piątek, 30 sierpnia 2013

Przyjaciel na czterech łapach cz. 4

           Rafał odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał od weterynarza napawające optymizmem słowa. Diagnoza tylko brzmiała groźnie, ale potem lekarz dodał, że wystarczy, iż Rex będzie przez kolejne trzy dni zażywał krople, a potem przyjedzie na kontrolę. Policjant podziękował weterynarzowi i zabrał psa do domu.
- Przepraszam, że uganiałem się za tą idiotką – powiedział siedząc na kanapie obok swojego czworonożnego przyjaciela – Niepotrzebnie traciłem czas. Mówiłeś mi, że ona jest nie dla mnie, a ja głupi to olałem...
Pies podniósł pyszczek i położył go na nodze swojego pana. Okazał mu w ten sposób swoją wierność i to, że nie ma mu tego za złe.
- Ehh, psie serce... - mruknął pod nosem – Na własnej skórze trzeba tego doświadczyć, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo takie zwierzę potrafi kochać.
Kiedy zasypiał na siedząco, pilnowany przez Rexa, w głowie usłyszał dźwięczny głos.
- Psa nie obchodzi kim jesteś – bezrobotnym, analfabetą, nieukiem... Oddaj mu swoje serce, a on odda ci swoje.
Nie potrafił wskazać do kogo należał. Powieki i głowa stawały się coraz cięższe, a jego myśli odpływały gdzieś daleko, daleko... Ciało traciło czucie, a dusza kontakt z otaczającą rzeczywistością. Zasnął.
Następnego ranka zadzwonił do Maćka.
- Cześć Maciek. Słuchaj, co byście z Tomkiem powiedzieli na odpoczynek od swojego szefa?
- To znaczy? - spytał zdumiony policjant
- To znaczy, że nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Przekażesz staremu?
- Taaaaak, jasne. A co, stało się coś?
- Tak jakby. Rex jest chory, zostanę z nim w domu.
- A pewnie, opiekuj się z nim. Komendant zrozumie, przynajmniej taką mam nadzieję. Życz mu zdrowia ode mnie.
- Staremu? - zaśmiał się do słuchawki. W odpowiedzi usłyszał dziwny plask, coś jakby klaśnięcie. Oczyma wyobraźni zobaczył jak jego kolega z biura uderza się otwartą dłonią w czoło.
- Oczywiście że Rexowi – wyjaśnił Maciek – Trzymajcie się, cześć.
- Cześć.
Po krótkiej rozmowie Rafał udał się do kuchni. Zrobił śniadanie, zaparzył sobie kawy i wrócił do psa. Cały dzień spędził ze swoim pupilem, pamiętając o przepisanych mu kroplach. Już wieczorem zauważył, że Rexowi powoli wracają siły. A już kolejnego dnia wrócił także apetyt. Rafał był szczęśliwy jak dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. Z tym że pies to nie przedmiot i cały czas o tym pamiętał.
Kontrola u weterynarza przyniosła same dobre wiadomości. Rex był już prawie zdrowy i powrót do pełni sił był kwestią zaledwie kilku dni. Wciąż musiał zażywać krople, ale ich dawkowanie zostało zmniejszone z trzech razy dziennie do jednego razu.
Kiedy pies już całkowicie wyzdrowiał, jego pan zabrał go na długi spacer. Oprócz obiecanego kilograma kiełbasy, który czekał na Rexa w domu, Rafał miał dla niego jeszcze jeden prezent. Po tym jak stara, ulubiona piłka owczarka niemieckiego wpadła do stawu, mężczyzna kupił mu nową. Niestety, nie przypadła mu do gustu tak bardzo, jak poprzednia. Kiedy wczoraj poszedł po nowe opakowanie karmy, kątem oka zauważył piłkę, która wyglądała dokładnie tak samo jak ta pierwsza. Niewiele myśląc kupił ją.

- Rozpieszczasz tego psa – śmiał się kiedyś Tomek
- A co? Z kumplem normalnie sobie idziesz na piwo i mu stawiasz, prawda?
Policjant potwierdził skinieniem głowy.
- Rexowi piwa nie kupię, no to ma co innego w zamian: kiełbaski, psie ciasteczka i inne smako... - urwał nagle, znalazłszy pusty worek w swojej szufladzie.
- A gdzie są ciasteczka?
- No wiesz, byłem tak bardzo głodny i kiedy na nie trafiłem... no nie mogłem się powstrzymać! Odkupię ci, tylko musisz mi powiedzieć gdzie można je dostać.
Z niepokojem patrzył na oblicze szefa biura. Kamienna twarz policjanta ani drgnęła.
- Smakowały chociaż?
- I to jeszcze jak! Nigdy w życiu takich dobrych ciastek nie jadłem.
- To były ciasteczka dla Rexa – wyjaśnił krótko Rafał, wyrzucając pustą torbę foliową do kosza.
Obserwujący wszystko z boku Maciek wybuchnął śmiechem. Mina Tomka była nie do opisania. Po chwili śmiać zaczął się także Rafał.

Trzy miesiące później, komenda.
- Gdzie ten Rafik? Już dwudziesta pierwsza, miał być już trzy godziny temu – denerwował się Maciek
- A może coś się stało? - zasugerował Tomek
- Ty nawet tak nie mów! Od razu wypluj te słowa.
Mężczyzna splunął na podłogę, po czym wytarł ślinę chusteczką.
- Miał być w firmie tego całego Morskiego, tak?
- No tak...
- Dobra, czas wziąć sprawy w swoje ręce – mruknął, sięgając do jednej z szuflad przy biurku szefa.
W odpowiedzi na pytający wzrok kolegi pokazał mu klucze.
- Bierzemy Rexa i z jego nosem poszukamy Rafała.
Tak jak zapowiedział Maciek, tak zrobili. Dzięki zapasowym kluczom dostali się do środka, pozwolili psu załatwić swoje potrzeby na dworze, a następnie we trójkę pojechali samochodem do firmy podejrzanego, gdzie miał pojechać Rafał. Pomimo protestów ochroniarza weszli do środka wraz z psem.
- Szukaj Rafała. Szukaj swojego pana!
Rex stanął na środku korytarza i zaczął węszyć. Powoli ruszył w jedną stronę, lecz za chwilę odbił w drugą i zaczął biec.
- Chyba ma trop. Chodź – rzucił do Tomka.
Po chwili błądzenia po korytarzach pies zaczął szczekać. Stał pod białymi, przeciwpożarowymi drzwiami i spoglądał na policjantów.
- Dokąd prowadzą te drzwi? - zapytał zdyszanego ochroniarza, który przybiegł za nimi
- Piwnica – wysapał
- Proszę je otworzyć. No już!
Zdawało się, że pies biegnie jeszcze szybciej niż poprzednio. Komisarze ledwie mogli za nim nadążyć. Nie wiedzieli dokąd ich doprowadzi, lecz przeczucie mówiło Maćkowi, że Rafał jest w niebezpieczeństwie i liczy się każda sekunda. Intuicja tym razem nie zawiodła policjanta. Wbiegli do dużej, ciemnej sali, gdzie panował półmrok. Jedynie cienka wiązka światła padała na słaniającego się na nogach mężczyznę i był to Rafał. Druga postać, której nie mogli zobaczyć dokładnie, trzymała jakiś przedmiot w ręce wyciągniętej ku ich koledze. Pistolet. Wszystko działo się bardzo szybko. Policjanci bez namysłu wyciągnęli broń i krzyknęli standardowe „Policja, na ziemię”. Niemal równocześnie padły dwa strzały, gdzieś w tle usłyszeli skamlenie psa. Facet w półmroku padł na ziemię.
- Zajmij się nim – powiedział Maciek do Tomka, chowając broń. On w tym czasie podszedł do Rafała. Mężczyzna klęczał i pochylał się nad czymś. Mężczyzna zobaczył krew na związanych sznurem dłoniach. Wyciągnął z kieszeni scyzoryk i przeciął nim linę. Dopiero wtedy zauważył, że Rex leży bez ruchu tuż przed nimi.
- Uratował mi życie – wyszeptał Rafał – Gdyby na mnie nie skoczył, dostałbym kulkę w głowę. Uratował mnie...
Pies jeszcze przez chwilę patrzył smutnymi oczyma przed siebie. Wykrzesał ostatki sił by podnieść pyszczek i po raz ostatni spojrzeć na swojego pana. Rafał przytrzymał jego głowę rękoma. Rex był mu wdzięczny od dnia, w którym spotkali się po raz pierwszy. Mężczyzna uratował go od śmierci głodowej, a teraz się zrewanżował. Więcej nie mógł zrobić w swoim psim życiu. Próbował jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy ze swoim panem, lecz wkrótce opuściły go resztki sił. Skonał na rękach właściciela, któremu przed chwilą uratował życie. Czy mógł wymarzyć sobie piękniejszą śmierć?
Rafał nie wytrzymał. Po jego policzkach spłynęły łzy, by po chwili całkowicie się rozkleić. Dla niektórych mógł to być tylko pies, tylko zwierzę. Ale dla niego znaczył coś więcej. Był przyjacielem, na którego mógł zawsze liczyć, w każdej chwili cokolwiek by się nie działo. Kochał psa i nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią.
Nagle poczuł dłoń na swoim ramieniu. Maciek w milczeniu stał obok i ze smutkiem patrzył jak jego przyjaciel cierpi. Sam miał łzy w oczach. Ten przyjacielski gest solidarności i zrozumienia znaczył dla Rafała bardzo wiele.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Przyjaciel na czterech łapach cz. 3

         W lipcu Rafał poznał kobietę. Miała ona długie, czarne włosy, opadające na plecy, delikatną śniadą cerę, zielone oczy i piękny, zniewalający uśmiech. O ile mężczyźnie bardzo się spodobała, na Rexie nie wywarła dobrego wrażenia. Wyglądało na to, że pies był zdania, iż nie jest to najlepsza partnerka dla swojego pana. Spotkania w domu policjanta zazwyczaj kończyły się tak samo – zepsutą atmosferą i rozczarowaniem. Wystarczyła chwila nieuwagi, by czar prysł. A wszystko to za sprawą uroczego owczarka niemieckiego, który nie pozwalał by doszło do czegoś więcej między Rafałem a Magdą.
Wkrótce jednak znaleźli sposób, na pozbycie się „problemu”, jak to określiła kobieta. Spotykali się u niej, jednak Rafał nigdy nie zostawał na całą noc. Zdawał sobie sprawę, że pies to odpowiedzialność i nie może tak po prostu spędzić nocy poza domem, nie zwracając uwagi na zwierzę. Sytuacja byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby Rex pozwolił Magdzie na nocleg, lecz nie zanosiło się na to, by pies zaakceptował partnerkę swojego pana. I vice versa.
Na szczęście w sierpniu wyjechali na dwa tygodnie. Daleko od Krakowa, daleko od pracy i, co najlepsze dla psa, daleko od kobiety przystawiającej się do Rafała. W końcu mógł odetchnąć z ulgą i przynajmniej przez czternaście dni odpocząć od kolejnych prób przekonania policjanta, że to nie jest odpowiednia osoba dla niego. Raz już spotkał taką osobę, więc doskonale powinien wiedzieć, jak to się kończy.
Po urlopie wszystko jednak wróciło do normy. Rafał coraz częściej zostawiał psa w domu i coraz bardziej angażował się w znajomość z Magdą. Maciek delikatnie próbował mu wytłumaczyć, że nie powinien tak postępować wobec psa, lecz nie docierało to do niego. W końcu któregoś dnia nie wytrzymał i wprost wygarnął, co mu leży na wątrobie. Komisarz puścił to mimo uszu.

- Nie poznaję Rexa – żalił się Maćkowi któregoś wrześniowego poranka – Nigdy się tak nie zachowywał, nawet na początku znajomości z Magdą. Ja rozumiem, że on jest zazdrosny, ale... musi się pogodzić z tym, że nie może mieć mnie na wyłączność.
- Słuchaj... To niekoniecznie musi być zazdrość.
- A co? On się staje... jakby to powiedzieć... zaborczy. Czuję się jak w jakimś cholernym trójkącie miłosnym.
- Pies ma instynkt, o jakim człowiek mógłby tylko pomarzyć. Od razu potrafi rozpoznać dobrego człowieka i złego. Być może Rex próbuje cię chronić przed tą całą...
- Magdą – wtrącił Rafał
- No, Magdą. Jesteś pewien, że to odpowiednia osoba?
- Dlaczego niby nie?
- Sam mówiłeś, że nazwała psa problemem – przypomniał mu kolega – A to już chyba lekkie przegięcie. Wpuściłeś psa do swojego życia, to teraz nie odstawiaj go na bok, tylko dla tego, że na horyzoncie pojawiła się jakaś panna, która go nie akceptuje.
- To co mam zrobić?
- Słuchaj, a gdybyś miał dziecko, to związałbyś się z kobietą, która kazałaby ci wybierać pomiędzy sobą a nim? Albo z kobietą, której twoje dziecko by nie akceptowało?
Rafał podrapał się po brodzie, rozważając słowa Maćka.
- No nie... - odparł cicho po chwili
- Widzisz? Więc posłuchaj Rexa, w końcu to twój przyjaciel, co nie? Chyba nie chcesz, żeby miał o tobie takie zdanie, że będzie patrzył na ciebie z politowaniem i myślał „Facet, przestań ganiać za tą laską i zajmij się mną”.
Komisarz nagle poderwał się z miejsca i zabrał bluzę z wieszaka.
- A ty dokąd?
- No a jak myślisz? Wezmę Rexa na długi spacer i kupię mu kilogram kiełbasy na przeprosiny!
Mężczyzna wystrzelił jak z procy, zostawiając kolegę samego. Chwilę później jednak w drzwiach pojawiła się jego głowa.
- Jakby coś się działo to dzwoń.
- Jasne. Leć, leć, tylko skrzydeł nie zgub – mruknął pod nosem policjant, kiedy jego przełożonego już nie było w biurze.

         Nie było im dane długo cieszyć się spacerem. Zaledwie kilka minut po wyjściu, kiedy mężczyzna i jego pies biegali w najlepsze, nie zwracając na nic uwagi, zadzwonił telefon. Zabójstwo. Jakby tego było mało, wszystko działo się na oczach małego dziecka. Ponieważ technicy jak najszybciej chcieli się widzieć z Rafałem, Maciek podjechał w okolice parku, by zabrać ze sobą mężczyznę, a przy okazji jego psa.
- Co jest? - spytał na miejscu zbrodni, witając się z patologiem
- Z relacji sąsiadów wynika, że facet zabił swoją żonę na oczach córki, a potem uciekł. Jeden próbował go zatrzymać, ale też dostał nożem i zabrała go karetka.
- Otrzymała kilka ciosów, lecz jeden z nich był śmiertelny – trafił w serce – rzekł lekarz
- A co z dzieckiem?
- Siedzi w pokoju i płacze. Zablokowała się, nie powiedziała ani słowa.
- Niech to szlag – zaklął pod nosem. Miał wrażenie, że jego pies cały czas stoi przy jego nodze, w końcu nie powinien kręcić się po miejscu zbrodni. Kiedy jednak spuścił głowę, zobaczył, że psa nie ma.
- Rex? - rozejrzał się uważnie, ale nigdzie nie dostrzegł owczarka niemieckiego. Powoli podszedł do drzwi prowadzących do pokoju obok. Były uchylone. Dyskretnie wślizgnął się do środka i zobaczył, że pies siedzi naprzeciw dziecka ofiary. Dziewczynka już nie płakała, a jej ręka powoli przesuwała się po grzbiecie zwierzęcia.
Rafał postanowił spróbować nawiązać z nią kontakt. Zobaczywszy wpływ psa na jej zachowanie, chciał spróbować wykorzystać go do pomocy.
- Ja jestem Rafał, a to Rex – przykucnął obok – Czemu jesteś smutna? Rex nie lubi, kiedy ktoś się smuci. Zawsze chciałby pomóc, pocieszyć.
Na te słowa pies położył pyszczek na nogach dziewczynki.
- Ja widziałam coś strasznego... boję się... - wyszeptała, wciąż patrząc w jeden punkt
- Przy nim nie musisz się niczego bać. Powiesz Rexowi co się stało?

- Nie mam pojęcia, jak ty to zrobiłeś – mówił Maciek kilkanaście minut później, kiedy wracali na komendę
- To nie ja. To Rex nakłonił dziewczynkę do mówienia.
- A jednak pies to najlepszy przyjaciel człowieka.
Rex dumnie wyprostował się na siedzeniu, przeciągnął, a następnie wychylił pyszczek do przodu, by polizać swojego pana po twarzy.
- Tak, też cię kocham Rex.
Wyciągnął rękę go góry, i położył na głowie psa.

         Ku niezadowoleniu Magdy, Rafał w ostatnim czasie spędzał mniej czasu z nią, a więcej uwagi poświęcał psu, tak jak dawniej. Zamiast uparcie brnąć w romans, ignorując „zazdrość” Rexa, szukał sposobu aby przyzwyczaić go do swojej partnerki. Pech chciał, że nic nie pomagało – owczarek niemiecki wciąż nie polubił kobiety i najwidoczniej nie miał zamiaru.
W ostatni weekend września Rafał zaprosił ją do siebie na kolację. Tym razem zamierzał na dłuższą chwilę zostawić kobietę i psa samych. On w tym czasie miał obserwować ich z ukrycia.
- Rex! Reeeex! - wołał, kończąc przygotowania do spotkania – Rex?
Wszedł do sypialni i z niepokojem spojrzał na leżącego na podłodze psa. Leżał na boku, oddychając ciężko i patrząc na właściciela smutnym wzrokiem.
- Co z tobą? - pogłaskał go delikatnie. Drugą ręką sięgnął po miskę – Znów nic nie zjadłeś. To już drugi dzień z rzędu. Spróbuj wstać.
Okazało się to być sporym wyzwaniem dla Rexa. Rafał nie miał już najmniejszych wątpliwości. Pies był chory i ledwo trzymał się na łapach. Nie pozostało nic innego, jak jechać do weterynarza. Gdy wyszedł z domu, na dole, przed klatką schodową, spotkał Magdę.
- A ty dokąd z tym futrzakiem? - spytała z pretensją w głosie
- Jest chory, nic nie je i ledwo chodzi.
- Przecież mieliśmy zjeść kolację!
- Nie rozumiesz, że muszę zawieźć go do weterynarza?
- Pies jest ważniejszy ode mnie? - rzuciła z niedowierzaniem
- A co sobie myślałaś durna sikso?! Że my sobie będziemy popijać winko, podczas gdy on będzie się męczył? To może się zamienimy, co? Ty będziesz zdychać, a ja z Rexem będę się dobrze bawił w tym czasie.
Położył psa na tylną kanapę i przykrył go kocem. Nawet nie spojrzał na osłupiałą Magdę, obserwującą to wszystko z otwartymi ustami. Normalnie roześmiałby się na widok jej miny, lecz w tej chwili martwił się o Rexa. Odpalił już silnik, ale kiedy chciał zamknąć drzwi, przytrzymała je kobieta.
- A co ze mną? Zostaw tego kundla i zaproś mnie do siebie!
- Wiesz co? Spierdalaj – powiedział do niej z nieukrywaną satysfakcją – To jest mój przyjaciel. Teraz widzę, że miał rację. Nie powinienem był marnować czasu na taką pustą lalunię, dla której liczy się tylko numerek w łóżku.
Mocniej szarpnął drzwi i zamknął je. Omal nie przytrzasnął palców poirytowanej Magdzie, lecz nie zwracał już na nią uwagi. Miał ją głęboko w swoim poważaniu. Odjechał spod bloku z piskiem opon.

środa, 28 sierpnia 2013

Przyjaciel na czterech łapach cz. 2

           Mijały dni, tygodnie, miesiące. Rafał przyzwyczaił się do psa, a pies w pełni zaakceptował go jako swojego nowego pana. Mężczyzna postanowił nie szukać poprzedniego właściciela Rexa, który mu zgotował taki los. Z drugiej strony, żartobliwie wspominał, że jest mu trochę wdzięczny. Najprawdopodobniej gdyby nie to przypadkowe spotkanie w lesie, nie przygarnąłby zwierzęcia, które okazało się być wspaniałym i wiernym przyjacielem.
Trzydziestotrzyletni rozwodnik i osamotniony owczarek niemiecki stworzyli wspaniały duet. Po pierwszej wizycie u weterynarza, niezbędnych badaniach, szczepieniach oraz pozostałych formalnościach, mężczyzna bogatszy był o nową wiedzę. Według lekarza pies mógł mieć około 5 – 6 lat. Rafał długo nie mógł się nadziwić, że patrząc tylko na zęby psa można określić jego wiek w przybliżeniu. Usłyszał także, że czarne podniebienie oznacza, iż pies jest groźny. Miał okazję to zweryfikować, kiedy pewnego razu został zaatakowany przez przestępcę, gdy śledzili go wraz z Rexem. Pies najprawdopodobniej uratował życie swemu panu, powalając złoczyńcę na ziemię i szarpiąc go za rękaw, uniemożliwiając powstanie. Zareagował dopiero na głos Rafała.
Policjant spostrzegł także, iż to bardzo inteligentne stworzenie i wraz z pomocą swojego kolegi, Maćka, uczył go nowych rzeczy. I tak po roku Rex potrafił samodzielnie otworzyć lodówkę albo drzwi, odkręcić kran z wodą, zgasić światło oraz upominać się o jedzenie i spacer.
Od czasu do czasu komisarz zabierał psa do pracy. Choć Rex nie był szkolonym psem, to jednak czasem zwracał uwagę na istotne drobiazgi, które umykały ludzkiemu oku. Mimo to nie mógł zostać pełnoprawnym członkiem ekipy, ponieważ był za stary, by zakwalifikować go na szkolenie. Większość psów policyjnych odchodziła na emeryturę po skończeniu ósmego roku życia i zostawała ze swoimi właścicielami tylko prywatnie. Rex, gdyby ukończył szkolenie, mógłby popracować najwyżej dwa lata, dlatego Rafał wiedział, że nie uzyska zgody.
Komendant podszedł do sprawy zupełnie inaczej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. W końcu dowiedział się o psie, który przez pierwsze dni znajomości z nowym właścicielem był stałym bywalcem biura. Mężczyzna zdawał się być poruszony historią zwierzaka. W niczym nie przypominał tego surowego, wymagającego przełożonego. Stwierdził, że zgadza się na obecność psa w biurze, jeśli pozostali jego pracownicy nie wyrażą sprzeciwu. Maciek oczywiście był zadowolony z takiego rozwiązania. Najbardziej obawiali się opinii Tomka, ale we trójkę przekonali go, że nie ma najmniejszych przesłanek, by się bać Rexa.

- Dlaczego tak nieregularnie wozisz psa ze sobą? - spytał któregoś dnia Tomek
- Jakby nie było, oficjalnie nie jest pracownikiem komendy. To, że może tu z nami przebywać, to tylko ukłon starego w naszą stronę. Nie chcemy nadużywać jego dobroci, prawda Rex?
Leżący pod biurkiem swojego pana pies nawet się nie ruszył.
- Chyba jednak jest zdania, że stary tak rzadko pokazuje dobre oblicze, że trzeba korzystać ile wlezie – zaśmiał się
- No tak, ale chodzi mi o co innego. Mógłbyś na przykład ustalić, że w czwartki bierzesz go ze sobą, a w pozostałe dni nie. A tymczasem jest tak, że raz jest trzy dni z rzędu, a czasem cały tydzień go nie ma.
- Jeśli wiem, że dłużej muszę zostać w pracy, to biorę go ze sobą. Trzeba go przecież wyprowadzać na dwór, prawda? - uśmiechnął się, drapiąc psa za uchem – A kiedy mamy sprawę, to gdzieś po drodze odbijam do domu i biorę go ze sobą. Przecież nie będę kazał mu czternaście czy ile tam godzin czekać na mnie, żebym go wyprowadził.
Tomek pokiwał głową i nie odezwał się już ani słowem. Cała trójka policjantów, wraz z milczącym Maćkiem, gorączkowo pracowała z raportami. Mianowicie, zajmowali się ich wypełnianiem. Każdy chciał mieć wolny weekend, a kiedy poprosili o to starego, rozłożył im sobotnie papiery na dwa wcześniejsze dni – czwartek i piątek. Dzisiaj był właśnie ten drugi.
Około piętnastej Rafał postanowił zrobić sobie przerwę i zabrał Rexa na spacer. Pies biegał radośnie w parku, pomiędzy drzewami. Przynosił swojemu panu kij, a ten brał go do ręki i rzucał przed siebie. W pewnej chwili wziął spory zamach i... szybko schował drewno pod pachą. Wyglądało to jednak tak, jakby kij wyleciał gdzieś daleko do przodu. Rex pobiegł, ale nigdzie nie mógł znaleźć przedmiotu.
- No i co teraz? - zapytał z uśmiechem – Szukaj!
Owczarek niemiecki przez chwilę dreptał po okolicy, a następnie przystanął. Rafał spostrzegł pulsujący nos zwierzęcia. Węszył. Zaraz po tym rozpędził się i skoczył na mężczyznę, o mało go nie przewracając. Kij upadł na ścieżkę, a Rex szczeknął.
- Dałeś się nabrać! Idziemy coś zjeść?
Kiedy wychodzili z parku, zapiął psa na smycz i udał się do sklepu. Rex grzecznie czekał przez kilka kolejnych minut, a kiedy zobaczył w drzwiach swojego pana, zaczął merdać ogonem i podskakiwać radośnie. Rafał wyjął z worka jedną kiełbaskę i rzucił. Pies złapał jej w powietrzu.
- Koniec tego dobrego, trzeba wracać do pracy – mówił, głaszcząc go po grzbiecie

           Policjant postanowił, że weekend spędzą z dala od wielkomiejskiego szumu, nieczystego od spalin powietrza. Wraz ze swoim czworonożnym przyjacielem wyjechał na mazury, gdzie jego stary znajomy miał ośrodek wypoczynkowy. Gdyby nie fakt, że znał właściciela, musiałby dokonać rezerwacji z miesięcznym wyprzedzeniem. Kolega lubił chwalić się przed policjantem, że jego interes dobrze się kręci, a także dobrze prosperuje na przyszłość i co roku to powtarzał.
- No proszę, proszę. Zawsze przyjeżdżałeś tu z żoną, a teraz będziesz przyjeżdżał z psem? - zaśmiał się mężczyzna, witając z Rafałem
- Będziesz musiał się przyzwyczaić. To jest Rex.
Wskazał ręką na psa, a ten szczeknął.
- Pokój ten co zawsze. I na wieczór oczywiście łódź.
- Ma się rozumieć.
Podczas gdy Rafał wypakowywał się w pokoju, jego pies robił furorę na zewnątrz. Zleciały się tam chyba niemal wszystkie dzieci obecne w ośrodku i bawiły się z Rexem. Usłyszawszy radosne szczekanie psa, policjant podszedł do okna i zobaczył jak zwierzę chodzi od osoby do osoby i pozwala się głaskać.
- No co za pieszczoch – uśmiechnął się pod nosem.
Po południu we dwójkę spędzali czas nad wodą. Rafał leżał na plecach i opalał się w samych kąpielówkach, a Rex towarzyszył mu obok, z tym że w jego przypadku można było mówić o wygrzewaniu się na słońcu. W końcu po niecałej godzinie bezczynnego leżenia mężczyzna poczuł się znudzony dotychczasowym zajęciem.
- Nie wiem jak ty, ale ja idę popływać – rzucił do psa – No co? Woda nie jest taka zimna, w końcu to czerwiec. A wiesz, za dwa miesiące będziemy mieli urlop. Może wtedy tu wrócimy albo pojedziemy nad morze?
Pies poszedł za swoim panem, lecz zatrzymał się na brzegu. Rafał postanowił trochę podroczyć się ze swoim pupilem. Wziął zamach ręką i ochlapał zwierzę. W odpowiedzi Rex zaczął na niego szczekać.
- Jeden zero dla mnie! - śmiał się Rafał i znów chlusnął na psa – Jeśli chcesz się odegrać, musisz wejść do wody.
Rex miał jednak inny pomysł na rewanż. Pomyślał, że skoro jego pan tak bardzo lubi wodę, to chwycił w zęby jego ręcznik, przybiegł z nim na brzeg i... wrzucił do wody.
- No tak – mruknął do samego siebie – Zapomniałem, że jest sprytniejszy ode mnie. To co, remis pasuje?
Pies nie zareagował.
- Dobra, i tak ja stawiam kolację.
Taka odpowiedź najwidoczniej usatysfakcjonowała Rexa, bowiem zamerdał ogonem, zatoczył koło i położył się przy wodzie.
Kilka minut później ich uszu dobiegł jakiś krzyk. Rafał rozejrzał się pospiesznie i zobaczył, że kawałek dalej ktoś się topi. Nie zastanawiając się ani chwili, zaczął płynąć w tamtą stronę, ile tylko miał sił, jak najszybciej potrafił. Odległość była jednak zbyt duża, by mógł podpłynąć na czas i uratować człowieka.
Nie wiedział co dokładnie się tam wydarzyło, ale nie widział już nikogo na powierzchni wody, a z głosów dochodzących z brzegu wywnioskował, że ktoś już wyciągnął topiącą się osobę. Zdecydował się podpłynąć tam i popytać o szczegóły.
- Czyj to pies? - usłyszał męski głos, kiedy wyszedł z wody. Odwrócił głowę w jedną stronę, a potem w drugą i zobaczył że gapie uformowali kółko.
- Czyj to pies? - powtórnie padło pytanie. Rafał przedarł się pomiędzy ludźmi i zobaczył, że na ziemi siedzi dziewczynka, która przytulała się do mokrej sierści Rexa.
- Mój – odparł poważnym tonem – Jeśli coś złego zrobił to ja bardzo przepraszam i obiecuję pokryć koszty...
- Panie, złego? Pański pies uratował życie mojej córce! Gdyby tam nie podpłynął, utonęłaby! Dziękuję – uścisnął dłoń policjanta
- Jemu niech pan podziękuje – wskazał na psa.
Rafał podszedł jeszcze bliżej, pogłaskał swojego czworonożnego przyjaciela i puścił do niego oczko.
- Dobra robota – wyszeptał.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Przyjaciel na czterech łapach cz. 1

           Był ciemny, chłodny listopadowy wieczór. Wysoki, łysy, barczysty mężczyzna szedł ścieżką przez las, przeklinając pod nosem swojego informatora. Mieli spotkać się właśnie tu, w lesie, ale mężczyzna nie przyszedł. Policjant stracił tylko czas, który mógł przecież spędzić w ciepłym domku, przed telewizorem, z piwkiem w ręku, oglądając kolejny mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów. W pewnej chwili usłyszał jakiś cichy pisk. Przystanął na chwilę i wsłuchał się uważnie w dźwięk. Skręcił gdzieś między drzewa, szedł w kierunku, z którego dochodził głos. Im wyraźniej go słyszał, tym prędzej się przemieszczał. Aż w końcu dotarł do źródła i stanął jak wryty. Duży pies usiłował zerwać się z łańcucha, którym przywiązano go do jednego z potężniejszych drzew. Zwierzę rozpędzało się, a kiedy każda kolejna próba kończyła się niepowodzeniem, skomlało.
Rafał, bowiem tak miał na imię mężczyzna, powoli podszedł do psa. Ten nadstawił uszu i skierował wzrok na człowieka. Bacznie obserwował każdy jego ruch, gotowy w każdej chwili do ataku. Policjant podszedł do zwierza, wyciągnął z kieszeni latarkę. Wiązka światła padła na jego szyję. Przez chwilę przyglądał się łańcuchowi, który okazał się być tylko zaplątany.
- Dobrze, że nie ma żadnego zespolenia – pomyślał.
Powoli i delikatnie zajął się problemem. Po chwili udało mu się uwolnić zwierzę. Pies szczeknął radośnie i pognał gdzieś przed siebie. Rafał westchnął ciężko, rzucił łańcuch na ziemię i odszedł. Złość na informatora zastąpiła złość wobec bezdusznych ludzi. Szedł tak w kierunku głównej ścieżki, rozmyślając na ten temat.
- Po cholerę brać psa, skoro za rok czy dwa się znudzi i uwiązują w lesie, żeby umarł z głodu? Ja bym takich za jajca przywiązał do drzewa, ciekawe jakby się poczuli.
Wkrótce jednak złość ustąpiła zmęczeniu. Policjant zasiadł za kierownicą swojego samochodu i ziewnął przeciągle. Obiecał sobie, że zaraz po powrocie do domu weźmie szybki prysznic i położy się do łóżka. Zapalił silnik i... usłyszał szczeknięcie.
- Już nawet przesłyszenia mam. Trzeba się porządnie wyspać.
Jednak kiedy zapalił światła, zobaczył psa tuż przed maską samochodu. Dokładnie tego samego psa, którego kilka minut wcześniej odpiął od drzewa. Mężczyzna z niedowierzaniem otworzył drzwi i wysiadł na zewnątrz.
- O co chodzi? - zapytał, na co pies podszedł do niego i polizał mu dłoń
- Mam cię tu nie zostawiać, tak? - westchnął ciężko, przykucnąwszy – Biedaku, co z tobą będzie...
Pies spojrzał na niego smutnymi oczyma. Rafał zamyślił się na moment. Ocknął się, kiedy zwierze trąciło go pyskiem. Wyprostował się i otworzył drzwi z tyłu.
- No dobra, wskakuj.

- A to jest moje mieszkanie – mówił to psa, kiedy otworzył drzwi wejściowe – Właściwie już nie długo moje, bo wiesz, rozwodzę się z żoną i żąda podziału majątku... Trzy pokoje, jeden miał być dla dzieci, drugi naszą sypialnią, a największy salonem.
Pies pokręcił przez chwilę pyskiem, a następnie poleciał do jednego z pomieszczeń. Rafał powoli podążył za nim, a kiedy stanął w drzwiach, zobaczył jak jego towarzysz w najlepsze turla się na łóżku, brudząc świeżą pościel.
- No dzięki stary. Ledwie cię do domu wpuściłem, a ty już zdążyłeś narozrabiać.
Nie pozostało mu nic innego, jak zgonić psa na podłogę i wytłumaczyć mu, że jego miejsce jest tutaj. Wyjął z szafy stary koc i rozłożył go w drugim pokoju.
- Tu będziesz spał dzisiaj. A jutro pomyślimy co dalej.
Pies posłusznie położył się w wyznaczonym miejscu. Rafał zostawił otwarte drzwi, na wypadek gdyby chciał zmienić miejsce. Sam w tym czasie zmienił pościel, poszedł się wykąpać, a następnie położył się spać. Już przymknął powieki, już udawał się w objęcia Morfeusza, kiedy jego uszu dobiegło głośne szczeknięcie. Zignorował je, lecz za chwilę usłyszał drugie. Za trzecim przypomniał sobie, że zapomniał o jednej bardzo ważnej rzeczy.
- No widzisz jaki ja głupi jestem? - odezwał się, niosąc głęboki talerz wypełniony wodą – Nigdy nie miałem psa, wybacz.
Pogłaskał go po łbie i wrócił do łóżka. Kiedy zwierz zaspokoił pragnienie, chwycił w zęby kawałek koca i pociągnął za sobą. Zatrzymał się dopiero tuż przy łóżku Rafała. Mężczyzna kątem oka zerknął na niego. Pies jak gdyby nigdy nic, najzwyczajniej w świecie położył się na przywleczonym przez siebie legowisku. Mężczyzna nie miał serca wyganiać go z powrotem do drugiego pokoju, więc tylko uśmiechnął się pod nosem.

           Następnego dnia z samego rana wyprowadził psa na dwór, aby mógł załatwić swoje potrzeby. Ponieważ nie miał smyczy ani nic, czym mógłby go przytrzymać w razie potrzeby, spacer nie trwał długo. Potem zdecydował się go wykąpać. Niemal na siłę musiał wpychać go do wanny, bowiem zwierzę robiło niemal wszystko co tylko mogło, aby uniknąć kąpieli. Oczywiście przy tym mokry był nie tylko pies, ale także Rafał. Mężczyzna był więc zmuszony się przebrać, nim pojedzie do pracy.
W biurze siedział już jego kolega i jednocześnie podwładny, Maciek. Szczupły, czarnowłosy, krótko obcięty mężczyzna notował coś w swoim zeszycie, kiedy do jego biurka podszedł pies i położył pysk na blacie.
- Imię? - spytał policjant
- W sumie to nie pomyślałem o tym – mruknął pod nosem Rafał. Zdecydował się powiedzieć pierwsze psie imię, jakie tylko przyjdzie mu do głowy.
- Rex.
- Rex? Jak ten z serialu?
- Tak, tak...  - mruknął, nastawiając wodę na kawę
- Adres?
- Sienkiewicza 12/4. Przynajmniej tam spędził ostatnią noc.
- Przecież to twój adres! - zauważył policjant – Co on u ciebie robił?
- Spał – rzucił krótko.
Maciek pokręcił głową i zajął się Rexem. Psu spodobało się, że mężczyzna drapie go za uchem.
- Miałem spotkać się z informatorem w lesie, ale mnie wystawił. Jak wracałem to usłyszałem jakieś ciche piski, sprawdziłem to, no i spotkałem jego. Nie patrz tak na mnie, przecież nie mogłem go tak zostawić w lesie.
- Co zamierzasz?
- Pomyślałem, że może ty byś go wziął... W końcu w dzieciństwie miałeś psa, wiesz jak się z nim obchodzić.
- Wiesz, ja bardzo chętnie, ale nie mogę – wzruszył ramionami, patrząc przepraszająco to na Rexa, to na Rafała – Wynajmuję mieszkanie, właściciel się nie zgodził na psa.
- Nie ma szans by go przekonać?
- Zastrzegł mi to w umowie. Właśnie dlatego mój Bari został u rodziców, zamiast przyjechać ze mną do Krakowa.
- To co ja mam z nim zrobić? Wysłać go na tułaczkę do schroniska?
- Wiesz, Mosera z wyglądu to ty mi nie przypominasz, Brandtnera też nie, ale mógłbyś zatrzymać psa u siebie.
Prędzej czy później Rafał mógł się spodziewać odwołania do serialu, w którym pierwszoplanową rolę odgrywał pies. Maciek był zagorzałym fanem serii i nie przegapił ani jednego odcinka z pierwszych siedmiu sezonów, w których partnerami Rexa byli wspomniani przez niego inspektorzy.
- Zacznijmy od tego, że to nie jest pies policyjny. Chyba, bo niewiele o nim wiemy.
- Ale wiesz, Moser i Brandtner kochali psa i świetnie się z nim dogadywali.
- No właśnie nie wiem. Nigdy nie miałem żadnego zwierzaka w domu. Jeśli go zatrzymam, to jak mam się z nim obchodzić?
- Normalnie – odparł bez zastanowienia
Rafał oczywiście nie wiedział co znaczy „normalnie” w mniemaniu Maćka, więc poprosił kolegę o szczegóły. Mężczyzna wyjaśnił mu, że powinien traktować psa jak kolegę, ale nie może pozwalać mu na wszystko. Mimo wszystko pies musiał czuć, że człowiek ma więcej możliwości i to on jest „przywódcą stada”.
- Co to za stado, dwie osoby – zakpił Rafał
- No wiesz, jak jest mąż i żona, to już jest rodzina, a też tylko dwie osoby. Tylko że dla psa nie ma czegoś takiego jak rodzina – jest stado.
- Powiedzmy że rozumiem – oznajmił niepewnie
- A tak w ogóle to po co tu go przyprowadziłeś? Stary się wścieknie jak się dowie, że trzymamy w biurze psa.
- Nie chciałem go zostawiać samego w nowym, nieznanym mu otoczeniu.
- I ty twierdzisz, że nie wiesz jak się obchodzić z psem – zaśmiał się Maciek – Niegłupio postąpiłeś. A jak się Tomek nie wygada to jakoś się to ukryje przed komendantem.
- No właśnie, Tomek – westchnął Rafał – On się boi psów.
- Oj tam, przecież Rex mu nic nie zrobi, prawda Rex?
Pies podniósł głowę i przez chwilę spoglądał na Maćka, a potem znów położył pysk na podłodze.
- Swoje przeszedł i jest nieufny w stosunku do ludzi. Oczywiście z wyjątkiem ciebie, bo wie, że mu pomogłeś.
- No ale do twojego biurka od razu poleciał.
- Bo wie, że miałem kiedyś psa. Zresztą, jak przyjeżdżam do domu to spędzam trochę czasu z Barim, to zapach jest w miarę świeży i Rex to czuje.
- Muszę jeszcze kupić jakieś akcesoria dla niego. Pojedziesz ze mną i pomożesz mi wybrać?
- Jasne – mruknął, wracając do swoich notatek.

niedziela, 25 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 9

          Swoimi wątpliwościami Joasia podzieliła z babcią Jadzią. Pomimo że od świąt minęły już przeszło trzy tygodnie, dziewczyna wciąż nie mogła odpędzić od siebie myśli o ojcu. Chciała zadzwonić, dowiedzieć się jak to wszystko wygląda, ale bała się. Już nie rozmowy, lecz rozczarowania. Nie chciała usłyszeć w słuchawce bełkotu pijanego mężczyzny, bowiem to tylko pogorszyłoby i tak już nie najlepszy wizerunek ojca w mniemaniu blondynki. Mogłaby stracić do niego resztki współczucia i całkowicie wymazać go ze swojej pamięci. Stałby się dla niej zupełnie obcym człowiekiem, z którym łączyło ją tylko to, że dzieliła z nim mieszkanie. A właściwie to on z nią.
Babcia Jadzia była dobrej myśli. Udało się jej przekonać sceptycznie nastawioną dziewczynę, żeby spróbowała. Staruszka zostawiła ją samą, aby mogła czuć się w pełni komfortowo podczas rozmowy.
- Raz kozie śmierć – pomyślała, sięgając po telefon
Nie czuła ani strachu, ani zdenerwowania. Przynajmniej tak się jej wydawało. Kiedy przystawiła słuchawkę do ucha zrozumiała, że jest w błędzie. Ręka jej zadrżała, a telefon stał się nienaturalnie ciężki. Przytrzymała go drugą ręką.
- Halo? - usłyszała po trzech sygnałach. Wyraźny głos, jakiego dawno nie słyszała, wskazywał na to, iż mężczyzna jest trzeźwy.
- To ja, Aśka – powiedziała cicho, z nutką niedowierzania. Jakby sama nie była pewna kim jest. Zakręciło jej się w głowie i opadła na sofę.
- Aśka? Gdzie ty jesteś? Tyle czasu minęło! Martwiłem się o ciebie – wydawało się, że jest bardziej przejęty niż zły
- Naprawdę? - z trudem powstrzymała się od uszczypliwości
- Byłaś ostatnią bliską mi osobą. Kiedy dotarło do mnie, że ty też się odwróciłaś...
- Dziwisz się? Nie dało się z tobą wytrzymać. Ciągle tylko piłeś i piłeś... Nic się dla ciebie nie liczyło. Wsiadłam w pociąg i uciekłam, bo wiedziałam, że gorszy los niż z tobą mnie nie spotka. I wiesz co? Nie żałuję. Lekko nie było, ale w końcu ułożyłam sobie życie.
- Cieszę się, że dałaś sobie radę.
Chciała spytać go o picie, lecz nie miała odwagi. To mógłby być cios poniżej pasa.
- Asia, jesteś tam? - zapytał po chwili milczenia ze strony dziewczyny
- Jestem, jestem.
- Aśka, ja cię... ja cię... bardzo przepraszam, że tak wyszło. Ja poszedłem na leczenie i... i... od dwóch miesięcy nie piję. Ani kropli.
- To dobrze. Bardzo dobrze.
- Staram się jak mogę. Chciałbym naprawić to, co zniszczyłem.
- Sory za szczerość, ale tego nie da się naprawić. Schrzaniłeś po całości z tą całą wódą. Czy to musiało trwać aż tyle lat? Mamy już nie ma, a ja...
- No właśnie, ty – wtrącił się jej w zdanie – Jesteś w stanie mi wybaczyć?
- Nie wiem. Na pewno do ciebie nie wrócę. Zbyt wiele wycierpiałam z twojego powodu. I tak... nie łatwo było... zadzwonić...
- Domyślam się
- Nie, nie jesteś w stanie tego się domyślić – odparła lekko oburzona – Może kiedyś ci wybaczę. Na razie nie mogłabym na ciebie spojrzeć, za mało czasu minęło. Muszę kończyć, cześć.
Pospiesznie rozłączyła się, gdyż poczuła, że zaczyna mu współczuć. Chciała się bronić przed tym uczuciem, ale nie potrafiła, nie wiedziała jak. Nienawidziła go, a jednocześnie zrobiło jej się go żal. Został sam, żadnych przyjaciół, znajomych... Dokładnie tak jak ona w Krakowie. Nie miała nikogo, a na własnego ojca nie mogła liczyć. Wolała go unikać, żeby nie patrzeć jak wóda doprowadza go na dno.
- I dobrze mu tak. Skoro zgotował mi taki los, niech sam przejdzie teraz tę ścieżkę.
Niemiłe wspomnienia skutecznie wyparły współczucie dla mężczyzny.

          Któregoś marcowego dnia, kiedy mrozy zelżały, a śnieg topniał, Joasia po zajęciach na uczelni wybrała się ze znajomym na kawę. Był to kolega z grupy, wysoki, szczupły brunet o piwnych oczach. Dziewczyna wpadła mu w oko i szukał sposobu, by się do niej zbliżyć, dlatego zaprosił ją na kawę. Rezolutna blondynka szybko to zauważyła, lecz nie dała po sobie poznać. Pilnowała się, żeby nie dawać mu nadziei, bowiem nie była jeszcze gotowa na związek. Ale kiedyś, za pół roku, może rok... dlaczego nie?
Wieczorem wsiadła w pociąg na dworcu we Wrocławiu i opuściła go około pół godziny później. Wracając do domu wstąpiła jeszcze po drodze do supermarketu i zrobiła niewielkie zakupy. Gdy weszła do mieszkania, zastanawiała ją wypełniająca je cisza. Postawiła torbę z zakupami na podłodze i niepewnie ruszyła do przodu.
- Babciu? - zawołała, lecz nikt jej nie odpowiedział. Pomyślała, że może śpi.
Zajrzała do sypialni, ale tam jej nie znalazła. Pozostały kuchnia i łazienka. Z coraz większą niepewnością podeszła do kuchni i... zamarła. Staruszka leżała nieprzytomna na podłodze, a obok leżał potłuczony talerz. Joasia szybko się ocknęła, uklęknęła nad kobietą i próbowała ją budzić.
- Babciu, otwórz oczy. Proszę cię...
Wezwała pogotowie. Roztrzęsiona dziewczyna nie mogła usiedzieć na miejscu, kiedy lekarze otoczyli kobietę. Nie musiała długo czekać, kiedy podszedł do niej jeden z nich.
- Już za późno. Przykro mi.

          Nie zmrużyła oka tej nocy. Cały czas myślała o babci. W głowie kłębiły się jej kolejne wizje, jak mogło do tego dojść. Co prawda kobieta miała swoje lata, ale jak na ten wiek trzymała się świetnie i nic nie zapowiadało takiego finału.
- No tak, gdyby każdy mógł spodziewać się śmierci... - mruknęła refleksyjnie.
W poniedziałek z samego rana zadzwoniła do szefa i poprosiła o kilka dni wolnego. Ze względu na okoliczności zgodził się bez wahania. Dziewczyna nie martwiła się ewentualnymi kosztami pogrzebu i wszystkimi pozostałymi opłatami. Najwyżej weźmie pożyczkę. Bardziej martwiła się tym, że nie miała gdzie się podziać. Teraz, po śmierci babci, zapewne będzie musiała wyprowadzić się z mieszkania.
Kiedy po południu robiła porządki w mieszkaniu, natrafiła na coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Była to szara koperta rozmiarów zeszytu, z napisem „otworzyć po mojej śmierci”. Przez ciało Joanny przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Odłożyła ją na biurko, zastanawiając się czy jest uprawniona do przeglądania zawartości.
Długo myślała. Siedziała wieczorem w pokoju staruszki, przy świetle lampki, obracając w dłoniach kopertę. Nie mogąc dłużej patrzeć na napis, rozerwała bok i wysypała zawartość na blat biurka. Joasia z niedowierzaniem wpatrywała się w rozłożone banknoty, które wyleciały z koperty.
- Sporo tego – przeszło jej przez myśl. Gdzieś pomiędzy nimi znalazła karteczkę.
- To na koszty pogrzebu, żeby nikt nie musiał za mnie płacić – przeczytała na głos i westchnęła ciężko. Babcia o wszystkim pomyślała. Zapewne zdawała sobie sprawę, że wkrótce przyjdzie na nią czas. Gdzieś na biurku leżały jeszcze dwie kartki, które znajdowały się w kopercie razem z pieniędzmi. Joasia wzięła jedną z nich, rozłożyła i zaczęła czytać.

Kochana Asiu!
Jeżeli to czytasz, to znaczy, że nie ma mnie już na tym świecie. Na każdego z nas przyjdzie kiedyś pora. Tym razem na mnie. Dziękuję Ci, że byłaś ze mną w ostatnich miesiącach mojego życia. Nie byłaś opiekunką. Dla mnie byłaś niczym przyjaciółka, traktowałam Cię jak wnuczkę. I wiem, że ty też bardzo się do mnie przywiązałaś, ale, proszę Cię, nie płacz po mnie, nie warto. Zapewne powiesz, że nie mam racji, ale zrób coś dla starszej, nieżyjącej już pani. Zmarłej chyba nie odmówisz, co? Zostawiłam Ci trochę pieniędzy, żebyś nie musiała płacić za mój pogrzeb, a także testament. Będziesz wiedziała co z nim zrobić.
Twoja babcia Jadzia
P. S. Pamiętasz nasze wróżby andrzejkowe? Teraz się przyznam – wyszło mi coś, co przypominało grób. Nie chciałam Cię martwić. Nie miej żalu o to kłamstwo.

Joasia poczuła, że łzy spływają jej po policzkach. Wzruszyła się. Nie rozumiała jak to się stało, że kompletnie obca osoba stała jej się tak bliska. Nie zastanawiała się nad tym. Po prostu płakała.
- Ale to nie z powodu twojej śmierci, babciu. Po prostu... - chciała się wytłumaczyć, ale brakło jej słów.
Minęła dobra chwila nim dziewczyna odzyskała panowanie nad sobą. Wyciągnęła drżącą rękę i końcówkami palców przysunęła do siebie drugą kartkę, złożoną w pół. Otworzyła ją.
- Moja ostatnia wola – przeczytała nagłówek – W pełnej świadomości oświadczam, że cały mój majątek, czyli mieszkanie z wyposażeniem i oszczędności na koncie w banku przekazuję Joannie Radeckiej...
Spojrzała na dół. Zobaczyła podpis kobiety, datę – 4 listopada ubiegłego roku – oraz pieczęć notariusza. Odłożyła kartkę na biurko i odwróciła głowę w stronę okna.
- Nie zasłużyłam na to... Ale skoro taka jest twoja ostatnia wola... Dziękuję babciu. Zawsze będę o tobie pamiętać.

piątek, 23 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 8

Pół roku później.
           Piękna, złocista jesień tego roku zdawała się napędzać Joasię i motywować ją do działania. Jej relacje z babcią Jadzią, jak dziewczyna zwykła mówić o starszej pani, układały się bardzo dobrze. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kobiety połączyła przyjaźń, pomimo ogromnej różnicy wieku. Młoda blondynka traktowała ją jak rodzoną babcię i z wzajemnością – staruszka odnosiła się do niej jak do rodzonej wnuczki.
Ponadto dziewczyna znalazła dodatkową pracę. Zatrudniła się na pół etatu w pobliskim sklepie, a wynagrodzenie przeznaczyła na studia. Nie wróciła już na medycynę, bowiem wybrała studia zaoczne w kierunku hotelarstwa. Marzyła, aby kiedyś otworzyć własny hotel, choć zdawała sobie sprawę, że tylko cud mógłby jej na to pozwolić, bo wymagało to wiele funduszy. Nie miała jednak wątpliwości, że po zdobyciu wykształcenia będzie mogła poważnie myśleć o zatrudnieniu w charakterze menedżera.
- Tak naprawdę to ja nigdy nie chciałam być lekarzem czy pielęgniarką – wyznała któregoś dnia podczas spaceru z babcią Jadzią
- To dlaczego studiowałaś medycynę przez niespełna dwa lata?
- Tak naprawdę... Nie wiedziałam wtedy jaką decyzję podjąć. Z pewnością wpłynął na mnie zawód mamy, własne predyspozycje i trzy lata w liceum na profilu biologiczno-chemicznym. Bo to, że dobrze sobie radziłam z anatomią człowieka, nie musi znaczyć że to lubię.
- Racja – przyznała starsza pani – Nasz mózg czasem płata takie figle, że umiejętności a odczucia potrafią się znacząco od siebie różnić.

           Z dnia na dzień robiło się coraz chłodniej. Zima zbliżała się wielkimi krokami, a w ostatnich dniach listopada spadł pierwszy śnieg. Babcia Jadzia ograniczyła swoje wyjścia na dwór do jednego w tygodniu, także Joasia więcej czasu zaczęła spędzać w mieszkaniu. Pewnego chłodnego popołudnia, kiedy ściemniało się już na zewnątrz, zadzwonił telefon dziewczyny. Przeprosiła ona starszą panią i wyszła do pokoju obok, aby odbyć rozmowę. Trwało to dłuższą chwilę, a kiedy blondynka wróciła, staruszka uśmiechnęła się do niej znacząco.
- Chłopak?
- Babciu, proszę cię... Nie każdy kto do mnie dzwoni, musi mnie zapraszać na randkę
- A ten zaprosił?
- To był szef – roześmiała się – Omawiał ze mną szczegóły grafiku na przyszły miesiąc. No wiesz babciu, czy mam jakieś szczególne życzenia co do wolnych dni, czy mogę przyjść w weekendy, kiedy mi pasuje popołudniowa zmiana...
- A tak w ogóle to masz kogoś?
- Właściwie to nie – przyznała uczciwie Joasia – Nie oglądam się za facetami. Nie opłaca się szukać na siłę.
- Młoda jesteś, masz sporo czasu. Co nie zmienia faktu, że mogłabyś mieć jakiegoś bliższego kolegę, który od czasu do czasu zabrałby cię na kawę albo do kina...
- Zapewniam babcię, jest mi dobrze tak jak jest.
- Tutaj? Z niedołężną, niespełna dziewięćdziesięcioletnią, nikomu niepotrzebną staruchą.
- Babciu, nie mów tak! Świetnie się trzymasz i nie jesteś niepotrzebna. Ja cię potrzebuję, mam w tobie oparcie i mogę powiedzieć o każdym problemie czy dzielić się swoimi radościami. Przecież każdy człowiek potrzebuje kogoś bliskiego, prawda?
Kobieta w milczeniu skinęła głową. Joasia usiadła na skraju łóżka i przytuliła się do staruszki. Bardzo się do niej przywiązała i bardzo ją polubiła, choć ta czasem miewała swoje racje. Czasem też powiedziała coś głupiego, jak na przykład przed chwilą. Mimo wszystko blondynka uwielbiała spędzać z nią wolny czas.
Następnego dnia były Andrzejki. Zgodnie z tradycją, obie kobiety wylewały wosk przez dziurkę od klucza i wróżyły. Jako pierwsza zrobiła to Joasia. Przez chwilę z zaciekawieniem obie przyglądały się misce z wodą, w której pływał stygnący już wosk. Zaraz potem dziewczyna wzięła do rąk figurkę i obracała, przyglądając się uważnie.
- To mi przypomina dom – odezwała się babcia Jadzia
- Dom? - powtórzyła zdumiona dziewczyna
- Pewnie doczekasz się własnego lokum albo rodziny.
- W ciągu następnego roku? Wątpię.
- Oj młoda – pogroziła jej palcem – Nigdy nie możesz przewidzieć, co się stanie w przyszłości. Powiedziałabyś rok temu, że wylądujesz u jakiejś podstarzałej babki na drugim końcu Polski?
Dziewczyna zamilkła.
- No dobra, teraz ja.
Drżącymi rękoma przechyliła świeczkę i przelała wosk. Joasia w tym czasie odeszła na drugi koniec pokoju, aby odłożyć swoją wróżbę na meble. Zatrzymała się na dłużej przy oknie i obserwowała spadające z nieba płatki śniegu. Dopiero po chwili się ocknęła.
- I co wyszło? - zapytała babci
- Pies. Kto wie, może będziemy miały zwierzątko?
Joanna wyczuła w jej drżącym głosie kłamstwo. Domyśliła się, że wróżba musiała nie należeć do przyjemnych, dlatego kobieta skłamała, aby nie martwić młodej.

           Niespełna miesiąc później nadeszły święta Bożego Narodzenia. Joasia cieszyła się, że będą one inne niż przez pięć ostatnich lat, kiedy zamykała się sama w pokoju bądź do późna spacerowała po ulicach Krakowa. Miały to być także pierwsze w jej życiu święta bez alkoholu, który odkąd pamiętała był obecny na wigilijnym stole ze względu na ojca. Pomimo sprzeciwu matki zawsze stawiał butelkę wina bądź wódki, uznając to również jako potrawę. Dziewczyna skrzywiła się z niesmakiem na samo wspomnienie.
- Ciekawe jak będzie w tym roku – pomyślała, wyobrażając sobie ojca samego w te święta – Ciekawe czy w ogóle nakryje stół czymkolwiek. Zapewne będzie siedział na podłodze, oprze plecy o sofę i będzie dopijał resztki wódy z butelki.
W tajemnicy przed babcią Jadzią wybrała się do centrum miasta i szukała odpowiedniego prezentu dla niej. Ale czego może potrzebować starsza pani, spędzająca większość czasu w domu? Nie mając żadnego pomysłu, zdecydowała się na szal. Co prawda na spacery wychodziła rzadko, ale jednak wychodziła i z pewnością przyda jej się taki prezent w te chłodne, zimowe dni. Ona natomiast dostała od niej piękny, ciepły turkusowy płaszcz, także na zimę. Obie zgodnie przyznały, że najważniejszy jest gest, choć wyglądały na zadowolone z prezentów.
Joasia przygotowała skromną kolację wigilijną. Później miały wybrać się na pasterkę. Joasia jednak się przełamała. Była gotowa po raz pierwszy od czasu ucieczki zadzwonić do ojca, przynajmniej tak jej się wydawało. Kiedy już wybrała numer telefonu i miała wcisnąć zieloną słuchawkę, ręka jej zadrżała. Złe wspomnienia powróciły. Czy mogła to wszystko tak po prostu wybaczyć? Czy będzie w stanie się odezwać, jeśli usłyszy jego głos w słuchawce? A co jeśli leży pijany i nie odbierze? Zawahała się. Im dłużej zwlekała, tym więcej wątpliwości się pojawiało. W końcu zrezygnowała i odłożyła telefon na półkę.
Dokładnie tydzień później, w sylwestra, podczas ostatnich godzin mijającego już roku, Joasia postanowiła podsumować ostatnie 365 dni i zmiany, jakie zaszły w jej życiu. Początek nie zapowiadał rewolucji, która wywróciła jej życie do góry nogami. Przez pierwsze cztery miesiące jak zwykle użerała się z ojcem alkoholikiem i próbowała się uczyć. W marcu jej frekwencja na wykładach „sięgnęła dna”, bowiem pojawiła się na uczelni tylko raz. Przetrwała jeszcze cały kwiecień, aż w końcu przelała się czara goryczy. Podjęta pochopnie decyzja o wyjeździe, choć ryzykowna, okazała się być trafna. Przeżywała bardzo trudne chwile, bez dachu nad głową, bez środków do życia, ale w końcu wyszła potem na prostą. Zdawała sobie sprawę, że miała dużo szczęścia i dziękowała za to Bogu. W modlitwie cały czas pamiętała o swoim ojcu i prosiła o łaskę dla niego, choć zdawało się jej, że go nienawidzi. Miała mieszane odczucia wobec jego osoby, odkąd znalazła się daleko. Z jednej strony było jej go żal i chciałaby mu pomóc, lecz nie potrafiła. Z drugiej strony nienawidziła go, za to jaki jest, że pije, że nie interesuje się losem swojej córki. Poznała babcię Jadzię i przywiązała się do niej. Pokusiła się nawet o stwierdzenie, że są bratnimi duszami, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. W czasie wakacji znalazła pracę na pół etatu w sklepie, dzięki czemu zdobyła pieniądze na studia. Ten rok przyniósł jej wiele zmian i niekoniecznie na gorsze. Nie tęskniła za tamtym życiem. Wyrwała się z tego całego motłochu, czuła, że odnalazła swoje miejsce na ziemi. A co przyniesie jej kolejny rok? Czy będzie lepszy niż obecny? Jak na razie, pomimo trudnego początku, było to najlepsze 12 miesięcy w jej życiu.
--------
Nieuchronnie zbliżamy się do końca opowiadania. Następna część będzie już ostatnią, a potem planuję jeszcze jedno krótkie opowiadanie, takie na 4 - 6 części, by po wakacjach wrócić do długiego opowiadania, którego ostatnia jak na razie część ukazała się 30 czerwca.

czwartek, 22 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 7

          Kiedy dostała wypis ze szpitala, wyszła na miasto, aby przeczekać do godziny osiemnastej, czyli umówionego spotkania ze starszą panią. Joasia wiązała duże nadzieje z tą rozmową. Choć zajęcie nie było oszałamiająco dobrze płatne, to jednak mimo to lepiej niż zbieranie szparagów i nie wymagało aż tyle sił. Często po kilku godzinach spędzonych w polu dziewczyna niemal padała ze zmęczenia. Sama czasem nie wierzyła, że jeszcze dawała radę.
Gdy już zbliżała się wyznaczona godzina, blondynka wyruszyła pod podany jej przez lekarkę adres. Przy okazji wytłumaczyła jej jak tam dojść, w razie gdyby dziewczyna nie znała drogi. Wskazówki okazały się pomocne i Joasia dotarła na miejsce o czasie. Cierpliwie czekała przy domofonie, nim kobieta w mieszkaniu podniosła słuchawkę i wpuściła ją do środka. Młoda dziewczyna szybko przemierzyła drogę po schodach na drugie piętro. Staruszka czekała na nią w drzwiach.
Obie kobiety zniknęły w mieszkaniu. Joasia przedstawiła się i pokrótce opowiedziała o sobie. Ani słowem nie wspomniała o ojcu, a także o ucieczce z domu. Po prostu przyznała, że wyjechała w poszukiwaniu pracy, bo w Krakowie prędzej czy później umarłaby z głodu.
- Może napijesz się herbaty? - zaproponowała gospodyni
- Dobrze, ale ja zrobię – odparła z uśmiechem dziewczyna
- Chcesz mi zaimponować, co? Nie ze mną te numery. Druga szafka po lewej od okna.
Z salonu do kuchni przechodziło się bezpośrednio. Pokój można było właściwie nazwać centrum mieszkania, bowiem to z niego prawie wszędzie się wychodziło – do sypialni, kuchni, przedpokoju i na balkon. Wyjątkiem była toaleta, do której trzeba było dotrzeć przez przedpokój.
Kuchnia była niewielkich rozmiarów pomieszczeniem przypominającym bardziej kwadrat niż prostokąt. Na wprost od wejścia stała kuchenka gazowa, a obok niej szafka i zlew przy oknie. Powyżej zawieszone były dwie inne szafki. Joasia odwróciła głowę w prawo, w stronę szyby i odgadła gdzie znajdzie herbatę.
Kilka minut później znów siedziała w salonie ze starszą panią, popijając herbatę. Na ścianach znajdowała się biało-szara tapeta, pod oknem stała jedna sofa, a na wprost stół i dwa fotele, które właśnie zajmowały obie kobiety. Po lewej od okna znajdowała się meblościanka, a po prawej druga sofa.
- Dobrze ci z oczu patrzy – powiedziała w pewnej chwili pani Jadwiga, bowiem tak miała na imię starsza z pań
- Tak pani sądzi?
- Ja to widzę – mruknęła, upijając łyk herbaty – Też jesteś samotna, prawda?
- Mama zmarła pięć lat temu...
- A ojciec?
Blondynka spojrzała smutno na kobietę i odwróciła głowę.
- Rozumiem. Jeśli nie chcesz, to nie mów. Rodzeństwa też zapewne nie masz.
- Byłam jedynaczką, bo on nie chciał więcej dzieci. Pamiętam, że mama była jeszcze raz w ciąży, ale kiedyś ją tak pobił, że poroniła. Nie wiem dlaczego siedziała z nim przez tyle lat... Podziwiam ją. Tak dzielnie wszystko znosiła...
- Może dlatego, że go kochała? - zasugerowała rozmówczyni
- Kochała? Takiego brutala nie da się kochać! Do tego jeszcze pijak...
- Młoda, mało jeszcze wiesz o życiu. A przyjaciele? No nie mów, że nie miałaś nikogo.
- No bo nie miałam. Kto chciałby przyjaźnić się z brudną, niezbyt ładną...
- Ale też niebrzydką – wtrąciła swoje zdanie
- …bez grosza przy duszy, mało towarzyską dziewczyną? Niby rozmawialiśmy od czasu do czasu, ale... co najwyżej okazywali trochę życzliwości tylko dlatego, że byłam sumienną uczennicą i często brali ode mnie notatki.
- Nie żałujesz że wyjechałaś?
- Nie – odparła cicho, lecz pewnie – A Pani? Jak to się stało, że jest jak jest?
- Mój mąż odszedł przeszło dziesięć lat temu. Zawał serca. Mieliśmy jednego syna, on wyjechał za granicę i się tam ożenił. Wnuki właściwie nas nie znały... A kiedy ich rodzice zginęli w wypadku, całkowicie straciliśmy kontakt.
- I od czasu śmierci męża jest pani sama?
W odpowiedzi kobieta skinęła głową. Aśkę zamurowało.
- Jakoś dawałam radę, ale wiesz, kości i ciało coraz starsze, to każda czynność zaczynała sprawiać coraz więcej problemów. Przez ostatnie dwa lata opiekowała się mną taka miła pani, po pięćdziesiątce, musiała przejść na rentę bo zdrowie nie pozwalało jej pracować w pełnym wymiarze godzin. Bardzo miła i sympatyczna osoba – opowiadała pani Jadwiga
- Czemu dalej u pani nie pracuje?
- Córka zabrała ją do siebie. Urodziła dziecko, a że ona i mąż oboje pracują, pomyśleli że babcia może zająć się wnuczką, skoro wiele czasu spędza w domu.
- I od tamtej pory...
- Szukam kogoś, kto będzie idealnie nadawał się na to stanowisko.
- Co znaczy idealnie?
- Wiesz, napotykałam ludzi, którzy albo byli zbyt opryskliwi, albo narzekali na niską płacę. Ale ja sama nie mogę dać więcej, nie dostaję olbrzymiej emerytury, tyle co na opłaty, jedzenie i na leki sobie zostawiam, a reszta idzie na pensję.
- Ja nie potrzebuję wiele – przyznała Joasia – Wystarczy mi tylko kąt do spania i coś do jedzenia. Jeśli pozwoli mi pani tu zamieszkać i dostanę chociaż jeden posiłek dziennie, nie będę pobierać wynagrodzenia.
- Dziecko kochane – rzekła z troską staruszka – Jeden posiłek dziennie? Chcesz żeby został z ciebie sam kręgosłup?
Blondynka uśmiechnęła się nieśmiało i spuściła głowę.
- Będziesz jeść ile zechcesz, u mnie nikt głodował nie będzie
- Czy to znaczy że...
- Tak, zgadzam się na te warunki. Leć po bagaże – położyła swoją dłoń na jej dłoni. Joasia poczuła nienaturalne ciepło, rozchodzące się po całym ciele, począwszy od okolic serca. Po raz ostatni czuła coś podobnego, kiedy przytulała się do mamy.
- Nie mam bagaży... - wyznała cicho – Straciłam je w drodze, przed pobytem w szpitalu.
Starsza pani pokiwała głową, podniosła się z fotela i zniknęła w sypialni. Wróciła chwilę później, trzymając w ręku dwa stuzłotowe banknoty.
- Bierz – zwróciła się do Joanny
- Nie. Nie mogę – skrzyżowała ręce, jakby chciała się przed tym bronić
- Powiedzmy, że to zaliczka. Potrzebujesz, no masz – niemal wciskała jej pieniądze w dłonie
- Ale ja jeszcze nic nie zrobiłam!
- Herbata?
- To za mało – pokręciła przecząco głową, nie chcąc przyjąć pomocy – Nie mogę brać od pani pieniędzy, przecież mówiłam że nie wezmę... A nawet jeśli, to jeszcze nie zaczęłam pracy.
- Ale chyba nie będziesz cały czas chodzić w tych samych ubraniach? Weź, pójdziesz jutro na miasto i coś sobie kupisz.
Dziewczyna uległa. Argument wydał się jej przekonujący, choćby ze względu na samą staruszkę. Nie mogła przecież chodzić po jej domu w brudnych i śmierdzących „szmatach”, jak to określiła w myślach. A zakupy? Naraziłaby kobietę na plotki, że do jej mieszkania chodzi zaniedbana dziewczyna. Chociażby ze względu na nią musiała porządnie wyglądać.
- Dziękuję – wyszeptała, drżącymi rękoma chowając banknoty do kieszeni
- Jeszcze jedno. Nie mów do mnie pani, bo to tak chłodno i obco brzmi...
- Jak mogę mówić?
- Po imieniu. Po prostu Jadwiga, Jadzia, Jadźka...
- Nie, nie mogę. Jest pani starszym człowiekiem, o wiele starszym i należy się szacunek. Nie wypada mówić po imieniu. Nie odważyłabym się.
- To jak chcesz mówić? - zaciekawiona kobieta oparła ręce o stół
- Zawsze zazdrościłam innym dzieciom, kiedy opowiadali o swojej babci, spędzonych razem wakacjach, smakołykach przyrządzanych przez babcię i rodzinnych spotkaniach... Nigdy nie znałam swojej babci, choć zawsze chciałam ją spotkać. Więc może... babciu?
- No dobrze Asiu. Zgoda, niech będzie babciu – uśmiechnęła się życzliwie do młodej blondwłosej dziewczyny.

środa, 21 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 6

          Kiedy otworzyła oczy, oślepiło ją jasne światło. Natychmiast zacisnęła powieki. Nie zdawała sobie sprawy co się stało, gdzie się znajduje, ile czasu minęło. Pamiętała tylko tyle, że powinna być w starej opuszczonej altance na ogródkach działkowych, ale to nie mogło być to miejsce.
- Halo, proszę pani? Budzimy się – usłyszała kobiecy głos. Najprawdopodobniej zauważyła ona poruszenie się Joasi i postanowiła się nią zająć.
Dziewczyna powoli podnosiła powieki. Światło nie wydawało się już tak jasne, a nad sobą zobaczyła pochylającą się postać. Jej oczy przyzwyczaiły się już do jasności i wszystko widziała wyraźnie. Kobieta miała na sobie biały fartuch i uważnie przyglądała się blondynce.
- Gdzie ja jestem? - wyszeptała, próbując się podnieść.
- Proszę nie wstawać. Jest pani w szpitalu, spadła pani z drzewa.
- W szpitalu? - powtórzyła jak echo – Kto wezwał pogotowie?
- Nie wiemy. Nie przedstawił się, a kiedy przyjechaliśmy na miejsce, znaleźliśmy tylko ciebie.
- Cholera – pomyślała Joasia – Nie mogę tu zostać, przecież nie mam ubezpieczenia ani pieniędzy.
- Czy coś cię boli?
- Nie wiem, nie czuję... Ałć! - skrzywiła się, kiedy lekarka dotknęła jej lewego ramienia
- To mi wygląda na zwichnięty bark albo złamany obojczyk. Zrobimy ci też tomografię głowy.
Dopiero teraz, kiedy zdrową ręką dotknęła włosów, poczuła pod palcami bandaż. Westchnęła ciężko i przymknęła oczy. Postanowiła przeczekać cierpliwie wszystkie badania, usłyszeć diagnozę, a następnie czym prędzej zniknąć.

          Następnego ranka wszystko było już jasne. Dziewczyna tylko stłukła sobie ramię i miała lekkie wstrząśnienie mózgu. Jak to określiła sama pacjentka, nic poważnego, jednak lekarze postanowili zatrzymać ją przez kilka dni na obserwacji. I w tym momencie zaczęła się wahać, czy ucieczka w tym momencie to na pewno dobre rozwiązanie. Zgodnie z zaleceniami leżała przez cały czas, lecz gdy spróbowała wstać jeszcze pierwszego dnia pobytu, zakręciło się jej w głowie i zebrało na wymioty. Poza tym, miała zapewniony dach nad głową na kilka kolejnych nocy oraz posiłki. Choć nie były one najlepszej jakości, to jednak pozwalały zapełnić żołądek.
Lekarka otoczyła ją najlepszą możliwą opieką. Od jednej z pielęgniarek usłyszała, że ma ogromne szczęście, iż to właśnie ona jest jej lekarzem prowadzącym, ponieważ od lat uchodziła za najlepszą, najmilszą i najbardziej ludzką panią doktor w tym szpitalu. W przeciwieństwie do niektórych kolegów po fachu, niekoniecznie z tej samej placówki, na pierwszym miejscu stawiała dobro pacjenta, a nie własne wygody – tak jak powinien postępować prawdziwy lekarz z powołania.
Pielęgniarki także były życzliwe wobec młodej pacjentki i często ucinały sobie pogawędkę w wolnej chwili. Joasia niczym nie wyróżniała się z tłumu, po prostu była sobą, miłą, uprzejmą, życzliwą i z lekka nieśmiałą dziewczyną. Jej zachowanie i charakter mimowolnie zjednywały sobie ludzi.
Od drugiego dnia pobytu blondynka miała towarzystwo w sali chorych. Na drugie łóżko trafiła kobieta ze skomplikowanym złamaniem nogi, potrącona przez samochód. Dziewczyny szybko się polubiły i nawiązała kontakt. Sąsiadkę Asi codziennie po południu odwiedzał jej mąż. Krakowianka z uśmiechem na twarzy obserwowała jak mężczyzna troszczy się o ukochaną, codziennie przynosi jej smakołyki, którymi i tak dzieliła się potem z koleżanką z sali, a także zostaje przy niej aż do samego wieczora, dopóki pielęgniarki nie wypraszały go, tłumacząc się zakończeniem pory odwiedzin.
- Szczęściara z ciebie – stwierdziła któregoś dnia Joanna – Masz naprawdę kochającego męża, który wie czego potrzebujesz.
- Jeśli o ciebie chodzi, to z pewnością też kiedyś trafisz na tego jedynego – puściła do niej oczko – Brzydka nie jesteś, ale wydaje mi się, że jakbyś skróciła włosy to wyglądałabyś zniewalająco.
- Kiedyś o tym pomyślę. Na razie nie szukam męża, bo mam inne priorytety w życiu...
- Męża nie trzeba szukać, bo wtedy nie wychodzi. To jakoś tak... samo.
- Mam tylko nadzieję, że kiedyś po prostu będę szczęśliwa. Wystarczy mi kąt do spania, kawałek chleba i... i ktoś, na kogo zawsze i pomimo wszystko będę mogła liczyć.
Sama nie dowierzała ostatnim wypowiedzianym przez siebie słowom. Jeszcze kilka dni temu wymieniała tylko dach nad głową i środki do życia. Dopiero teraz zauważyła przemianę, jaka zaszła w niej od początku pobytu w szpitalu. Kiedy uciekała z domu, niechętnie lgnęła do ludzi, wręcz ich unikała. Straciła wiarę w dobro na tym świecie i postanowiła pozostać tylko i wyłącznie na swojej łasce. Jednak kiedy trafiła tutaj, zobaczyła że są jeszcze życzliwi ludzie, zaczęła szukać kontaktu, towarzystwa. Nie chciała być sama. Dostrzegła kolosalną różnicę w czerpaniu przyjemności z życia gdy jest się samemu i gdy ma się bliską osobę. Oczywiście na korzyść dobrze dobranego towarzystwa.

          Po tygodniu lekarka uznała, że Joasia wystarczająco dużo czasu spędziła na obserwacji, by mieć pewność co do stanu zdrowia dziewczyny. Po wstrząśnieniu mózgu nie pozostało już żadnego śladu, a ból przedramienia z czasem stawał się coraz słabszy, aż wkrótce miał całkowicie ustąpić. Blondynka, widząc jak wiele życzliwości i dobroci doznała ze strony personelu, nie miała sumienia tak po prostu uciekać. Nie zasłużyli na takie „podziękowanie” od pacjentki. Zdobyła się na odwagę i jeszcze zanim odebrała wypis, poprosiła o rozmowę z panią doktor.
- Wszystko w porządku Asiu? - zapytała ją, kiedy w milczeniu spacerowały w przyszpitalnym parku
- Nie. Nie mam ubezpieczenia i nie mam też pieniędzy, żeby zapłacić za leczenie.
- Spodziewałam się tego.
Dziewczyna zatrzymała się i wytrzeszczyła oczy. Nie mogła uwierzyć, że kobieta mówi to z tak wielkim spokojem.
- Rozłożymy ci to na raty albo... jeśli chcesz, pożyczę ci.
- O nie, nie ma mowy. Nie mogę przyjąć pożyczki – zarzekała się gorączkowo – Może te raty... Ale i tak nie mam pracy, żeby na nie zarobić. Przed wypadkiem robiłam na czarno przy szparagach... ale dużo nie zarobiłam. Zresztą, teraz nie mam tam czego szukać, przez tydzień nie dałam nawet znaku życia.
- Naprawdę nie masz nikogo?
Joasia zacisnęła zęby, myśląc o ojcu. Przez chwilę chciała to wyrzucić z siebie, wyznać całą prawdę, ale po chwili doszła do wniosku, że nie warto. Zapewne mężczyzna leżał teraz na zarzyganej sofie, przytulając niedopitą flaszkę.
- Nie – rzuciła sucho i odwróciła głowę
- No to nawet pasujesz...
- Pasuję? Do czego?
- Co miesiąc odwiedzam taką starszą panią, ona też nie ma już nikogo i nie daje sobie rady z prowadzeniem domu. Ostatnio zwolniła gosposię, bo była wobec niej opryskliwa i niemiła. Myślę, że dobrze byście się rozumiały, skoro obie jesteście samotne.
- Miałabym opiekować się nią i zajmować domem? - rozmówczyni odpowiedziała jej skinieniem głowy – Brzmi nieźle. To na pewno potrafię.
- Przecież nic innego oprócz uczenia się nie robiłam przez ostatnie pięć lat – dodała w myślach
- Umówię cię z nią, dobrze?
- Jasne! Nawet nie wiem jak ci dziękować.
- Po prostu nie zmarnuj tej szansy – poklepała ją po ramieniu
Joasia skrzywiła się, bowiem to było właśnie te stłuczone. Pani doktor przeprosiła swoją pacjentkę, po czym odesłała ją do sali, zapewniając, że za jakiś czas przyjdzie tam z wypisem.
Kiedy szła szpitalnym korytarzem, przypomniał o sobie głos wewnętrzny, który od jakiegoś czasu się nie odzywał:
- Dziewczyno, ty masz takie cholerne szczęście w życiu, że chyba masz jakieś znajomości tam na górze. Ktoś stamtąd musi cię naprawdę bardzo lubić.
- Kochana mama... - wyszeptała pod nosem, nie mając wątpliwości, że jeśli ktoś z góry wstawił się za nią u samego Boga, to była właśnie ona.

wtorek, 20 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 5

          Opuszczenie pociągu na losowo wybranej, podrzędnej stacji kolejowej to był błąd. Joasia szybko przekonała się o tym, kiedy tylko opuściła pociąg. Wysiadła zaraz za Oławą, w miejscowości Lipki, choć trudno było tu mówić o miejscowości, bowiem dziewczyna, kiedy tylko zeszła z peronu, dotarła do wąskiej wyasfaltowanej dróżki. Rozejrzawszy się dookoła stwierdziła, że do najbliższej wsi ma dobre kilkanaście minut drogi, o ile gdzieś dojdzie. W prawo widziała tylko las i zakręt – nie mogła wiedzieć dokąd zaprowadzi ją ta trasa. Skręciła więc w drugą stronę i przeszła przez wiadukt. Gdzieś w oddali widoczny był zarys kilku domków. Tam musiało być jakieś życie, toteż Joasia zdecydowała się tam pójść.
Póki co, dziewczyna miała dobrą passę. Los jej sprzyjał, jednak doskonale wiedziała że szczęście prędzej czy później się od niej odwróci. Nie ma na świecie aż tylu dobrych ludzi, żeby tylko takich spotykała na swojej drodze. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że niebawem coś się stanie.
Dotarła do wsi i chodziła od domu do domu, pytając o zatrudnienie. Nikt jednak nie był zainteresowany losem dziewczyny. Ludzie wydawali się być zbyt zajęci swoimi sprawami, by okazać jej choć trochę zrozumienia i chęci pomocy. Zrezygnowana, zwyzywana od przybłęd i obdartusów, dotarła do sklepu. Kupiła butelkę wody i chleb, odpoczęła chwilę na ławce, po czym ruszyła w dalszą drogę. Nie miała pojęcia gdzie zajdzie, ale nie mogła pozostać w jednym miejscu. Szansa do niej nie przyjdzie, jeśli będzie bezczynnie siedzieć na tyłku i użalać się nad sobą.

          Tego dnia Asia nie mogła zaliczyć do udanych. Przeszła jeszcze przez drugą wieś, z równie marnym skutkiem co wcześniej. Przemierzając kolejne kilometry ze spuszczoną głową, mijana przez kolejne samochody, nie zauważyła że jeden z nich od dłuższej chwili jedzie powoli tuż obok. W końcu kierowca wcisnął klakson i dopiero wtedy dziewczyna zwróciła na niego uwagę.
- Słyszałem, że szuka pani noclegu – uśmiechnął się do niej przez otwartą szybę w drzwiach pasażerów
- Jeśli może mi pan pomóc to proszę mówić, a jak nie to szkoda czasu.
- Brzydka pani nie jest, potrzeba tylko długiej kąpieli... A u mnie w łóżku dla ładnej i młodej dziewczyny zawsze się znajdzie miejsce – puścił do niej oczko.
Joasia w mig pojęła sugestię. W zamian za możliwość spędzenia nocy w ciepłym pokoiku, z dachem nad głową, pod miękką kołderką miała mu się oddać na kilka minut. Choć cel wydawał się być kuszący, godność dziewczyny nie pozwoliła jej przyjąć propozycji.
- Spadaj – mruknęła i odwróciła głowę
- Wiesz, ja takie cuda wyczyniam z dziewczynami... Tobie też by się spodobało
- Wypierdalaj zboczeńcu! - zaczęła okładać torebką dach samochodu, na co mężczyzna gwałtownie dodał gazu – Co za cham. Myśli że ma kasę, to może każdego przekupić... A do tego obleśny i starszy od mojego ojca!
Przechodząc obok torów, w głowie dziewczyny pojawiły się różne wizje. Oczyma wyobraźni widziała jak w ciemną noc kładzie się na nich, a chwilę potem jej ciało rozjeżdża pędzący pociąg. Zatrzymała się na chwilę, z niedowierzaniem wpatrując w szyny. Jakby widziała na nich swoją krew... Skrzywiła się z niesmakiem i czym prędzej ruszyła w dalszą drogę, nim faktycznie zdecyduje się na samobójstwo.
Wyszła na jedną z bardziej ruchliwych ulic, prowadzących do miasta. Miała za sobą już dziesięć kilometrów drogi. Słońce tego dnia świeciło bardzo mocno, co dodatkowo odbierało sił dziewczynie. W końcu zrezygnowana zeszła na bok, rzuciła bagaż i torebkę na trawę, a sama położyła się obok. Do wieczora nie mogło pozostać wiele czasu, lecz nie była w stanie określić która dokładnie jest godzina. W końcu stwierdziła, że zamiast iść dalej, zostanie tutaj nim słońce nie zacznie zachodzić. Ściągnęła nawet koszulkę, aby jej skóra nabrała trochę koloru.
Wieczorem, kiedy już zaczęło się ściemniać, ruszyła w dalszą drogę. Wiedziała, że wiele nie ujdzie, ale być może znajdzie całkiem dobre miejsce na nocleg. Póki co wytypowała napotkany po drodze przystanek autobusowy, lecz kiedy zobaczyła ogródki działkowe, do głowy przyszedł jej najlepszy możliwy pomysł, na jaki mogła w tej chwili wpaść.
Kiedy zapadł zmrok i zrobiło się całkowicie ciemno, Joasia przerzuciła bagaże przez ogrodzenie, a następnie sama przeszła na drugą stronę. Szukała najgorszej, najmniej zadbanej altanki, bowiem takiej raczej nikt nie odwiedza. Po dokładnym rozpoznaniu terenu dziewczyna wybrała niewielką drewnianą chatkę, której drzwi nawet nie miały kłódki i klamki. Uchyliła je, wślizgnęła się do środka i rozejrzała się dookoła. Nie brakowało pajęczyn i kurzu, a na stoliku leżał spleśniały już ser obok plastikowego kubka. Joasia wyjęła z torby najgorszą bluzę i zamiotła nią podłogę w kącie, gdzie zamierzała się położyć. Coś wewnątrz jednak się buntowało.
- I co dalej cwaniaro? Nadal jesteś taka pewna, że dobrze zrobiłaś?
- Ani trochę nie żałuję. Przynajmniej nie muszę już oglądać tego cholernego pijaka.
- Ten cholerny pijak to twój ojciec
- Gówno mnie to obchodzi. Nie wrócę do niego.
- Pomyśl co może się stać, jeśli nadal będziesz się bawić w tę zasraną ucieczkę. Co będzie, jak cię okradną?
- To nie jest zabawa. To moja jedyna szansa, żeby się stamtąd wyrwać, zmienić swoje życie, poprawić byt. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nawet nie mają mnie z czego okradać – prychnęła drwiąco, przeliczając ostatnie pieniądze.
- A jak cię pobiją albo nawet... zgwałcą?
- Mam to gdzieś. Co mi za różnica, i tak nie jest dobrze.
- A jeśli zabiją?
- To do jasnej cholery będę miała wreszcie spokój! I nie będę się musiała martwić czy jutro będę spać pod gołym niebem albo czy będę miała co żreć.
- Aśka, co się z tobą dzieje? Ty tak po prostu chcesz, żeby twoja matka na to patrzyła tam z góry?
- Odczep się, chcę spać.
Dziewczyna rozłożyła koc, położyła się na nim i zwinęła w kłębek. Nie potrzebowała wiele czasu, aby udać się w objęcia Morfeusza.
Kolejne dwa dni wyglądały tak samo: Asia o świcie skorzystała z umiejscowionej gdzieś pomiędzy altankami ogólnodostępnej studni i umyła twarz, ręce i nogi. Następnie na cały dzień szła do miasta i szukała pracy. Nawet jeśli rezygnowała wcześniej, nie mogła wrócić przed zmrokiem na ogródki działkowe, aby nikt jej nie zobaczył. Nieprzynoszące żadnych efektów poszukiwania zmuszały ją do podjęcia decyzji: iść dalej czy pozostać tu na dłużej, pomimo braku środków do życia? Warunki noclegowe nie były takie złe, ponieważ miała dach nad głową, który okazał się niezbędny już trzeciej nocy po ucieczce z domu – w nocy przez blisko dwie godziny szalała burza.
Tym razem jej wyprawa wykroczyła poza miasto i znalazła pracę w pobliskiej wsi przy zbieraniu szparagów. Nie mogła zarobić na tym wiele, ale jednak na tyle, by mieć na chleb. I tak przetrwała kolejny tydzień, spędzając osiem godzin w polu, spacerując do wieczora po mieście i wracając o zmroku do opuszczonej altanki na ogródkach działkowych przy drodze wylotowej z miasta. Kiedy już miała wchodzić do środka, usłyszała skrzypiące deski. Zamarła na chwilę i nasłuchiwała w bezruchu. Dźwięk co chwilę się powtarzał w nieregularnych odstępach czasu.
- Ktoś jest w środku – pomyślała.
Postanowiła się ukryć. Jedynym rozsądnym miejscem wydawało się jej rosnące nieopodal drzewo. Joasia wdrapała się na nie i usadowiła na jednej z mocniejszych gałęzi, opierając plecy o pień. Jedna noga zwisała swobodnie od kolana, a druga na całej długości leżała na gałęzi.
- Stąd wszystko będę widziała.
Czekała cierpliwie, aż w końcu jej przypuszczenia sprawdziły się. Z altanki wyszła jakaś postać, niosąca w ręku torbę. Nie mogła dokładnie rozpoznać jej w ciemności, lecz odniosła wrażenie, że to jej bagaż. Dziękowała w duchu, że wszystkie pieniądze nosi przy sobie. Wodząc wzrokiem za posturą mężczyzny, przechyliła się, a wtedy straciła równowagę. Próbowała jeszcze łapać rękami za gałąź, lecz bezskutecznie. Uderzenie głową o twardą ziemię sprawiło, że straciła przytomność.

sobota, 17 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 4

          Czas upływał bardzo powoli. Joasia prawie cały dzień spędziła na chodzeniu po mieście i szukając noclegu oraz pracy. Niestety, wszystkie hotele były ponad jej możliwości finansowe, a na jedną noc ludzie niechętnie wynajmowali pokoje. Niektórzy zgadzali się, ale żądali opłaty za cały miesiąc z góry. Dwa ogłoszenia o pracę okazały się być już nieaktualne, a przy trzecim zapewnili, że jeszcze się odezwą, choć nie wyglądali na zachwyconych kwalifikacjami blondynki. Na niekorzyść działał także brak Curriculum Vitae oraz listu motywacyjnego. Krótko mówiąc – szanse na zatrudnienie były znikome. Kobieta postanowiła więc wrócić na Ostrów Tumski, do Katedry.
Uklękła w ostatniej ławce, licząc od ołtarza i wykonała znak krzyża. Modliła się przez dobre kilka minut ciszą oraz tymi oto słowami:

Panie Boże... Nie wiem czy dobrze zrobiłam, uciekając z domu. W sumie jestem dorosła, więc chyba jednak mam prawo podejmować decyzje. A moje decyzja była właśnie taka, żeby wyjechać. Nie mogłam dłużej tego wytrzymać i wiem, że czwarte przykazanie mówi iż należy czcić ojca i matkę swoją. Mamę bardzo kocham i wciąż za nią tęsknię, ale ojciec... nie potrafię go szanować, nie wiem jak. Proszę cię, pomóż mi wyplewić tę nienawiść z mojego serca, pomóż także jemu, żeby wyszedł z tego nałogu, póki jeszcze może uratować samego siebie. Ja nie umiałam mu pomóc. Nikt na tym świecie nie umiał, więc tylko Ty możesz to zrobić. Miej go w swojej opiece. Mnie zresztą też, żeby to się jakoś ułożyło. Nie potrzebuję wiele. Wystarczy mi kąt do spania i jakaś praca, żeby mieć na chleb. Niczego więcej nie pragnę. Ojcze Nasz, któryś jest w niebie...

Nic nie przychodziło jej do głowy. Sama w wielkim mieście, skazana na nocleg na ulicy. Co takiego przyniesie los? Miała tylko nadzieję, że Bóg obroni ją przed wszelkim złem.
- Chyba że ma inne plany wobec mnie – pomyślała sobie, wyobrażając najgorsze – No cóż... Cokolwiek by się nie działo, wierzę Panie Boże, że jeśli przejdę przez tę drogę, niosąc na ramionach swój krzyż, to prędzej czy później spotka mnie miła niespodzianka. Nie wiem czy jestem dobrym, czy złym człowiekiem, ale... ale niech się dzieje wola twoja – mówiła zaraz po wyjściu z Katedry Wrocławskiej, spoglądając w niebo.
- Kiedyś tam na górze dowiem się, dlaczego właśnie tak musiało być, a nie inaczej – dodała na koniec i przyspieszyła kroku. Zdawało się jej, że cały czas ktoś za nią idzie, lecz kiedy się obracała, nie widziała nikogo. W końcu stwierdziła, że może to być Anioł Stróż, co dodało jej otuchy.
Nie mając żadnego konkretnego pomysłu, udała się na dworzec kolejowy. Już wiedziała, że nie ma czego szukać w tym mieście. Nie wiedziała także dokąd jechać. Brzeg, Oława, Zgorzelec, Wałbrzych, Świdnica, Oleśnica czy może gdzieś dalej? Poznań, Szczecin, Łódź, Warszawa, Toruń a może Olsztyn? Możliwości nie brakowało. Pozostało tylko odpowiedzieć na pytanie: Która z opcji okaże się najlepsza? Tego nie sposób przewidzieć. Joasia pewna była tylko tego, że ma dość dużych miast.
- Niech pomyślę... - mruknęła, spoglądając na rozkład jazdy

23:39 Zakopane przez: Opole Główne, Katowice, Kraków Główny
00:18 Świnoujście przez: Poznań Główny, Szczecin Główny
5:00 Olsztyn Główny przez: Poznań Główny, Toruń Główny
5:06 Warszawa Wschodnia przez: Opole Główne, Katowice
5:14 Jelcz Laskowice
5:24 Leszno przez: Oborniki Śląskie

- Zakopane, Świnoujście albo noc na dworcu – pomyślała – Nie po to jechałam na zachód, żeby wracać w Małopolskę. No to Zakopane odpada... Świnoujście?
- Już wcześniej zrezygnowałaś z wyjazdu nad morze – przypomniał jej głos wewnętrzny
- Bo ty mi to odradziłaś
- Tak, zwal teraz wszystko na mnie. Przecież jesteśmy jedną osobą, zapomniałaś?
Nie pozostało jej nic innego, jak spędzić tę noc na dworcu. Gdyby próbowała nie spać, prędzej czy później zasnęłaby w dzień. Chciała znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, z dala od bezdomnych pijaczków, lecz jeden z nich szczególnie się do niej przyczepił.
- Uszanowanie młodej pani – skłonił się grzecznie
- Czego? - odparła niezbyt uprzejmym tonem. Była szczególnie wyczulona na alkohol i choć nie wyglądało na to, że mężczyzna jest pod wpływem, dziewczyna przyjęła założenie że dopiero się napije, gdy wyłudzi od kogoś trochę drobnych.
- Pani kochana, po co te nerwy? Ja tylko chciałem zapytać, czy czego do jedzenia pani nie ma, bo kromki chleba od dwóch dni nie widziałem.
- Poważnie? - uniosła brwi ze zdumienia. Nie prosił o pieniądze, lecz o pożywienie, więc nie mogło być mowy o kłamstwie. Dziewczyna zaproponowała, by usiadł obok niej na ławce. Wyciągnęła z bagażu ostatnie trzy kromki chleba, które pozostały jej z kupionego rano bochenka i podała bezdomnemu.
- Dziękuję bardzo, Bóg zapłać – znów skłonił się grzecznie.
Joasia przyglądała się mężczyźnie, kiedy łapczywie przeżuwał i połykał kolejne kawałki. Oczy błyszczały mu się nienaturalnie i przepełnione były wdzięcznością, kiedy spoglądał na blondynkę. Wyglądało na to, że naprawdę nic nie jadł i to być może przez większy okres czasu niż te dwa dni, o których mówił.
- Byłam pewna, że poprosi mnie pan o drobniaki na wino – wyznała dziewczyna
- Kochana, wielu tych tam na dole tak robi – wskazał jedno z wejść za ubikacją – Ale z nimi mnie łączy tylko to, że sypiamy na dworcu. Jak pani myśli, ile mogę mieć lat?
Joanna przyjrzała się uważnie lekko uśmiechniętej twarzy mężczyzny, jego długim tłustym włosom i nie golonym przez długi czas zaroście.
- Jest pan po czterdzieste.
- No to ciekawe na ile będę wyglądał za dziesięć lat. Dokładnie dzisiaj skończyłem 32 lata.
- Wszystkiego najlepszego – mimo że miał brudne ręce, wyciągnęła do niego dłoń.
- Dziękuję.
- Ale jak to się stało, że jest pan tutaj?
- Długa historia.
- Chyba mamy czas, co? - przechyliła głowę i uniosła brwi, dając do zrozumienia że chętnie go wysłucha.

          Dziewczynę mocno poruszyła historia mężczyzny i dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielkie ma szczęście, że nie skończyła podobnie jak on. Facet pochodził z biednej rodziny i mimo że był zdolny, nie załapał się na stypendium. Sytuacja finansowa w domu nie pozwoliła mu na osiąganie wystarczająco dobrych wyników w nauce, ponieważ nie miał podręczników. Po pierwszym roku liceum zrezygnował z liceum i próbował szukać pracy. Przez kilka lat pracował jako sprzątacz, lecz kiedy stracił pracę, jedyną żywicielką rodziny znów była jego matka. Kiedy zmarła, wyrzucili go z mieszkania przez zadłużenie i od tamtej pory mieszkał na ulicy.
- A ojciec?
- Nie wiem, nigdy go nie znałem... Zostawił mamę, kiedy zaszła w ciążę.
- To okropne... Ten świat chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Nie spodziewałam się, że tu, na dworcu, mogę spotkać takich ludzi... W ogóle bym nie pomyślała, że osoba która wygląda tak jak wygląda stoczyła się na dno, zupełnie nie mogąc nic na to poradzić...
- Masz na myśli, że w środowisku pijaczków nie ma pijaka? Też mnie to dziwi... - urwał na chwilę – A ty? Co taka młoda i póki co zadbana dziewczyna robi na dworcu o tej porze?
- Póki co? - powtórzyła zdumiona
- Wiesz, broda ci raczej nie urośnie... Ale jeśli będziesz nocować gdzie popadnie to wkrótce urody ci ubędzie...
- Dzięki, to mnie pocieszyłeś... - pokręciła głową zrezygnowana – Póki żyła moja mama, to jeszcze jakoś było. Zawsze mnie broniła, dbała o mnie, starała się, żebym wyrosła na mądrą i dobrą dziewczynę.
- Przyznam, że jej się udało
- Pięć lat temu zmarła. Od tamtej pory zostałam sama z ojcem alkoholikiem. Zawsze próbował wyłudzić ode mnie pieniądze na alkohol, bo podbierałam trochę jego wypłaty na jedzenie albo sama szłam do pracy... W końcu nie wytrzymałam i uciekłam.
- Co zamierzasz?
- Nie wiem – wzruszyła bezradnie ramionami – Przed siebie, byle jak najdalej. Chcę mieć tylko dach nad głową i coś do jedzenia. Czy tak dużo wymagam?
- Dasz radę. Wierzę, że ci się uda.
- Jeśli tak to kiedyś zaproszę cię do siebie – zapewniła – Przyjadę tu i jakoś cię znajdę.
- Na razie martw się o siebie, a potem o innych.
Dziewczyna pokiwała głową i ziewnęła. Mężczyzna pociągnął ją za sobą i zaprowadził do korytarza, w którym pod ścianami leżało kilku pijaczków. Jedni chrapali głośniej, inni ciszej, niektórzy przytulali puste butelki bądź mamrotali przed snem. Panował tam półmrok, dlatego Joasia nie widziała wszystkiego dokładnie.
- To moja miejscówka – wskazał jej miejsce pod ścianą – Wiesz, kiedyś miało być tu przejście podziemne, ale coś nie wyszło i został taki tunel, który kończy się kilka kroków dalej. Nikt tu nie chodzi, z wyjątkiem nas.
- Mogę spać bez obaw?
- Pewnie.
Dziewczyna wyciągnęła koc i rozłożyła go na ziemi. Położyła się na nim, a pod głowę podłożyła zwiniętą w kłębek bluzę. Chciała życzyć dobrej nocy towarzyszowi, który jeszcze przed chwilą stał nad nią, ale teraz nie mogła go zobaczyć. Chwilę później spostrzegła go tuż przy swoich stopach. Siedział pod ścianą i wyglądało na to, że już zdążył zasnąć. Joasia też się położyła i zamknęła oczy.

          Nazajutrz obudziła się jako pierwsza. Pospiesznie zwinęła koci nie otrzepawszy go nawet wrzuciła do torby. To samo zrobiła z bluzą. Rozejrzała się dookoła i gdy zyskała pewność, że wszyscy śpią, zdjęła jeden but. Sięgnęła pod wkładkę i wyciągnęła spod niej dwudziestozłotowy banknot.
- Tobie też się przyda – powiedziała w myślach, wkładając go do kieszeni mężczyzny, którego spotkała wieczorem. Szybko założyła but z powrotem na nogę i zawiązała sznurówkę.
Wróciwszy do budynku dworca głównego spojrzała na zegar. Okazało się, że za chwilę na peron wjedzie pociąg do Opola. Po chwili zastanowienia rzuciła się biegiem przez podziemne przejście. Zamierzała wysiąść gdzieś po drodze w mniejszej miejscowości.
--------
Droga Alutko, jeśli chodzi o Wrocław, jest to jedno z miast które jakoś tak bardziej lubię. Z pewnością wpływ ma na to fakt, że mieszkam około 45 kilometrów od Wrocławia i kilka razy zdarzyło mi się tam być. Niektóre fakty co do dworca mogą być jednak naciągane, z dwóch powodów - po remoncie jeszcze tam nie byłem i nie wiem jak to teraz wygląda, lecz wkrótce będę miał okazję zobaczyć, a po drugie, po prostu czasem coś trzeba przeistoczyć na potrzeby opowiadania (np. z tym tunelem, gdzie nocowała Joasia w dzisiejszej części - to już było wymyślone przeze mnie).

piątek, 16 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 3

- Ciekawe jak nisko mogę upaść – pomyślała sobie Joanna, kiedy opuszczała pociąg na stacji Wrocław Główny. Nie minęła jeszcze doba od ucieczki z domu, a dziewczyna już żałowała swego postępowania. Oto stała teraz sama, wystraszona, zdana tylko na siebie w środku wielkiego, nieznanego sobie miasta. Choć stolica Dolnego Śląska liczyła sobie mniej mieszkańców niż Kraków, to jednak fakt, że blondynka była tu po raz pierwszy, wzmagał ogrom tego miasta i wydawało się jej bardziej potężne niż rodzinna miejscowość.
Przez chwilę nawet żałowała, że nie wysiadła dwie stacje wcześniej, w Brzegu. Być może jej „znajomy” z pociągu, który musiał dobrze znać tamto miasto, mógłby pomóc, coś doradzić. Teraz już taka możliwość przepadła.
- Weź się w garść dziewczyno. Nie po to spieprzyłaś z domu, żeby teraz trząść portkami – podpowiadał jej głos wewnętrzny
- Jestem tchórzem – przyznała przed samą sobą.
Brała już nawet pod uwagę możliwość powrotu, jednak kiedy oczyma wyobraźni znów zobaczyła pijanego ojca próbującego wyłudzić od niej pieniądze, złość wzięła nad nią górę i wyparła strach. Nagle dziewczyna zyskała odwagę, wzięła do ręki niewielki bagaż, do którego spakowała kilka ubrań, koc i butelkę wody. Dopiero kiedy wyszła z dworca na ulicę zdała sobie sprawę, że jest jeszcze zbyt wcześnie by cokolwiek zrobić. Mimo iż to był dzień powszedni, kilka minut po piątej na próżno można było wypatrywać jakiegokolwiek ruchu. Musiała poczekać jeszcze jakiś czas nim miasto zacznie tętnić życiem.
Wróciła na dworzec i zajęła miejsce w poczekalni. Choć zmęczenie nocną podróżą dawało się jej we znaki, próbowała nie zasnąć. Wkrótce obok niej zaczęło przewijać się coraz więcej ludzi, którzy spieszyli się na pociąg do pracy. To był znak, że minęła szósta, a dzień na dobre się rozpoczyna.
Spędziła jeszcze godzinę na siedzeniu w poczekalni i obserwowaniu znudzonych codzienną rutyną ludzi. Nawet nie wyobrażała sobie, ile by dała, żeby znaleźć się na ich miejscu. Zdecydowanie wolałaby popaść w codzienny ciąg stałego planu wydarzeń niż doznawać kolejnych, niestety nieprzyjemnych, wrażeń z powodu ojca.
- Kurde, upodabniam się do niego! - stwierdziła z przerażeniem dziewczyna – Dla osiągnięcia celu byłabym gotowa zrobić wszystko.
Tym celem miało być spokojne, skromne życie. Zgodziłaby się nawet zaprzedać duszę diabłu, podobnie jak ojciec za wódkę. Czym prędzej pobiegła do toalety, by przemyć twarz wodą i otrzeźwieć.
- Zwariuję.
Spodziewała się, że cała ta ucieczka może kosztować ją sporo wysiłku, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Rzeczywistość tym razem znów okazała się brutalniejsza niż mogła sobie to wyobrazić.
- Ile to już? Z tysiąc zero? Zresztą, nieważne – mruknęła znudzona – Wciąż przegrywam do jaja.

          Po wykonaniu porannej toalety, o ile tak można było to nazwać, Joasia wyszła na miasto. W pierwszej kolejności odwiedziła sklep, aby zaopatrzyć się w coś do jedzenia. Ponieważ nie posiadała wiele pieniędzy, zdecydowała się na suchy chleb. Po drodze zahaczyła też o kiosk i kupiła lokalną gazetę z nadzieją, iż znajdzie interesujące ogłoszenia dotyczące noclegu bądź pracy. Następnie udała się do parku, gdzie zamierzała skonsumować śniadanie.
Przysiadła na ławce, postawiła obok torbę i wyciągnęła sobie kromkę chleba. Przeżuwała kolejne kęsy, obserwując okolicę. Kilka osób w różnym wieku co jakiś czas przejeżdżało ścieżką rowerową, zapewne spiesząc się do obranego przez siebie celu. A jaki ona miała cel? Musiała konkretnie określić czego chce, jeśli ma ułożyć plan działania. W przeciwnym razie trzeba będzie rzucać się na pierwsze lepsze okazje do poprawy swojego bytu.
Gdzieś w oddali młody mężczyzna bawił się z psem. Biały labrador radośnie szczekał i merdał ogonem, skacząc wokół swojego pana. On też dobrze się bawił, przytrzymując kij wysoko, rzucając go i biegając ze swoim pupilem. Zapewne oboje byli szczęśliwi i mieli ku temu powody. A kiedy ona będzie miała powód, by się uśmiechnąć?
Jej wzrok przeniósł się na niewielki stawik, od którego dzieliło ją około 10 – 15 kroków. Pływały w nim trzy łabędzie. Joasia niewiele myśląc pokruszyła chleb, podeszła do brzegu i rzuciła okruchy na wodę. Ptaki natychmiast podpłynęły i dziobały powierzchnię wody, połykając pokarm. Dziewczyna zawróciła, wzięła kolejną kromkę i znów pokruszyła, by następnie rzucić łabędziom.
- Wy też jesteście głodni, co? - mówiła pod nosem – Sama nie mam wiele, ale trzeba się dzielić, prawda?
Po dłuższej chwili karmienia i obserwacji pięknych śnieżnobiałych ptaków wodnych blondynka wróciła na ławkę. Korzystając z chwili spokoju, sięgnęła do torby po gazetę i otworzyła dział z ogłoszeniami. Na początek przyjrzała się dokładnie ofertom pod nagłówkiem praca.
- Murarz, dekarz, piekarz... Robotnik budowlany, kierowca... - wyliczała w myślach – Same męskie zawody. O, jest coś dla mnie!
Zatrzymała się na ogłoszeniu zatytułowanym „zatrudnię kelnerkę, wynagrodzenie 1700 zł brutto”. Choć nie było to wiele, Joasia miała nadzieję, że wystarczy. Nie wiedziała jeszcze ile kosztuje wynajęcie choćby jednego pokoju we Wrocławiu.
Wkrótce jednak poznała stawki, kiedy po odznaczeniu kilku interesujących ją propozycji pracy zajrzała w dział „mieszkania i pokoje – wynajem”.
- Osiemset złotych? - nie dowierzała dziewczyna – Zdzierstwo.

          Jeszcze przez kilka minut przeglądała gazetę, dopóki nie usłyszała płaczu dziecka. Z początku zignorowała to, myśląc że za chwilę pewnie pojawi się obok niego opiekun i spróbuje uspokoić. Płacz jednak nie ustawał, więc Joasia pomyślała, że coś mogło się stać. Zerwała się na równe nogi i rozejrzała dookoła. Słyszała głos, lecz nie widziała dziecka. Dopiero kiedy uszła kilka kroków w bok, zobaczyła chłopczyka pod drzewem. Podeszła do niego, przykucnęła i złapała lekko za nadgarstek.
- Hej, nie płacz – powiedziała łagodnym, ciepłym głosem – Co się stało?
- Bo mama powiedziała, że już jestem dużym chłopcem – mówił przez łzy – i powinienem sam już trafić do przedszkola. No to poszedłem dzisiaj pierwszy raz sam... i się zgubiłem.
- Już dobrze. Zaraz coś na to poradzimy.
- Zaprowadzi mnie pani? - spytał z nadzieją w głosie. Joasia nie miała serca odmawiać, lecz nie mogła też mu tego obiecać, bowiem nie znała drogi
- Wiesz, ja też tu jestem pierwszy raz. Ale nie martw się, zaraz kogoś zapytamy i wskaże nam drogę. Co to za przedszkole?
- Numer pięć, na ulicy Kochanowskiego.
- Dobrze, chodź – podniosła się do pozycji stojącej i podała mu rękę. Wróciła się do ławki, aby wziąć ze sobą bagaż, następnie wraz z chłopcem wyszli z parku. Joasia zaczepiła przechodnia, przeprosiła grzecznie i spytała o wskazany adres. Okazało się, że to tylko trzy ulice dalej.
- A wiesz kto to w ogóle był Kochanowski?
- No... Polakiem był... - odpowiedział wymijająco chłopiec
- Ale z czego zasłynął? Bo wiesz, jest wielu sławnych Polaków, a każdy z czego innego słynął. Choć muszę ci przyznać, że ta odpowiedź jak na przedszkolaka... Mądry z ciebie chłopak.
- Pani w przedszkolu też tak mówi – spojrzał go góry na blondynkę i wyszczerzył zęby
- To co z tym Kochanowskim?
- No... słyszałem raz w telewizji o takich trenach, co on napisał.
- Tak, to prawda. Jan Kochanowski napisał treny. To takie utwory żałobne, które napisał do swojej zmarłej córeczki, Urszulki. Bardzo ją kochał i dlatego napisał właśnie treny – wyjaśniła Joanna
- Kiedyś, jak będę duży, to chciałbym zostać pisarzem.
Dziewczyna zatrzymała się i przykucnęła naprzeciw chłopczyka.
- Jesteśmy na miejscu. Będę trzymała za ciebie kciuki, żeby ci się udało.
- Dziękuję – chłopiec skłonił się grzecznie i pobiegł do drzwi przedszkola. Blondynka odprowadziła go wzrokiem. Westchnęła, prostując nogi.
- Co za ludzie – pomyślała – Żeby pięciolatka puszczać samego w takie miasto?
Kiedy uszła kawałek w stronę Ostrowa Tumskiego, naszła ją kolejna refleksja.
- Kurde, jak to jest, że obcy ludzie, których spotykam na swojej drodze, wzbudzają we mnie więcej sympatii niż starzy znajomi ze studiów czy choćby własny ojciec? Coś tu jest nie halo...
Pokręciła głową, wciąż idąc prosto przed siebie, bez konkretnych planów.

czwartek, 15 sierpnia 2013

To takie "cudowne" życie cz. 2

          Nie miała pojęcia co ją skłoniło do tak desperackiego kroku. Głos wewnętrzny mówił jej, że podjęła najlepszą możliwą decyzję, choć rozum mówił zupełnie co innego. Po przeanalizowaniu swojej sytuacji życiowej stwierdziła, że nic jej tu nie trzyma. Choć wyjazd w nieznane wydawał się być głupotą, dla niej to jedyny sposób by wyrwać się z coraz bardziej irytującej jej rzeczywistości.
Wybrała trochę pieniędzy z bankomatu, a następnie udała się na dworzec kolejowy. Sama nie miała pojęcia do którego pociągu wsiądzie. Poza ojcem nie miała żadnej rodziny, więc nie miała konkretnego celu podróży. Chciała tylko znaleźć zaciszne miejsce, w którym będzie mogła się zaszyć, z dala od problemów z alkoholem czy kolokwium. Tak, opuściła ojca i rzuciła studia. Przewróciła swoje życie do góry nogami i zrobiła istny bałagan, lecz właśnie po to, by na nowo uporządkować sprawy.
Była niemal pewna, że nim ojciec zda sobie sprawę z jej ucieczki, ona będzie już na drugim końcu Polski. W tej chwili dla niego najważniejszy był alkohol. Dopóki flaszka się nie skończy, mężczyzna będzie beztrosko balował w samotności. Kolejne kilka godzin prześpi, by potem znów zmagać się z kacem mordercą. Zostawiła mu kartkę w swoim pokoju. Zapewne zobaczy ją gdy będzie szukał pieniędzy na kolejne piwo bądź ćwiartkę.

Nie mogłam tego dłużej znieść. Ciągle tylko chlejesz i chlejesz. Mam dość. Ciebie i tego zasranego alkoholu, tej obskurnej kamienicy, znajomych z uczelni, których problemy w porównaniu z moimi są niczym. Mam dość Krakowa. Mam dość tego całego popieprzonego świata. Znikam stąd na zawsze i nie mówię tu o samobójstwie. Jeśli miałabym kogoś zabić to właśnie Ciebie, bo to Ty jesteś winien mojego losu. Nie mogę już na Ciebie patrzeć. Nie potrafię szanować człowieka, który zatracił cały system wartości i wyplewił z siebie normy moralne, tylko dlatego, że chce się napić wódki. Może i to szalone, że uciekam, ale niżej niż Ty na pewno nie upadnę. Wolę mieszkać pod mostem niż z takim łachudrą. Nienawidzę Cię! Rozumiesz?! Mama to chyba aniołem tam w niebie została, że przez tyle lat z Tobą wytrzymała. Nie szukaj mnie, bo i tak nie znajdziesz. Zresztą, długo się nie będziesz przejmował, bo zwyzywasz mnie pod nosem i znowu pójdziesz chlać. Nigdy Ci tego nie wybaczę. I nigdy więcej już mnie nie zobaczysz.

Pisany w przypływie złości tekst nie do końca odzwierciedlał uczucia dziewczyny. Choć naprawdę nie chciała już go widzieć, to jednak nie wykluczone było, że kiedyś zdoła mu wybaczyć.
Kiedy dotarła na dworzec kolejowy, dochodziła godzina dwudziesta trzecia. Mimo to na ulice Krakowa wychodziło dużo ludzi, bowiem przed chwilą przy jednym z peronów zatrzymał się pociąg relacji Świnoujście – Kraków Płaszów.
- Dobrze, że jadę w nocy, przynajmniej nocleg mam z głowy – pomyślała sobie dziewczyna.
Przechodząc tunelem podziemnym minęła dwóch pijaczków, którzy spali w pozycji pół siedzącej na posadzce. Jeden z nich wydał się jej łudząco podobny do ojca. Nie widziała dokładnie jego twarzy, bowiem miał na głowie kaptur. Aż podskoczyła wystraszona, kiedy mężczyzna poruszył się przez sen.
- Uspokój się idiotko, ten ma jakieś podarte spodnie od garnituru, a ojciec ma jeansy i nie nosi bluzy z kapturem – odezwał się głos wewnętrzny
- Racja – mruknęła pod nosem
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i ruszyła przed siebie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że młoda i samotna kobieta podróżująca w nocy jest łakomym kąskiem dla przestępców – złodziejów czy choćby nawet gwałcicieli. Na szczęście znała kilka chwytów obronnych, które niegdyś nauczył ją starszy chłopak z podwórka. Stwierdził wtedy, że mieszkając w podejrzanej okolicy trzeba umieć się bić. Tak naprawdę to tylko jego Joanna mogła nazwać przyjacielem, choć nie łączyły ich bliższe relacje. Przed czterema laty chłopak wyrwał się ze swojej patologicznej rodziny i wyjechał w nieznane. Podobnie jak teraz ona.
Co chwila spoglądała na tablice informacyjne przy kolejnych peronach, interesując się kierunkami jazdy najbliższych pociągów. Zawróciła aby jeszcze raz się przyjrzeć nazwom miejscowości.
- Gdynia Główna?
- A co ty nad morzem będziesz robić? Ryby kąpać?
- To może Warszawa? Ale to dopiero o pierwszej... - znów prowadziła rozmowę z wewnętrznym głosem
- Pogięło cię? Z wielkiego burdelu do jeszcze większego?
- To gdzie do cholery? Przecież nie będę tu spała
- Wsiadaj w pierwszy lepszy, byle daleko jechał.
Padło na Wrocław. Pociąg jechał z Zakopanego do stolicy Dolnego Śląska i już niespełna dziesięć minut później pojawił się na stacji Kraków Główny. Joasia rozważała możliwość pozostania w tym regionie, jednak wolała udać się do mniejszego miasteczka niż znów zagubić się na życiowej drodze w wielkomiejskich warunkach. Nie miała nawet nic przeciwko, by przenieść się na wieś.
Zakupiła bilet u konduktora i udała się do wskazanego na miejscówce przedziału. Dzięki legitymacji studenckiej zapłaciła o połowę mniej. Zajęła miejsce przy oknie, obok młodego chłopaka, na oko mógł być mniej więcej w tym samym wieku co ona, a naprzeciw starszej pani. O ile ona nie wykazała zainteresowania nową towarzyszką podróży, o tyle chłopak od razu zwrócił uwagę na blondynkę.
- Dokąd pani zmierza? - uśmiechnął się w stronę Joasi
- Na Wrocław, bo do Rzeszowa to raczej tym pociągiem nie dojedziemy – odparła niezbyt uprzejmie
- Nie ma to jak nudny tani podrywacz – pomyślała
- Nie przesadzaj. Lepiej się ciesz, że ktoś zwrócił uwagę na dziewczynę z potarganymi włosami.
- Nie mam potarganych włosów tylko co najwyżej nie zawsze uczesane. Są ważniejsze rzeczy niż wygląd.
- I on chyba o tym wie, skoro zagadał do dziewczyny, która wygląda jak wygląda.
Joasia wyciągnęła z torebki lusterko. Półmrok panujący w wagonie nie pozwolił jej zobaczyć zbyt wiele.
- Nie jestem aż taka brzydka – ucięła rozmowę. Delikatnie obróciła głowę w stronę chłopaka, który siedział obok. Miał krótkie, czarne włosy, szeroki nos i niewielki zarost. Na sobie miał czarną koszulkę i spodnie jeansowe, a pod łokciem leżała zwinięta szara bluza.
- Do samego końca jadę – odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie. Chłopak wyciągnął słuchawkę z ucha i spojrzał na Joannę.
- Znaczy się do Wrocławia.
- A ty?
- Niewiele bliżej. Do Brzegu, jakieś 45 km wcześniej. Przed piątą jestem na miejscu. Nie boisz się tak sama podróżować w nocy?
- Dla mnie to bez różnicy. Mam pewne sprawy do załatwienia i chcę być tam już z samego rana.
- Dobra, nie będę wnikał. Ja za to wracam z wypoczynku. Po dwóch dniach – dodał wyraźnie z lekkim grymasem na twarzy.
- Co tak wcześnie?
- Byłem na wsi u rodziny, ale wujek pogonił mnie z domu, bo nie chciałem mu piwa postawić. No to poszedłem na przystanek, wsiadłem w pierwszy autobus do Krakowa, a dalej to pociągiem...
Nie musiał mówić więcej. Doskonale go rozumiała, sama przecież uciekła z domu przez alkohol. Chłopak miał o tyle łatwiej, że nie mieszkał tam na co dzień.
- Z rodziną to najlepiej na zdjęciach się wychodzi.
- Dokładnie. Ja już ze wszystkimi pokłócony jestem, z wyjątkiem rodziców. No może czasem z babcią pogadam, ale strasznie marudzi i chce ustawiać wszystkich dookoła...
- Mogłam liczyć tylko na mamę – wyznała dziewczyna – Tylko że zmarła pięć lat temu.
- Bo wiesz, mamy są kochane.
Joasia skinęła głową. Odwróciła głowę w stronę okna i obserwowała co chwila migające gdzieś światła. Im dłużej tak patrzyła, tym bardziej ogarniało ją zmęczenie i znużyła. Nie umknęło to czujnemu oku jej sąsiada.
- Jeśli chcesz to się zdrzemnij. Ja i tak nie będę spał, nie umiem w podróży.
- Dzięki... - mruknęła przymykając oczy
Obudził ją dopiero wpół do piątej, kiedy pociąg zbliżał się do stacji Brzeg. Kobieta, która siedziała naprzeciw dziewczyny wysiadła już w Katowicach i zostawiła ich samych. Póki mógł, pilnował aby żaden złodziej nie zakradł się do bagaży, ale teraz przyszła kolej na niego.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy? - delikatnie uniósł kąciki ust, zakładając swój plecak
- Nie sądzę – powiedziała do samej siebie
- Słucham?
- Być może. Dzięki i na razie.
- Na razie – pożegnał się, po czym zostawił ją samą w przedziale. Joasia ciężko westchnęła, nadal nie zdając sobie sprawy jak ciężko będzie jej ustabilizować sytuację życiową.