- Maciek.
- A do odpowiedzi przyjdzie... - po tych słowach nauczycielki w klasie zapadła grobowa cisza – numer piętnasty, Tarnowiecki Jakub.
- Nosz kur... - mruknął pod nosem, powoli podnosząc się z miejsca – Który to już raz?
- Czwarty – odparła nauczycielka – Ale wiesz, że można być pytanym nieskończoną ilość razy – uśmiechnęła się tajemniczo, jakby chciała coś zasugerować.
Po języku polskim przyszedł czas na historię i matematykę. Ponieważ klasa miała profil matematyczno-fizyczny, nauczycielka zdecydowała że trzeba sprawdzić wiedzę nowego ucznia. Zapisała mu na tablicy równanie kwadratowe z parametrem i wręczyła kredę.
- Proszę bardzo, dla jakich wartości parametru m równanie ma dwa pierwiastki dodatnie?
- No cóż... - udał, że się zastanawia. Cała klasa z uwagą patrzyła, co takiego pokaże nowy kolega – czy ma zadatki na klasową czołówkę czy też mat-fiz będzie dla niego drogą przez mękę.
- Zaczynaj, proszę – ponagliła go zniecierpliwiona matematyczka
- Więc tak... yyy... dla m równego trzy.
Uczniowie zaczęli wymieniać zdziwione spojrzenia. Tak szybko rozwiązał zadanie czy po prostu strzelał?
- A skąd ten wynik?
- No tak pi razy drzwi...
Klasa wybuchnęła śmiechem, zaś nauczycielka poczerwieniała ze złości, posyłając groźne spojrzenie Maćkowi. On tylko wzruszył ramionami i odłożył kredę na miejsce.
- Aaa, pierwiastki – zaczął znowu za chwilę – no to pierwiastki kwadratowe są większe bądź równe zero dla każdej liczby, czyli m należy do zbioru liczb rzeczywistych. Bez zera.
- Siadaj... - wysapała, omal nie dostając zawału – Marta, chodź do tablicy i pokaż wszystkim, a przede wszystkim koledze, jak się to robi.
- Oczywiście – dziewczyna dumnie kroczyła do tablicy – Żeby rozwiązać to zadanie musimy zrobić założenia. Najpierw musimy mieć dwa pierwiastki w tym równaniu, czyli delta musi być większa od zera. Następnie skorzystamy z wzorów Viete'a, żeby określić znak pierwiastków – oba mają być dodatnie, czyli ich iloczyn jest większy od zera i suma też większa od zera.
Podczas gdy wszyscy notowali w zeszycie, Maciek odwrócił się bokiem i czytał wywieszone na korkowej tablicy kryteria oceny z matematyki.
- Panie inteligentny! - zwróciła się do niego oburzona – Zamiast szukać co trzeba umieć na dopuszczający, może lepiej skupić się na tym, co mówię? To chyba bardziej ci pomoże.
- Ależ proszę, nie przeszkadzaj sobie.
- Spokój. Kolega siądzie w pierwszej ławce, bo tyły raczej mu nie służą – zadecydowała nauczycielka – Jak masz na imię?
- Maciek.
- Świetnie Marcin, w takim razie przesiądź się, zamknij buzię na kłódkę i słuchaj koleżanki.
- Oczywiście prof panisor.
- Słucham?
- Pani przekręca moje imię, to ja trochę przekręciłem zwrot do pani. Nic wielkiego, prawda? No chyba się pani nie gniewa?
Tym razem nie wytrzymała. Nikt jeszcze nie miał odwagi tak „pogrywać” sobie z powszechnie uznawaną za najostrzejszą nauczycielkę w szkole. Wpisała mu naganę, a za nieuwagę podczas lekcji zadała 20 równań z parametrem ze zbioru zadań. Niektórzy zaczęli mu współczuć, część jednak uważała, że dostał to, na co zasłużył.
A on? On tylko wzruszył ramionami i znów odpłynął gdzieś myślami.
--------
Droga Alutko, oczywiście możesz mieć własne zdanie na ten temat, być może masz rację, ale nie rozumiem co złego jest w tym, że siedemnastolatek trafia do rodziny zastępczej. Dlaczego bohater tego opowiadania koniecznie musi radzić sobie sam w życiu? Moje założenie było takie, że trafi do wujków i właśnie taki sposób wydał mi się najlepszy. Może to był błąd, nie wiem.
Chciałbym też zaznaczyć, że każde opowiadanie to odrębna historia, nie powiązana z żadną inną (chyba że napiszę iż to kontynuacja tego czy tego opowiadania - był taki przypadek, ale tylko jeden) i dlatego zachowanie bohatera w opowiadaniu X nie jest wiążące w stosunku do zachowania bohatera w opowiadaniu Y. To że przedstawiłem jedną sytuację w jakimś opowiadaniu, nie oznacza że nie mogę przedstawić zupełnie przeciwnej w innym (czyli w tym przypadku, jeśli poprzednio bohaterowie w takiej sytuacji radzili sobie sami, to nie znaczy że tym razem też tak musi być - Maciek trafia do rodziny zamiast radzić sobie samemu) i ja tu nie widzę żadnych zgrzytów czy sprzeczności.

wtorek, 28 stycznia 2014

Nowy rozdział cz. 1

          Siedział na korytarzu, czekając jak na wyrok. No bo właściwie to miał być wyrok. Za ścianą odbywała się właśnie rozmowa, która miała zaważyć na jego przyszłości. Westchnął ciężko i wbił wzrok w podłogę. Nie chciał o tym myśleć, nie chciał niczego rozważać. Za kilka minut wszystko stanie się jasne.
Dokładnie tydzień wcześniej rozmawiał jeszcze ze swoją mamą, śmiali się, żartowali. Nic nie zwiastowało, że tego samego dnia, lecz już wieczorem, usłyszy że kobieta nie żyje. Kiedy wracała z pracy samochodem, z niewiadomych przyczyn nie zatrzymała się na przejeździe kolejowym i wjechała w pociąg. Śmierć nastąpiła natychmiast, a siedemnastolatek został sam. Ojciec nie żył już od trzech lat. Miał zawał. Choć nigdy nie potrafił tego okazać, był bardzo przywiązany do matki i cierpiał po jej stracie. Wszystkie uczucia dusił w sobie.
Chłopak trafił do pogotowia opiekuńczego, gdzie ustalono że jest tylko jedna osoba, która mogłaby się nim zaopiekować. Była nią siostra zmarłej, której tak naprawdę nastolatek nigdy nie widział na oczy. Po chrzcinach kontakt się urwał. Mimo to ciotka licealisty zdecydowała się przyjechać i porozmawiać o jego przyszłości.
Właśnie dzisiaj przyjechali. Nastolatek dziwił się, że kobieta wraz ze swoim mężem przejechała pół Polski tylko po to, żeby się z nim zobaczyć. A co jeśli nie będą mogli go zabrać? Stracą tyle czasu i pieniędzy... Przerwał swoje rozmyślania, bowiem usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Jego uwaga skupiła się na blisko czterdziestoletniej parze, która właśnie wyszła na zewnątrz. To byli oni – jego nowi opiekunowie. On, wysoki, postawny mężczyzna, szeroki w barkach, trochę przy kości, o krótkich blond włosach. Ona, uśmiechnięta brunetka, prawie o całą głowę niższa od męża, o śniadej cerze. Zupełnie niepodobna do swojej siostry, czyli matki nastolatka. Uważnie obserwowali młodego, czarnowłosego, szczupłego chłopaka. Był tylko nieznacznie niższy od blondyna.
- Pojedziesz z nami? - rzekła łagodnym włosem kobieta – Bardzo byśmy chcieli, żebyś z nami zamieszkał.
Nie wiedział ile jest w tym prawdy, ale musiało coś w tym być, skoro przyjechali tu, do Jarosławia, niemalże pod samą granicę z Ukrainą aż z Dolnego Śląska, z Oławy. Tak naprawdę byli dla siebie obcy – on nie wiedział o nich nic, poza tym gdzie mieszkają i że mają być jego opiekunami w świetle prawa.
Skinął głową. Stwierdził, że trzeba brać co dają – u wujostwa z pewnością czeka go lepszy los niż w Domu Dziecka. Poza tym, głupio byłoby odmówić, kiedy przejechali tyle kilometrów specjalnie dla niego.
Przez większą część drogi w samochodzie panowała cisza. Ciotka próbowała nawiązać z nim rozmowę, lecz on nie był zbytnio rozmowny. Ledwie wyciągnęła z niego, jak ma na imię. Opowiadała mu o domu, przedstawiła jego mieszkańców – ona, Malwina, 37-letnia nauczycielka pracująca w gimnazjum, jej mąż, Artur, 38-letni geodeta, dwójka dzieci, 16-letnia Katia i 9-letni Paweł oraz pies Azor, mieszaniec.
Wieczorem, kiedy już minęli Kraków, a zmęczona kobieta zasnęła, Maciek zastanawiał się dlaczego zgodzili się wziąć do siebie osobę, której wcale nie znają. Pytanie nurtowało go tak długo, że w końcu zdecydował się zapytać wuja.
- Dlaczego wzięliście mnie do siebie?
- Jesteśmy przecież rodziną, nie mogliśmy pozwolić żebyś tułał się i poniewierał nie wiadomo gdzie.
- Ale ja was w ogóle nie znam. Z tego co mama mówiła, byliście na moim chrzcie, a potem... nic.
Mężczyzna westchnął ciężko, nie odrywając wzroku od drogi. Nie wiedział jak odpowiedzieć na to pytanie, żeby nie urazić chłopaka. Nie chciał, by ten poczuł się jak piąte koło u wozu, a każdy fałszywy ruch, każde nieprzemyślane słowo mogło do tego doprowadzić.
- Zawsze chcieliśmy mieć trójkę dzieci.
- To dlaczego wcześniej nie zdecydowaliście się na adopcję? - odparł błyskawicznie.
Geodeta przez chwilę chciał mu powiedzieć, że zadaje zbyt wiele pytań, ale szybko się powstrzymał.
- Nie potrafię ci odpowiedzieć – wyznał szczerze – Ale naprawdę chcemy, żebyś u nas zamieszkał, żebyś czuł się jak u siebie. Nie wzięliśmy cię tylko dlatego że tak wypadało czy coś... Nam naprawdę zależy i będziemy się starać.
Maciek pokiwał głową, po czym odwrócił się w stronę okna. Od tej pory w samochodzie obecny był tylko ciałem. Jego oczy nie reagowały na kolejne mijane przedmioty, jakby wcale nie istniały. Przez chwilę wydawało mu się że to tylko sen i wkrótce wszystko minie. A może całe życie jest jednym wielkim snem?

          Do Oławy dotarli w środku nocy. Mimo to przed dom wyszła niska, długowłosa dziewczyna, otulona kocem. Maciek domyślił się, że to ich córka, Katia. Nastolatek wysiadł z samochodu niemal równocześnie ze swoim wujkiem. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję, a potem podeszła do swojego kuzyna.
- Cześć – rzekła, wyciągając do niego dłoń
- Cześć – mruknął, podając jej swoją rękę, nie przyglądając się zbytnio dziewczynie. Zwrócił uwagę natomiast, jak wuj wziął na ręce swoją żonę i zaniósł ją do domu. Zrobił to bardzo delikatnie, by jej nie obudzić. Gwizdnął z uznaniem, co wywołało uśmiech na twarzy Katii.
- Chodź, zaprowadzę cię do pokoju, a jutro rano pokażę ci dom.
W milczeniu ruszył za nią, zarzuciwszy plecak na ramię. Cały czas wokół jego nóg chodził Azor, poznając nowego lokatora po zapachu. Weszli po schodach na górę, gdzie znajdowało się kilka, niemal identycznie wyglądających drzwi. Przynajmniej tak było w ciemności, bo przy świetle dziennym nie miał jeszcze okazji ich zobaczyć.
- Na wprost schodów znajduje się łazienka – wyjaśniła – A to jest twój pokój – otworzyła jedne z wielu drzwi i ruchem ręki zaprosiła go do środka.
- Dzięki – westchnął, rzucając plecak pod ścianę.
- Gdybyś czegoś potrzebował, mój pokój jest obok, w stronę łazienki. Dobranoc.
Nie doczekała się odpowiedzi, więc zamknęła za sobą drzwi i zeszła po schodach na dół. Chciała zamienić jeszcze kilka słów z tatą.
- Nie idziesz spać? - zdziwił się, kiedy przyniósł bagaż z samochodu – Przecież jutro... znaczy się, dzisiaj masz na ósmą do szkoły.
- Jest jakiś taki dziwny, nie uważasz?
- Ale że... - przez chwilę nie wiedział, o czym mówiła – Katia, daj spokój. Najpierw musimy go poznać, zanim będziemy oceniać.
- No właśnie, nawet go nie znamy. Jesteś pewien że podjęliście z mamą dobrą decyzję?
Podniósł wzrok i spojrzał na niezadowoloną minę dziewczyny. Gotów był pomyśleć, że jest zazdrosna o swoją pozycję, gdyby nie to że znał ją na tyle dobrze by wiedzieć, iż to nie w jej stylu. Zacisnął wargi, szukając jakichkolwiek argumentów, którymi mógłby przekonać córkę. Nie znalazł ani jednego.
- Czas pokaże – odparł cicho
- Świetnie – skomentowała ironicznie – Mało mi dziwolągów w szkole, to jeszcze w domu przynajmniej jeden. Super...
- Uspokój się – położył dłonie na jej ramionach – To dla niego nowa sytuacja, nie zna tutaj nikogo, znalazł się w nowym otoczeniu, tydzień temu stracił matkę. Dajmy mu trochę czasu, niech się oswoi.
- Dobra, jakoś się przyzwyczaję – machnęła ręką – No co, przecież już go nie wyrzucimy. Mam tylko nadzieję, że Paweł nie będzie zbytnio rozczarowany. Przecież nie tak wyobrażał sobie swojego starszego „brata” - ostatnie słowo wypowiedziała z lekką pogardą, nie wierząc by jej kuzyn sprawdził się w takiej roli. Ktoś kto przez 17 lat wychowywał się sam, nie może nagle w kilka dni stać się kimś, kto ma dwójkę młodszego rodzeństwa.
- Idę – oznajmiła, stawiając nogę na pierwszym stopniu – Dobranoc
- Dobranoc.

niedziela, 26 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 8

          Trzy miesiące później. Sebastian był już fizycznie gotów do powrotu na skocznię. Od jakiegoś czasu trenował już regularnie, stopniowo zwiększając intensywność ćwiczeń. Jedyną przeszkodą mogła być tylko psychika zawodnika. Choć nikt o tym nie mówił głośno, otoczenie Sebastiana martwiło się o jego stan. Wyraźnie unikał tematu, kiedy ktoś chciał zapytać go o jego powrót.
Aż w końcu przyszedł dzień, kiedy Sebastian miał oddać swój pierwszy skok od czasu upadku. Starał się nie dawać tego po sobie poznać, ale bardzo się przejmował tym wydarzeniem. Dla niego to było jak nowe narodzenie, jak nowe rozpoczęcie kariery, nowy rozdział, nowy etap w życiu. Gdyby to tylko było takie proste...
- Chciałbym wrócić do tego miejsca, w którym byłem pół roku temu. Chciałbym wrócić, znów robić to co umiem najlepiej, to co kocham, co daje mi tyle radości... - myślał sobie - Ale... czy to jeszcze możliwe? Dużo się zmieniło. Zbyt dużo.
Westchnął ciężko i podniósł głowę. Jego wzrok spoczął na skoczni, pokrytej warstwą zielonego niczym trawa igielitu. Choć skakał już na większych skoczniach, ta również zrobiła na nim ogromne wrażenie. To właśnie tutaj miał się przełamać, to tu miał rozpocząć nową kartę w historii swojej kariery. Z trudem przełknął ślinę, a po plecach przebiegł dreszcz. Wzdrygnął się i zacisnął zęby. Nadszedł czas próby. Jeśli teraz pokona samego siebie, przezwycięży lęk, ten psychiczny opór, wróci na dobre. Jeśli teraz się nie uda, za każdym kolejnym razem będzie coraz trudniej. Strach wróci ze zdwojoną siłą, a bariera psychiczna umocni się do tego stopnia, że stanie się niemożliwa do przebycia.
- Dasz radę - w uszach rozbrzmiewał głos przyjaciółki, która motywowała go kilka minut wcześniej w rozmowie przez telefon. Nie mogła być z nim tutaj. Żałował tego, choć z drugiej strony dodawało mu to sił. Chciał się postarać właśnie dla niej, żeby nie pomyślała, iż to właśnie przez jej nieobecność próba się nie powiodła.
Był już na górze i oddychał głęboko, usiłując zachować spokój. Widział najazd, próg skoczni i zeskok. Nie pierwszy raz znajdował się na wysokości. Oddał wiele skoków przez lata, jeden z nich zakończył się poważnym upadkiem i wizytą w szpitalu. Dlaczego teraz, kolejny miałby być taki sam, skoro pozostałe nie przynosiły niczego złego, poza rozczarowaniem i niezadowoleniem z odległości bądź stylu?
Serce zabiło mu mocniej, kiedy siadał na belce. To miał być wielki moment, ale właśnie w tym momencie Sebastian porzucił tę myśl. Nim dostał sygnał do startu, przyjął do wiadomości że to tylko kolejny, a w dodatku nic nie znaczący, bowiem treningowy skok. Nie pierwszy i nie ostatni w jego karierze. Odepchnął się od belki i przyjął pozycję dojazdową. Nie mógł zapomnieć jak się skacze, to jak jazda na rowerze – czasem jedynie trzeba potrenować, by czuć się pewniej, uzyskać taką pewną stabilność, która pozwoli odciąć się od myśli „a co jeśli coś mi nie wyjdzie?”. W spokojnym, całkiem długim jak na tę skocznię locie, zaliczył powrót. Teraz już nie było wątpliwości, że dołączy do kadry i być może nawet wystąpi w pierwszych zawodach tego lata, jeśli będzie czuł się na siłach.

- Co się stało? - pytała Joasia, z którą spotkał się kilka dni później – W mediach mówią, że byłeś na zgrupowaniu i trenowałeś. Chcą cię nawet wystawić do konkursu w Wiśle, prawda?
- Prawda – mruknął, sięgając wzrokiem gdzieś daleko przed siebie
- Nie widzę entuzjazmu.
- Aśka, przecież mówiłem ci, że się cieszę. Ta radość siedzi tam w środku, kumuluje się i czeka na pierwsze zawody, żeby właśnie wtedy eksplodować.
- Śmiem wątpić.
- Dobrze, będę z tobą szczery, ale ty też bądź ze mną szczera, okej?
- Okej. Mów.
Sebastian zatrzymał się i wziął Joasię za rękę. Dziewczyna odwróciła się w jego stronę. W jego oczach dostrzegła zmęczenie, znużenie. Teraz już nie miała wątpliwości, że coś jest nie tak. Na pozór wydawało się, że wszystko idzie we właściwym kierunku, a tymczasem jemu coraz trudniej było wytrwać w codzienności.
- Myślałem że jak skoczę, to będzie jak dawniej, będę się cieszył, będę z niecierpliwością czekał na kolejne wyjazdy, konkursy, rywalizację. To mnie tak nakręcało, że nie potrafiłem żyć inaczej, a teraz... Nic nie czuję. Chociaż nie, czuję pustkę. Tak jakby ktoś mi coś zabrał, jakąś część mnie... Skoki stały mi się całkiem obojętne, totalnie mi wisi co tam się będzie działo. Bez mrugnięcia okiem wypierdzieliłbym się tak samo jak pół roku temu. Już nie robi to na mnie żadnego wrażenia.
- A jak forma?
- Dobra. Brak motywacji nie ma nic wspólnego z wynikami, bo te są niezłe. Trener nawet powiedział, że jest tylko nieznacznie gorzej niż przed upadkiem, ale to kwestia kilku konkursów... - zawiesił głos i wbił wzrok w podłogę.
- Miałeś uraz głowy. Ludzie po czymś takim mogą się zmienić...
- Dużo o tym myślałem – przyznał cicho – To nie ja się zmieniłem, Asiu. To moje życie się zmieniło.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Wziął głęboki oddech. Teraz albo nigdy. Obiecał sobie, że w końcu to zrobi, że porozmawia z nią i powie co czuje. Nie mógł tak dłużej funkcjonować. Musi zniszczyć tę przyjaźń, jeśli chce odzyskać wewnętrzny spokój. Nie wiedział tylko jakie konsekwencje to za sobą przyniesie. Dziewczyna stanie się dla niego tą najważniejszą osobą albo na dobre zniknie z jego życia, tak szybko, jak się w nim pojawiła.
- Teraz właśnie jest ten moment, kiedy chcę żebyś była ze mną szczera – z trudem przełknął ślinę, po czym zaczął mówić jednym tchem – Czy widzisz choć cień szansy, żebyśmy kiedyś byli razem?
Z niepokojem obserwował zmieniający się kolor twarzy blondynki. Zakłopotana dziewczyna wbiła wzrok w ziemię. Nie spodziewała się takiego „wyznania”.
- Ja pieprzę. Ty się we mnie zakochałeś – powiedziała cicho
- Tak.
- Sebastian – rzekła po chwili – To nie takie proste... Mam narzeczonego...
- Tak lub nie. Odpowiedz.
- Proszę cię, nie każ mi tego robić teraz...
- Muszę się ustatkować. Potrzebuję jasnej sytuacji, nie mogę żyć w niepewności.
Joasia zacisnęła zęby. Stanęła przed trudnym wyborem – zaryzykować i rzucić się na głęboką wodę czy zostać na bezpiecznym brzegu i żałować że jednak nie spróbowała? Sebastian nie był jej obojętny, ale potrzebowała jeszcze czasu by się przekonać jak wiele dla niej znaczy. On nie dał jej ten szansy, postawił ją pod ścianą i nakazał wybrać.
- Nie. Nic innego nie mogę ci teraz powiedzieć, przepraszam.
Na co on liczył? Że jest znany to od razu Joasia poleci na niego jak ta cała Magda? Nie, ona taka nie jest. Jeśli miała go pokochać to tylko dlatego, że jest taki a nie inny. I chyba właśnie to go ujęło. Chyba właśnie dlatego dziewczyna była wyjątkowa. Nigdy nie spotkał jeszcze osoby, której zależałoby na nim tylko dlatego, że po prostu jest. Joasia też nią nie była – dowiodła tego ta rozmowa. Nie mogła go pokochać właśnie z tego samego powodu, z którego miałaby go pokochać.
- Paradoks – prychnął, idąc powolnym krokiem w stronę hotelu.
Do końca dnia nie rozmawiał z nikim. Postanowił, że w najbliższym czasie będzie zajmował się jedynie skokami narciarskimi.

          Przygotował niesamowitą formę na początku sezonu. Media śmiało nazywały go dominatorem – w pierwszych ośmiu konkursach zwyciężał aż sześć razy. Potem przyszedł lekki dołek formy, kilka konkursów zakończonych w drugiej dziesiątce. Na najwyższy stopień podium powrócił w Zakopanem, dokładnie rok po bardzo groźnie wyglądającym upadku. Podczas dekoracji najlepszej trójki pomyślał sobie, że oddałby wszystkie swoje zwycięstwa za trochę szczęścia w miłości. Cała ta znajomość z Joasią uświadomiła mu, co tak naprawdę dla niego jest ważne w życiu. Prawdziwą wygraną nie będzie Puchar Świata czy złoty medal na Mistrzostwach, ale osiągnięcie pełni szczęścia w życiu. Do tego brakowało mu tylko odrobiny miłości, żeby miał kogoś, kto będzie z nim bez względu na wszystkich i bez względu na wszystko.
Wchodząc do hotelu, po raz drugi przez swoje gapiostwo potrącił uroczą brunetkę z recepcji. Przeprosił ją, pomógł wstać i ruszył dalej, ale zatrzymał się już po dwóch krokach. Czy to przypadek, że drugi raz w ciągu dnia wpada na tę samą dziewczynę? A może los daje mu wskazówki. Odwrócił się na pięcie, podszedł do niej i zaprosił na kawę. Kiedy pozna ją lepiej, okaże się czy to ta jedyna, dzięki której poczuje się zwycięzcą. A ona dzięki niemu. Kto wie?

THE END
-------
No cóż, zakończenie jest jakie jest, domyślam się że nie każdy lubi otwarte (mnie osobiście w niektórych przypadkach denerwuje ten typ zakończenia), ale jakoś tak najbardziej pasowało mi ze wszystkich możliwych zakończeń opowiadania. Niestety ostatnio przeżywam "mały" kryzys formy, przez co skróciłem to opowiadanie, ale mam nadzieję że z nowym opowiadaniem uda mi się poprawić.

wtorek, 21 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 7

          Przez kilka kolejnych dni Sebastian utrzymywany był w stanie śpiączki farmakologicznej. Lekarze liczyli na to, że dzięki temu obrzęk mózgu zacznie się zmniejszać. I choć na początku stan zdrowia skoczka nie ulegał zmianom, po kilku dniach wreszcie zaczął się poprawiać. W końcu zdecydowano, że najwyższy czas go wybudzić.
Media o niczym jeszcze nie wiedziały. Dyrektor szpitala zdecydował, że lepiej będzie jeśli opóźnią trochę te wiadomość, żeby pacjent miał spokój nim minie pierwszy szok. Brak nowych informacji w ostatnim czasie sprawił, że dziennikarze znaleźli sobie nowe obiekty zainteresowań i nowe tematy. Sprawa przycichła, a to zdecydowanie sprzyjało leczeniu skoczka.
Któregoś wieczoru, kiedy był już przytomny, złapał Joasię za rękę po tym jak zmieniła mu kroplówkę. Ich spojrzenia się spotkały. Zobaczyła w jego oczach zrozpaczonego, smutnego, zmęczonego życiem człowieka.
- Dlaczego nikt nie chce rozmawiać ze mną o upadku?
- Nie powinieneś sobie zaprzątać tym głowy. Stało się, czasu nie cofniesz.
- Chcę tylko wiedzieć, co się stało – wydusił – Pamiętam tylko że siadłem na belkę i... nic więcej.
Joasia westchnęła ciężko. Nie potrafiła mu odmówić, ale czuła, że nie powinna tego robić.
- Skup się na powrocie do zdrowia.
- Proszę... - nie dawał za wygraną – Chociaż ty jedna nie bądź jak wszyscy i pogadaj ze mną szczerze.
- Dobrze – odparła bez namysłu – Pogadać mogę, ale nie licz na to że pokażę ci twój upadek.
- A gdybym...
- Nie! Nie i koniec.
- Ech... - puścił ją i odwrócił głowę – To powiedz chociaż co się stało.
- Po wyjściu z progu dostałeś jakiś podmuch, straciłeś równowagę i mocno uderzyłeś o skocznię.
- O bulę – poprawił ją
- Nie wiem, nie znam się na skokach.
- Jakie są rokowania?
- Nie wiem, nie jestem lekarzem.
Sebastian uśmiechnął się lekko i spojrzał na nią spode łba.
- Umawialiśmy się na szczerość – przypomniał jej – No dawaj, coś na pewno słyszałaś.
- Nie odpuścisz, co? - pokręciła głową zrezygnowana
- Gdybym umiał odpuszczać, nie byłoby mnie tutaj. Nie musiałem zgadzać się na ten konkurs.
- Są duże szanse, że z tego wyjdziesz. Będziesz normalnie funkcjonował, żył jak przedtem. No... prawie jak przedtem.
- Co znaczy prawie?
- Wszyscy obawiają się o twoją psychikę.
- Jak widzisz, jest dobrze – uśmiechnął się, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Przepraszam, ale muszę wracać do pracy.
- Jasne, leć – puścił do niej oczko – Tylko nie skończ tak jak ja.
Zatrzymała się w drzwiach, rzuciła mu spojrzenie pełne dezaprobaty i zniknęła za ścianą. Pomyślała sobie, że całkiem sympatyczny facet z niego. Należał do grupy tych, którym dobre wyniki nie uderzały do głowy – nie wywyższał się, nie grymasił, jest uprzejmy i stara się być wesoły, choć jest trochę zbyt uparty. A może to dlatego, że dopiero dotarł na szczyt i jeszcze nie zdążył się tym nacieszyć, napawać? Chociaż byli tacy, którzy już po jednym dobrym występie puszyli się, jakby wygrali mistrzostwo świata. Gardziła nimi. Takich jak Sebastian szanowała. Jego postać nawet trochę się jej spodobała. Może dlatego, że charakterem był trochę podobny do niej?
Tymczasem on wyrzucał sobie, że nawet nie zapytał o imię uroczej pielęgniarki. Od razu zwrócił uwagę na jej wygląd, teraz mógł także powiedzieć że ma ładny głos i jest troskliwa. Nie chciał jej jeszcze oceniać, bowiem nie znał jej na tyle dobrze. Obiecał sobie, że następnym razem dowie się jak jej na imię, a samą rozmowę skieruje na prywatne tory.
- Skoro tyle razy już była u mnie to i jeszcze raz przyjdzie – myślał sobie.

          Często rozmawiali. Joasia nawet zostawała po pracy, żeby spędzić trochę czasu z Sebastianem. Dowiedziała się o nim wielu ciekawych rzeczy – np. że uwielbia sok pomarańczowy, że mimo swoich 25 lat nie ma prawa jazdy, a także dlaczego oprócz kolegów z drużyny nikt nie odwiedzał go w szpitalu. Nie potrafiła zrozumieć, jak rodzice mogli mieć w pamięci kłótnię sprzed lat i unosić się honorem, kiedy ich syn walczył o życie. Nie akceptowała też tego, że dawni znajomi Sebastiana kolegowali się z nim tylko dlatego, że całkiem nieźle mu się wiodło i sami mogli na tym skorzystać. Kiedy skończyła się dobra passa, zostawili go samego. Na szczęście byli przy nim też tacy, którzy zostali bez względu na wszystko i wspierali w walce o powrót do zdrowia.
On też poznał parę ciekawych faktów z życia pielęgniarki. Wbrew stereotypom, nie przepadała za komediami romantycznymi, za to chętnie oglądała filmy z „dreszczykiem emocji”, ale tylko w towarzystwie mężczyzny, żeby miał kto ją przytulić. Uwielbiała słodycze i miała do nich ogromną słabość, czego nie widać było po jej tuszy. Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego wybrała taki a nie inny zawód, a także zdradziła, że jej rodzice bardzo pragną, by w końcu wyszła za mąż. Sebastian lekko posmutniał, kiedy dowiedział się, że dziewczyna ma chłopaka. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że z każdym dniem coraz bardziej go intrygowała. Magda już dawno odeszła w zapomnienie...

          Pod koniec lutego został wypisany ze szpitala. Utykając na jedną nogę, z wciąż unieruchomioną ręką, ze względu na obojczyk, natknął się na dziennikarzy przed budynkiem. Każdy chciał wiedzieć co dalej ze skoczkiem, który konkursem w Wiśle zaimponował całemu światu skoków narciarskich.
- Wydam tylko krótkie oświadczenie i nie będę się powtarzał – rzekł do mikrofonów – Na chwilę obecną nie jestem jeszcze w pełni zdrowy, potrzebuję spokoju i odpoczynku. Kiedy będę gotowy, wrócę do treningów i dopiero wtedy będę wiedział na czym stoję. Jest za wcześnie na wydawanie jakichkolwiek wyroków. Chciałbym jeszcze podziękować kibicom za to, że trzymali za mnie kciuki i za wsparcie, za słowa otuchy w internecie. To bardzo miłe z ich strony, dodaje sił i motywacji, by wziąć się do pracy, ale na chwilę obecną mój stan zdrowia jeszcze mi na to nie pozwala.
Kiedy szedł do samochodu, w którym czekali już fizjoterapeuta i Rafał, słyszał za sobą jeszcze pytania padające z ust różnych osób. Nie zwracał na nie jednak uwagi i w milczeniu zajął miejsce w srebrnym audi. Pozostawił media tylko z tym oświadczeniem, w którym nie deklarował powrotu. Zostawił sobie furtkę, gdyż w jego myślach coraz częściej pojawiała się wizja nieudanej próby.
Nadal spotykał się z Joasią. Dziewczyna cały czas utwierdzała go w przekonaniu, że jest w stanie powrócić, jeśli tylko będzie tego chciał i będzie wierzył. I to dzięki niej pojechał do Planicy, na finał Pucharu Świata jako kibic. Trener nie miał żadnych oporów, by zabrać jeszcze jedną osobę. Uważał, że po tym co przeszedł Sebastian, należy mu się taki wyjazd, a być może nawet pomoże powrócić... Mówią przecież że po upadku najlepiej jest wrócić na skocznię jak najszybciej. Zwycięzca Pucharu Kontynentalnego w Wiśle nie mógł jeszcze skakać, bowiem dopiero zaczął rehabilitację. Jedyną możliwością była obserwacja skoczni „z zewnątrz”.
Wieczorem, w hotelu, dzień przed ostatnimi zawodami w sezonie rozmawiał z Joasią przez telefon.
- Szkoda że cię tu nie ma – westchnął – Tu jest naprawdę pięknie.
- Noo, to widzę że wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę – ucieszyła się dziewczyna
- Tak, tylko... Ten wyjazd mi coś uświadomił.
- Co takiego?
- Aśka, ja doceniam to co dla mnie robisz... ale chyba niepotrzebnie.
- Nie rozumiem.
- Muszę ci się do czegoś przyznać. Kiedy byłem tam, na górze... ja sobie wszystko przypomniałem. Byłem marionetką w rękach wiatru, nic nie mogłem zrobić. I... chyba nie jestem w stanie już skoczyć. Boję się usiąść na belce, rozumiesz?
- Przecież możesz zacząć od mniejszej skoczni, tak? A to jest wielka, ogromna... ty tam jesteś tylko jako turysta, nie zapominaj o tym.
- Łatwo ci mówić... Nie ma cię tutaj, nie widziałaś tego, nie przeżyłaś tego co ja.
- Masz rację. Nic nie wiem i nie powinnam się wypowiadać – powiedziała oburzona – To cześć.
- Czekaj... - odezwał się, ale już było za późno. Rozłączyła się. Wściekły mruknął coś pod nosem i rzucił telefonem o łóżko.

środa, 15 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 6

          Skoczek trafił do szpitala w stanie ciężkim. Siły, jakie działały na jego ciało w momencie upadku, były duże, co wywołało spore obrażenia. Wstępnie podejrzewano złamania żeber i obojczyka, uraz głowy, trochę stłuczeń oraz obrażenia wewnętrzne. Natychmiast po zrobieniu badań przewieziono go na salę operacyjną. W tej chwili lekarze musieli zatrzymać krwawienie w jamie brzusznej, oczywiście uprzednio znajdując źródło tego krwawienia. Czekała ich kolejna trudna walka o życie pacjenta.
Media co chwila próbowały dowiedzieć się czegoś o stanie zdrowia sportowca. Zgromadzeni przed szpitalem dziennikarze zaczepiali każdą osobę, która wchodziła bądź wychodziła z budynku. Tylko z pomocą policji ochronie udało się powstrzymać ich przed wtargnięciem do środka. Na dobrą sprawę jednak wystarczyło się pozbyć aparatu i sprzętu, żeby zostać przepuszczonym. Spróbował tego jeden z dziennikarzy. Postanowił poczekać w środku na koniec operacji i zrobić zdjęcie telefonem komórkowym, kiedy będą przewozić pacjenta na salę pooperacyjną.
Przez cały wieczór tematem numer 1 w internecie, telewizji i radiu był wypadek polskiego skoczka. Kolejne stacje prześcigały się z opiniami własnych „ekspertów”, których wiedza na temat tej dyscypliny pozostawiała wiele do życzenia. Niektórzy od razu obarczyli winą Sebastiana – że to on popełnił błąd a trudne warunki nie pozwoliły mu tego błędu naprawić. Kolejni poszli o krok dalej i zaczęli wieszać psy na trenerze, że powołał na zawody mało doświadczonego zawodnika. Zapominali przy tym, że Sebastian już od lat skakał na nartach, tyle że w zawodach niższej rangi, a w zawodach startowali też młodsi, którzy nie mieli wielkiego bagażu doświadczenia. Ludzie, którzy słuchali tych opinii i tez uzupełnili je o swoje własne – wkrótce internet obiegła plotka, że skoczek na własną odpowiedzialność testował nowy typ wiązań, którego używanie nie było jeszcze w stu procentach bezpieczne.

          Operacja zakończyła się dopiero nad ranem. Dziennikarz, który o mało już nie przysypiał na krześle, wreszcie miał swój moment. Zamierzał uwiecznić go na zdjęciu, sensacyjnej fotce, dzięki której poniedziałkowe wydanie gazety rozejdzie się jak świeże bułeczki. Ukrywając się za filarem, wystawił lekko rękę ze swoim telefonem, kiedy nagle...
- Przepraszam, ale będę musiał zarekwirować sprzęt – usłyszał gruby męski głos za sobą. Aż podskoczył ze strachu, a telefon upadł mu na ziemię. Zaklął pod nosem, czym tylko pogorszył swoją sytuację.
- No i co ku*wa zrobiłeś?! To był służbowy! Szef poleci mi po pensji! - krzyczał ze złością, nie zważając na miejsce, w którym się znajdował i na wyższego, a także lepiej umięśnionego mężczyznę.
- Kim ty w ogóle do cholery jesteś?
- Nadkomisarz Jakub Strzelicki, komenda powiatowa – mówił, pokazując swoją odznakę – Pójdzie pan ze mną.
Chciał go złapać za rękę, lecz ten się wyrwał. Zdenerwował tym policjanta, który postanowił przestać być „uprzejmy” dla dziennikarza i już po chwili zatrzymany klęczał na podłodze, a ręce miał skute w kajdanki.
- Jak mówię że pan pójdzie to znaczy że pójdzie – powiedział cicho, prowadząc go korytarzem.

Dyrektor szpitala na godzinę 9:00 zapowiedział konferencję prasową. Tymczasem w pokoju pielęgniarek dwie kobiety, na oko blisko czterdziestoletnie brunetki, z uwagą wpatrywały się w ekran niewielkiego telewizorka, który był jedyną rozrywką kiedy nic się nie działo. Dołączyła do nich trzecia, znacznie młodsza, szczupła, zielonooka niewysoka blondynka.
- Cześć – rzuciła od progu
- Cześć – odpowiedziały jej niemal równocześnie
- Co tam oglądacie?
- Upadek tego skoczka – wyjaśniła jedna z nich – Szkoda chłopaka, dwadzieścia pięć lat dopiero ma.
- Dalej o tym gadają? Tak w ogóle, to dobrze słyszałam? On jest u nas w szpitalu?
- Tak, jest – przytaknęła Mariola – Nadal walczy o życie. Jak chcesz to przejdź się na oiom, zobaczysz go.
- A co to, fenomen jakiś? Albo inne monstrum? Człowiek jak człowiek, pacjent jak pacjent – wzruszyła ramionami
- Esz, Aśka, ty nic nie rozumiesz. On był teraz w życiowej formie! Wszyscy zaczęli się nim podniecać, cała krajowa prasa się nim interesuje! Wiesz kiedy ktoś sławny ostatni raz był w tym szpitalu? No wiesz?
- Prezydent w 1999 roku, jak się trochę poobijał na nartach. Ordynator wtedy szył mu łuk brwiowy, bo biedaczek sobie rozciął – odpowiedziała za koleżankę Halina
- Ja się uczyłam po to, żeby zajmować się ludźmi – bez względu na to czy to ktoś bezdomny, czy ktoś znany. Każdy z nich tak samo potrzebuje naszej pomocy.
- Patrzcie, jaka szlachetna – zachichotały obie starsze koleżanki. Uśmiechy na ich twarzach zniknęły, kiedy w drzwiach stanął dyrektor szpitala. Swego czasu wspaniały chirurg, jednak wiek zrobił swoje i nie czuł się już na tyle dobrze, by stać godzinami przy operacyjnym stole. Zawsze uchodził za surowego i wymagającego, lecz także za sumiennego, wyrozumiałego i sprawiedliwego – jako lekarz, a także jako dyrektor.
- Co to ma znaczyć? - warknął groźnie – Nie fascynować mi się tutaj, tylko do roboty. Pani Mariolu, przecież ordynator już kwadrans temu prosił panią, żeby zajrzeć do pana spod czwórki. A panią, pani Joasiu, zapraszam do mnie – łagodniejszym tonem zwrócił się do gabinetu.
Rzuciła jeszcze krótkie, zdziwione spojrzenie do Haliny, po czym podążyła za dyrektorem. Nie miała pojęcia czego może od niej chcieć. Rzadko zdarzało się, żeby wzywał kogoś do swojego gabinetu – jedynie gdy chodziło o sprawy bardzo pilne lub bardzo ważne. Pozostałe rozmowy toczył na spacerach po przyszpitalnym parku bądź w pokoju lekarskim. Miała nadzieję, że nie chodziło o jakieś zastrzeżenia wobec jej pracy. Ale czy ktoś mógłby mieć jakieś „ale”? Młoda, niespełna dwudziestosiedmioletnia kobieta rozpoczęła pracę w tym szpitalu zaraz po ukończeniu studiów. Często zyskiwała sympatię i zaufanie pacjentów, była lubiana, a także szanowana. Z uśmiechem na twarzy wspominała starszego pana, który gościł u nich przez miesiąc. Miał bardzo trudny charakter, opryskliwie odnosił się do otoczenia. Jedynie Joasia nie musiała przy nim uważać na słowa – tylko ją polubił i nie uprzykrzał jej pracy niemiłymi odzywkami.
- Proszę usiąść – z zamyślenia wyrwał ją głos dyrektora. Nawet nie zauważyła kiedy i jak znalazła się w jego gabinecie. Powoli zajęła miejsce na krześle i podniosła wzrok.
- Obserwuję panią. W sensie zawodowym oczywiście – dodał pospiesznie, obawiając się innej interpretacji tych słów – Bardzo podoba mi się pani praca. Jest pani cierpliwa, spokojna, ciepła, sumienna, oddana. Pacjenci bardzo panią cenią. Niektórzy nawet mówili, że powinienem pani dać podwyżkę – uśmiechnął się, zdejmując okulary – Ale nie po to panią poprosiłem do siebie.
- A... w jakim celu?
- Nie faworyzuje pani nikogo. Każdy jest taki sam, ma takie same prawa i przywileje. Dlatego chciałbym... żeby to pani zajmowała się Sebastianem Barańskim, tym skoczkiem który miał wypadek.
- Dlaczego akurat ja? Mariola i Halina też są dobrymi pielęgniarkami.
- Tak, ale... sama pani widzi, nie sądzę żeby one były w stanie dochować tajemnicy odnośnie stanu zdrowia pacjenta. A dla jego dobra będzie najlepiej, jeśli ograniczymy jakiekolwiek przecieki do mediów, próbuję ograniczyć szanse do zera. Nie musi się pani zgadzać, jeśli pani nie chce...
- Panie dyrektorze... - westchnęła ciężko – Wie pan, że to nie będzie takie proste? Ja nie jestem w stanie być w pracy dłużej niż 10 godzin dziennie.
- Tyle w zupełności wystarczy. To jak będzie?
Joasia zacisnęła usta. Choć uparcie twierdziła, że dla niej nie ma żadnej różnicy kim się zajmuje, to jednak poczuła się wyróżniona. Ale nie dlatego, iż Sebastian był znaną postacią, tylko dlatego że dyrektor właśnie ją wybrał do zespołu, który zapewni mu taką „izolację” od świata, dopóki sam pacjent nie zdecyduje, że jest gotowy by się pokazać, podzielić informacjami na temat swojego stanu zdrowia. Nie wiedziała czy powinna się zgadzać, bała się że może się poczuć zbyt ważna, zbyt wyjątkowa, a wtedy zatraci tą swoją skromność, uczciwość, swój charakter. Ale nie chciała odmawiać pomocy pacjentowi...
- Dobrze. Dziękuję za zaufanie, dyrektorze.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 5

          Świetny skok Sebastiana zapewnił mu drugie miejsce w kwalifikacjach. Przegrał jedynie z Austriakiem, który skoczył pół metra bliżej, lecz otrzymał większą rekompensatę punktową za wiatr. Polak był z siebie zadowolony, ale nie ekscytował się uzyskanym wynikiem – kwalifikacje były tylko po to, by wyłonić czterdziestkę, która wraz z czołową dziesiątką klasyfikacji generalnej stanie na starcie pierwszej serii konkursowej. Nie miało znaczenia czy będzie pierwszy, czy czterdziesty – zawody odbywały się później i to właśnie w nich trzeba było oddawać swoje najlepsze skoki.
W czwartek rano wstał wyspany i zrelaksowany. Ostatni raz tak spokojny był tuż po drugim zwycięstwie w Wiśle, kiedy uwierzył że ta dobra forma to nie jednorazowy przypadek, fart – naprawdę był w stanie uzyskiwać świetne odległości w każdym skoku. Czuł się na tyle dobrze, że poprosił trenera o zgodę na odpuszczenie sesji treningowej. Ponieważ warunki były zbliżone do tych z kwalifikacji, trener bez wahania pozwolił mu w inny sposób spożytkować ten czas.
Nikt nie wiedział co zrobił przed konkursem, ale wiedzieli tylko jedno – szykuje jakąś niespodziankę. Skakał jako jeden z pierwszych, przez co miał ustawioną dość wysoko belkę. Jak się okazało, za wysoko, bowiem po wyjściu z progu, mimo że wiatr wiał lekko z tyłu, obrał dość wysoką parabolę lotu i utrzymywał tę wysokość. Sam nie spodziewał się tak dalekiego lotu, przez co w końcówce trochę spanikował...
- Cholera jasna – zaklął po podpórce. Nie był w stanie utrzymać się na nogach – nie przy lądowaniu na takiej odległości i nie przy spadku z prawie dwóch metrów nad zeskokiem.
Mimo wszystko uśmiechnął się i pozdrowił kibiców, machając do nich. To był piękny lot, za który tysiące ludzi zgromadzonych pod skocznią nagrodziło go brawami. Komputer wskazał wynik 140,5 metra – byłby to nowy rekord skoczni, gdyby nie podpórka.
Zaraz po tym skoku obniżono rozbieg, w obawie że kolejni zawodnicy również polecą tak daleko i zrobią sobie krzywdę. Ale tak się nie działo – sukcesem okazywało się przekroczenie punktu K, czyli 120 metrów. Dopiero skoczkowie z czołówki dolatywali do 130 metra i wyprzedzili Sebastiana.
- No ładnie, ładnie – gratulował mu trener, kiedy już zakończyła się pierwsza seria – Siódme miejsce, świetny skok... Szkoda tylko że to lądowanie nie wyszło, bo mogłaby być szansa na podium, ale za to co zrobiłeś... Szacunek.
Mężczyzna uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu. W odpowiedzi 25-latek uśmiechnął się lekko. Jak zawsze skromnie odpowiedział:
- Zrobiłem to co zawsze, fajnie wyszło.
- Słuchaj... W Zakopanem jest drużynówka, pamiętasz, prawda?
Skoczek pokiwał głową twierdząco.
- Co byś powiedział, gdybym chciał cię zobaczyć w drugiej kolejce?
- Ale... że miałbym skakać w konkursie drużynowym? - zapytał z niedowierzaniem
- Tak jest. Myślę, że po tym co pokazałeś w ostatnim czasie w Pucharze Kontynentalnym, i wczoraj w kwalifikacjach, i dzisiaj w tej pierwszej serii, nikt nie będzie miał pretensji jeśli dostaniesz szansę. To jak będzie? Chciałbyś wystąpić?
W pierwszej chwili nie był w stanie odpowiedzieć. Słowa trenera wciąż do niego nie docierały – właśnie dostał propozycję wystąpienia w konkursie drużynowym, obok bardziej utytułowanych kolegów. On, wraz z brązowymi medalistami Mistrzostw Świata, wraz z indywidualnym Mistrzem Świata miał wystąpić w jednej drużynie, miał być jednym z nich! Miał wielkie marzenia, ale ta propozycja przerosła jego oczekiwania. Coś takiego nie przyśniłoby mu się nawet w najśmielszych snach!
Choć nie wierzył, że to dzieje się naprawdę, a serce waliło mu jak oszalałe z radości, na twarzy sam z siebie występował uśmiech, nie pozostało mu nic innego jak się zgodzić. Wyglądał jakby wypił co najmniej pół litra wódki – ale on był upojony szczęściem, nie alkoholem.
- Jesteś pewien, że to był dobry moment? - asystent trenera wciąż miał wątpliwości
- A kiedy byłby lepszy? Im więcej czasu będzie miał na oswojenie się z tą myślą, tym mniej będzie się tym ekscytował. Wiem, że prawdopodobnie zepsuliśmy mu drugi skok, ale...
- A może jest silniejszy niż nam się wydaje? Może będzie w stanie się skupić?
- Nie wiem – wzruszył ramionami – Ale nie będę miał pretensji, jeśli coś w tym drugim skoku mu nie wyjdzie.
Sebastian nie mógł się doczekać swojej kolejki. Chciał oddać kolejny doskonały skok, żeby pokazać samemu sobie i całemu światu, że to powołanie do drużynówki jest jak najbardziej zasłużone. W środku aż w nim się kotłowało. Miał w sobie tyle energii, że nie mógł stać bezczynnie. Zrobił bardziej intensywne ćwiczenia na rozgrzewkę niż zwykle. Miał zbyt małe doświadczenie by wiedzieć, czym to może poskutkować.
- No, w końcu – pomyślał, siedząc już na belce startowej. Mimowolnie uniósł kąciki ust. Oddychał głęboko, czekając na sygnał do startu. Zdawało mu się, że każda kolejna sekunda trwa wieczność, a dobrze rozgrzane mięśnie już zastygły. W końcu dojrzał machnięcie chorągiewką. Odepchnął się od belki i wyrzucił z głowy wszystko inne, co nie wiązało się ze skokami.
Już po wybiciu wiedział, że to nie będzie taki dobry skok, jak choćby wczoraj w kwalifikacjach. Zabrakło mu siły na progu i nie nabrał wystarczającej wysokości, by w końcówce wyciągnąć jeszcze parę metrów. Skupił się na ładnym lądowaniu, żeby chociaż tutaj odrobić trochę punktów. Wiedział już, że nie obroni doskonałego, siódmego miejsca.
- Sto dwadzieścia cztery i pół... - syknął pod nosem, przechylając głowę w bok – Za mało...
Uniósł brwi ze zdumienia, kiedy okazało się, że na sześć skoków przed końcem jest trzeci. A to oznaczało, że swój debiut w Pucharze Świata zakończy w pierwszej dziesiątce. I tak też się stało – w konkursie zajął 9. miejsce, z którego mógł być zadowolony. Nie zastanawiał się nad tym, że mogło być lepiej. Po prostu cieszył się z tego, że zdobył pierwsze punkty w zawodach najwyższej rangi.

- Twoja wielka kariera dopiero się rozpoczyna – mówił do niego dzień później Rafał, już podczas treningów w Zakopanem
- Daj spokój. Robię to, co robiłem od lat i nie wiem co się dzieje, że wychodzi lepiej.
- Szkoda tylko, że ten drugi skok był słabszy...
- Dlaczego szkoda? - uśmiechnął się szeroko – Powiem ci, że spotkało mnie najlepsze, co może spotkać debiutanta w takiej formie.
- Czyli? - młodszy kolega nie rozumiał co takiego cieszy 25-latka
- Lekcja pokory. Ktoś, kto tak szybko osiąga dobre wyniki, łatwo może uwierzyć w swoją doskonałość, pomyśleć że jak już się rozpędzi to nic go nie zatrzyma, że podbije cały świat. I wtedy zaczyna się psuć skoki, trudno jest wrócić do tego, co się prezentowało wcześniej. Moim kluczem do sukcesu jest spokój, wczoraj to do mnie dotarło.
- Spokój? - powtórzył zdumiony – A niech mnie, rób co chcesz, byle ci się dobrze skakało – przybił mu „piątkę”, po czym razem ruszyli w stronę wyciągu, by wjechać na górę skoczni.
Tym razem w kwalifikacjach nie specjalnie się wysilał. Chciał zaoszczędzić siły na jutrzejszy konkurs drużynowy. 9. miejsce po skoku na odległość 125,5 metra w zupełności mu wystarczyło.
Starał się nie ekscytować zbliżającą się drużynówką, ale to nie było takie proste. Świadomość, że jest wśród utytułowanych kolegów trochę go onieśmielała i nie pozwalała się skoncentrować. Z drugiej strony powtarzał sobie, że przy takich zawodnikach nie wypada słabo skakać i trzeba będzie dać z siebie wszystko.
Późnym sobotnim popołudniem to Polacy skakali najdalej. Pomimo że wiatr halny często dawał o sobie znać, udało się doprowadzić pierwszą serię do końca. Organizatorzy postanowili się nie poddawać i rozpoczęli drugą serię. Po skokach pierwszych zawodników z każdej reprezentacji przewaga biało-czerwonych wzrosła do 21,9 punktu – to było już ponad 10 metrów w przeliczeniu na odległość. W drugiej kolejce bardzo słaby skok oddał Czech, który tak naprawdę ratował się przed upadkiem, kiedy to zabujało nim w powietrzu zaraz po wyjściu z progu. Sędziowie odczekali chwilę i puścili kolejnego skoczka.
Kilku trenerów chciało natychmiastowego zakończenia zawodów, ze względu na bezpieczeństwo zawodników. Inni zarzucali im, że chcą utrzymać obecne wyniki, bo są po prostu dla nich korzystne. Na belce usiadł Sebastian. Pomimo że wiatr nie był stabilny, otrzymał zielone światło. Trener skrzywił się, ale nie miał innego wyjścia – dał sygnał do startu...
Wszystko działo się bardzo szybko. Zaraz po wyjściu z progu skoczek został silny podmuch z boku i niespokojnie pokręcił ramionami, chcąc odpowiednio ułożyć się na nartach, lecz jedna z nich gwałtownie opadła w dół. Rozpaczliwe machał rękoma, ale był tylko marionetką w „rękach” wiatru. Upadek wyglądał bardzo niebezpiecznie. Uderzył lewym barkiem i głową o zeskok. Natychmiast stracił przytomność. Jego bezwładne ciało stoczyło się po skoczni, wykonując jeszcze dwa obroty wokół własnej osi. Ponad dwadzieścia tysięcy ludzi pod Wielką Krokwią i miliony przed telewizorami zamarli. Na zeskoku natychmiast pojawiły się służby ratunkowe, by udzielić poszkodowanemu pierwszej pomocy i przetransportować go do szpitala. Dopiero teraz, kiedy zdarzyło się coś złego, wszyscy zrozumieli że trenerzy ubiegający się o zakończenie zawodów mieli rację. Polska odniosła zwycięstwo, lecz bohaterowie dnia nie potrafili się cieszyć w obliczu wypadku ich kolegi.

niedziela, 12 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 4

          W przeszłości miękkie serce i wrażliwość na ludzką krzywdę często pakowały Sebastiana w kłopoty, bądź po prostu obracały się przeciw niemu. Niestety tak też było i tym razem. Dzień po spotkaniu z Magdą w gazetach pojawiły się zdjęcia, na których dziewczyna całuje go w policzek. Nie widziałby w tym nic złego, mimo że zdjęcie zostało zrobione z ukrycia, gdyby nie podpisali tego jako „pożegnanie po romantycznym spacerze”. Czytając cały artykuł dowiedział się, że jest na zabój zakochany w blondynce, niebawem planują wziąć ślub, a ukrywali się, bowiem jego rodzice chcieliby, żeby znalazł sobie kogoś więcej niż zwykłą, skromną, prostą dziewczynę z Małopolski, córkę szwaczki i kolejarza.
- Co za bujdy – warknął, rozdzierając egzemplarz gazety i wyrzucając do kosza. Zostawił przy kasie pieniądze za gazetę i wyszedł na świeże powietrze.
Długi spacer pozwolił mu się uspokoić. Chciał jeszcze zrobić tylko jedną rzecz – usłyszeć co ma do powiedzenia autor tego artykułu.
Znalazł w internecie numer telefonu do redakcji i przekonał sekretarkę, aby pozwoliła mu porozmawiać z dziennikarzem.
- Słucham?
- Mówi Sebastian Barański, skoczek narciarski o którym pan napisał artykuł do dzisiejszej gazety. Tylko proszę się nie rozłączać, bo inaczej spotkamy się w sądzie.
- Ech, wiedziałem że tak będzie – westchnął – Dobrze, co ma się znaleźć w sprostowaniu?
- Mam gdzieś sprostowanie – rzucił bez ogródek – Oboje wiemy, że wciśniecie gdzieś w środku, małym druczkiem i prawie nikt nie zwróci na to uwagę.
- Więc czego pan oczekuje?
- Nie wstyd panu pisać takie kłamstwa? Przecież tam nie było ani krzty prawdy! Jak pan się czuje, wypisując takie głupstwa, czasem nawet oczerniając ludzi, robiąc, za przeproszeniem, w chuja tysiące ludzi?
Redaktor zamilkł. Sebastian przez chwilę myślał, że dziennikarz się rozłączył, lecz męski głos znów zabrzmiał w słuchawce.
- Taka praca. Jakoś trzeba zarobić na rodzinę, a ludziom nie można sprzedać rzeczywistości, bo oni często się z nią nie zgadzają. Trzeba im dać, to co chcą albo to, czego się nie spodziewają, rozumie pan?
- Tak, rozumiem – westchnął. Trudno było się nie zgodzić z mężczyzną. Kto by chciał czytać gazetę, gdyby pisali tam o różnych pospolitych czynnościach wykonywanych przez prostych ludzi. Kogo obchodzi praca pana Kowalskiego czy pies pana Nowaka? To odbiorcy zmusili media, żeby karmić ich kłamstwami czy innymi plotkami wyssanymi z palca, jeśli nie mieli pod ręką żadnej sensacji.
- Mam jeszcze tylko jedno pytanie – dodał Sebastian – Skąd pomysł na taki artykuł i skąd te zdjęcia? Śledziliście mnie?
- Wie pan co? Wydaje się być pan sympatyczny, dlatego panu powiem... Dostaliśmy telefon, że spotka się pan z jakąś dziewczyną. Kiedy spotkaliśmy się z nią, żeby odpalić jej jakiś bonus za informację, okazało się, że to ona!
- Zaraz, zaraz... - Sebastian nie wierzył w to co usłyszał – Jaka ona?
- Ta pana znajoma, która jest z panem na tych zdjęciach.
Zatkało go. Więc to wszystko to był podstęp! Magda zmyśliła bajeczkę o problemach finansowych rodziców, zagrała zrozpaczoną, tylko po to, żeby pojawić się z nim w gazecie. Wykorzystała go bez mrugnięcia okiem. Nie wierzył, że była w stanie posunąć się tak daleko, jednak to co usłyszał przed chwilą, jednoznacznie na to wskazywało.
- Dziękuję za rozmowę. Do usłyszenia – starał się zachować pozory, lecz i tak w jego głosie słychać było gniew
- Dziękuję, kłaniam się – odparł dziennikarz.
Sebastian ze wściekłości rzucił telefon na łóżko tak, że ten się odbił i spadł na podłogę.
- Co za suka... - wycedził przez zaciśnięte zęby.

          Cały czas chodził wściekły. Trenerzy i koledzy z drużyny starali się poprawić mu humor, jednak na nic zdał się ich trud. Fizjoterapeuci ostrzegali, że jeśli się nie rozluźni, nie będzie szans na oddanie dobrego skoku. A już dzisiaj miały się odbyć kwalifikacje w Wiśle Malince.
Wcześniej jednak odbyły się dwa treningi. Polacy z czołówki Pucharu Świata spisywali się znakomicie, pozostali trochę słabiej. Sebastian nie mógł sobie poradzić – zaledwie 107 metrów w pierwszej próbie i tylko 99 w drugiej. A przecież niecałe dwa tygodnie temu, skacząc tu w Pucharze Kontynentalnym, wręcz masakrował rywali, którzy teraz, w tych samych treningach, zajmowali miejsca pod koniec drugiej i trzeciej dziesiątki.
- Seba, co z tobą? - Rafał usiadł obok niego – Przecież jesteś w dobrej formie, potrafisz daleko skoczyć.
- Daj spokój... Przez tą cholerną Magdę nie mogę się skupić.
- O to jej chyba właśnie chodziło.
Brunet z zaciekawieniem spojrzał na młodszego kolegę z drużyny.
- Chciała zakłócić twoją równowagę psychiczną, żebyś przestał czuć się pewnie – wyjaśnił – I chyba jej się udało...
- Że co?! - wrzasnął oburzony – Że takie ścierwo, taka szmata miałaby mi odebrać marzenia?! Ty chyba nie wiesz co mówisz! Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Wiesz ile znaczą treningi? No wiesz?
- Nic nie znaczą – odparł cicho
- No właśnie! Kwalifikacje też nie, trzeba tylko wejść do tej cholernej czterdziestki. I wejdę, zobaczysz! Spotkamy się jutro w konkursie, obiecuję ci to.
Wyszedł z polskiej szatni, trzaskając drzwiami. Nawet nie zwrócił uwagi, że omal nie wpadł na trenera, który stał obok. Chwilę później Rafał również wyszedł na zewnątrz.
- No i co?
- Sam trener widział – westchnął – Od zniechęcenia do wzburzenia. Jedno jest szkodliwe, ale drugie też. Myśli trener, że to było dobre posunięcie?
- Uwierz mi, tak. Do czasu skoku się uspokoi, a zostanie w nim tylko to, że musi dobrze skoczyć. Dobra robota.
Poklepał młodego skoczka po ramieniu, dał mu jeszcze kilka wskazówek odnośnie lądowania i poszedł w stronę gniazda trenerskiego. Za niecały kwadrans miał dać sygnał do startu pierwszemu z Polaków, który będzie rozpoczynał kwalifikacje. 
Pełen obaw Rafał wciąż obserwował Sebastiana. Podobnie jak on, rozgrzewał mięśnie. Miał skakać zaraz po nim, z czwartym numerem startowym. Obaj w tym sezonie nie punktowali jeszcze w Pucharze Świata, bowiem to był dla nich pierwszy start obecnej zimy w zawodach najwyższej rangi. Prawdopodobnie gdyby nie dodatkowa kwota startowa dla gospodarza (sześciu dodatkowych skoczków) to musieliby jeszcze trochę poczekać. Być może Sebastian i tak by wystartował w PŚ, ale w przypadku Rafała było to wątpliwe.
Wiatr wiał na całej długości z tyłu skoczni. Sędziowie jednak dość ostrożnie ustawili belkę i po trzech skokach prowadził Rafał, choć skoczył tylko 112 metrów. Z niecierpliwością czekał na to, co pokaże jego kolega. Ściskał kciuki za niego. Wierzył, że trener wiedział co mówi i co robi – przecież nie przypadkiem został wybrany przez kibiców trenerem roku. Choć jego zawodnicy nie dominowali w Pucharze Świata, to jednak został doceniony ogromny postęp w polskich skokach, który dobrze rokował na przyszłość.
Sebastian nie odczuwał większej presji – tym bardziej, że to były kwalifikacje. Po tym co usłyszał od Rafała, był dodatkowo zmotywowany. Tak jakby działał na przekór wszystkim, na przekór naturze, która za sprawą wiatru chciała uniemożliwić mu daleki lot, na przekór całemu światu. I zamierzał udowodnić, że jest w stanie to pokonać. Dostał zielone światło, trener machnął chorągiewką i... ruszył.
Kilkanaście sekund później wjechał pod górkę i zatrzymał się przy bandzie. Wiedział tylko tyle, że lądował za pierwszą czerwoną linią, ale nie wiedział czy to był dobry skok. Dopiero kiedy zobaczył na tablicy wyników 127 metrów, dotarło do niego że wykonał swoje zadanie. Uśmiechnął się szeroko, podniósł rękę w górę i pomachał do kibiców, którzy radośnie wiwatowali, machając biało-czerwonymi flagami. Właśnie za to kochał skoki – za te kilka sekund lotu, za te emocje i niesamowitą atmosferę.
-------
Odpowiedź na pytanie Alutki z komentarza pod częścią drugą - nie wiem dokładnie ile części będzie miało opowiadanie, chciałbym je zamknąć w 10 - 15 częściach.

piątek, 10 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 3

          Następny dzień przyniósł Sebastianowi oraz kibicom nie mniej radości niż dzień wczorajszy. Rywalizacja w konkursie bardzo przypominała przebieg pierwszej serii z poprzednich zawodów – ogromna przewaga Sebastiana, dobre miejsca Polaków, kilka niespodzianek w pierwszej piętnastce. W obu seriach zwycięzca z wczoraj potwierdził swoją doskonałą dyspozycję, skacząc odpowiednio 137 i 134,5 metra, co było najlepszymi wynikami dnia. 25-latek odniósł swoje drugie zwycięstwo w Pucharze Kontynentalnym, na 11 dni przed konkursem Pucharu Świata na tej samej skoczni. Wszystko wskazywało na to, że będzie miał szansę na dobry wynik i pierwsze punkty już w debiucie.
Długo świętowali. Podwójne zwycięstwo w weekend było naprawdę sporym sukcesem. Takie wyniki można było osiągnąć tylko gdy forma była stabilna. Koledzy żartowali nawet, że po konkursach w Zakopanem może czekać ich rozłąka, bowiem Sebastian dzięki takim wynikom zostanie dołączony do głównej kadry i regularnie będzie brał udział w zawodach rangi Pucharu Świata.
- Nie no, co wy chłopacy – studził wszechobecny optymizm – Jeden weekend jeszcze nic nie zmienia.
- Ale twoja forma jest dobra już od dłuższego czasu – zauważył Bartek
- Na dobrą sprawę to od początku sezonu – sprecyzował Stefan
- No właśnie, a jak dotychczas nie trafiłem jeszcze do PŚ. Chłopaki, spokojnie, nie zamierzam was tak szybko opuszczać – odparł z uśmiechem
- Dobra, niech ci będzie. Decyzja i tak należy do trenera. Ale chyba nie odmówisz, jeśli ci zaproponuje wyjazd na PŚ po Zakopanem i Sapporo, co?
- No wiesz... głupio by było. Takich propozycji się nie odrzuca.
- No to wznieśmy toast! - zawołał Rafał – Za to, że po kilku latach klepania buli ujawnił nam się nowy diament w drużynie!
Sebastian tylko się uśmiechnął i na żarty pogroził mu palcem. Oczywiście chłopak nie powiedział nic złego, choć mógł to ładniej ubrać w słowa. Ale oni się nie obrażali o takie drobnostki, byli tylko prostymi ludźmi, których połączyło jedno – pasja. To właśnie miłość do skoków narciarskich i lata treningu, ogromny wysiłek włożony w to, by osiągać dobre wyniki, sprawiła że byli teraz właśnie tu gdzie byli i świętowali sukces kolegi. Dla takich właśnie chwil warto było dawać z siebie wszystko, wyciskać z siebie siódme poty, a czasem nawet ryzykować kontuzją.

          Tydzień później odbywały się kolejne zawody w Courchevel. Zajął tam trzecie i drugie miejsce. Zaraz po powrocie z Francji Sebastian zgodził się spotkać ze swoją byłą dziewczyną. Sam nie wiedział dlaczego nie odmówił Magdzie, kiedy ta zadzwoniła do niego przez telefon. Serce mu zmiękło, kiedy usłyszał głos dziewczyny. Broń Boże żeby za nią tęsknił – ale wyczuł, że coś złego się stało, że z trudem powstrzymywała wybuch płaczu, a po rozmowie zapewne już zalała się łzami. Domyślił się, że będzie chciała go prosić o pomoc.
Czekał na nią w kawiarni, nerwowo spoglądając na zegarek. Miała być już kilka minut temu.
- Spóźnia się – pomyślał, mrużąc oczy od promieni słońca – A może mnie wystawiła?
Obiecał sobie, że poczeka jeszcze pięć minut i ani chwili dłużej. Jeśli Magda nie przyjdzie, już nigdy więcej nie odbierze od niej telefonu, a nawet nie raczy spojrzeć w jej stronę, gdyby przypadkiem znalazła się gdzieś w pobliżu. Jeszcze jedno spojrzenie na zegarek i...
- Przepraszam, kroki – usłyszał kobiecy głos.
Mężczyzna podniósł wzrok i dokładnie zlustrował swoją byłą dziewczynę wzrokiem. Wciąż wyglądała tak samo, jak w momencie, kiedy zakończyli ten związek. Rozpuszczone blond włosy opadały na jej plecy, lekka opalenizna w efekcie cotygodniowych wizyt w solarium, pomalowane usta i rzęsy, ta sama bluzka z głębokim dekoltem, która odsłaniała kawałek stanika, kiedy dziewczyna się pochylała i te same buty na szpilkach.
- No tak, czego ja się spodziewałem... Takie jak one nigdy się nie zmieniają – uśmiechnął się pod nosem
- Nie wierzysz mi – stwierdziła, kiedy skrzywił się nieznacznie
- Korki korkami, ale może wystarczyło założyć buty z niskim obcasem?
- No naprawdę, mówię ci. Nie ma śniegu, ale i tak jest ślisko, dlatego samochody powoli jeżdżą.
Skoczek westchnął cicho i przewrócił oczami.
- Dobra, niech ci będzie. Były korki, zadowolona?
- Zadowolona to będę, jeśli mi pomożesz.
- O ile będę mógł... - rzekł ostrożnie, bez przekonania
Magda poprosiła go o chwilę, zamówiła filiżankę kawy i dopiero po skosztowaniu aromatycznego, czarnego napoju, wyjaśniła mu w czym tak bardzo potrzebuje jego pomocy.
- Moja mama ostatnio straciła pracę – opuściła głowę, nie chcąc patrzeć Sebastianowi w oczy – Czuję się zobowiązana, żeby wspomóc rodziców finansowo, ale... w tej chwili jestem w dołku. Miałam sporo wydatków, nie mam już oszczędności.
- I chcesz pożyczyć ode mnie?
- Jak byś czytał w moich myślach – uśmiechnęła się niemrawo
- Ile? - spytał bez ogródek
- A ile możesz? Nie chcę mówić zbyt wiele, żeby nie było że za dużo sobie wyobrażam czy coś...
- Spokojnie, nic nie będę komentował. Powiedz tylko ile potrzebujesz, a ja powiem ci, czy jestem w stanie pożyczyć ci taką sumę.
Powoli podniosła głowę i zacisnęła usta, jakby za chwilę miał zapaść wyrok. Zdobyła się na odwagę i wydusiła:
- Tysiąc.
- Tysiąc złotych? - Magda potwierdziła skinieniem głowy – Dobrze, niedaleko jest bankomat, chodźmy.
Zapłacił rachunek, po czym pomógł dziewczynie ubrać płaszcz i razem wyszli z budynku. Nieświadomy niczego Sebastian odruchowo objął ją ramieniem w geście wsparcia. Sprytny paparazzo tylko czekał na coś takiego. Odpowiednio ustawił obiektyw i... pstryk! Zdjęcie gotowe! Za taki materiał szef na pewno da mu premię. Czując, że może uchwycić jeszcze kilka podobnych momentów, dyskretnie podążał za nimi. Każda informacja o zwycięzcy zawodów Pucharu Kontynentalnego była na wagę złota, bowiem o jego życiorysie dotychczas nie było wiadomo zbyt wiele, ponieważ dopiero po sukcesie w miniony weekend stał się rozpoznawalny w środowisku skoków narciarskich. Póki skakał, zdobywając drobne bądź większe punkty, lecz nie stając jeszcze na podium, większość nie przywiązywała szczególnej wagi do jego występów.
Przeczucie nie zawiodło dziennikarza. Z uśmiechem na twarzy robił kolejne zdjęcia – a już najbardziej do gustu przypadły mu ujęcia, w których dziewczyna całowała skoczka w policzek. Sebastian nie spodziewał się takiego zachowania – to była spontaniczna reakcja Magdy, która dziękowała mu za pomoc. Paparazzo oczyma wyobraźni już widział, jak jego koledzy z redakcji dopisują tekst do zdjęcia, a do przeczytania artykułu zachęca jedno z jego zdjęć umieszczone na pierwszej stronie i ogromny tytuł obwieszczający rzekomy romans Sebastiana z uroczą blondynką, o którym więcej będzie można przeczytać na szóstej, a może nawet na piątej czy czwartej stronie.

- Jesteś kochany. Dziękuję – powiedziała po tym, jak pocałowała go w policzek
- Nie ma za co – uśmiechnął się lekko
- Cieszę się, że mimo tego co między nami się wydarzyło, mogę na ciebie liczyć. Jesteś dobrym kumplem.
- Nie wracajmy do tego, okej? - odwrócił głowę w drugą stronę – Było, minęło.
- No tak, masz złe wspomnienia... Kiedy chcesz zwrotu?
- Oddasz kiedy będziesz miała. A teraz wybacz, ale... naprawdę muszę już lecieć. Mam spotkanie z ekipą.
- Jasne, leć – obdarzyła go uśmiechem na pożegnanie – Ach, zapomniałabym. Gratuluję sukcesów! Oby tak dalej!
- Dzięki! - odkrzyknął, będąc już około pięćdziesiąt metrów od niej.

wtorek, 7 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 2

         W cieniu zawodów z cyklu Turnieju Czterech Skoczni w Innsbrucku, wczesnym przedpołudniem 4 stycznia rozgrywano Puchar Kontynentalny na skoczni w Wiśle Malince. Na liście startowej widniały 74 nazwiska skoczków z 17 krajów, w tym oczywiście gospodarzy, czyli Polaków. Konkurencja spora, ale nie dla kogoś, kto był w formie. A Sebastian był. Już w pierwszej serii znokautował rywali, lecąc na 138 metrów. Lądowanie sprawiło mu trochę problemów (przy takiej odległości to nie było dziwne – w końcu zbliżył się na zaledwie metr do rekordu obiektu!), na czym ucierpiały jego noty za styl. Mimo to znalazł się na prowadzeniu z ogromną przewagą – przecież skoczył o 7 metrów dalej niż prowadzący dotychczas Słoweniec, co w przeliczeniu na punkty dało mu notę o 12,6 punktu wyższą. Uwzględniając większą rekompensatę za niekorzystny wiatr i niższe noty, wyprzedzał rywala dokładnie o 10,1 punktu. Biorąc pod uwagę, że kolejnych dwunastu skoczków mieściło się w różnicy dziesięciu punktów, przewaga Polaka była ogromna.
Do końca pierwszej serii konkursu pozostało jeszcze ośmiu skoczków. Żaden jednak nie zdołał zbliżyć się punktowo do Sebastiana. Tuż za nim znalazł się Stefan (najwyżej klasyfikowany z Polaków w Pucharze Kontynentalnym), ze stratą 7,7 punktu po pierwszym skoku.
Pozostali reprezentanci również spisali się nieźle – zajmowali ósme, dziewiąte, trzynaste i siedemnaste miejsce.
W polskiej szatni nie brakowało uśmiechów na twarzach ekipy. Wszyscy – skoczkowie, serwisanci, fizjoterapeuci i trenerzy byli zadowoleni z wykonanej pracy. Zapowiadało się na najlepszy konkurs Pucharu Kontynentalnego w tym sezonie. Wystarczyło jedynie powtórzyć takie skoki w drugiej serii. Ale to byłoby zbyt piękne...
Po zaledwie pięciu skokach finałowej serii, stabilne dotychczas warunki pogodowe zamieniły konkurs w loterię. Choć wiatr nie przekraczał dopuszczalnego limitu prędkości i teoretycznie nie zagrażał bezpieczeństwu skoczków, wypaczał wyniki rywalizacji. Bardzo często zmieniał kierunek, pomagając niektórym zawodnikom, zaś innym skutecznie utrudniając osiąganie dobrych odległości, które pozwoliłyby przynajmniej na utrzymanie miejsca wywalczonego w pierwszej serii. Pecha miało większość skoczków z drugiej dziesiątki, skacząc w niekorzystnych warunkach. Na nic zdała się rekompensata punktowa – prawie każdy tracił po 3 – 4 miejsca, dając jednocześnie awans tym, którzy po pierwszej serii zajmowali miejsca na początku trzeciej dziesiątki.
Stracili też obaj Polacy skaczący w tej grupie zawodników. Niektórzy zawodnicy z niepokojem obserwowali poczynania swoich kolegów i warunki pogodowe. Inni zachowywali pozorny spokój, w głębi duszy modląc się, aby trafić na odrobinę lepszy wiatr niż rywale. Teoretycznie, przy tak zmiennych warunkach, każdy z pierwszej dziesiątki mógł stanąć na podium.
- Co o tym myślisz? - zapytał Stefan lidera po pierwszej serii
- Pamiętasz co mówił Małysz? Jak masz formę to warunki, skocznia i rywale nie grają roli. Lecisz i cieszysz się tym skakaniem, samo ci wychodzi.
- Yhym – pokiwał głową – Czyli się nie przejmujesz wiatrem.
- A czym tu się przyjmować?
- A nie boisz się, że możesz wszystko zrobić poprawnie, a wiatr wciśnie cię w zeskok i nie wygrasz?
- Jak nie dzisiaj, to jutro. Jest forma, to i zwycięstwo przyjdzie.
To był jego sposób – odciąć się od wszystkiego, żeby niepotrzebnie nie zaprzątać sobie głowy podczas skoków. Tylko świeżość umysłu i koncentracja pozwalały na powtarzanie tych świetnych, wręcz idealnych technicznie zachowań, które dawały piorunujące rezultaty.
Był spokojniejszy niż przed pierwszym skokiem. Nawet nie przewaga nad rywalami czy zajmowane aktualnie miejsce dodawało mu pewności siebie. Ta odległość, ten lot – to właśnie dzięki nim utwierdził się w przekonaniu, że jest w stanie walczyć jak równy z równym z najlepszymi obecnie skoczkami Pucharu Kontynentalnego.
O ile Bartek, podobnie jak jego dwaj koledzy z kadry, stracili w drugim skoku, to jednak Rafał trafił na ruch powietrza pod narty, co pozwoliło mu uzyskać najlepszą jak na razie odległość w tej serii. Na siedem skoków przed końcem to on był liderem konkursu.
Skakali coraz lepsi, ale kolejnych dwóch nie zdołało wyprzedzić Polaka. Dopiero zajmujący 5. miejsce Niemiec zmienił go na prowadzeniu, lecz skaczący chwilę później jego rodak znalazł się i za nim, i za Rafałem. Pozostało już tylko trzech...
- Stefek – mówił Sebastian, przybijając mu „piątkę” i życząc powodzenia przed finałowym skokiem – Żebyśmy spotkali się na podium.
- Żebyśmy – powtórzył cicho, próbując zachować spokój. Nie było to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Chciał zapytać Sebastiana jak on to robi, ale już nie zdążył. Spiker właśnie zapowiedział jego wejście na belkę startową. Skaczący przed nim Słoweniec uzyskał 128 metrów i zajmował obecnie drugie miejsce. Mniej więcej tyle samo musiał skoczyć Polak, aby zapewnić sobie miejsce na podium, zaś aby prowadzić – 2 metry dalej. Prawie nie docierało do niego to, co działo się teraz na skoczni. Ledwie dojrzał jak trener macha chorągiewką, dając sygnał do startu. Sam nie wiedział dlaczego tak bardzo się denerwuje. Odepchnął się od belki, pochylił i czekał na próg... Chciał oddać jak najdłuższy skok, taki, który da pewność jemu, jego kolegom i wszystkim na tej skoczni, że wygra Polak...
Ale popełnił błąd – spóźnił wybicie. Pomimo iż miał dobrą prędkość na progu i w locie, nie nabrał wysokości, która pozwoliłaby mu odlecieć daleko. Został zmuszony do wcześniejszego lądowania. Uzyskał 124 metry – za mało, by znaleźć się na podium. Wciąż jeszcze oszołomiony tym co się stało, odpinał narty, nie wiedząc jeszcze że zaprzepaścił szansę na pierwszą trójkę. Dopiero kiedy zobaczył na ekranie cyfrę 6 – oznaczającą zajmowane aktualnie miejsce, zrozumiał co się stało.
Na górze pozostał tylko jeden. Ten, który w pierwszej serii dał popis swoich możliwości. Ten, który już dzień wcześniej zapowiedział swoje zwycięstwo. Ten, który był teraz w swojej życiowej formie. Siedział na belce i ze spokojem spoglądał na rozbieg, na którym za chwilę nabierze prędkości do wykonania skoku kończącego ten konkurs. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Żadnego strachu ani przesadnej pewności siebie. Nie czuł presji – dla niego to był tylko kolejny skok, który miał dać mu wiele radości. Nawet nie spojrzał na wiatr, to nie miało dla niego znaczenia. Miał dobry humor, czuł się dobrze, był w pełni skupiony na swoim zadaniu. Ruszył. Wystarczyło tylko trafić w próg, ułożyć się w locie i cieszyć się chwilą. I tak też zrobił, ale... silny podmuch wiatru zaraz po wybiciu utrudnił mu przybranie odpowiedniej sylwetki. Nie zastanawiając się ani chwili skorygował to co musiał i próbował wyciągnąć jak najwięcej z tego skoku. Wszystkim na dole zamarły serca – przez chwilę wydawało się, że to skończy się upadkiem. Sebastian również się przestraszył, ale nie zamierzał skracać tego skoku. Po chwilowych kłopotach ustabilizował pozycję w locie i wyciągnął całkiem przyzwoitą odległość – 126 metrów. Ale czy to wystarczy na zwycięstwo?
Stefan skoczył dwa metry bliżej i stracił aż pięć pozycji. Sebastian miał jednak znacznie większą przewagę po pierwszym skoku. Pomiar wiatru, ku niezadowoleniu polskiej ekipy, wskazywał nieznaczny wiatr z tyłu skoczni. Podium na pewno miał, ale czy najwyższy stopień?
Chwile przed ogłoszeniem wyniku zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Dopiero teraz Sebastian zaczął się denerwować. Pierwszy raz w trakcie tych zawodów myślał o wyniku. Ale on już swoje zadanie wykonał – inni też. Pozostało tylko podliczenie punktów i ogłoszenie wyników...
- Zwycięstwo! - dosłyszał głos podbiegającego do niego Bartka wraz z kolegami. A więc się udało! Z dziesięciu punktów przewagi został tylko jeden – ale kogo to teraz interesowało? Spełnił jedno ze swoich marzeń, wygrał zawody Pucharu Kontynentalnego. Zwycięstwo smakowało tym lepiej, że zostało odniesione „u siebie”, tu, w Polsce, w Wiśle Malince. Czy ktoś mógłby napisać piękniejszy scenariusz niż ten, jaki napisało mu życie?
- Fart, los, przeznaczenie – nazywajcie to jak chcecie! - krzyknął uradowany zwycięzca konkursu – Dzisiaj jest nasz dzień!
- Chciałbym podziękować całej ekipie – mówił chwilę później do mikrofonu, do kibiców zgromadzonych pod skocznią – Wszyscy pracowaliśmy na to zwycięstwo: fizjoterapeuci, którzy pomagają mi w rozgrzaniu mięśni i wykorzystaniu w jak największym stopniu ich siły, trenerzy, którzy przyglądają się szczegółowo moim próbom i wskazują drogę rozwoju, a także kolegom z kadry, którzy mnie wspierają i dzisiaj razem ze mną cieszą się z tego osiągnięcia. Dziękuję! - zakończył, podnosząc rękę i machając do kibiców.

niedziela, 5 stycznia 2014

Pogoń za wygraną cz. 1

Na początku kilka słów od autora.
Nie zamierzam kończyć pisania, przynajmniej na razie. Miałem kilka trudniejszych dni, to dlatego nic nie pojawiało się na blogu. Rok 2014 zacznę od opowiadania sportowo-obyczajowego, to znaczy: na początku dominować będzie wątek skoków narciarskich, lecz później to losy głównego bohatera wysuną się na pierwszy plan. Opowiadanie o tematyce sportowej pojawiło się już raz na blogu, dlatego zdecydowałem się, że teraz też pozwolę sobie na taki manewr. Rozumiem, że ktoś może być niezadowolony, komuś może nie przypaść do gustu taka tematyka - i przyjmę całą krytykę, pod warunkiem, że ta będzie konstruktywna. Oczywiście zachęcam do przeczytania pierwszej części i wyrażenia swojej opinii, ale jeśli ktoś naprawdę nie będzie chciał dalej czytać, to niech sobie odpuści i wróci, kiedy to opowiadanie się skończy. Notoryczne komentarze na temat ewentualnego błędnego doboru tematyki uznam za spam i będą one przeze mnie usuwane. To tyle z mojej strony.

------

Czy może być coś piękniejszego niż lot? Niż te szybowanie z prędkością ponad dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, kilka metrów nad zeskokiem? Niż te pochłanianie metrów, walka o każdy metr, który może zadecydować o końcowym wyniku... Nie, nic piękniejszego dla tych kilkudziesięciu sportowców nie istniało. No chyba że efekt dwóch skoków w postaci miejsca na podium – najlepiej na jego najwyższym stopniu – kiedy kilkutysięczna publiczność wpatrzona w tę najlepszą trójkę nagradza ich brawami za ten występ, za wspaniałą atmosferę, ogromne emocje czy nawet niesamowite wzruszenia.
Choć nie były to zawody najwyższej rangi – bowiem Puchar Kontynentalny w skokach narciarskich uznawany był za co najwyżej zaplecze Pucharu Świata, na skoczni w Wiśle kibice pojawili się w całkiem licznym gronie. Przyjechali, by móc dopingować swoich rodaków, ulubieńców, w walce o kolejne punkty do klasyfikacji, uznanie trenerów, a być może nawet szansę wystąpienia w kolejnych kilku konkursach Pucharu Świata. Dla niektórych ważniejsza jednak była walka w klasyfikacji Pucharu Kontynentalnego – przecież za zwycięstwo w całym cyklu zawodnik otrzymywał nagrodę, pomimo że był to mniej znany cykl zawodów, o którym większa rzesza kibiców słyszała głównie we wzmiankach komentatora bądź trenera, kiedy ten był udzielał wywiadu. Jednak istniała też grupa, która na bieżąco śledziła wyniki zawodów – fanatycy skoków narciarskich, którzy dość szeroko spoglądali na tę dyscyplinę, a ich czujnemu oku nie mogły umknąć żadne zawody.
Ponieważ niespełna dwa tygodnie po zawodach Pucharu Kontynentalnego na skoczni imieniem Adama Małysza w Wiśle Malince miał odbyć się tutaj Puchar Świata, reprezentanci Polski nie musieli walczyć o miejsca w nadchodzących zawodach głównego cyklu. Z racji przeprowadzenia zawodów w danym kraju, jego reprezentacja mogła dodatkowo wystawić sześciu skoczków poza limitem. Trener postanowił, że to właśnie skoczkowie z Pucharu Kontynentalnego otrzymają szansę na start w PŚ i w ten oto sposób wykorzysta ten „przywilej gospodarza”.
Polska drużyna w Pucharze Kontynentalnym składała się przede wszystkim z młodych skoczków, którzy stali dopiero u progu wielkiej kariery. Aż czterech z nich nie miało nawet skończonych 20 lat, najstarszy miał 27 lat, a ostatni z drużyny liczył sobie 25 wiosen.
Właśnie on, 25-letni Sebastian, zdawał się być w najlepszej formie z całej szóstki. W ostatnich dwóch konkursach, rozgrywanych tuż po świętach Bożego Narodzenia, był szósty i czwarty. Osiągał wyniki, jakich nigdy wcześniej nie udało mu się osiągnąć. W końcu uwierzył w siebie, ustabilizował formę, a jego skoki mogły się naprawdę podobać. W klasyfikacji generalnej Pucharu Kontynentalnego zajmował 9. miejsce, drugie wśród Polaków. Ale nie to go interesowało. Od kilku lat marzył, by wystartować w zawodach najwyższej rangi, Pucharze Świata. I w końcu w tym roku to marzenie miało się spełnić. Wiadomość, że wystąpi w Wiśle i Zakopanem, przed swoimi rodakami, przed wspaniałą, ponad dwudziestotysięczną publicznością, zmotywowała go dodatkowo. Nakręciło go to pozytywnie na zbliżający się Puchar Kontynentalny w Polsce. Jeśli dobrze będzie się czuł na tej skoczni, to podobnie będzie w PŚ, gdzie zależało mu na dobrym wyniku. Kto wie czy trener nie wyśle go na zawody do Sapporo, gdzie większość reprezentacji wystawi rezerwowe składy, ze względu na przygotowania do zbliżających się Mistrzostw Świata. Długa podróż do odległej Japonii mogłaby niekorzystnie wpłynąć na formę któregoś z czołowych zawodników. Wielokrotnie zdarzało się, że faworyci jednego z najważniejszych konkursów w sezonie, w pogoni za punktami wyruszali w tę długą drogę, co skutkowało potem utratą wspaniałej dyspozycji, prezentowanej kilka konkursów wcześniej.

Wieczorem, dzień przed zawodami, cała szóstka spotkała się w domu u Rafała, jednego z najmłodszych skoczków w ekipie. Miał on osiemnaście lat, uczęszczał do technikum i wciąż mieszkał z rodzicami. Ani trochę im nie przeszkadzało, że ich syn zaprosił do siebie kolegów. Chłopak mieszkał w Wiśle, w tym samym mieście, gdzie znajdowała się nowoczesna skocznia, na której miały odbyć się zawody. Wieczór spędzili grając w karty i rozmowie.
- Seba, słyszałem że twoja była się odezwała? - zagadał jeden z nich
- Czyli co, cały sztab już plotkuje? - westchnął ciężko – Tak, odezwała się. Miała nadzieję, że damy sobie jeszcze jedną szansę...
- Dobre sobie – uśmiechnął się Stefan, najstarszy z grupy – Najpierw zdradza, a potem ma czelność mówić, że wina leży po obu stronach. I jeszcze myśli, że będziesz chciał z nią być, o!
- Popularność – skomentował krótko Olek
Nagle wszyscy zamilknęli i spojrzeli na kolegę. Jego krótki, lecz treściwy komentarz okazał się być najtrafniejszym w tej sytuacji – wskazywał bowiem najbardziej prawdopodobną przyczynę zmiany w zachowaniu byłej dziewczyny Sebastiana.
- Trafiłeś w sedno. W końcu, fajnie by było móc się pochwalić przed koleżankami, że jest się dziewczyną reprezentanta Polski w zawodach najwyższej rangi, co nie?
- I nie tylko przed koleżankami – podchwycił temat Bartek – Moi przyszli teściowie są chorobliwie dumni, że chłopak ich córki wystartuje w Pucharze Świata...
Grali w pokera jeszcze kilkanaście minut, a tematem przewodnim rozmów wciąż były kobiety i związki. W końcu Rafał zauważył, że jest już późno i najwyższa pora kłaść się do łóżek – w końcu już za kilkanaście godzin mieli usiąść na belce startowej i walczyć o jak najlepsze odległości, jak najlepsze lokaty – co pomoże im zbudować psychiczny spokój, a jednocześnie obronić się przed stresem i presją, jaki będzie towarzyszył w Wiśle i Zakopanem podczas Pucharu Świata.
- Kto przegrał?
- Seba. Jak zwykle zresztą...
- Czyli co, stawiasz piwo po drugim konkursie?
Wszyscy spojrzeli na niego wyczekująco. Od dawna stosowali zasadę, że ten, który najgorzej wypadł w pokerowej rozgrywce, po zmaganiach w Pucharze Kontynentalnym zabierał całą grupę na piwo, żeby się zrelaksować. Był tylko jeden sposób by nie płacić – wygrać przynajmniej jeden z konkursów. Wtedy to koledzy dbali o finanse, świętując wraz z kolegą jego sukces.
- Na waszym miejscu trzymałbym się za portfele – uśmiechnął się tajemniczo, po czym wyszedł do toalety.
Sebastian jeszcze nigdy nie stał na podium zawodów Pucharu Kontynentalnego, nie skakał na skoczni w Wiśle, a celował w zwycięstwo. Mogło się to wydawać szalone, ale jego forma z konkursu na konkurs wzrastała. Czuł się na tyle pewnie, że w ciemno obstawił swoje zwycięstwo. A było ono możliwe, bowiem sport był nieprzewidywalny.
Jeśli naprawdę chciał odnieść zwycięstwo, musiał być w stu procentach skupiony na tym, co robi. Miał jeszcze tylko kilka godzin, by całkowicie odciąć się od wspomnień, które obudzone zostały przez spotkanie z byłą dziewczyną, Magdą.
- Cwana suka – pomyślał sobie – Poczuła krew i od razu rzuciła na mięso.
Krwią były oczywiście jego wyniki z ostatnich konkursów, a mięsem on. Dziewczyna domyśliła się, że wraz ze wzrostem formy Sebastiana i powołaniem go na konkursy Pucharu Świata w Polsce, wzrośnie także jego popularność. Ludzie i media zaczną o nim mówić, zaczną sprawdzać jego życie – gdzie mieszkał, gdzie chodził do szkoły, kim jest czy też z kim jest związany. Właśnie na tym jej zależało najbardziej. Powrót do Sebastiana miał przynieść jej trochę popularności, trampolinę, dzięki której mogłaby się wybić. Nie wzięła tylko pod uwagę że...
- Ja nic do niej nie czuję. Nie chcę do niej wrócić – tłumaczył sobie – Co z tego, że kiedyś na niej bardzo mi zależało? To właśnie dlatego mnie skrzywdziła. Gdybym nie poświęcał jej tyle siebie, nie bolałoby aż tak bardzo...
Właściwie to mógłby jej podziękować. Odreagowując po rozstaniu, więcej czasu przeznaczył na treningi. Szukał odskoczni od szarej, brudnej i smutnej rzeczywistości, szukał drogi ucieczki i znalazł ją właśnie w tym, co robił już od lat – w skokach narciarskich. Odkrył ich nowe oblicze, wyznaczył sobie nowy cel i obrał nowy kierunek w tym sporcie. Jak się okazało – dobry. I być może już jutro bądź pojutrze zostanie to nagrodzone zwycięstwem. A nawet jeśli nie, to dwa tygodnie później spełni się jego najskrytsze marzenie – występ w zawodach Pucharu Świata. I to na Wielkiej Krokwi!
Wspominając wysiłek włożony w przygotowania do sezonu, a potem jego efekty w skokach, zasnął jeszcze zanim zdążył dojść do dwóch ostatnich konkursów, w których skakał – gdzie drugi z nich przyniósł mu najlepszy wynik w karierze. A miało być jeszcze lepiej! Ale czy już w najbliższym konkursie? Tego nie wiedział nikt...