piątek, 30 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 9


          Mówi się, że zakochani czasu nie liczą. To powiedzenie okazało się prawdziwe w przypadku Joasi i Sebastiana. Dni upływały, restauracja stawała się coraz bardziej rozpoznawalna, przynosiła coraz większe zyski, zyskiwała uznanie wśród klientów. Na sukces złożyło się wiele czynników, m.in. wiara Joasi i Sebastiana, ich profesjonalizm, dobre przygotowanie czy też miła obsługa. Jednak w świetle ich życia prywatnego interesy zeszły na dalszy plan. Oboje czuli się świetnie w swoim towarzystwie, niemal nie potrafili się ze sobą rozstać. Byli ze sobą szczęśliwi, czuli się spełnieni, jakby osiągnęli w życiu wszystko, co można osiągnąć. Chociaż w przyszłości czekało ich jeszcze wiele takich chwil pełnych radości i spokoju, to jednak chcieli jak najwięcej czerpać z teraźniejszości. Ich postawę można było nawet określić sentencją „carpe diem”, co z łacińskiego znaczy chwytaj dzień.
To co czuł Sebastian, idealnie oddawały słowa piosenki „Don't wanna miss a thing” zespołu Aerosmith. Nie chciał stracić ani jednej chwili, dziękował Bogu, że mogą być razem, chciał pozostać z nią na zawsze, aż do końca świata. Pomimo iż dobrze wiedziała, co czuje jej ukochany, on chciał to wyrazić ponownie. Zawsze jest przyjemnie coś takiego usłyszeć od bliskiej osoby. Dlatego pewnego razu, kiedy wróciła do domu, Sebastian włączył muzykę, podszedł do niej i delikatnie ujął za dłoń. Patrząc jej prosto w oczy wziął głęboki oddech i zaczął śpiewać:

I could stay awake just to hear you breathing 
Watch you smile while you are sleeping 
While you're far away and dreaming 
I could spend my life in this sweet surrender 
I could stay lost in this moment forever 
Well, every moment spend with you 
Is a moment I treasure 

I don't wanna close my eyes 
I don't wanna fall asleep 
'Cause I'd miss you, baby 
And I don't wanna miss a thing 
'Cause even when I dream of you 
The sweetest dream would never do 
I'd still miss you, baby 
And I don't wanna miss a thing 

- Nie jest tragicznie, ale zdecydowanie bardziej wolę, kiedy gotujesz. Ale doceniam chęci i co najważniejsze: przekaz – uśmiechnęła się, po czym pocałowała go w usta
- Nie mam rewelacyjnego głosu, ale dałem z siebie absolutnie wszystko. Dla nikogo jeszcze nie śpiewałem, nie miałem odwagi. Ty jesteś pierwsza.
- Musi ci na mnie bardzo zależeć – stwierdziła z zadowoleniem. Jej także na nim zależało. Sielanka trwała w najlepsze, tak że nawet nie przychodziło im do głowy, iż może się stać coś, co zachwieje równowagę w ich związku, zmieni stan rzeczy i doprowadzi do problemów. A nawet jeśli coś złego by się stało, to czy istnieje cokolwiek, co mogłoby zniszczyć tak silne uczucie, jak ta miłość, która ich połączyła?
- Chodź na kolację – objął ją ramieniem i zaprowadził do pokoju
- Czytasz w moich myślach! Jestem głodna jak wilk – w ramach podziękowania pocałowała go w policzek. Uwielbiała spożywać posiłki przygotowane przez partnera. Zdecydowanie podbijał nimi jej podniebienie, żołądek, a nawet serce. Zdecydowanie jego potrawy działały jak magnes. Nie jedna kobieta marzyła, by mieć takiego mężczyznę u swojego boku. I to szczęście przypadło Joasi. Nie miała pojęcia dlaczego akurat jej, ale najwidoczniej na to zasłużyła. Nie potrafiła ukryć, że delektuje się jedzeniem. Zresztą, dlaczego miałaby to ukrywać? Przecież nie mają przed sobą żadnych tajemnic, niech wie, że jego partnerka ma słabość do jego posiłków. Nawet jeśli miałby wykorzystywać to przeciwko niej, to i tak byłoby to przyjemne.
- Wiesz dlaczego tak bardzo smakują mi twoje potrawy?
- Bo jestem dobrym kucharzem? - strzelił na oślep
- Świetnym. Ale czasem to nie wystarcza. Twoje potrawy są... - wzięła głęboki oddech, szukając odpowiedniego słowa – nadzwyczajne, szczególnie kiedy gotujesz dla mnie, dlatego że wkładasz w tę pracę wiele serca. I to podwójnie.
- Podwójnie?
- Tak. Raz, bo kochasz gotowanie i robisz to z sercem, a dwa, bo kiedy robisz to dla mnie, to także jest od serca. Zdwojona siła dwóch miłości: do gotowania i do osoby, na której najbardziej ci zależy.
- Pięknie to powiedziałaś – oznajmił z błyskiem w oku. Joasia była niemal jego ideałem kobiety. Urocza, uzdolniona, inteligentna, wyrozumiała, szczera, wierna i przede wszystkim kochająca. Czasem reagowała zbyt gwałtownie, zbyt instynktownie, co było chyba jej największą wadą. Ale niektóre wady nie są do zwalczania, tylko do zaakceptowania. I ta właśnie taka była. Cóż, takie są kobiety. Bardzo różnią się od mężczyzn, ale czy byłyby tak bardzo przez nich kochane, gdyby były do nich podobne?
- Kocham cię – odezwała się po chwili ciszy
- Ja ciebie też.

          Kilka dni później, kiedy oboje byli na popołudniowej zmianie w „Słonecznej”, kelnerka oznajmiła im, że przyszedł jakiś facet i chce się z nimi widzieć. Nie powiedział o co chodzi, dlatego oboje zdawali się być zaniepokojeni. Wymienili spojrzenia między sobą i wyszli równym krokiem na salę. Paulina pokazała im stolik, przy którym usadowił się ów jegomość. Żadne z nich nie kojarzyło go, choćby nawet z widzenia. Przez restaurację przewijało się wiele ludzi, więc ciężko było spamiętać wszystkie twarze, dlatego ciężko było im powiedzieć, czy był już kiedyś w „Słonecznej”. A może w ich poprzednich miejscach pracy?
Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że jest przedstawicielem jednej z czołowych firm w Polsce, zajmującą się produkcją przypraw. Organizowali oni konkurs kulinarny, do którego zbierali kucharzy z najlepszych restauracji w województwie.
- Konkurs miałby odbyć się za trzy tygodnie. Nagrodą główną, za zwycięstwo, będzie dziesięć tysięcy polskich złotych. Warunkiem udziału maksymalnie dwojga kucharzy z jednego lokalu jest podpisanie rocznego kontraktu na zaopatrywanie się w nasze przyprawy, bezpośrednio u nas – uśmiechnął się sztucznie, z nadzieją, iż znajdzie kolejnych klientów dla swojej firmy. Cóż, taka praca. Musiał dorzucić do tego trochę gry aktorskiej, aby wszystko lepiej wyglądało.
- Sprytne... - pomyślał Sebastian. Musiał przyznać, że ktoś z tej firmy wymyślił naprawdę dobry sposób na zyskanie nowych nabywców, aby pokonać konkurencję. Ich produkty były świetne, ale w dzisiejszych czasach, na wolnym rynku, to nie zawsze wystarczało.
- Właściwie to już korzystamy z państwa usług... tylko pośrednio, przez inną hurtownie. W sumie moglibyśmy przystąpić do tego konkursu, co Asiu? - uśmiechnął się do ukochanej. Kobieta pokiwała głową twierdząco.
- No dobrze, jesteśmy zainteresowani.
- Świetnie. Tutaj są szczegółowe informacje i regulamin konkursu – mówił, wyciągając z teczki kartkę papieru – A ja odwiedzę jeszcze państwa w przyszłości, tak gdzieś... za tydzień. Do zobaczenia – uścisnął ich dłonie, po czym udał się do wyjścia.
--------
Następna część ukaże się jutro.

środa, 28 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 8


          W następny poniedziałek nastąpiło wielkie otwarcie restauracji „Słonecznej”. Sebastian nie spodziewał się cudów w pierwszy dzień pracy, a także przez kolejnych kilka dni. Początki zwykle nie należały do łatwych, dlatego też każdy z nowej, budowanej zupełnie od podstaw ekipy, uzbroił się w cierpliwość. Większość personelu stanowili młodzi ludzie, którzy całkiem niedawno ukończyli szkołę i nie pracowali w swoim zawodzie, bo po prostu nie mogli znaleźć pracy, czy też tacy, którzy dopiero rozpoczynali poszukiwania swojego pierwszego zatrudnienia po zawodówce, technikum, i mieli to szczęście, że w mieście powstała nowa restauracja. Największe doświadczenie mieli Joasia i Sebastian, więc w dużej mierze to właśnie na nich ciążyła odpowiedzialność za sukces tego projektu. Była też Ania, która przeszła do nich ze „Złocistej”, lecz nie miała tego daru sprawnej organizacji pracy, dlatego ograniczyła się tylko do gotowania. Maciek natomiast miał doświadczenie w profesjonalnej kuchni tylko ze zmywakiem, no i tyle, co podpatrzył poczynania kolegów i koleżanek.
Na obrzeżach miasta, przy dwóch najbardziej ruchliwych drogach wykupili reklamy na tablicach reklamowych. To miało uderzać głównie do tych klientów, którzy przyjeżdżają do Krakowa, są zmęczeni podróżą i nie mają siły lub czasu na gotowanie, czy też nie przepadali za hotelowym jedzeniem. Lecz przekaz miał trafiać także do innych grup ludzi. Oprócz tego tysiące ulotek rozdanych w weekend, a także reklama na forum internetowym miasta. Kosztowało to niemałą sumę pieniędzy, jednak Sebastian był pewien, że warto zainwestować. Przecież jeśli nikt się nie dowie o nowym lokalu, to nikt do niego nie przyjdzie. Miał nadzieję, że przynajmniej ktoś zajrzy z ciekawości, żeby zobaczyć czym takim może się pochwalić nowa restauracja, czym zamierza zachwycić i co takiego jest w niej lepsze niż u konkurencji.
Od rana można było policzyć klientów na palcach jednej ręki. Dobrze, że chociaż ktoś przyszedł. Zarówno Asia, jak i Sebastian, byli spokojni. Oboje doskonale wiedzieli, iż w godzinach porannych wiele osób jest w pracy i nie mogą po prostu, ot tak, wyrwać się na kilkanaście minut. Prawdziwym sprawdzianem miały być godziny popołudniowe. Wraz z nadejściem godzin szczytu w lokalu zrobił się jako taki ruch. Ponad połowa stolików była zajętych, co jak na pierwszy dzień wyglądało obiecująco i dobrze rokowało na przyszłość. Na nudę w kuchni na pewno nie mogli narzekać.

- Mam dość – stwierdziła, kiedy Sebastian zamykał drzwi od zaplecza – Nie sądziłam, że aż tyle będziemy musieli dzisiaj robić.
- To chyba dobrze, co? - podszedł do niej i objął ramieniem. Powoli ruszyli w drogę do domu. Joasia marzyła o szybkim prysznicu i wygodnym łóżku. Oczy same się jej zamykały i zapewne gdyby nie pomoc Sebastiana, pogubiłaby drogę. Natomiast on wyglądał znakomicie. Ani trochę nie brakowało mu energii, pomimo wyczerpujących godzin w kuchni. Oboje musieli robić kilka rzeczy naraz, pomagając i podpowiadając młodszym kolegom po fachu. Na szczęście szybko pojmowali co i jak, więc można było mieć nadzieję, że już niebawem sami będą sobie świetnie radzić.
- No tak, to pozwala nam być optymistami co do przyszłości – wysiliła się na słaby uśmiech.
- Wiem co robić. Może nie studiowałem marketingu czy reklamy, ale coś się jednak na tym znam – zaśmiał się, cały czas prowadząc partnerkę.
- Padam – wysapała, opierając głowę na jego ramieniu
- Może cię wezmę na ręce?
- To by niewątpliwie było przyjemne – mruknęła pod nosem – Jak już całkowicie nie będę miała siły to wtedy. Póki co spróbuje z siebie wykrzesać jeszcze trochę...
- A co, niewygodnie ci na moich rękach? - udał obrażonego
- Nie, ale po prostu nie jestem tego godna.
- Ja uważam zupełnie inaczej i myślę, że lepiej, jeśli w tym momencie zakończymy dyskusję w tym temacie.
- Taaaak? A dlaczego?
- Ja nie odpuszczę. Ty nie odpuścisz. Chcesz się kłócić całą noc albo i dłużej? - w odpowiedzi wybuchnęła śmiechem. On także zaczął się śmiać. Minęła dobra chwila, nim się opanowali.
- No tak, racja... Słuchaj, może pójdziemy do ciebie? Jest bliżej, chciałabym już wreszcie odpocząć...
- Pewnie, możesz zostać na noc – zapewnił, przyciągnąwszy ją bliżej siebie. Dalszą drogę przeszli w milczeniu.
W domu Sebastian dał jej ręczniki i zaprowadził do łazienki. W międzyczasie, w pustym pokoju przygotował jej wolne łóżko do spania. Zawsze służyło mu, kiedy przyjeżdżał do niego ktoś z rodziny albo gdy chciał przenocować jakiegoś kolegi. Następnie wrócił do salonu i czekał, aż łazienka będzie wolna.
Prysznic podziałał na nią orzeźwiająco. Zjawiła się w salonie owinięta ręcznikiem, nie mając nic innego na sobie. Pierwszy raz odważyła się pokazać Sebastianowi w takim stroju, zakrywając tylko niektóre jego części. Była w stanie nawet ukazać mu wszystkie wdzięki swojego ciała, stanąć przed nim kompletnie nago. Wiedziała już, że to mężczyzna jej życia, była tego absolutnie pewna. Mężczyzna nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ten widok, jej piękne ramiona, te nogi, te łydki, sprawiły, że nie mógł wykrztusić ani słowa. Jego serce zabiło mocniej, a oddech przyspieszył.
- Jestem gotowa, aby pójść o krok dalej – oznajmiła cicho, utkwiwszy wzrok w jego oczach. Widziała w nich płomień pożądania, dzikiej żądzy, czego doświadczała już kiedyś u innych facetów, kiedy byli nią zauroczeni, zanim się nią znudzili. Lecz on w przeciwieństwie do nich nie zdzierał z siebie ubrań i nie rzucił się na nią w wiadomym celu. Co jeszcze go powstrzymywało? Oto kilka kroków od niego stała półnaga kobieta, mająca na sobie tylko ręcznik, kusząca wdziękami swego ciała. Kto by nie wykorzystał okazji? Właśnie on. Miłość powstrzymywała go przed tym, tylko z jednego powodu: nie chciał jej skrzywdzić.
- Masz na myśli... - wykrztusił, aby upewnić się, że myślą o tym samym.
- Tak, mam na myśli sypialnię. Ale jeśli ty potrzebujesz jeszcze czasu, to poczekamy.
- Ja? Ja jestem pewien, że chcę mieć u swojego boku kobietę, z którą kocham. Czyli ciebie. Pragnę cię, słyszysz? Długo nie wytrzymam, nie trzymaj mnie w niepewności.
- Chcę z tobą być. Tu i zawsze. Teraz i wszędzie. Czuję to, moje serce mi to mówi. Moje miejsce jest przy tobie, dlatego, że cię kocham – podeszła do niego i pocałowała delikatnie. A potem coraz mocniej i pewniej, coraz bardziej łapczywie smakowali swoich ust. Nie potrafiła się od niego oderwać, potrzebowała go niczym powietrza. Obie dłonie zaangażowała w pomoc partnerowi w pozbywaniu się ubrań.
- W sypialni będzie nam wygodniej – szepnął jej do ucha. Zrozumiała, co chce przez to powiedzieć. Pozwoliła się wziąć na ręce i zanieść do pomieszczenia. Położył ją na łóżku i pochylił się. Pocałował ją w czoło, a potem w usta. Kontynuowali miłosne igraszki, dopóki oboje nie poczuli się zaspokojeni. Potem zasnęli wtuleni w siebie, przykryci pod jedną kołdrą, szczęśliwi, że mogą być razem. Nie było żadnej innej rzeczy na świecie, która dałaby im tyle radości. Nic nie działało na nich tak jak obecność drugiej połówki. Nie mieli wątpliwości, że chcą być ze sobą, że to jest ich miejsce. Ich ścieżki życiowe były różne, bardziej lub mniej kręte, trudne i trudniejsze. Ale pewnego razu te drogi się spotkały, od tej pory szli razem. Odtąd jest dla nich tylko ta jedna droga, wspólna.
--------
Następna część ukaże się jutro.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 7


          Po zakończonej kolacji usiedli obok siebie na kanapie, zabierając ze stołu kieliszki z winem. Joasia ukradkiem spoglądała co chwila na mężczyznę, natomiast on bez najmniejszego skrępowania wpatrywał się w nią. Nie potrafił oderwać od niej oczu, była tak piękna, że sam widok dziewczyny sprawiał mu ogromną radość. Dziwnie się czuła, kiedy wiedziała, że zatrzymał na niej wzrok. Pomimo wszelkich starań, zarumieniła się na policzkach. Taka reakcja tylko dodała jej urody.
- Mogę cię przytulić? - zapytał cicho łagodnym głosem, odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. Poczuła się jakoś dziwnie, nienaturalnie, ale przyjemnie. Nigdy jeszcze nie była zakochana na poważnie, miała za sobą jedynie kilka romansów wynikających z zauroczenia. Na nikim nie zależało jej tak bardziej. Bez wahania oddałaby Sebastianowi swoje serce, całą siebie. Jemu jedynemu potrafiła zaufać w ciemno. Tylko jego potrzebowała do szczęścia. Nic więcej.
- A czy kiedy chcesz zjeść ziemniaka, pytasz go o pozwolenie? - odparła drżącym głosem. Nie wynikało to ze strachu, lecz ze wzruszenia. To była naprawdę jedna z takich nielicznych, wyjątkowych chwil, które nieczęsto zdarzają się w życiu. Możliwe są tylko, gdy spotkają się dwie bratnie dusze, a ich serca rozpali żar miłości. Żeby się odnaleźć w takiej sytuacji, wystarczyło pójść za głosem serca... I tak postąpiła Joasia.
- Ale ty nie jesteś jakimś tam ziemniakiem. Jesteś największym skarbem, jaki mogłem kiedykolwiek odnaleźć, jesteś jedyną osobą, przed którą mogę się całkowicie otworzyć, czuję się, jakbyś była częścią mojego życia. Odkąd cię poznałem, wszystko się zmieniło. Teraz to ty nadajesz sens wszystkiemu co robię, chcę sprawić, żebyś dzięki mnie była szczęśliwa. I za nic w świecie nie pozwolę cię skrzywdzić, a jeśli kiedykolwiek miałabyś cierpieć z mojego powodu... nigdy bym sobie nie wybaczył tego błędu.
- I dlatego mnie pytasz, czy możesz przytulić? - odważyła się odwrócić w jego stronę. Ich spojrzenia się spotkały, oboje znieruchomieli. Patrzyli sobie w oczy przez kilka minut, siedząc w milczeniu na kanapie, nie zważając na upływający czas czy puste już kieliszki, które trzymali w rękach. Nie musieli nic mówić, rozumieli się bez słów. Toczyli ze sobą dialog, pomimo że żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. To musiała być miłość. Tylko dzięki tej sile mogli się porozumieć w ten sposób. Joasia wiedziała już, co Sebastian do niej czuje. On natomiast wyczytał z jej oczu, że kobieta odwzajemnia jego uczucie. Powoli ich twarze zbliżały się do siebie, pokonując kolejne centymetry, zmniejszając dystans, który ich dzielił. Nie przeszkodził im nawet dźwięk tłuczonego szkła, spowodowany uderzeniem kieliszka o podłogę. Sebastian także otworzył swoją dłoń, nie zważając na to, że przed kanapą będzie pełno szkła. Teraz to nie było istotne. Oboje przymknęli oczy, kiedy ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Z początku spokojnym, powoli rozkoszowali się tym uczuciem, później coraz bardziej łapczywie kosztując smak ust partnera. Na tym jednak poprzestali. Na łóżko było zbyt wcześnie. Nie przeszkadzało im, że znają się krótko, lecz Joasia stwierdziła, że ich uczucie powinno jeszcze dojrzeć, na co Sebastian energicznie pokiwał głową. Żadne z nich nie miało wątpliwości, że to mogłoby źle wpłynąć na ich relacje. Obiecali sobie, że nie rozpoczną współżycia, dopóki nie będą na to gotowi. Bo tak naprawdę, na ten moment nie mogli osiągnąć w ten sposób pełni szczęścia. To proces stopniowy, uwarunkowany także uczuciami, a nie tylko chwilowymi odruchami i emocjami.
- Co robisz, wariacieeeee! - zawołała Asia, kiedy Sebastian wziął ją na ręce i zabrał z kanapy – Natychmiast postaw mnie na ziemi! - klepnęła go w ramię rozbawiona
- No co? Tam było pełno szkła, nie mogłem pozwolić, żeby moja królowa się pokaleczyła – wyjaśnił, wykonując jej polecenie. Joasia udała, że zamierza go uderzyć w policzek, a kiedy mężczyzna przymknął oczy, pocałowała go w usta.
- Tylko nie królowa. Rozumiem, że chcesz o mnie dbać i starać się dla mnie, ale to nie znaczy, że jestem ważniejsza od ciebie.
- Oczywiście. A powiedz mi, jesteś szczęśliwa?
- A jak myślisz? - uśmiechnęła się chytrze, zakładając buty. Wziął z wieszaka płaszcz i pomógł jej go ubrać.
- Mmm, prawdziwy dżentelmen – mruknęła pod nosem. Odwróciła się z zamiarem pożegnania, i wtedy z zaskoczeniem stwierdziła, że on także ubiera się do wyjścia.
- No co? Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci iść samej o tak późnej porze? - objął ją ramieniem i zaprowadził do wyjścia. Chciał na własne oczy zobaczyć, jak jego ukochana zamyka drzwi od mieszkania, aby mieć pewność, że bezpiecznie wróciła do domu.

          Przez następne tygodnie oboje jakby trochę przyhamowali. Spowodowane to jednak było przygotowaniami do otwarcia restauracji. Ruszyły one pełną parą po uzyskaniu kredytu. Wtedy naprawdę mogli narzekać na niewielką ilość, a nawet brak czasu wolnego. Joasia wiedziała, że nie będzie łatwo, jeśli chce jeszcze pracować i jednocześnie przygotowywać własny biznes po godzinach. Rozważała nawet przedwczesne odejście z pracy. Tak zrobił Sebastian, dzięki czemu mógł wziąć na siebie największy ciężar przygotowań, co pozwoliło trochę odetchnąć Asi. Właściwie, zrobił to z myślą o niej. Znając jej upór, wiedział że kobieta nie zrezygnuje z obecnego zajęcia, póki nie będzie mogła rozpocząć pracy we własnym lokalu. Nie mogąc dłużej patrzeć, jak kobieta męczy się w takim układzie, zdecydował się wziąć niemal wszystko na siebie. Oczywiście nie powiedział jej wprost, jaki był powód przedwczesnej rezygnacji z pracy. Na pewno nie zgodziłaby się na to. Udało mu się wymyślić wystarczającą wymówkę, chociaż nie był z tego faktu zadowolony. Źle się czuł z myślą, iż musiał ją okłamać. Obiecał sobie, że wyzna jej całą prawdę, kiedy wszystko będzie już gotowe.
Cały jeden wieczór spierali się na wymyśleniu nazwy. Jedna była zbyt banalna, inna nie będzie kojarzyć się za dobrze, a jeszcze inna jest zbyt podobna do istniejącej już restauracji. Przygotowania chyliły się ku końcowi, wychodziły na ostatnią prostą. Remont został zakończony, jutro Sebastian miał odebrać stoliki, krzesła i pozostałe elementy wyposażenia. Otwarcie miało nastąpić w przeciągu kilku dni. Ale cały czas brakowało nazwy lokalu. Żadne z nich nie pamiętało o tym, wciągać się w wir przygotowań. Kombinowali już od kilkunastu minut, jednak nie znaleźli czegoś, co zadowoliłoby ich oboje... Joasia dała za wygraną. Postanowiła pójść w kierunku prostych rozwiązań, które podobno są najlepsze.
- Bajeczna – rzuciła bez entuzjazmu, nie do końca będąc przekonaną co do nazwy. Sebastian pokręcił głową.
- Słoneczna – westchnęła ciężko, spoglądając w kierunku mężczyzny. Podniósł głowę z zainteresowaniem. Czyżby nareszcie udało się znaleźć odpowiednie słowo?
- Czy możesz to powtórzyć? - spytał z nadzieją w głosie
- Słoneczna
- Świetne! Słońce musi się kojarzyć dobrze, jak widzisz je za oknem to od razu ci się humor poprawia, pogoda ci się podoba, nawet jeśli jest cholernie zimno... no i kojarzy się z ciepłem lub światłem... - wyliczał, jednocześnie bezskutecznie doszukując się wad takiej nazwy – Aśka, jesteś genialna!
- No nareszcie – odetchnęła z ulgą. Podniosła się z fotela i usiadła na kolanach Sebastiana.
- Kocham cię, wiesz?
- Ja ciebie też – delikatnie musnął ustami jej czoło. Położyła głowę na jego ramieniu, z radością w oczach obserwując jego twarz. Powoli podniósł rękę i delikatnie pogłaskał ją po włosach.
--------
Następna część ukaże się w środę.

niedziela, 25 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 6


          Od początku przyszłego tygodnia rozpoczęli przygotowania. Wykonali dokładny biznesplan i przeliczyli swoje wszystkie oszczędności. Z ulgą stwierdzili, że mają niemal połowę potrzebnych środków na wykupienie i przystosowanie lokalu do działalności gastronomicznej. Zamierzali wziąć kredyt, aby uzyskać resztę potrzebnych pieniędzy. Oczywiście uwzględnili w swoim kosztorysie zabezpieczenie finansowe, w razie nieprzewidzianych, dodatkowych wydatków, oraz zaokrąglone w górę ceny m.in. wyposażenia. Jeszcze tego samego dnia udali się do banku.
Wracając do domu, Joasia zahaczyła o miejsce pracy. Chciała porozmawiać z Maćkiem, pamiętając o jego frustracji z racji swojego stanowiska.
- Nie ma go – odparła Marta, wzruszając ramionami – Sama widzisz, że ktoś musiał go zastąpić. Padło na mnie – mruknęła niezadowolona. Praca na zmywaku była chyba najgorszą ze wszystkich możliwych w kuchni. Nie tylko ze względu na powszechne przekonanie, że to nudna i najniżej położona w hierarchii kuchennej posada, lecz również dlatego, że mało kto ją lubił, gdyż łatwo wyprowadzała ludzi z równowagi. No bo przez ile czasu można myć brudne talerze, szklanki i inne naczynia?
- Mam do niego sprawę, ale dobra... Jakoś sobie poradzę.
- Hej, Aśka...
- Na razie – zawołała w drzwiach, nie dosłyszawszy wołania kobiety. Brunetka westchnęła ciężko i sięgnęła po kolejny talerz.

          Postanowiła, że odwiedzi go w domu. Powinien tam być, przecież nie łaziłby po mieście, skoro nie ma go w pracy. Może zachorował? A może coś mu się stało? Trzeba to sprawdzić. Intuicja podpowiadała jej, że wszystko jest w porządku, a rozum mówił, żeby nie wtrącała się do cudzych spraw. Ona jednak nie posłuchała ani jednego, ani drugiego i już kilka minut później zapukała do drzwi jego mieszkania.
Kiedy otworzył drzwi, w jej nozdrza uderzył zapach pieczonego ciasta. To musiał być sernik. Jej ulubione ciasto z dzieciństwa. Pamiętała, kiedy zawsze jedną niedzielę w miesiącu jej mama piekła sernik. Nigdzie nie miała okazji skosztować tak dobrego wypieku. Niestety, nie odziedziczyła po mamie duszy cukiernika, za to umiejętności kulinarne i zamiłowanie do gotowania owszem. Zapach dochodzący z kuchni wprawił ją w osłupienie i przypomniał smak dzieciństwa. Maciek natomiast był zaskoczony jej wizytą i przez dobrą chwilę nie mógł wykrztusić ani słowa.
- Asia? Ty do mnie?
- Tak, chcę porozmawiać. Mogę wejść? - odsunął się, robiąc jej miejsce. Zaprowadził ją do salonu, a po chwili zniknął w kuchni, by zrobić herbatę. Joasia nie mogła się uwolnić od wspomnień. Obiecała sobie, że w najbliższym czasie musi wziąć trochę wolnego i odwiedzić rodziców. Ostatni raz była u nich na święta Wielkanocne, czyli dobre pół roku temu, a nawet więcej.
- Nie było cię w pracy dzisiaj – zauważyła, kiedy wrócił do pomieszczenia. Pokiwał głową, siadając w fotelu.
- Myślałem, że szef już wam powiedział... Dzisiaj złożyłem wymówienie. Mam już dość tego siedzenia za zmywaku, dłużej tam nie wytrzymam. Ja się uczyłem na kucharza i chcę gotować, ta praca była zdecydowanie poniżej mojej ambicji. Wolę robić już coś z innego zawodu, jeśli tam mam być nisko w hierarchii to przynajmniej zasłużenie... - wyjaśnił, widząc jej pytające spojrzenie.
- No cóż... przykro mi, że się nie udało. Ale nie martw się, bo mam dla ciebie propozycję – uśmiechnęła się tajemniczo. Kiedy rozmawiała z Sebastianem o personelu, od razu pomyślała o Maćku. Mogła mu dać to, czego nie mógł się doczekać w „Rodzinnej”, czyli posadę kucharza. O tym właśnie marzył, dlatego nie miała wątpliwości, że mężczyzna ucieszy się i przyjmie propozycję.
- Jeśli chcesz mnie namawiać do powrotu... odpuść sobie. Podjąłem już decyzję, nie ma odwrotu.
- Ale to nie znaczy, że nie chcesz być kucharzem, prawda?
- Oczywiście, że chcę – odparł natychmiast – A co? Masz dla mnie pracę?
- Dogadałam się ze znajomym i otwieramy restaurację. Będziemy potrzebowali ludzi, we dwójkę nie damy rady... i pomyślałam, że może chciałbyś do nas dołączyć... - wyznała niepewnie, ukradkiem obserwując jego reakcję. Zerwał się z fotela i ukrył twarz w dłoniach.
- Mówisz poważnie? - spytał z nutką niedowierzania w głosie
- Jak najbardziej – przytaknęła, kiwnąwszy głową. Maciek bez słowa podszedł do niej i uścisnął po przyjacielsku.
- Jasne, że chcę! Na jakim etapie jesteście? Macie już lokal? Kogo jeszcze zatrudniliście? Na kiedy planujecie otwarcie? - zasypał ją gradem pytań. Kobieta cierpliwie odpowiadała na wszystkie, studząc jego zapał. Nie wszystko naraz, czasem lepiej stracić trochę czasu, aby być pewnym dobrych efektów wykonanej pracy.
- Wiesz... upiekłem ciasto, zapewne już wystygło. Może masz ochotę spróbować? - zapytał, gdy skończyli omawiać szczegóły dotyczące rozpoczęcia współpracy. Długo się nie zastanawiała. Zapach był tak ładny, że nie mogła sobie odmówić.
- Cóż... z chęcią – odparła, uśmiechając się grzecznie do gospodarza. Po chwili przyniósł talerz, na którym znajdował się spory kawałek sernika. Wyglądał on apetycznie. Zupełnie odpłynęła, rozkoszując się smakiem. Pierwszy raz w życiu jadła lepszy sernik niż ten, który piekła jej mama. Nawet najlepsi cukiernicy w kraju nie powstydziliby się takiego dzieła. Nie, dzieło to mało powiedziane. Toż to czysta poezja!
- Powiedz mi, czy ty masz jakiś specjalny przepis, czy jakiś taki zwykły, niczym nie wyróżniający się z tłumu?
- Raczej zwykły – odparł po chwili zastanowienia – Dlaczego pytasz?
- Fantastyczne. Nigdy w życiu nie jadłam jeszcze tak dobrego deseru.
- Cieszę się, że ci smakowało – na jego policzkach pojawił się blady rumieniec. Z tego powodu szybko odwrócił się na pięcie i pod pretekstem dokładki zniknął w kuchni. Pomimo jej protestów, nałożył jej kolejne dwa kawałki, równie duże co poprzedni. Jednak ona nie dała rady ich zjeść, więc postanowił zapakować jej do domu.
- Zastanawiałem się, co ja zrobię z taką blachą ciasta. Miałem ochotę na sernik, ale to jest zdecydowanie za dużo na jedną osobę. Chyba z tydzień bym to jadł – mówił, podając jej pakunek. W jego głosie rozbrzmiewała radość, ale było też trochę smutku. Z tego co powiedział, wynikało, że nie miał wielu bliskich znajomych, których mógłby zaprosić do siebie i poczęstować ich swoim wypiekiem, albo chociaż podesłać im trochę. Tak, to było przykre. Nikt nie powinien być sam. Samotne życie jest takie bezbarwne, monotonne... Zrozumiała to dopiero teraz, kiedy poznała Sebastiana i gdy zaczął odgrywać w jej życiu jedną z ważniejszych ról. Zauważyła różnicę. Wcześniej brak partnera nie był jakimś wielkim problemem, teraz .Nie potrafiła zrozumieć, jak do tej pory mogła tak żyć. Wydawało się to co najmniej dziwne. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut, potem Joasia już wyszła. Wieczorem zamierzała jeszcze odwiedzić Sebastiana.

- To mówisz, że nie ma doświadczenia, ale mu ufasz – zapytał, kiedy opowiedziała mu o Maćku
- Robił na zmywaku, ale miał już dość. Chce gotować, do tego dąży. Myślę, że powinniśmy dać mu szansę.
- W porządku, zdam się na ciebie – uśmiechnął się szeroko – Jeśli jesteś pewna, że sobie poradzi, to na pewno tak będzie. Znasz się na ludziach.
- Z tym że nie do końca dałabym mu status kucharza.
- To znaczy?
- Upiekł ciasto, poczęstował mnie... Mówię ci, rewelacja. Podpytałam go trochę, zgłębiłam temat i okazuje się, że świetnie się zna na słodkościach, nie tylko na ciepło, ale też na zimno. Nawet „Rodzinna” i „Złocista” kuleją na deserach. Jeśli damy mu wolną rękę w tej kategorii, możemy na tym wiele zyskać – zachwycała się Joasia. Sebastian pokiwał twierdząco głową.
- Powiem ci, że w daniach głównych też nie będziemy gorsi – wziął ją za rękę i pociągnął do pokoju obok. Jej oczom ukazał się wystawnie zastawiony stół, na którym znajdowało się wiele przykrytych półmisków i talerzy oraz dwa kieliszki do wina. Spojrzała na niego pytająco.
- Pierwsza z propozycji do menu. Po tej kolacji nie powinnaś mieć już żadnych wątpliwości, że możemy walczyć o miano najlepszych w mieście. Sama powiedziałaś, że będziemy mieli dobre desery. Możesz dorzucić do tego dobre posiłki – uśmiechnął się zachęcająco. Odsunął krzesło, aby zasiadła przy stole. Nadal nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze nikt nie przygotował dla niej tak dużej i zapewne smacznej kolacji.
--------
Następna część ukaże się jutro.

piątek, 23 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 5

- Muszę przyznać, że mimo wszystko uważam dzisiejszy dzień za udany – odezwał się Sebastian, kiedy razem z Asią byli już w drodze powrotnej. Państwo młodzi i ich goście nie mogli się nachwalić przygotowanych przez kucharzy dań. Niewątpliwie odnieśli sukces. Oboje byli zmęczeni, ale jednocześnie zadowoleni z wykonanej pracy i szczęśliwi, że chociaż raz mogli ze sobą współpracować.
- Dzięki, że mnie do tego przekonałeś – obdarzyła go olśniewającym uśmiechem – Byłam pewna, że to się nie może udać, że się nie dogadamy, a to właśnie przez to, że oboje jesteśmy dobrzy i ciężko wyłonić lepszego. Ale było naprawdę, fantastycznie. Chciałabym tak codziennie pracować – wyznała, patrząc przez szybę gdzieś w dal. Mężczyzna powtórzył w myślach jej słowa. Trudno było się z nimi nie zgodzić – nikt im nie rozkazywał, presję wywierać mogli tylko oni na samych siebie, rozumieli się niemal bez słów, co ułatwiało współpracę... Tego brakowało mu na co dzień. O tym Joasia marzyła w swoim zespole. O sprawnym działaniu, bez chorej rywalizacji, żeby każdy był zadowolony ze swojej pozycji... Czy to w ogóle jest możliwe? Zawsze myślała, że stworzenie idealnej kuchni jest niemożliwe. Aż do dzisiaj. Te wydarzenia zmieniły jej obraz. Poza jedną nieprawidłowością i dość niewielką sprzeczką wszystko było jak z bajki. A może to tylko sen? Przymknęła oczy, odpływając myślami gdzieś daleko, daleko stąd... Zasnęła. Sebastian uśmiechnął się pod nosem, widząc śpiącą na fotelu pasażera kobietę. Wyglądała słodko z lekko przechyloną głową i zamkniętymi oczyma. Mógłby wpatrywać się w nią godzinami, gdyby nie to, że musiał patrzeć na drogę. Bez wątpienia podobała mu się. I to bardzo. Zatrzymał się na chwilę na poboczu, wyciągnął z bagażnika koc i przykrył nim przyjaciółkę. Wydawała się teraz taka bezbronna... Przechylił się w jej stronę i delikatnie musnął ustami w czoło. Dzisiejszy dzień dał im wszystkim, całej piątce w kość. Warto jednak było się zmęczyć dla przeżycia tej wspaniałej przygody.

          Kiedy się obudziła, stwierdziła że nie jest w swoim łóżku. Rozejrzała się dookoła, orientując się, iż siedzi w samochodzie. Stał gdzieś na poboczu. Panicznie zaczęła rozglądać się dookoła, szukając wzrokiem Sebastiana. Dopiero kiedy wysiadła z pojazdu i przeszła na jego drugą stronę, zobaczyła go dłubiącego coś przy kole.
- Co robisz? - mruknęła, mocniej otulając się kocem
- Złapaliśmy gumę, właśnie dokręcam koło zapasowe. Wracaj do środka, zaraz do ciebie dołączę i jedziemy dalej – rzekł troskliwie. Ona jednak pokręciła głową na znak, że nie zamierza tego zrobić. Przykucnąwszy obok niego, położyła głowę na jego ramieniu.
- Nie chcę tam iść. Chcę być teraz przy tobie – powiedziała smutnym, pełnym tęsknoty głosem. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Skąd taka nagła potrzeba? Wiedział, że ma jej zaufanie, dlatego nie dziwiło go, że nie miała oporów przed wtuleniem się w niego czy pocałowaniem w policzek. Ale nigdy jeszcze nie powiedziała, że chce, aby był blisko.
- Już, gotowe – oznajmił po chwili, zbierając narzędzia. Joasia niechętnie się podniosła i pozwoliła mu odejść. Mogłaby tak trwać w tej chwili aż do rana, nie zważając na bolące kości czy mięśnie. Wrócili do samochodu, Sebastian za kierownicę, ona na fotel pasażera.
- Jeśli chcesz, możesz się jeszcze zdrzemnąć – rzucił jej przyjazne spojrzenie. Kobieta pokręciła głową. Mimo że ziewała co chwilę, nie była już tak śpiąca jak wcześniej. Marzyła o ciepłej kąpieli i swoim łóżku. Za kilka minut jej marzenie się spełni, a organizm zregeneruje siły, by za kilka godzin móc stawić czoła wyzwaniom dnia codziennego. Chciałaby zmienić coś w swoim życiu, czerpać z niego więcej radości. Ale nie wiedziała co. Może czas najwyższy znaleźć sobie partnera? We dwójkę łatwiej jest kroczyć przez ścieżkę życia.
Z zamyślenia wyrwał ją głos Sebastiana. Przez chwilę wydawało się jej, że to głos wybranka, tego jedynego, który nawołuje, by poszła za nim. W końcu zorientowała się, iż samochód stoi pod jej domem, a mężczyzna czeka na zewnątrz, otwierając uprzednio drzwi przed nią.
- Może wejdziesz na górę? Napijemy się herbaty... - zaproponowała, chcąc jak najszybciej odciągnąć jego myśli od swojej osoby. Nie spuszczał z niej wzroku, czuła się, jakby czytał ją niczym książkę, jakby posiadł o niej wszelką wiedzę. Uśmiechnął się lekko, podchodząc bliżej. I wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewała. Położył jej dłoń na policzku i delikatnie musnął ustami jej wargi. Zobaczywszy, że nie protestowała, zdobył się na odwagę i pocałował ją namiętnie. Była jednocześnie tak zaskoczona i szczęśliwa, że ją wmurowało. Nie potrafiła się ruszyć, nie potrafiła tego przerwać. Lecz on wiedział, że nie może posunąć się zbyt daleko, aby jej nie skrzywdzić.
- Jesteś najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek mogłem spotkać – szepnął jej do ucha. Następnie, nie czekając na odpowiedź, odszedł do samochodu.
- Śpij dobrze – rzucił, wsiadając za kierownicę. Joasia jeszcze tak przez chwilę stała w bezruchu. Delikatnie dotknęła palcami swych ust. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę się całowali. To było takie wspaniałe uczucie! Wiele by dała, żeby poczuć to jeszcze raz. Może kiedyś będzie ku temu okazja. Może...

          W poniedziałek nie mogła się wcale na niczym skupić. Nie mogła przestać myśleć o wydarzeniach tamtego dnia, a szczególnie nocy. O tym, jak miło spędzała czas w jego towarzystwie, jak przyjemnie i bezpiecznie się przy nim czuła, jak delikatnie, z uczuciem ją całował... Niewątpliwie, jakieś uczucie zaczynało się między nimi rodzić. A może nawet już się narodziło? Wiedziała tylko jedno: cholernie jej zależało na nim i była gotowa zrobić wszystko, aby czuł się przy niej tak dobrze, jak nigdzie indziej na świecie.
- Aśka, co się z tobą dzieje? - spytała Marta, kiedy blondynka zapomniała przyprawić mięso
- Przepraszam, jakaś taka rozkojarzona jestem... Pewnie się nie wyspałam – usprawiedliwiła się, nie dając po sobie poznać, że chyba się zakochała.

- Na pewno wszystko w porządku? - kilka godzin później zwróciła uwagę Roberta, kiedy tak po prostu, bez powodu, talerz wyleciał jej z rąk.
- Tak, każdemu się może zdarzyć, co nie? - odparła lekko poirytowana, że kolejna osoba zauważa jej nienaturalną postawę. Jak tak dalej pójdzie, stanie się tematem plotek numer jeden w restauracyjnej kuchni. Mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
Nie wiedziała co ją podkusiło, że zdecydowała się pozbierać rozbitą porcelanę rękami. Jakby wszystkiego na dzisiaj było mało, skaleczyła się w palec. Rana nie była wielka, lecz obficie krwawiła.
- Cholera jasna – mruknęła pod nosem. Wyrzuciła resztki rozbitego talerza do kosza, po czym obmyła ranę bieżącą wodą. Zalepiła palec plastrem i wróciła do pracy, jakby nic się nie stało.

          Odetchnęła z ulgą, kiedy wybiła „godzina zero”. Nareszcie mogła wyjść z restauracji, pójść do domu, zamknąć się w łazience i godzinami leżeć w wannie. Ale nie, ten dzień był tak szalony, że nie mógł się skończyć w tak prosty i przyjemny sposób. Pod domem czekał na nią Sebastian. Zarumieniła się na policzkach, na szczęście na dworze było już ciemno i nie było to aż tak bardzo widoczne. Z jednej strony cieszyła się na jego widok, a z drugiej bała się rozmowy. Gdyby mieli rozmawiać o pocałunku czy o swoich uczuciach, brakłoby jej odwagi. Nie była jeszcze na to gotowa, potrzebowała czasu, aby się upewnić. Musiała wiedzieć, że na pewno tak jest i nic tego nie zmieni, i że chce o tym powiedzieć.
- Możemy porozmawiać? - zapytał, trzasnąwszy drzwiami od samochodu
- Jasne – wykrztusiła – Chodźmy na górę – podążał za nią po schodach, aż w końcu dotarli do jej mieszkania. Zaprowadziła go do salonu, zaproponowała mu coś do picia, jednak on odmówił.
- Chcę pracować z tobą w jednej kuchni – rzucił prosto z mostu
- Słucham? - nie ukrywała swojego zdziwienia. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczyma. Jego twarz przybrała jak najbardziej poważny wyraz. Nie, to nie był żart. On naprawdę tego chciał! Joasia pokręciła głową, niedowierzając.
- Przecież to niemożliwe.
- Mylisz się. Rzuć swoją pracę, ja rzucę swoją. Otworzymy własną restaurację – pokrótce przedstawił jej swój błyskotliwy plan. Dla niego był on idealny, dla niej natomiast zabrzmiało to absurdalnie. Miała tak po prostu zrezygnować ze stałego dochodu na rzecz... no właśnie, czego? Doskonale znała realia, wyrobienie sobie dobrej opinii u klientów kosztowało sporo pracy i czasu. Przejście do nikomu nieznanej restauracji to skok na głęboką wolę, prawie jak degradacja.
- Ty chyba nie mówisz poważnie...
- Dlaczego nie? Znamy się na rzeczy, wiemy na czym polega ten biznes, świetnie gotujemy. Potrafimy ze sobą współpracować i uwierz mi, naprawdę możemy osiągnąć sukces – starał się ją przekonać do swojego pomysłu. Wiedział, że to nie będzie łatwo, że Joasia jest osobą twardo stąpającą po ziemi, która nawet jeśli ucieka w świat marzeń to nikomu o tym nie mówi i ukrywa to przed wszystkimi. Ale obiecał sobie, że nie odpuści. Spróbuje wszystkiego, za wszelką cenę ją namówi.
- Yhym. A co z lokalem? Potrzebujemy pieniędzy na start... Zaczynamy kompletnie od zera, wiesz że na początku mogą być słabe obroty?
- Zrobimy dobrą reklamę
- Tak, i co jeszcze? Może 50% zniżki przez pierwszy rok dla każdego klienta? - rzuciła ironicznie, nie wierząc, że można być tak zaślepionym wizją sukcesu, żeby nie brać pod uwagę możliwych porażek i ich konsekwencji. Z drugiej strony, nie powinna tak od razu skreślać tego pomysłu.
- O promocjach też się pomyśli, ale nie takich przesadzonych. Ona musi zachęcić ludzi, żeby przychodzili akurat do nas, ale jednocześnie my musimy na tym zyskać.
- Niemożliwe – skwitowała, krzyżując ręce na piersiach.
- Owszem, możliwe. Wystarczy poświęcić trochę czasu na kalkulacje.
- A pracownicy? Przecież we dwójkę nie damy rady...
- Ludzi szukających pracy nie brakuje. Znajdziemy kilka odpowiednich osób, w razie potrzeby podszkolimy... Mówię ci, spróbujmy. Wierzę, że nam się uda.
- To jest ryzykowne... - chwytała się już niemal wszystkiego, żeby wybić mu z głowy ten pomysł. Jego entuzjazm nie słabnął, za to jej opór owszem. Jeszcze nie tak dawno myślała o zmianach w swoim życiu, a teraz nadarza się ku temu okazja. W sumie... dlaczego by nie spróbować? To coś szalonego, nowe wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła, szansa by podbić swoją wartość.
- Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę. Inaczej nie wygrasz. A my, z naszymi umiejętnościami, na pewno na tym nie stracimy.
- Optymista – uśmiechnęła się, kręcąc głową. Nie wiedziała dlaczego to robi, dlaczego chce się na to zgodzić. Ale wiedziała, że nie chce zostawiać go z tym samego.
- Pesymistka – odgryzł się niemal błyskawicznie
- Nie wiem jak ty to robisz... ale dobrze, przekonałeś mnie – rozłożyła bezradnie ręce. Sebastian z radości podszedł do niej i wziął ją w ramiona.
- Przygotowujemy się do otworzenia własnej restauracji, a kiedy będziemy już na końcowym etapie, rezygnujemy z naszych dotychczasowych stanowisk, tak?
- Tak. I wtedy rozpoczynamy nowe, lepsze życie zawodowe – potwierdził z uśmiechem na twarzy
- Czy lepsze, to się okaże.
--------
Dzisiejszy, właśnie ten scenek jest 600-nym na moim blogu. Z tej okazji trochę statystyk:

- na blogu ukazało się 37 krótkich opowiadań i pięć "serii" (odpowiednio: 27, 26, 52, 64 i 117 części)
Moim zdaniem najlepszymi trzema krótkimi opowiadaniami były:
1. Na rozstaju dróg (9 - 27.07.2012)
2. Prawdziwe małżeństwo (10 - 25.08.2011)
3. Niepoczytalny zabójca (27.02 - 27.03.2011)
- Najdłuższe opowiadanie (oprócz "serii") - "Tak zwane życie" składało się z 24 części
- Najdłuższa przerwa w historii bloga nastąpiła od 19.01.2011 do 29.01.2011 (10 dni) i spowodowana była brakiem internetu
- Najdłuższa seria scenków dzień po dniu trwała 62 scenki (01.01.2012 - 01.03.2012)
- najwięcej scenków w jeden miesiąc ukazało się w styczniu 2012 (31)
- na blogu ukazało się 600 scenków, z czego:
w roku 2010 - 150 scenków
w roku 2011 - 176 scenków
w roku 2012 - 274 scenki
oraz:
od 12 lutego 2010 do 12 lutego 2011 - 165 scenków
od 12 lutego 2011 do 12 lutego 2012 - 204 scenki
od 12 lutego 2012 do 23 listopada 2012 - 231 scenków
- ostatnie 100 scenków pojawiło się w ciągu 118 dni, co daje średnio jeden scenek co 28 godzin 18 minut 20 sekund
- blog istnieje już 1015 dni (średnio jeden scenek co 1 dzień 16 godzin 36 minut)
oraz podziękowań:
- dla wszystkich czytelników, a w szczególności komentujących, za to, że już tyle czasu jesteście ze mną. Mam nadzieję, że moja twórczość nadal będzie się wam podobała i nadal będzie czytać bloga oraz komentować.
- a w szczególności dziękuję M.J, która niejednokrotnie pomagała mi przy scenkach, a nawet była autorką niektórych.

Zachęcam także do podzielenia się swoją opinią na temat ulubionych czy najlepszych opowiadań.

Następna część opowiadania ukaże się w niedzielę.

czwartek, 22 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 4


          Minął miesiąc. Czas przyjemnie upływał kucharzom w swoim towarzystwie. Z daleka widać było, że zaczyna tworzyć się między nimi więź. Ale to nie jest zwykła więź, która łączy dwoje znajomych, kumpli, czy nawet przyjaciół. To coś większego, znacznie silniejszego, coś, co ma połączyć ich na zawsze. Widząc ich razem, nie trudno było dojść do wniosku, że tych dwoje ma się ku sobie.
Czasem się posprzeczali, a czasem rozumieli się bez słów. Jak to w życiu bywa, przychodziły te gorsze momenty, by po nich mogły przyjść te lepsze. Nawet po ostrzejszej wymianie słów potrafili ze sobą porozmawiać, zrozumieć siebie nawzajem i przeprosić. Podstawą idealnego związku nie jest zgodność dwojga osobowości, charakterów, ale zdolność do wybaczania. A to w ich relacjach funkcjonowało bez zarzutu.
Tym razem Joasia zaproponowała mu wspólne spędzenie weekendu. Wyglądał na zawiedzionego. Okazało się, że choćby bardzo chciał poświęcić czas kobiecie, nie może tego zrobić. Nim zdążył jej cokolwiek wyjaśnić, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Nie pozostało mu nic innego jak zadzwonić na telefon.
- Czego ty jeszcze chcesz? Myślałam, że razem spędzimy miło czas, a ty tak po prostu mówisz mi, że nie. Ty wiesz jak ja bardzo się na to nastawiałam? Nie! Nie masz o tym zielonego pojęcia! - gadała jak najęta do słuchawki, nie dając mu dojść do słowa. Wielokrotnie próbował wciąć się w zdanie, lecz ona z zapartym tchem kontynuowała swój monolog.
- Wiesz jak bardzo lubię twoje towarzystwo? No chyba nie, skoro tak po prostu postanowiłeś mnie olać. A ja byłam pewna, że ty też lubisz spędzać ze mną czas! Że czujesz się swobodnie, niczym się nie przejmujesz, wiesz, że możesz o wszystkim powiedzieć, nie stresujesz się, jesteś wolny od wszystkich problemów... bo ja właśnie to czułam. I za każdym razem czuję, kiedy nie wbijasz mi noża w serce.
- Asiu...
- Nie skończyłam jeszcze – oznajmiła stanowczo – Tak szybko ci się znudziłam? A może nie poszliśmy do łóżka w ustalonym wcześniej terminie, a to oznacza koniec naszej znajomości? Myślałam, że jesteś inny. Że jesteś czuły, opiekuńczy, wyrozumiały... A ty niczym się nie różnisz od większości facetów na tym świecie. Jesteś taki sam jak oni. No tak, co ja sobie wyobrażałam... - uderzyła się dłonią w czoło – Przecież ideały nie istnieją. Musiałabym śnić albo spotkać anioła.
- Wpuścisz mnie do środka? Wszystko ci wytłumaczę – powiedział spokojnie. O dziwo cierpliwie znosił gadanie Asi i jej bezpodstawne zarzuty, które nawet mogły zaboleć. Przekręciła zamek w drzwiach, nacisnęła na klamkę i poszła do salonu. Mężczyzna poszedł za nią. Stali naprzeciw siebie, w odległości mniej więcej pięciu kroków, patrząc sobie w oczy.
- Mów – rzekła, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Sebastian pokazał palcem na ucho.
- Co? A no tak – dopiero po chwili zorientowała się, że cały czas trzyma telefon w ręku. Wrzuciła komórkę do kieszeni i ponownie wbiła wzrok w jego niebieskie tęczówki.
- Kilka tygodni temu dostałem propozycję zorganizowania wesela. Wypada właśnie w ten weekend – rozłożył bezradnie ręce. Kobieta odruchowo kiwnęła głową.
- Przepraszam – powiedziała cicho, rumieniąc się na policzkach. Czuła się głupio, że tak na niego naskoczyła. Najpierw powinna była wysłuchać go do końca. Wtedy nie doszłoby do tej sytuacji. Jednak on nie miał jej tego za złe, nie żywił do niej urazy.
- Właściwie to pomyślałem... Nie skompletowałem jeszcze współpracowników do kuchni – podrapał się po głowie, starając się ukryć swoje zakłopotanie. Joasia nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.
- No to na co jeszcze czekasz?
- A co ja teraz robię? Chciałbym, żebyś mi pomogła – kobieta otworzyła usta ze zdziwienia. Takiego posunięcia z jego strony się nie spodziewała. Ona i on w jednej kuchni? Dwoje świetnych kucharzy. Szefowie kuchni z dwóch konkurujących ze sobą restauracji. Nie wiadomo kto jest lepszy. A kuchnią ktoś musi dowodzić. Zjedzą się w walce o kierownictwo, ewentualnie nie będą mogli ustalić, kto ma być liderem, gdyż będą sobie ustępować jak przy nie tak dawnej potyczce kulinarnej. Ale tutaj nie można wprowadzić remisu. Nie można być szefem w połowie. Nie może być dwoje szefów. Nie, to się nie może udać.
- Przykro mi, ale...
- Tak, ja rozumiem że szkoda ci wolnego weekendu i jest ci przykro z tego powodu, że nie będziesz się wylegiwać w fotelu czy na kanapie przed telewizorem. Albo nie pójdziesz na spacer... Ale nie martw się, będziesz miała jeszcze wiele dni wolnego. A teraz? Teraz możesz gotować dla pary młodej! Tak, wiem że to nic nadzwyczajnego, ale wesele nie odbywa się w restauracji, o nie. Będziemy gotować w uroczym pałacyku pod Krakowem, rozumiesz?! Takie okazje nie zdarzają się często! Jedziesz ze mną i bez gadania – postanowił, nie dając jej dojść do słowa. Westchnęła, wzruszając ramionami. Nie miała wyjścia. Nie pozostało nic innego jak zgodzić się i zaufać mu, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Kiedy patrzył tak na nią, poczuła się jakoś dziwnie, nienaturalnie. Czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się, nie mogąc dłużej stać tak z kamienną twarzą.

          Powolnym, spacerowym krokiem dotarła pod jego dom we wczesne, sobotnie przedpołudnie. Słońce świeciło mocno, tylko pozornie wydawało się, że jest ciepło. W rzeczywistości, na dworze wiał chłodny, porywisty wiatr. No cóż, jesień. Od razu po przywitaniu wsiedli do samochodu. Musieli wszystko przygotować do godziny szesnastej, gdyż o tej porze goście weselni mieli zjawić się na miejscu.
- Jak myślisz, uda się nam? - spytała niepewnie, kiedy byli jeszcze w drodze
- Dlaczego miałoby się nie udać? Przecież znamy się na tym, co robimy. Potrafimy gotować, nie będzie tak, że wyjdzie kompletna amatorka. Nie bój się, nie jedziemy tam się skompromitować – zaśmiał się, nie podzielając obaw przyjaciółki. Kobieta udała obrażoną, odwróciła głowę w stronę okna. Ona się denerwuje, jest niespokojna, a on zamiast poprawić sytuację, to jeszcze się nabija. Czasem naprawdę nie rozumiała jego poczucia humoru. W ogóle nie potrafiła zrozumieć facetów w niektórych sytuacjach. Ich tok myślenia i postępowanie wydawały się być zbyt skomplikowane, aby były możliwe do zrozumienia.
Ustalili, że w kuchni będzie dowodził Sebastian. Miała jeden poważny, decydujący o wszystkim argument. To właśnie jego wynajęli do zorganizowania posiłków na to wesele. On miał dobrać sobie współpracowników, nie zastępców.
Ze „Złocistej” zabrał ze sobą Rafała i Magdę, natomiast Joasia poprosiła o pomoc Martę. Jej obawy o współpracę kucharzy z dwóch „wrogich” restauracji jak do tej pory okazywały się bezpodstawne. Może dlatego, że dzięki dobremu zarządzaniu i odpowiedniemu podziałowi obowiązków wszystko szło sprawnie. Ale tylko do czasu. Wystarczyła jedna wpadka, żeby doszło do wymiany zdań.
- Ty idiotko! Przez ciebie spaliło się kilkanaście porcji mięsa!
- Zamknij się! Wszystko zrobiłam poprawnie! Zapewne przestawiłeś piekarnik i za bardzo się spiekło! - natychmiast odbiła piłeczkę
- Taaak, nie mam co robić, tylko rzucać nam kłody pod nogi! Gramy zespołowo czy nie?
- No ty chyba nie, skoro starasz się za wszelką cenę zrzucić winę na konkretną osobę, w tym przypadku na mnie. Dobry zespół...
- Jeśli nie potrafisz się przyznać do błędu, to jest twój problem – wtrąciła się Magda – My na szczęście na co dzień nie pracujemy z takimi... - nie zdążyła dokończyć, gdyż przerwał jej Sebastian. Uderzył z całej siły dłonią w blat stołu, co natychmiast zaprowadziło ciszę w pomieszczeniu.
- Spokój! - krzyknął, mierząc ich groźnym spojrzeniem. Joasia wyciągnęła kawałek mięsa z lodówki i rzuciła go na stół.
- W porządku. Błędy się zdarzają każdemu, powtarzam, każdemu. Bez wyjątków. Nie jest najważniejsze teraz, czyja to była wina, ale to, że trzeba naprawić ten błąd. Wszystko musi być gotowe na szesnastą i ani godziny później! Jeśli coś pójdzie nie tak to nie będzie, że to przez nią czy przez niego. Wszyscy będziemy oceniani jednakowo, jako jednostka. Dlatego musimy współpracować – wyjaśnił mężczyzna. Pozostali, włącznie z Joasią, pokiwali głowami. Sebastian miał nadzieję, że to krótkie przemówienie dotrze do nich, co zapobiegnie następnym konfliktom.
- Marta, ty nadrobisz braki, przygotuj mięso do pieczenia. Rafał, ty pilnuj piekarnika, żeby był odpowiednio ustawiony i czas. Nie zawiedźcie nas, mnie i Joasi – powiedział, po czym odwrócił się na pięcie i wrócił do patelni.
--------
Przepraszam, że wczoraj nie ukazała się nowa część, ale miałem naprawdę dużo do zrobienia i nie zdążyłem. Następna część opowiadania pojawi się jutro.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 3


          Na ich spotkaniu i wypróbowaniu swoich talentów kulinarnych bardziej zależało Sebastianowi. Choć starał się nie dać po sobie tego poznać, w następny weekend nie wytrzymał i zadzwonił do niej z propozycją. Nie odzywała się przez te kilka dni, co sprawiło, że mężczyzna sam nie wiedział co powinien o tym myśleć. Najlepiej nic, ale ciężko było mu się odpędzić od myśli, że wystraszyła się wyzwania i postanowiła przemilczeć sprawę, licząc że z czasem zapomni o wyzwaniu albo przygotowuje się do tego popołudniami lub wieczorami i zmiażdży go swoim daniem. Jednak żadna z obu wersji nie wyglądała na choćby w niewielkim stopniu prawdopodobną. Asia nie była typem osoby, która chowała głowę w piasek. Potrafiła stawić czoła, stanąć do walki i godnie, z honorem przyjąć klęskę, uznając wyższość rywala. Nie była także osobą, która w tajemnicy przygotowuje sobie ułatwienia, aby zyskać przewagę. Sama proponowała, żeby ta rywalizacja między ich restauracjami toczyła się w duchu fair-play. Taki manewr nie byłby uczciwy. Jeśli ma grać to w otwarte karty. Najwidoczniej chciała, żeby wyszło na to, że to jemu bardziej zależy na spotkaniu.
Zgodziła się. Przyznała, że czekała aż w końcu zadzwoni, a nawet zaczęła się obawiać, iż się wycofał. Była zbyt zapracowana na początku tygodnia, aby o tym myśleć, dopiero w czwartek sobie o tym przypomniała.
- Jestem ciekawa, jak wypadnę w porównaniu z szefem kuchni jednej z najlepszych restauracji w mieście – powiedziała podczas rozmowy telefonicznej
- Dokładnie to samo mogę powiedzieć – zaśmiał się Sebastian – chociaż na konkursach kulinarnych szło mi nieźle, więc jestem dobrej myśli.
- Ach tak? Ja jeszcze nigdy nie startowałam. Po prostu... nie wiem dlaczego, gotuję nie dla sukcesów, ale dlatego, że lubię. Chociaż może kiedyś warto byłoby spróbować...
- Dlaczego nie? Ja też uważałem i nadal uważam, że nie potrzebuję sukcesów, aby nadal gotować... Ale zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego, poznać innych ciekawych ludzi, innowacyjne, pomysłowe dania, a także opinie znawców.
- Przemyślę to. Mieliśmy rozmawiać o naszym spotkaniu, nie o konkursach kulinarnych – ucięła temat, wiedząc że za chwilę koledzy zaczną się niecierpliwić. Na wieczór musieli przygotować przyjęcie urodzinowe na zlecenie klienta, a ona obiecała zrobić danie główne. O ile reszta zespołu obawiała się o czas, to Joasia była pewna, że zdąży.
- W pewnym sensie to jest konkurs. Mini konkurs. Taka potyczka kulinarna między dwójką wspaniałych kucharzy...
- Nie za dużo tego cukru? - chciałaby zobaczyć teraz jego minę. Ale ten widok nie był chyba jakoś szczególnie ciekawy, gdyż Sebastian szybko odpowiedział, całkiem naturalnie brzmiącym głosem.
- Jak na dwie osoby to przydałoby się trochę więcej.
- Żartowniś z pana – stwierdziła, uśmiechając się pod nosem – To kiedy i gdzie?
- Niedziela, o dziewiętnastej. U mnie. Pasuje?
- Tak, ale... gdzie jest to u mnie? Jakaś knajpa, bar? Nie wiem czy pozwolą nam wnieść jedzenie z zewnątrz – usłyszała tylko głośny śmiech po drugiej stronie słuchawki. W przenośni poprosił o ubarwienie rozmowy żartem z jej strony. Nie był pewien, czy kobieta zrozumie co miał na myśli, jednak okazało się, że umiejętnie pojęła jego sugestię.
- No u mnie. Na knajpę to niestety nie wygląda, ale wystrój też ma całkiem ładny. I duże podwórko dookoła domu...
- Yhym – przytaknęła, kiwając głową – Czyli gdzie?
- U M N I E – przeliterował, po raz trzeci mówiąc to samo. Doskonale już wiedziała, że chodzi o jego dom, ale chciała uzyskać adres.
- Czy mogę poprosić o wskazanie mi lokalizacji danej posiadłości, którą raczył pan określić nazwą „U mnie”? - spytała oficjalnie, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Wyobrażała sobie, jak może zareagować, kiedy zorientuje się, że od dwóch minut próbuje uzyskać od niego adres. W jej wyobraźni mężczyzna jedną ręką trzymał telefon przy uchu, a drugą uderzył się w czoło. Dokładnie tak było.
- Poznańska 4 – wysapał, zastanawiając się jak mógł zapomnieć o tak oczywistej sprawie. Umawiać się i nie podać adresu! Takie wpadki chyba tylko jemu się zdarzały.
- To jesteśmy umówieni. Do zobaczenia.
- Do widzenia.

          Spotkali się w umówionym miejscu, o umówionym czasie. Joasia przywiozła swoją potrawę, ukończoną zaledwie przed kilkoma minutami. Przykryła ją folią, zwaną potocznie „sreberkiem”, aby Sebastian mógł skosztować jej ciepłej. Tymczasem on czekał już na nią ze swoim daniem. Kiedy przyjechała do niego, na 5 minut oddał jej swoje królestwo, czyli kuchnię. Poprosiła go o to, gdyż chciała ładnie przyozdobić swoją potrawę na talerzu. Estetyka podania także była istotna. Jedzenie musiało wyglądać smacznie, zwiększać poczucie głodu u potencjalnego konsumenta. Tymczasem Sebastian nakrył do stołu i przygotował wszystko do konsumpcji.
- Muszę przyznać, że gotujesz naprawdę świetnie – powiedział przecierając usta serwetką. Joasia uśmiechnęła się lekko i wbiła wzrok w pusty już talerz.
- Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o twoich umiejętnościach kulinarnych – oznajmiła, siląc się na poważny ton
- Nie wierzę ci – pokręcił głową – Przecież widziałem jak się zajadałaś, delektowałaś każdym kęsem... Aż uszy ci się trzęsły, musiało ci smakować.
- Owszem, smakowało. I to bardzo. I dlatego nie mogę powiedzieć tego samego, co ty o mnie, bo to... to... to była rewelacja! W życiu czegoś takiego jeszcze nie jadłam!
- Przesadzasz – machnął ręką lekceważąco
- Nieprawda. Mówię szczerze, to co myślę. A uwierz mi, że ja naprawdę się na tym znam.
- Nie wątpię. Ale tak bardzo to chwalisz, żebym myślał że jestem taki dobry...
- Bo jesteś – zakończyła śmiertelnie poważnym tonem. Wyciągnęła do niego rękę i pogratulowała mu wygrania potyczki. Ale on uważał odwrotnie: że to ona przygotowała lepszą kolację. Sprzeczali się przez kilka kolejne minut i zapewne sprzeczaliby się jeszcze przez kilka godzin, gdyby Joasia nie wpadła na pomysł, który wydał się jej najlepszym rozwiązaniem.
- To może uznajmy, że był remis, hmm? - przechyliła głowę w oczekiwaniu na odpowiedź. Dla niego to także było najrozsądniejsze zakończenie sprawy. Przystał na tę propozycję, chociaż w głębi duszy uważał ją za zwyciężczynię. Natomiast dla niej to on wygrał. Oficjalnie, na głos, mówili jednak o braku rozstrzygnięcia.
- Zobacz, jednak mamy coś wspólnego – rozmowa zeszła na zupełnie inne tory. Ze swoich doświadczeń w kuchni, nie tylko w pracy, ale także w domu, przeszli na tematy prywatne. Otwarcie mówili sobie o problemach, z którymi przyszło kiedyś im się mierzyć, o swoim dzieciństwie, o tych lepszych, barwniejszych chwilach i tych gorszych, mniej barwnych. Wystarczyło im zaledwie kilkanaście minut, żeby zaczęli rozmawiać jak starzy znajomi.
- Na przykład co? - posłała mu pytające spojrzenie
- Kochamy gotować, jesteśmy uparci, oboje mieliśmy pod górkę w życiu, oboje osiągnęliśmy sukces, nienawidzimy kłamstwa...
- Cóż... racja – pokiwała twierdząco głową
- Myślisz, że... moglibyśmy się zaprzyjaźnić? - spytał nieśmiało
- Nie wiem... być może? Czas pokaże.
--------
Następna część ukaże się w środę.

niedziela, 18 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 2


          Następnego dnia, wczesnym przedpołudniem udała się do restauracji „Złocistej”, aby wybadać co takiego nowego przyszykowali dla klientów. Nie zastanawiała się nad wystrojem lokalu, gdyż nie miała na to czasu. Zgodziła się tylko ze stwierdzeniem, że jest tu ładnie i klimatycznie. Od samego rana w restauracji panował umiarkowany ruch, co jak na tę porę dnia było świetnym osiągnięciem. Skoro już teraz większość stolików jest zajęta, to co będzie w godzinach wieczornych, kiedy panuje największy ruch? Musiała przyznać, że z reklamą i szumem medialnym spisali się świetnie, gdyż nawet w lokalnej gazecie znalazł się o tym artykuł. Co prawda na stronie piątej, ale jednak jest jakaś wzmianka o tym. Znalazła wolny stolik, usadowiła się wygodnie przy nim i sięgnęła kartę dań. Doszukiwała się zagranicznych, brzmiących egzotycznie nazw, które wprawią w osłupienie lub zachwycą przeciętnego krakowianina. Wytypowała zaledwie trzy potrawy, wywołujące sensację. Reszta z nowości nie powalała.
- Dzień dobry, czym mogę służyć? - z zamyślenia wyrwał ją głos kelnera. Joasia zamówiła danie, które uznała za najbardziej wymagające dla kucharza. Postanowiła sprawdzić, jak sobie radzą z przygotowaniem tych specjałów. Czy naprawdę znali te potrawy, czy dodali je dla zwiększenia obrotów? Głupio by było narażać dobrą reputację lokalu w tak idiotyczny sposób. Dlatego nie spodziewała się, że znajdzie tam jakieś niespodzianki. A jednak, myliła się. Już od razu poczuła, że makaron jest nieugotowany. Przypadkowa wpadka czy za krótko go gotują podczas przyrządzania dania?
- Przepraszam bardzo, ten makaron jest nieugotowany – zaczepiła kelnera, wskazując na talerz. Mężczyzna nachylił się i obejrzał dokładnie wskazany produkt. Nie doszukał się jednak potwierdzenia jej uwag.
- Chyba się coś pani wydaje. Nasi kucharze to doskonali specjaliści w swoim fachu...
- To proszę spróbować – przerwała mu w pół zdania. Wytrzeszczył oczy, stojąc w osłupieniu. Kobieta cały czas czekała aż weźmie widelec i osobiście skosztuje makaronu.
- Jestem w pracy, nie wolno mi się objadać potrawami klientów – rozłożył bezradnie ręce, uśmiechając się szyderczo
- Tak? To potraktuj to pan jako napiwek! - warknęła, podnosząc się z krzesła. Uchodziła za spokojną i opanowaną osobę, jednak takie sytuacje i chamstwo rozmówcy wyprowadzały ją z równowagi. Jeśli ona jest uprzejma i odnosi się z szacunkiem do drugiej osoby, to oczekuje od niej tego samego. Skrzyżowała ręce na piersiach, mierząc wzrokiem kelnera.
- Nie pieprz mi tutaj. Jedz albo płać i do widzenia – mruknął poirytowany
- O nie, tak to my nie będziemy rozmawiać. Chcę rozmawiać z szefem kuchni tego lokalu. Natychmiast! - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Kelnerzyna potulnie skulił głowę i zniknął gdzieś na zapleczu. Zamiast niego zjawił się wysoki, dobrze zbudowany brunet, o ciepłym, przyjaznym spojrzeniu i pogodnym wyrazie twarzy. Joasia pomyślała, że może z nim się dogadać.
- Pani chciała się ze mną widzieć, tak? - zapytał, podchodząc do stolika
- Jeśli to pan jest szefem kuchni to owszem, chciałam.
- A więc słucham, w czym mogę pomóc? - uśmiechnął się uprzejmie do niej. Pozostała jednak niewzruszona. Takie sztuczki absolutnie na nią nie działały. Czułe słówka, komplementy, pocałunki czy właśnie uśmieszki można było sobie oszczędzić dla innych kobiet.
- Czy pan wie, co pańscy kucharze podają klientom?
- A konkretnie?
- Dostałam to coś na talerzu. Nie, tego nie można nazwać, gdyż nie wszystkie składniki są poprawne. Makaron jest niedogotowany. Ten posiłek nie nadaje się do jedzenia – wyjaśniła, podając mu talerz. Mężczyzna poprosił kelnera o czysty widelec, a kiedy go otrzymał, skosztował potrawy.
- Absolutnie, ma pani rację. Najmocniej panią przepraszam. To tylko pojedynczy błąd, rzadko się takie zdarzają. Przykro mi, że akurat na panią trafiło. Za chwilę przyniosę pani nowy posiłek, tym razem wszystko będzie jak trzeba.
- Dziękuję, ale śniadanie zjem w innym miejscu – położyła na stole banknot dwudziestozłotowy i odeszła. Sebastian zdawał się być zdziwiony jej zachowaniem. Praktycznie spożyła zaledwie jeden kęs zamówionego dania, przez błąd personelu i mimo to zapłaciła za zamówienie. Szlachetne. Nie wszyscy tak by się zachowali. Ale był też zły, że postanowiła zjeść w innym lokalu.
- Niech to szlag – mruknął pod nosem – No i niech teraz pójdzie w miasto opinia, że dajemy ludziom nieugotowany makaron, jesteśmy skończeni – machnął ręką zrezygnowany. Koledzy i koleżanki z kuchni próbowali go uspokoić, zapewniali że niepotrzebnie panikuje. Lecz on bał się, że utracą swoją świetną pozycję, a zyska na tym „Rodzinna”. Dlatego obiecał sobie, że jeszcze dzisiaj tam pójdzie i przeprowadzi test. Jego wynik oczywiście miałby pomóc w utrzymaniu równowagi w rywalizacji obu lokali, jeśli ta jedna wpadka miałaby osłabić „Złocistą”.

          Kilkanaście minut po godzinie siedemnastej zjawił się w restauracji. Swobodnym krokiem wszedł do środka, zajął miejsce przy stoliku i rzucił okiem na kartę dań. Co chwilę przywoływał kelnera i prosił o wyjaśnienia. Tu zapytał czy w tej potrawie znajduje się mięso, a tutaj czy danie jest smaczne, przy jeszcze innym pytał dlaczego cena jest taka, a nie niższa. Narzekał na wszystko, na co się dało: a to krzesło za wysokie, a to światło za słabe, a tu za daleko od okna, a ten wzorek na talerzu mu się nie podoba i chce inny, a tu porcja za duża i nie da rady zjeść aż tyle (wyrzucanie resztek to przecież marnowanie jedzenia!). Wiedział, że cierpliwość personelu się kończy. Już nie długo ktoś nie wytrzyma i wyrzuci go z sali, a wtedy wyjdzie na to, że nie są w stanie sprostać wymaganiom klienta.
- Aśka, ja z nim nie wytrzymam – żalił się Marek, jeden z kelnerów – Czepia się wszystko, marudzi gorzej niż stara baba! Jak 10 lat pracuję w tym fachu, takiego upierdliwego klienta jeszcze nie obsługiwałem.
- No, to jakaś masakra... - wtrąciła się Paulina, która właśnie weszła do kuchni – Tym razem nie podoba mu się nóż. Rozumiesz to?! Że niby niewygodnie się nim kroi. To się nie może dziać naprawdę – pokręciła głową z niedowierzaniem. Wszystkie pary oczu zatrzymały się na Joasi. Kobieta zdjęła fartuch, wytarła ręce w ściereczkę i wyszła. Rozejrzała się po sali. Odszukała stolik, przy którym siedział mężczyzna. Kiedy podeszła bliżej, z zaskoczeniem stwierdziła, że jest to szef kuchni ze „Złocistej”.
- Dzień dobry panu. Cóż za miłe spotkanie – uśmiechnęła się chytrze, domyślając się w jakim celu tu przyszedł. Szybko w jej głowie zrodził się plan działania. Przewaga była po jej stronie, gdyż kelnerzy nie dali się złapać w jego pułapkę.
- O, widzę że pani zdecydowała się na ten lokal... nie sądzę, by był to najlepszy wybór
- Jeśli komuś wszystko przeszkadza to żaden wybór nie jest dobry – usiadła naprzeciw niego
- Słucham? Sugeruje coś pani?
- Nie muszę nic sugerować, bo wszystko wiem. I zapewniam pana, że się nie uda. Szkoda pańskiego czasu.
- Pracuje tu pani? - zapytał, zupełnie ignorując jej słowa
- Owszem, dokładnie na tym samym stanowisku co pan u siebie – oznajmiła dumnie, obserwując jak twarz mężczyzny czerwienieje ze złości.
- Ale mam dla pana propozycję. Skoro jesteśmy z dwóch różnych, że tak powiem, obozów, to grajmy fair, co? Ja powiem szefowi, że nic szczególnego u was nie ma, a pan sobie odpuszcza te daremne próby. Jesteśmy kucharzami, a nie tajnymi agentami. Mamy gotować, a nie szpiegować. To jak, zgoda? - wyciągnęła do niego rękę. Sebastian pogładził się po brodzie. Zaimponowała mu swoją pomysłowością i uczciwością. A także potrafiła nieźle negocjować, skoro udało się jej w paru zdaniach przekonać do zgody. Podał jej swoją dłoń.
- Zgoda – powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy – Potrafi pani się dogadać. Jestem ciekaw czy równie dobrze pani gotuje.
- Proszę coś zamówić i się przekonać – rozłożyła ręce
- Ale tutaj ma pani cały zespół do pomocy. A ja bym chciał zobaczyć danie przygotowane tylko i wyłącznie przez panią. Nie w restauracji, ale na neutralnym gruncie. Na przykład u mnie w mieszkaniu.
- Kusząca propozycja... - mruknęła pod nosem – Dobrze, ale pan też coś przygotuje samodzielnie.
- Czemu nie? A może byśmy się wymienili numerami telefonów, żeby móc się umówić na spotkanie i ustalić szczegóły? - zaproponował. Kobieta przystała na tę propozycję, po czym pożegnała mężczyznę i wróciła do pracy. Sebastian zostawił na stoliku zapłatę za posiłek, a następnie opuścił lokal. Nie mógł przestać myśleć o uroczej blondynce z charakterem, którą spotkał dzisiaj aż dwukrotnie.
--------
Następna część ukaże się jutro.

sobota, 17 listopada 2012

Przez żołądek do serca cz. 1


          Godzina dwudziesta druga. Koniec na dzisiaj. Ostatni gość wyszedł już z lokalu, a drzwi zostały zamknięte. Kelnerzy i kelnerki pożegnały się z kolegami z kuchni, po czym także opuścili restaurację. Dwie kobiety i młody chłopak ze zmywaka zabrali się do sprzątania. Maciek, bo tak mu było na imię, musiał dokończyć mycie naczyń, które pozostały jeszcze po ostatnich klientach, natomiast kucharki musiały uprzątnąć wszystko ze stołów, mebli kuchennych, garnków, patelni i innych. Każdy miał wydzielone swoje obowiązki. Jutro rano, kiedy przyjdzie właściciel lokalu, wszystko musiało lśnić, jakby wczoraj nic tu się nie działo. Restauracja „Rodzinna” uchodziła za jedną z najlepszych w mieście, dlatego tak dużo od nich wymagano. Ale było to adekwatne do zarobków, więc narzekanie na stawiane przed nimi zadania nie byłoby sprawiedliwe.
- Asiu, mogę mieć do ciebie prośbę? - odezwała się Marta, przecierając kuchenkę zwilżoną szmatką. Kobieta, która właśnie przecierała podłogi mopem, zaprzestała na chwilę czynności i spojrzała pytająco na koleżankę.
- Wiesz, że w „Złocistej” jutro mają zadebiutować nowe potrawy?
- Słyszałam o tym – mruknęła, wracając do zajęcia. Nie chciała stracić zbyt wiele czasu. Zamierzała jak najszybciej ukończyć swoje zadania, żeby już niedługo spełnić swoje marzenia o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Oczywiście, jak co piątek, panował dzisiaj największy ruch. Druga zmiana w weekend to była istna udręka. Najbardziej męczące godziny w tygodniu.
- Szef wyznaczył mnie, żebym poszła to sprawdzić. Ale... ja jutro nie mogę. Mam umówioną wizytę u lekarza z dzieckiem, miałam iść w czwartek, ale musiałam przełożyć. Nie chcę znowu zmieniać terminu... - spojrzała błagalnie na koleżankę – Czy mogłabyś pójść tam za mnie? Proszę cię...
- No cóż – udawała zamyśloną – Jasne, zrobię to za ciebie. W sumie to nigdy tam jeszcze nie byłam, z chęcią zobaczę naszą największą konkurencję – zachichotała pod nosem.
- Dzięki, jesteś wielka... - podeszła do niej i przytuliła się po przyjacielsku
- Nie ma sprawy. A co jest z tym twoim brzdącem? Nie daj Boże, chory?
- Spokojnie, to tylko badania kontrolne. Wiesz jak to jest z małymi dziećmi, są takie słabe i bezbronne...
- Tak, wiem – pokiwała głową – Ale dzięki temu są też takie słodkie i kochane.
- Też – uśmiechnęła się szeroko. Wyprostowała się dumnie i odłożyła szmatkę na zlew. Skończyła i wreszcie mogła iść do domu. Pożegnała się z Joasią i Maćkiem, by po chwili zniknąć za drzwiami.
- A ty nie idziesz? - odwróciła się w stronę zmywaka. Nie słyszała lejącej się wody od dłuższej chwili, dlatego pomyślała, że już skończył. I na to faktycznie wyglądało, gdyż chłopak opierał się o ścianę, ze wzrokiem wbitym w jeden punkt.
- Jeszcze nie – wyszeptał. Joasia ledwo go usłyszała. Pokiwała głową, nie przerywając mycia podłóg. Odniosła wrażenie, że chce coś powiedzieć, lecz jakby brakowało mu odwagi. Poczekała jeszcze chwilę, dając mu czas na podjęcie rozmowy. Nie chciała ciągnąć go za język, lecz najwidoczniej będzie musiała to zrobić. Mimo że w hierarchii pracowników znajdował się najniżej, to był częścią zespołu. A ona nim dowodziła. Została wybrana nie tylko ze względu na świetne umiejętności kulinarne, ale także dlatego, że wzbudzała zaufanie, potrafiła rozwiązywać konflikty i posiadała duży szacunek wśród kolegów. I teraz, jako dobry przywódca, nie mogła pozwolić, aby w jej zespole ktoś czuł się źle. Dlatego czuła się w obowiązku porozmawiania z Maćkiem. Nawet jeśli miałby jej wykrzyczeć, że to nie jej sprawa i nie powinna się wtrącać.
Miała cierpliwość. Wiedziała, że prędzej czy później podejmie temat. I miała rację. Kiedy skończyła sprzątać, oboje wyszli na zewnątrz. Zamknęła drzwi na klucz, ruszyła z miejsca, nie oglądając się za chłopakiem, kiedy usłyszała jego głos.
- Asia? - kobieta zatrzymała się i odwróciła na pięcie
- Tak?
- Odprowadzę cię, mam po drodze – oznajmił, stanąwszy obok niej. Ruszyli równym, powolnym, spacerowym krokiem.
- Chcesz ze mną pogadać, prawda? - odezwała się, kiedy po przejściu dwóch ulic nadal nie padło żadne słowo z jego ust.
- Nie wiem tylko od czego zacząć – wyznał, drapiąc się po głowie. Joasia przytaknęła.
- Najlepiej od początku. Wal prosto z mostu.
- Jak długo będę jeszcze robił na zmywaku? - spytał z nutką irytacji w głosie. No tak, można się było tego spodziewać. Młody, przyszedł do nich zaraz po ukończeniu technikum, z nadzieją na dobrą i przyjemną pracę, z której będzie zadowolony. Niestety, jedynym, co mógł zaproponować mu właściciel lokalu, było miejsce na zmywaku. Miała to być tylko opcja tymczasowa, by potem przypatrywać się bardziej doświadczonym kolegom i w końcu rozpocząć pracę kucharza. Tymczasem minęło już pół roku, a on nawet nie pokroił ani jednego warzywa. Powoli zaczynał tracić cierpliwość i myśleć o zmianie profesji.
- Wiesz... to nie jest takie proste...
- Powiedziałem to wprost, więc ciebie też proszę o bezpośredniość – zastrzegł, nim zdążyła cokolwiek wyjaśnić.
- Dobrze. Mogę pogadać z szefem, ale wiedz, że nie mam wpływu na jego decyzje. To od niego zależy. Tak, wiem że jestem szefem kuchni – dodała, widząc że zamierza coś powiedzieć – Ale ja jestem tylko od tych spraw kulinarnych, żeby wszystko się zgadzało, żeby w kuchni panował ład i porządek, a nie chaos i bałagan. Chciałabym ci pomóc, ale nie mogę wiele zrobić.
- Rozumiem. Pogadasz z nim? Proszę – spojrzał na nią błagalnym wzrokiem
- Tyle mogę dla ciebie zrobić. Ale powiedz mi, dlaczego wszyscy, kiedy mają jakiś problem, zwracają się do mnie?
- Bo wiedzą, że na ciebie można liczyć. Nigdy nie odmówisz, zawsze próbujesz pomóc. Jesteś miła, inteligentna, przyjaźnie nastawiona do wszystkich, życzliwa... A przede wszystkim dlatego, że jesteś wspaniałym człowiekiem i można ci zaufać.
- Nie sądzę – pokręciła głową z lekkim uśmiechem na twarzy. Stwierdziła, że musiał coś powiedzieć, aby nie zostawić jej bez odpowiedzi.
- A do tego trzeba dorzucić trzeba jeszcze skromność. Dzięki, że zgodziłaś się pogadać z szefem na mój temat. Nawet jeśli się nie uda... to wiem, że przynajmniej jest ktoś, kto wierzy w moje możliwości.
- A skąd wiesz, że wierzę? - uśmiechnęła się tajemniczo, obserwując przez cały czas reakcję kolegi. O dziwo przyjął spokojnie to pytanie. Nie wyglądał na zaskoczonego. Spodziewał się albo szybko znalazł odpowiedź.
- Jesteś profesjonalistką. Nie zgodziłabyś się na moją pracę w kuchni, jeśli byłabyś pewna, że nie dam sobie rady – uśmiechnął się, kiedy uniosła brwi ze zdumienia – Skąd to wiem? Może pół roku to nie jest zbyt długo, aby dobrze cię poznać, tym bardziej, że widujemy się tylko w pracy, ale pewne osoby powiedziały mi o tobie wiele ciekawych rzeczy.
- Na przykład? - spytała niepewnie, nie wiedząc czego się spodziewać
- Na przykład jesteś wymagająca. Wymagasz wiele od wszystkich, ale... ale najwięcej wymagasz od siebie. Jesteś także odpowiedzialna. Potrafisz przyznać się do błędu i ponieść konsekwencje. Mówili też, że zawsze dotrzymujesz słowa...
- Dobrze, wystarczy – spuściła głowę, a na jej policzkach pojawił się rumieniec. Nie potrzebowała komplementów, doskonale znała swoją wartość. Ale skromność, może nawet trochę przesadna, sprawiała że wyglądało to trochę inaczej, jakby nie do końca wierzyła w samą siebie. Dotarli pod jej blok. Maciek podziękował jej za rozmowę, a także po raz kolejny za obietnicę pomocy. Dwudziestolatek powędrował dalej, natomiast ona wyciągnęła klucze z torebki i otworzyła sobie drzwi od klatki schodowej.
--------
Następna część opowiadania ukaże się jutro.

czwartek, 15 listopada 2012

Pokonać przeszłość cz. 17


Los chyba nie miał zamiaru oszczędzać Ani i jej bliskich. Czarny scenariusz, przewidziany przez Rafała, zaczynał się sprawdzać. Mężczyzna bał się najbardziej możliwych komplikacji. Nie bez powodu. Kiedy krążyła po korytarzu, nie oddalając się znacznie od sali operacyjnej, nagle wybiegła stamtąd pielęgniarka. Kobieta pognała jak burza w niewiadomym kierunku, nie zwracając uwagi na brunetkę. Coś złego się działo. Czuła to. Po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nie chciała być sama. Nie zastanawiając się ani chwili wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer do siostry.
- Ania? Stało się coś? - od razu zareagowała na niepokojąco drżący głos siostry
- Właśnie trwa operacja. Przeszczep. Mam złe przeczucia. Proszę cię, przyjedź – urywała co chwila, głęboko oddychając. Joasia pokiwała głową, dopiero po chwili zorientowawszy się, że ona jej nie widzi, więc musi odpowiedzieć słownie.
- Będę jak najszybciej to możliwe – odparła, kończąc rozmowę. Nie traciła ani minuty. Od razu pobiegła do szefa, aby się zwolnić. Usprawiedliwiła to tymczasowymi problemami rodzinnymi, obiecując że odrobi wszystkie odpuszczone godziny. Mężczyzna był dość wyrozumiałym człowiekiem, dzięki czemu Joasia już dwadzieścia minut później znalazła się w szpitalu. Udała się pod salę operacyjną. Z daleka dostrzegła roztrzęsioną kobietę. Bez słowa podeszła do niej i przytuliła.
- Są tacy zabiegani... Nie chcą mi nic powiedzieć, nie mają na to czasu! Widzę, że coś się niedobrego dzieje, widzę że są zdenerwowani...
- Uspokój się – powiedziała Asia, przytrzymując siostrę za ramiona – Nie wszystko idzie po naszej myśli. Musimy uzbroić się w cierpliwość, dajmy im czas, a na pewno opanują sytuację.
- Myślisz? - zapytała nieśmiało
- Są lekarzami, wiedzą co robić. Zaufajmy im – posadziła siostrę na krześle i usiadła obok niej. Blondynka nie dawała po sobie poznać, że także jest zdenerwowana. Musiała ukrywać swoje emocje, gdyż to właśnie z niej Ania czerpała siłę do dalszego czekania. Udawany spokój Joasi udzielał się brunetce – uspokajał ją, a także motywował to znalezienia w sobie siły, aby przetrwać. Starsza siostra zawsze była dla niej wzorem, teraz także chciała być taka jak ona i w spokoju czekać na wynik operacji.
- Pani Anno, zapraszam do mojego gabinetu – odezwał się lekarz, który nie wiadomo kiedy wyszedł z sali operacyjnej. Nie wyglądał na zadowolonego. Przez głowę przeszły jej najczarniejsze myśli i pomimo wszelkich starań, nie mogła się ich pozbyć. Usiadła naprzeciw mężczyzny, który nie wiedząc co zrobić ze swoimi rękoma, wziął w nie długopis i zaczął go obracać.
- Czy wszystko się udało? - wykrztusiła, z niepokojem wpatrując się w twarz lekarza. Nie wyrażała żadnych emocji. Podniósł lekko głowę i spojrzał na kobietę.
- Jeśli chodzi o dziecko, musimy poczekać jeszcze kilka godzin. Nerka musi podjąć pracę, potem będzie już tylko lepiej. Znacznie gorzej jest z dawcą. Lekarz, który prowadził tę operację, zasłabł, a jego asystent zamiast poczekać na kogoś to sam kontynuował zabieg. Jest młody i jeszcze mało doświadczony... Niedawno skończył studia... Nie, absolutnie nie próbuję go usprawiedliwiać – dodał, widząc zmrużone oczy Ani
- To znaczy?
- Popełnił błąd... - powiedział lekarz, z trudem przełykając ślinę – Ledwo uratowaliśmy operowanego, ale... nie wiadomo kiedy się wybudzi. Zapadł w śpiączkę.
- Słucham?
- Jest mi bardzo przykro z tego powodu – odwrócił wzrok. Nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy. Czuł się częścią zespołu chirurgów, nie mógł tak po prostu odciąć się od tego, co się wydarzyło. Po części on także był za to odpowiedzialny. Funkcjonowała tutaj odpowiedzialność zbiorowa. Lekarze tłumaczyli się z błędów kolegów, byli gotowi ponosić za nich konsekwencje i wspierać ich w trudnych chwilach. Taki błąd nie był łatwy do zniesienia tylko dla rodziny „poszkodowanego”, lecz także dla winnego całego zajścia.
Brunetka ze łzami w oczach wyszła z gabinetu. Oparła się o ścianę i powoli osunęła na podłogę. Nawet, kiedy jeszcze Rafał siedział w więzieniu, a ona miała go za zimnego drania, nie życzyłaby mu takiego losu. Nie zasłużył na to. Nikt na to nie zasługuje. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe.
W takim stanie znalazła ją Joasia. Zapłakaną, załamaną, kompletnie rozbitą. Siostra pomogła jej wziąć się w garść, dodała otuchy, siły. Cały czas ją wspierała, nawet kiedy nie zawsze zgadzała się z jej decyzjami. Nie chciała niczego jej zabraniać, to jej życie i ona o nim decyduje.
Kobieta przychodziła do Rafała niemal codziennie. Mówiła do niego, czytała książki, puszczała muzykę. Wierzyła, że któregoś dnia się obudzi, wróci do zdrowia i znów zacznie spędzać czas z ich synem. Czasami zabierała ze sobą Kubusia. Joasia uważała, że siostra zbyt dużo czasu poświęca Rafałowi, jednak nigdy nie powiedziała tego głośno.
Aż w końcu, niecałe dwa miesiące po przeszczepie, pewnego wieczoru Ania jak co dzień czytała Rafałowi książkę. Właśnie skończyła kolejny rozdział, kiedy spostrzegła, że otworzył oczy.
- Nareszcie... - wyszeptała – Obudziłeś się
- Jak długo spałem? - rozejrzał się dookoła, przypominając sobie ostatnie wydarzenia sprzed operacji. Ania w jak najmniejszym skrócie opowiedziała mu o wszystkim, co działo się w tym czasie. Nie zauważyła nawet, kiedy zegar wybił godzinę dwudziestą drugą.
- Będę już lecieć. Rafał... chcę ci powiedzieć tylko tyle, że... jesteś najlepszym ojcem na świecie. I wspaniałym kumplem. Dziękuję za wszystko, co zrobiłeś.
- Nie musisz mi dziękować. Każdy na moim miejscu zachowałby się tak samo.
- Uwierz mi, nie każdy. Nie jeden egoista nie poświęciłby się, nawet dla swojego syna.
- Ale ja go kocham. I nie mogłem zrobić inaczej.
- Wiem. A teraz śpij, wypoczywaj. Przyjdę do ciebie rano – uśmiechnęła się krzepiąco i powolnym krokiem opuściła salę. Rafał odprowadził ją wzrokiem, po czym kątem oka zerknął na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Za kilkanaście minut rozpocznie się nowy dzień, nowe szanse na bycie szczęśliwym, na nadanie sensu swojemu życiu. Kiedyś obiecał sobie, że już nigdy nie będzie ich marnował. To on jest kowalem swojego losu i to od niego zależy, jak jest postrzegany przez ludzi, przez społeczeństwo. I tylko od niego zależy, czy wydarzenia z przeszłości będą odgrywały w jego ocenie jakąkolwiek rolę. Bo jeśli nie będzie szanował sam siebie, nie będzie mógł być szanowany przez innych.
--------
I to by było na tyle. Wkrótce nowe opowiadanie, pierwsza część w sobotę.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Pokonać przeszłość cz. 16


         Kilkanaście minut później wysiadła przed szpitalem z samochodu komisarza. Rzuciła szybkie „dziękuję” w jego stronę i pognała do budynku. Chciała już znaleźć się przy swoim synku, zobaczyć go, przytulić, żeby poczuł bliskość matki i jej matczyną miłość. Zawsze, kiedy była przy nim, uspokajał się. Zapewne czuł, że jest z najbliższą mu osobą, która kocha go najbardziej na tym szarym, czasem brutalnym, nie zawsze sprawiedliwym świecie. Recepcjonistka nie mogła nic zrozumieć ze słów roztrzęsionej kobiety. Z każdą chwilą Ania coraz bardziej się denerwowała, nieporadnie składając niezrozumiałe zdania. Na szczęście z pomocą przyszedł jej Maciek.
- Niedawno przywieziono do was małego, pobitego chłopca. Miał może z półtora roku, był z nim ojciec. Taki trochę wysoki mężczyzna, bez zarostu, z bardzo krótkimi włosami, wręcz niewidocznymi. Wyglądał jakby był łysy.
- Ach tak, i co w związku z tym? - zapytała recepcjonistka, skojarzywszy już pacjenta
- Ta pani jest jego matką
- Izba przyjęć, trzecie drzwi po prawej – wskazała im kierunek, w którym należało się udać. Brunetka podbiegła do Rafała i od razu zasypała go gradem pytań. Mężczyzna uspokoił ją, posadził na krześle, a następnie usiadł obok niej. Opowiedział całą historię ze szczegółami, miał świadomość, że kobieta chce wiedzieć wszystko, nawet jeśli musiałaby sobie wyobrazić drastyczne obrazki. Opowiadał co czuł, kiedy dobijali się do drzwi, kiedy znalazł pobitego Kubusia na podłodze, a także podczas drogi do szpitala. Nadal się bał. Lekarze nadal badali ich synka. Obawiał się, że w postawionej diagnozie usłyszy coś, co zwali ich z nóg. Coś, co zabrzmi jak wyrok. I trochę tak to zabrzmiało.
- Co z nim? - równocześnie wstali, kiedy z izby przyjęć wyszedł lekarz. Zdjął okulary z twarzy i przetarł je chusteczką, zastanawiając się jak przekazać im wiadomości. Nie były one najlepsze, a więc nie były łatwe do powiedzenia. W końcu jednak musiał zebrać się na odwagę.
- Państwa syn... został dość dotkliwie pobity. Musimy jak najszybciej przeprowadzić operację, gdyż doznał obrażeń wewnętrznych. Musimy przede wszystkim zatamować krwotok, zanim będzie za późno.
- To na co czekacie?! Ratujcie go! - krzyknęła zrozpaczona Ania. Potrzebowała wsparcia. To było dla niej za dużo, aby sobie z tym poradzić. Jedyne oparcie mogła znaleźć teraz w Rafale. Nie było istotne to, co zdarzyło się kiedyś. Teraz był innym człowiekiem, kochającym ojcem, który także się martwił o ich dziecko i jedną z nielicznych osób, która będzie z nią tutaj w tych trudnych chwilach. Przytuliła się do niego, nie zważając na nic. Zaskoczyła go swoim zachowaniem, lecz szybko się opanował i niepewnie objął dziewczynę ramieniem. Wiedział, że tego potrzebuje. Musi poczuć, że nie jest z tymi problemami sama. Razem łatwiej pokonać przeszkody. Lekarz dał znak swoim kolegom po fachu, aby przygotowali się do operacji.
- Ale to jeszcze nie wszystko – powiedział cicho, ze smutkiem patrząc jak zatrzymują na nim załamane spojrzenia – Wydaje mi się, że nerki dziecka odmówiły posłuszeństwa. To znaczy... tak podejrzewam, zrobimy jeszcze badania, które to potwierdzą lub nie.
- A co jeśli... jeśli ma pan racje? - spytał drżącym głosem Rafał
- Konieczny będzie przeszczep – rzucił, odwracając się na pięcie. Młodzi rodzice zostali sami, wystraszeni, zszokowani i zdezorientowani. Co teraz będzie? Co dalej? Nie mogą go stracić! Jest najwspanialszą istotą, z której mogliby czerpać radość. Jest tym, co ich połączyło, mimo burzliwej przeszłości. To dzięki niemu Ania powoli zmieniła opinię o Rafale. Od niego zależał sens życia nie tylko brunetki, ale także mężczyzny. Żadne z nich nie potrafiło sobie wyobrazić codzienności bez Kubusia. Pozostało tylko zaufać Bogu i wierzyć, że z tego wyjdzie. Maciek ze współczuciem patrzył na tę scenę. Powinien ich przesłuchać, ale sam widział w jakim są stanie. Nie wiele mu teraz powiedzą. Chcą być teraz tutaj, ich miejsce jest przy dziecku. Nie miał serca zabierać ich na komendę ani w ogóle zawracać im głowy śledztwem w tym momencie.
- Będzie dobrze. Musi być – powiedział sobie w myślach, odwracając się na pięcie. Powolnym krokiem udał się ku wyjściu.

          Mijały kolejne minuty, godziny. W końcu operacja się zakończyła. Wszystko odbyło się bez komplikacji, co było dobrą wiadomością, jednak nie na tyle, żeby pocieszyć rodziców. Najtrudniejsze chwile jeszcze nie minęły. Noc miała być decydująca. I przez cały czas niepewna sytuacja z nerkami.
- Jedź do domu, prześpij się, odpocznij – powiedział troskliwie Rafał. Nigdy nie widziała go tak zmartwionego. Niepokoił go już nie tylko stan dziecka, ale także jego matki. Ania wyglądała fatalnie. Oczy miała opuchnięte od płaczu, głowa opadała na jedno lub na drugie ramię, co było spowodowane zmęczeniem, zaś nogi ledwo utrzymywały ciężar jej ciała. Pokręciła przecząco głową.
- Aniu, ja zostanę. Jeśli będzie coś się działo, natychmiast dam ci znać – zapewnił, patrząc jej prosto w oczy. Zobaczyła w nich coś, co pozwoliło jej pierwszy raz mu w pełni zaufać. Nigdy by siebie nie posądziła o taką odwagę. Ale to była nadzwyczajna sytuacja, jedna z tych, których nie da się przewidzieć. Czuła, że jest na skraju wyczerpania. Przystała na jego propozycję. Zamówił jej taksówkę i mimo jej protestów odprowadził do wyjścia. Chciał mieć pewność, że wsiądzie do samochodu i pojedzie. Tak też się stało. Dopiero wtedy wrócił do syna. Także był zmęczony, lecz obiecał sobie, że będzie czuwał przez całą noc. Spojrzał w okno, przeżegnał się i zaczął modlić. Mógłby nawet oddać duszę diabłu, byle uratować swoje dziecko.
Ania wiedziała, że dotarcie do domu to jeszcze nie koniec tego makabrycznego dnia. Asia i Sebastian nie wiedzieli o niczym i na pewno będą czekali na wyjaśnienia. Niemożliwe, aby umknęło ich uwadze, że Kubusia nie ma w domu. Byle wymówką też się nie zadowolą. Na opowiadanie tego wszystkiego nie miała siły. Zbyt wiele nerwów kosztowałoby ją przeżywanie tych niemiłych wspomnień. Najchętniej wymazałaby to z pamięci, skasowałaby niczym pliki na komputerze. Chciałaby zasnąć i obudzić się w innej rzeczywistości, dowiadując się, że to tylko był sen.
- Aniu? - usłyszała głos siostry, kiedy kładła dłoń na klamce. No tak, myślenie że uda się jej po cichu przemknąć do łazienki, a potem do swojego pokoju, było głupie.
- Nie mam siły. Pogadamy jutro, dobrze? - nie czekając na odpowiedź zniknęła za drzwiami. Joasia wzruszyła ramionami. Czuła, że coś się stało, jej intuicja nie mogła się mylić. Zachowanie Ani mówiło jej dokładnie to samo.

          Noc minęła spokojnie, tak jak kilka kolejnych dni. Stan dziecka się poprawiał, jednak podejrzenie lekarza co do nerek potwierdziło się. Ania nie mogła zostać dawcą przeszczepu, ze względu na inną grupę krwi. Rafał zgodził się oddać swoją nerkę bez wahania. Przygotowania do przeszczepu trwały trochę czasu, aż w końcu nadszedł ten dzień. Od tej operacji miało zależeć dalsze życie ich dziecka.
- Aniu, robię to dla niego. Mam nadzieję, że się uda – uśmiechnął się lekko, starając się podnieść na duchu brunetkę. W głębi duszy był nie mniej zdenerwowany niż ona. Bał się tylko jednego: że coś pójdzie nie tak i operacja się nie powiedzie lub przeszczep się nie przyjmie. A to był ostatni ratunek dla Kubusia.
- Mogę mieć do ciebie prośbę? - spytał nieśmiało
- Mów
- Jeśli coś by się stało... jeśli bym się nie obudził... to nie pozwól, aby o mnie zapomniał – rzekł, patrząc jej prosto w oczy. Naprawdę mu na tym zależało. Nie potrafiła dać jednoznacznej odpowiedzi. Nie mogła mu tego obiecać.
- Przestań. Musimy być dobrej myśli.
- Najważniejsze, żeby on przeżył. Tylko to się teraz liczy... - wyszeptał, spoglądając w niewidoczny punkt.
--------
Następna część (prawdopodobnie ostatnia) pojawi się w środę.

niedziela, 11 listopada 2012

Pokonać przeszłość cz. 15


          Wyskoczył z samochodu i trzasnął drzwiami. Bał się o Kubusia. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości, że z tym człowiekiem może stać mu się krzywda. Dobiegał już do klatki schodowej, lecz Tomek zagrodził mu drogę.
- Rafał, uspokój się – powiedział, przytrzymując zaniepokojonego mężczyznę
- Ty nic nie rozumiesz! On jest do tego zdolny, on to zrobił! Nie mam żadnych wątpliwości, mojemu synowi grozi niebezpieczeństwo – powiedział śmiertelnie poważnym tonem. Tomek zrozumiał, że mężczyzna nie uspokoi się, dopóki nie zobaczy że jego syn jest cały i zdrowy. Ale jak to zrobić? Rafał nie zastanawiał się nad tym, po prostu ominął kolegę i wbiegł po schodach na górę. Detektyw wymienił porozumiewawcze spojrzenie z partnerką. W odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami.
- No co? Mamy go pilnować – odparł i bez zastanowienia pobiegł za nim. Nie oglądał się nawet do tyłu, nie było czasu nawoływać Magdy. Jeśli nie chce, niech nie idzie, jej wybór.
Na piętrze słychać było płacz dziecka zza drzwi. Rafał co chwilę pukał energicznie, za każdym razem coraz mocniej. Hałas nie ustawał, co bardzo niepokoiło mężczyznę. Chwilę później dołączył do niego Tomek i teraz we dwójkę dobijali się do drzwi.
- Dobrze, że państwo przyjechaliście – powiedziała sąsiadka, wychodząc ze swojego mieszkania – To dziecko cały czas płacze i płacze, a do tego słyszałam jakiś huk, stukot. Nie wiem, może coś złego się tam dzieje... dlatego zadzwoniłam po policję.
Tomek i Rafał wymienili zdezorientowane spojrzenia.
- Ale my nie jesteśmy z policji – odpowiedzieli niemal równocześnie
- To kim jesteście? - zmierzyła ich podejrzliwie wzrokiem. Nie zdążyli nic odpowiedzieć, gdyż na piętrze pojawił się zdyszany Maciek. Wyciągnął odznakę i machnął nią przed oczami zgromadzonych.
- Co tu się dzieje? To pani wzywała policję?
- Tak, ja. Jakieś hałasy dochodzą z tamtego mieszkania, tam się chyba coś złego dzieje. Ten facet co przychodzi do pani Ani to podobno jakiś kryminalista. Ale nie ten co tam jest, tylko taki łysawy, podobny do pana – powiedziała, wskazując na Rafała. Mężczyzna zacisnął zęby i odwrócił się na pięcie. Kobieta otworzyła usta, aby coś jeszcze powiedzieć, lecz policjant jej przerwał.
- Proszę wracać do siebie, my się tym zajmiemy – zapewnił, uśmiechając się ufnie. Kobieta niechętnie zniknęła za drzwiami swojego mieszkania. Cała trójka domyślała się, iż będzie obserwować wszystko przez wizjer, aby potem chwalić się przed wszystkimi lokatorami, że widziała na żywo interwencję policji.
- Nie przejmuj się, to tylko taka osiedlowa plotkara – szepnął mu na ucho Tomek i poklepał go po ramieniu
- Tak, to tym bardziej się szybko rozniesie ta wieść...
- A panowie skąd tu się wzięli? - zapytał, jednocześnie pukając do drzwi – Policja, proszę otworzyć!
- My jesteśmy z agencji detektywistycznej Bronisława Milanowskiego – pokazał mu legitymację – W tym mieszkaniu jest Rotkiewicz, dlatego tu jesteśmy.
- Ten Rotkiewicz? To sobie z nim pogadamy, co?
- Oj tak, pogadamy – mruknął Rafał, zaciskając rękę w pięść. Maciek ponownie zapukał do drzwi, a nawet rozpoczął już odliczanie. Po jego zakończeniu zamierzał wejść do środka bez żadnego zapytania, lecz w samej końcówce usłyszeli dźwięk przekręcanych kluczy w zamku. W progu stanął dobrze zbudowany, umięśniony mężczyzna, lecz na nich nie robiło to najmniejszego wrażenia. Rafał i Tomek od razu wcisnęli się do środka, co spotkało się z dezaprobatą Kamila.
- Ej, co to ma być? Do siebie wchodzicie?! - krzyknął oburzony
- O ile mi wiadomo, to pan też nie jest u siebie – odparł Maciek, śmiejąc mu się w twarz – Kamil Rotkiewicz?
- A bo co?
- Jajco – w tym momencie Kamil odepchnął komisarza i zbiegł po schodach na dół. Policjant natychmiast ruszył za nim w pościg, jednak miał już niezbyt małą stratę. Kiedy tylko wypadł z klatki schodowej, zobaczył kobietę leżącą na chodniku i odjeżdżający samochód.
- Cholera – zaklął pod nosem. Poinformował kolegów z komendy o ucieczce podejrzanego, a potem zajął się ogłuszoną kobietą.

          Ania nie ukrywała swojego zdziwienia, kiedy będąc w pracy ujrzała Kamila. Mężczyzna podbiegł do niej i pociągnął ją na zaplecze. Wyglądał na przerażonego, jakby się czegoś lub kogoś obawiał.
- Co ty tu robisz? Nie powinieneś być teraz z Kubą? Gdzie on jest? - zasypała go gradem pytań
- Aniu, przepraszam. Ja cię tak strasznie przepraszam! - rozpaczliwie całował jej dłonie
- Co się stało? - zamarła, widząc jak bardzo jest roztrzęsiony. Gdyby znała prawdę, bez wątpienia przyznałaby, że jest świetnym aktorem. Jego zachowanie wyglądało tak wiarygodnie, że naprawdę uwierzyła w jego słowa.
- Rafał wpadł do mieszkania jak dzikus. Był w furii. Wyrzucił mnie za drzwi i zamknął je na klucz. A potem usłyszałem płacz dziecka. Robiłem co mogłem, ale nie miałem jak wejść do środka! Zadzwoniłem na policję, pożyczyłem samochód od takiej jednej pani i przyjechałem po ciebie.
- Jasna cholera! - krzyknęła, zrywając z siebie fartuch – Na co czekamy?! Jedźmy tam, zanim będzie za późno!
- Zaczekam na ciebie w samochodzie – oznajmił, po czym wybiegł na zewnątrz. W tej samej chwili zadzwonił telefon brunetki. Bez zastanowienia sięgnęła po niego i odebrała połączenie.
- Komisarz Maciej Krubiński, wojewódzka komenda policji w Krakowie – usłyszała głos w słuchawce – Dzwonię w sprawie pobicia pani syna...
- Tak, wiem o wszystkim – powiedziała drżącym głosem
- Kto pani o tym powiedział?
- Kamil
- Kamil Rotkiewicz? - w jego głosie rozbrzmiewała nutka zdziwienia oraz irytacji
- Tak, on. Ale...
- Niech pani nie wierzy w żadne jego słowo! - krzyknął zdenerwowany – To on go pobił, widziałem na własne oczy. Gdzie on jest?
- Restauracja „Słoneczna” - wykrztusiła, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę
- Proszę go zatrzymać jak najdłużej, zaraz tam będziemy – zakomunikował komisarz i rozłączył się. Ania odłożyła telefon na stolik, wpatrując się cały czas w jeden punkt. Dlaczego to zrobił? Dlaczego całą winę zwalił na Rafała? Dlaczego ją zranił? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Nogi się pod nią ugięły. Zakręciło się jej w głowie. Upadłaby na ziemię, gdyby w porę nie zjawił się Kamil, który zaniepokoił się dłuższą nieobecnością dziewczyny.
- Co się dzieje? - zapytał z udawanym niepokojem
- Po co to wszystko? Po co te bajeczki? Wiem o wszystkim – wyszeptała, ze złością patrząc mu w oczy.
- Jakie bajeczki? O co ci chodzi?
- Przestań. Wiem, że to ty go pobiłeś – mężczyzna zacisnął zęby. Jednym ruchem zgarnął nóż z szafki i przystawił go kobiecie do szyi.
- Ten bachor cały czas ryczał. Nic na niego nie działało, nie chciał się uspokoić. Miałem już go dość, ale nie mogłem zrezygnować z ciebie. Myślałem, że się nie dowiesz, a jak już zauważyłaś to ucieszyłem się, kiedy uwierzyłaś że to twój Rafałek. Ale on i te jego przydupasy musiały wetknąć nos w nie swoje sprawy i wszystko się schrzaniło. Uratuję co się da. Od samego początku marzyłem, żeby cię posmakować. Wstawaj! - rozkazał, podnosząc się na klęczki. Ania powiedziała sobie, że nie pozwoli się drugi raz skrzywdzić. Nie po tym, co już kiedyś przechodziła. Nie teraz, kiedy umie się bronić. Przypomniała sobie, czego nauczył ją Rafał. Jest w stanie pokonać lepszego przeciwnika, jeśli będzie działać głową, nie siłą. Wszystko trwało ułamki sekund. Jedną ręką złapała za nóż. Nie ważne, że rozcięła sobie przy tam palce, najistotniejszym było ochronić szyję. Drugą ręką zrobiła taki ruch, jakby chciała go uderzyć, a jednocześnie kopnęła go w krocze z całej siły. Mężczyzna wypuścił nóż z ręki, zgiął się w pół i padł na podłogę, zwijając się z bólu. Udało się. Nie spodziewał się takiego ataku z jej strony. Skupił się tylko na ręce, podczas gdy ona wykorzystała jeszcze nogi. Z uśmiechem spojrzała mu prosto w oczy. Triumfowała. Do pomieszczenia wpadli policjanci. Zabrali Kamila, nie obchodząc się z nim delikatnie. Zasłużył sobie na takie traktowanie. Natomiast jeden z nich, ubrany po cywilnemu, uklęknął przy Ani.
- Wszystko w porządku? - zapytał, podając jej chusteczkę. Przyłożyła ją do rany na dłoni.
- Tak, teraz już tak. Co z moim synem?
- Wzięli go do szpitala na badania. Zawiozę panią.
- Dziękuję – odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że już nic nie grozi ani Kubusiowi, ani jej. Komisarz pomógł jej wstać i zaprowadził do swojego samochodu.
--------
Następna część pojawi się jutro.