Oczywiście matka Sebastiana musiała dokładnie obejrzeć mieszkanie, choć była już w nim kilka razy. Sprawdzała czy Joasia dobrze zajmuje się domem, czy dba o swojego chłopaka. Chciała też wypatrzyć ewentualne nowinki, żeby natychmiast po powrocie zakupić je także do swojego domu. W końcu nie mogła sobie pozwolić na to, by jej syn i jego dziewczyna mieszkali w większych luksusach niż ona. Honor jej na to nie pozwalał.
Kiedy przyszła do kuchni jej mąż siedział już przy stole i popijał kawę. Na nią czekała już zielona herbata. Sebastian doskonale wiedział że tylko taką wypije jego matka. Zawsze powtarzała że to samo zdrowie, że inne odmiany nie mogą się równać z tą. Miała nawet zamiar zrobić wyrzut mężowi za jego wybór, ale nie chciała żeby odbywało się to na oczach Sebastiana. Na pewno wziąłby stronę ojca i próbował przekonać że od czasu do czasu, idąc w gości, można wypić kawę.
O ile mężczyzna natychmiast polubił wybrankę syna, o tyle jego żona nie mogła się do niej przekonać. Uważała że dziewczyna ma zbyt swobodne poglądy, zbyt małą wagę przywiązuje do zdrowia i relaksu. Gdyby nie to, że nie mogła znaleźć stałego zatrudnienia, uznałaby ją nawet za pracoholiczkę. Podczas gdy Sebastian zajmował rodziców rozmową, ona zakradła się do sypialni, przebrała i dopiero wtedy pojawiła się w kuchni.
- Już jestem – oznajmiła – Dzień dobry.
- Dzień dobry – odpowiedziała poważnym tonem matka Sebastiana za siebie i za męża
- A tak właściwie to co was sprowadza do Krakowa? - wypalił nagle brunet
- No wiesz ty co! Zamiast się cieszyć że o was myślimy, że was odwiedzamy, to ty z takim pytaniem...
- Nie no, oczywiście że się cieszymy, prawda Joasiu?
- Ależ tak – przytaknęła ukochanemu, zmywając po śniadaniu
- Po prostu chciałbym wiedzieć czy to specjalnie ze względu na nas przyjeżdżaliście, czy tak przy okazji wpadliście.
- Mama stwierdziła że miło będzie spędzić z wami weekend – odpowiedział mu ojciec – Chyba nie będziecie mieli nic przeciwko, co?
- W sumie i tak nie mieliśmy żadnych planów.
Joasia nie była zadowolona z nagłej, niezapowiedzianej wizyty rodziców Sebastiana, ale nie mogła dać tego po sobie poznać. Nie chciała sprawić im przykrości, poza tym nie chciała być niegościnna, a także nie chciała dać pretekstu matce bruneta do krytyki. Oczyma wyobraźni widziała już jak roztrzęsiona kobieta opowiada w salonie urody czy u fryzjera swoim znajomym o tym jak wyrodna jest jej przyszła synowa – nie dość że nie chciała spędzić z nią czasu to jeszcze nawet nie raczyła jej przenocować i odesłała do hotelu, mimo że miała wolny pokój w mieszkaniu.
Kiedy Sebastian wraz z ojcem wyszedł na balkon zapalić, kobiety zostały same w kuchni. Joasia ani trochę nie obawiała się przyszłej teściowej, mimo że dotychczas nie dała się poznać jako sympatyczna, wyrozumiała i uprzejma osoba. Ukochany wspominał jej kiedyś, że jego matka ma w zwyczaju mówić to co myśli. Nie zastanawiała się nawet czy te słowa mogą kogoś zranić, po prostu waliła prosto z mostu. To było zanim ją jeszcze poznała. Podczas pierwszego spotkania przekonała się o prawdziwości tych słów – usłyszała że jest wychudzona, wybiedzona, wygląda jak patyk i Sebastian powinien poszukać sobie kogoś innego. Przełknęła to, mimo że bardzo ją to dotknęło. Choć brunet powtarzał jej że jest idealna, postanowiła wtedy przytyć ze dwa, może trzy kilogramy. Udało się jej, ale znaczących zmian w lustrze nie dostrzegła. Wtedy do niej dotarło, że zrobiła głupotę. To nie matce Sebastiana ma się podobać, tylko jemu.
- A tak między nami kobietami – zagadnęła Joasię – Jak wam się układa?
- Dobrze, nawet bardzo.
- Często się kochacie?
- Słucham?! - Joasia omal nie stłukła szklanki, usłyszawszy pytanie. Na wszelki wypadek nie kontynuowała rozmowy, dopóki nie skończyła zmywać. Wytarła ręce w ściereczkę i usiadła naprzeciw kobiety.
- No bo wiesz, ja przepraszam jeśli to pytanie było zbyt bezpośrednie... Ja nie oczekuję że powiesz mi dokładnie że tyle i tyle razy w miesiącu, o tej porze, w takiej lub takiej pozycji... po prostu powiedz często, rzadko, czasami, zazwyczaj...
- Po co chce pani to wiedzieć? - wciąż była w szoku
- No bo wiesz... Mężczyzna ma swoje potrzeby i nie musi ich załatwiać tylko z jedną kobietą.
- Co pani sugeruje?
- Że jeśli jedna kobieta nie jest wystarczająco chętna żeby te potrzeby zaspokoić to znajdzie drugą dla uzupełnienia...
Pokiwała głową. Wciąż nie rozumiała do czego dąży matka Sebastiana, co chce jej przez to powiedzieć, ale przytakiwała jej, by jak najszybciej zakończyć ten temat.
- No bo wiesz... Ja bym chciała żeby wam się tak naprawdę ułożyło. Może ty jesteś taka delikatna, chudziutka i krucha... Ale ja widzę że on jest z tobą szczęśliwy. No bo wiesz... dla matki najważniejsze jest dobro dziecka.
- No tak, oczywiście.
Zawsze myślała że kobieta jest przeciwna temu związkowi, że tylko czekała na moment kiedy Sebastian przyjedzie do nich i powie „Mamo, tato, rozstałem się z Aśką”. I tak też było na początku, Joasia nie wyczuwała sympatii ze strony matki bruneta. Teraz też nie, ale skoro mówiła że jednak im kibicuje...
- No bo wiesz... ja się tobie dokładnie przyglądałam. Nie jesteś taka zła za jaką cię miałam.
- Pozory mylą – skwitowała krótko.
Wieczorem wybrali się we czwórkę na pizzę. Matka Sebastiana starała się być miła dla Joasi, blondynka to widziała i doceniała jej starania. Nawet trochę się ucieszyła, że kobieta próbuje zyskać jej sympatię i zaufanie, ale nie zamierzała tak łatwo wierzyć w każde jej słowo. Sebastian wraz z ojcem wypijali jedno piwo za drugim, kobiety przestrzegały ich by nie przesadzali z piciem, ale oni w ogóle nie słuchali. Chcieli wykorzystać i tak rzadko nadarzającą się okazję.
Nad ranem Sebastian obudził się z silnym kacem. Ledwo zdołał dotrzeć do łazienki, gdzie zwymiotował. Głowa bolała go niemiłosiernie. Przeklinał wczorajszy wieczór, przeklinał że nie posłuchał Joasi. Powinien był przestać, powinien znać granicę i jej nie przekraczać. Nawet w piątek z kolegami nie posunął się tak daleko, jak wczoraj.
Nie zaświecił światła, siedział w łazience po ciemku. Po pierwsze, nie chciał nikogo budzić, po drugie, nie mógłby nawet otworzyć oczu przy tym jaskrawym świetle. Sam nie wiedział ile czasu siedział na podłodze, przy muszli klozetowej. Chciało mu się pić, ale nie miał siły nawet się ruszyć. Kiedy jednak w jego głowie pojawiła się myśl, że w lodówce ma schowane jeszcze jedno piwo, motywacja sporo wzrosła. Zebrał się w sobie i powoli, podpierając się o ścianę, stawiał kolejne kroki. Nic mu teraz nie pomoże lepiej niż kolejne piwo. Przynajmniej tak myślał.
W kuchni o mało nie wpadł na stół, uderzył się w nogę o jedno z krzeseł. Zacisnął zęby i stłumił w sobie krzyk. Jedynie syknął z bólu. W końcu jednak otworzył lodówkę i wyciągnął schłodzoną puszkę. Usiadł przy stole, powoli, delikatnie starał się ją otworzyć... Pstryk! Gotowe. Złapał ją mocno obiema rękami, podniósł do ust i przechylił. Łapczywie pociągał kolejne łyki, nie zważając na to że są zimne. Nie mógł się oderwać, dopiero kiedy zaczął tracić oddech odstawił puszkę na stół. Otarł usta dłonią, ciężko dysząc. Od razu poczuł się lepiej. Odpoczynek nie trwał długo, zaraz pociągnął kolejnego, sporego łyka. Spieszył się, nie chciał żeby ktoś go zobaczył. Sam nie wiedział czy gorzej by było, gdyby to Joasia go nakryła czy gdyby zrobiła to jego matka. Chyba jednak bardziej przed ukochaną się krył, ostatnio często komentowała obecność piwa w lodówce. Tłumaczył jej, że musi coś być w razie gdyby pojawili się niespodziewani goście, ale ją niepokoiło że często coś ubywało z czteropaku. Sebastian mówił jej wtedy, że jedno dziennie to nic złego, że taką dawką nie tylko nie może się upić, ale też nie może się uzależnić. Twierdził że ma nad sobą kontrolę, że potrafi się powstrzymać. Joasia w to wierzyła. Nie miała żadnego powodu by go sprawdzać, przecież mu ufała.
- Teraz była wyjątkowa sytuacja. Po prostu przesadziłem i musiałem się jakoś ratować – powiedział sobie, kiedy wypił już całą zawartość puszki – Więcej tego nie zrobię.
Wracając do łóżka nie szedł już tak sztywno jak wcześniej. Stawiał kolejne kroki pewnie, ale wciąż powoli, z uwagi na to że było ciemno. Wcześniej wziął jednak landrynkę miętową, żeby rano nie było czuć zapachu piwa z jego ust. Jeśli Joasia nie będzie o niczym wiedziała, nie będzie robiła mu wymówek.
- Nie robię przecież nic złego, ludzie mają różne sposoby by sprawić sobie przyjemność – tłumaczył się przed samym sobą – Jedni zżerają tony czekolady, inni oglądają telewizję, dzieciaki grają na komputerze to dlaczego ja nie mógłbym od czasu do czasu się napić? Zresztą, kto w tym kraju nie pije...
Zupełnie nie rozumiał czym Joasia się tak martwiła, kiedy widziała że pił w domu. O wyjścia z kolegami jakoś nie miała pretensji, a doskonale wiedziała że tam też spożywają alkohol. Nie miał pojęcia gdzie widziała różnicę. A może po prostu ona chciała być panią domu i przejąć kontrolę nad wszystkim co tu się dzieje?
Nie myślał o tym dłużej niż dziesięć minut, gdyż zasnął.
poniedziałek, 28 lipca 2014
piątek, 25 lipca 2014
Utracona nadzieja cz. 1
Był piękny marcowy poranek. Na trawnikach topniały resztki padającego przedwczoraj śniegu, chłodne powietrze orzeźwiało, zaś słońce, mimo iż słabo grzało, raziło po oczach. Na osiedlu nie było praktycznie żadnego ruchu, w końcu to była sobota. Każdy chciał się wyspać po męczącym tygodniu i codziennym wstawaniem o szóstej rano bądź wcześniej. Ale jeden człowiek nie skorzystał z okazji, by uzupełnić niedobór snu i wcale nie był z tego powodu niezadowolony. Młody, dobrze zbudowany, przystojny, krótkowłosy brunet z samego rana wybrał się do sklepu, aby kupić swojej dziewczynie śniadanie. Wziął świeże bułki, kilka plasterków szynki, pomidora, sałatę i karton soku pomarańczowego. Dziewczyna uwielbiała soki, szczególnie właśnie pomarańczowy.
- I jeszcze paczkę papierosów poproszę.
To już wziął dla siebie. Wczoraj na spotkaniu u znajomych trochę wypili, również zapalili. Nie miał kaca, za to miał straszną chęć na papierosa. A że w drodze do domu wypalił ostatniego, musiał kupić nową paczkę.
Wiele razy obiecywał sobie, że rzuci palenie. Chciał to zrobić głównie ze względu na swoją dziewczynę, która nie pochwalała tego nałogu, ale też do niczego nie zmuszała ukochanego. Na początku w ogóle się tym nie przejmował, potem jednak pomyślał jak bardzo by się ucieszyła, gdyby to zrobił. Próbował wiele razy, najdłużej udało mu się wytrzymać cztery dni. Każda próba kończyła się niepowodzeniem.
Inaczej sytuacja miała się z alkoholem. Chłopak już od najmłodszych lat miał z nim styczność (sam nie pił, ale niejednokrotnie znalazł się w towarzystwie, gdzie spożywano alkohol) i to nawet w domu. Każdy wiedział że w barku znajduje się przynajmniej pół litra wódki, butelka dobrego wina i przynajmniej trzy piwa. Ojciec tłumaczył to tak, że zawsze trzeba być przygotowanym, w razie gdyby któregoś razu pojawili się niespodziewani goście. Na uroczystościach rodzinnych, imieninach, urodzinach czy rocznicach alkohol był stałym punktem menu. Poza tym ojcu zdarzyło się czasem wypić po pracy, mówił że należy mu się czasem po całym tygodniu ciężkiej pracy. Matka go strofowała, natomiast młody Sebastian nie widział w tym nic złego.
Pierwsze piwo wypił z kolegami, kiedy miał szesnaście lat. Starszy brat jednego z nich obchodził osiemnastkę i zrobił imprezę. Skorzystali z okazji, zabrali ze sobą cztery piwa gdy nikt nie patrzył, bo wszyscy byli zajęci zabawą. Po jednym na głowę. Potem jeszcze zdarzyły się kolejne wyjścia, kiedy spożywali alkohol. Sebastian krył się z tym przed rodzicami i młodszą siostrą, dopóki nie skończył osiemnastu lat. Wtedy też zaczął palić.
Dzisiaj miał dwadzieścia sześć lat, skończone studia, pracę, kredyt na mieszkanie i piękną dziewczynę, z którą mieszkał już od roku. Wcześniej spotykali się przez cztery miesiące, chodzili na spacery, wspólnie jadali na mieście, zanim wprowadziła się do niego. Sebastian od czasu do czasu lubił wypić, czasem zdarzyło mu się przesadzić, że miał kaca na drugi dzień. Joasia, jego dziewczyna, drobna, uśmiechnięta blondynka o długich włosach, była abstynentką. Tylko raz wzięła alkohol do ust. Pierwszy i ostatni. Było to na jej osiemnastych urodzinach. Wypiła bardzo dużo, wlewała w siebie praktycznie wszystko co jej dali. Nawet nie zwracała uwagi czy to wódka, czy bimber, nawet denaturat by wypiła. Na drugi dzień zmagała się z potwornym bólem, nawet nie miała siły żeby dotrzeć do łazienki, kiedy wymiotowała. Po prostu wychylała się znad łóżka i wszystko leciało na podłogę. Obiecała sobie, że nigdy więcej nie doprowadzi się do takiego stanu. Nie było to równoznaczne z abstynencją, lecz dziewczyna obawiała się, że kiedy zacznie pić to puszczą jej hamulce i nie będzie wiedziała kiedy powinna przestać.
Pochodziła z dobrego domu. Zawsze mogła liczyć na swoich rodziców, zawsze znaleźli dla niej czas, choć nie mogli dać jej wszystkiego. Nie zarabiali kokosów, po prostu tyle by wystarczyło na życie, opłacenie mieszkania i żeby coś można było odłożyć na czarną godzinę. Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Joasia stawiała ich sobie za wzór. Sama chciała stworzyć taki dom dla siebie i swoich dzieci. Kiedy spotkała Sebastiana na swojej drodze, była pewna że będzie to idealny mężczyzna do tych planów. Że będzie wspaniałym mężem i ojcem.
Ale do małżeństwa była jeszcze długa droga. Na razie byli ze sobą od ponad roku, czekali na ustabilizowanie swojej sytuacji życiowej. Właściwie to Sebastian był już ustawiony, miał stałą pracę i mieszkanie, które będzie musiał spłacać przez kolejne dwadzieścia cztery lata. Jak szybko policzył, będzie miał dokładnie pięćdziesiąt lat, kiedy zapłaci ostatnią ratę kredytu. Młodsza o rok od partnera Joasia wciąż jeszcze nie mogła znaleźć odpowiedniej dla siebie pracy, w której mogłaby zagościć na dłużej, bądź nawet na stałe. Dotychczas po okresie próbnym albo to ona sama rezygnowała, nie czując się najlepiej wśród współpracowników bądź w danej roli, w wykonywaniu swoich obowiązków, albo to pracodawcy z różnych powodów nie byli otwarci na dalszą współpracę. Kobieta wiedziała że za tysiącami wymówek kryje się jeden zasadniczy powód – pieniądze. Po okresie próbnym należała się podwyżka, dlatego niektóre firmy często zatrudniały pracowników na trzy miesiące próby, by potem zakończyć współpracę i znaleźć nową osobę, która będzie pracować za to samo niskie wynagrodzenie. Obecny rynek pracy pozwalał na takie praktyki – osób bezrobotnych było dostatecznie dużo, by pozwolić sobie na twarde warunki i dużą migrację pracowników.
- Pewnie te oszczędności zostają na premię dla prezesa – mówiła sobie Joasia.
Obiecali sobie z Sebastianem, że kiedy dziewczyna znajdzie w końcu zatrudnienie na dłużej, wrócą do tematu małżeństwa i porozmawiają o dzieciach. Oboje myśleli logicznie i racjonalnie, chcieli być gotowi na każdą ewentualność, nie dać się zaskoczyć losowi. Blondynka myślała że dzięki temu uniknie wielu zmartwień, ale czas pokazał jej, że nigdy nie można przewidzieć wszystkiego. Musiała doświadczyć tego na własnej skórze, by to zrozumieć...
Kiedy wstała rano i przekręciła głowę w bok, zobaczyła że Sebastiana nie ma już w łóżku, sama także postanowiła podnieść się na nogi. Miała na sobie tylko cienką koszulę nocną na ramiączkach, dlatego też zaraz po wyjściu spod kołdry poczuła chłód na swoich ramionach. Dreszcz przeszedł ją po plecach. Złapała szlafrok, natychmiast zarzuciła go na siebie i owinęła się nim szczelnie. Przyczyna chłodu mogła być tylko jedna. Przeszła do pokoju obok, zgodnie z przewidywaniami Sebastian stał na balkonie i zaciągał się papierosem. Mimo zimna, wyszła na chwilę do niego i pocałowała go w policzek. On tylko uśmiechnął się pod nosem i objął ukochaną ramieniem.
- Nie śpisz już? - zapytał, patrząc się gdzieś daleko przed siebie. Joasia próbowała uchwycić ten sam punkt, ale nie udało się jej. Może po prostu była jeszcze rozespana.
- Jak widać – mruknęła, kładąc głowę na jego ramieniu – Wezmę prysznic i zrobię nam śniadanie.
- Nie zrobisz – rzucił beztrosko, zaskakując dziewczynę – Ja już to zrobiłem – dodał po chwili, całując ją w czoło.
- Rozpieszczasz mnie – stwierdziła z nutką satysfakcji w głosie
- O skarb trzeba dbać.
Niektórzy nawet im zazdrościli tej miłości. Że tak dobrze się dogadują, że rzadko się kłócą, że mają tak mało problemów. Ale tak to już bywa w związkach, zawsze na początku jest pięknie, sielankowo. Część ich wspólnych znajomych uważała że skoro po roku nadal jest tak dobrze, to oni są naprawdę dla siebie stworzeni, inni twierdzili iż nie ma żadnej zależności, w każdej chwili wszystko może się popsuć i nie ważne jak długo byli szczęśliwi. Wspólna przeszłość miałaby jedynie pomóc w próbie naprawienia ewentualnych błędów.
Zapewne i jedni, i drudzy mieli trochę racji. Ale nikt jeszcze nie znalazł złotego środka, przepisu na idealny związek. Gdyby taki istniał, nie byłoby rozwodów.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytała go przy śniadaniu
- A jak myślisz? - uśmiechnął się do niej uwodzicielsko – Wyjście ze znajomymi raczej odpada, Rafał pewnie będzie leżał cały dzień skacowany, Maciek idzie na randkę wieczorem, Anka opiekuje się dzieckiem znajomych, a Kaśka ma dzisiaj kurs językowy.
- Czyli co? Mamy cały dzień tylko dla siebie?
- Na to wygląda.
Spojrzeli sobie prosto w oczy. Joasia puściła do niego oczko. Chyba oboje mieli to samo na myśli... Sebastian dopił kawę, odstawił kubek do zlewu, po czym stanął za ukochaną i delikatnie zaczął zsuwać szlafrok z jej ramienia. Pochylił się nad nią, powoli odgarnął włosy na bok i złożył pocałunek na jej szyi. Przymknęła oczy i rozchyliła lekko usta, czekając na kolejne pocałunki. Mężczyzna teraz ukląkł przy niej, delikatnie musnął jej wargi swoimi, stopniując napięcie. Położyła dłoń na jego karku, drugą gładziła jego włosy. Wiedziała że to lubi, często tak robiła kiedy zaczynali grę wstępną.
- Najchętniej to bym wcale z łóżka dzisiaj nie wychodził – szepnął jej na ucho pomiędzy pocałunkami
- Mam lepszy pomysł – westchnęła cicho – Zacznijmy od wspólnego prysznica.
- Yhym – mruknął, znów łącząc jej usta ze swoimi w namiętnym pocałunku. Zarzuciła mu ręce na szyję, nogami oplotła jego biodra. Powoli się z nią podnosił, jedną dłoń położył na jej plecach, a drugą na pośladkach. Podtrzymywał ją, jakby bał się że spadnie. Z doświadczenia wiedział jednak że nic takiego się nie wydarzy. Drogę do łazienki znał już na pamięć, nie raz pokonywał ją z wiszącą na nim dziewczyną.
- Już wczoraj miałem na ciebie ochotę – wyznał, otwierając drzwi do łazienki. Dziewczyna zeskoczyła z niego, drżącymi z podniecenia rękoma nerwowo próbowała odpiąć sprzączkę paska od spodni. Kiedy w końcu się udało, zadzwonił dzwonek do drzwi. Zastygli nagle nieruchomo, ona z dłońmi przy pasku, on z dłońmi na jej pośladkach.
- Udawajmy że nas nie ma – zasugerowała, po czym zamknął jej usta pocałunkiem. Dzwonek do drzwi jednak nie ustawał, jakby ktoś był pewien że przynajmniej jedno z nich jest w mieszkaniu.
- Co za natręt.
Sebastian niechętnie oderwał się od ukochanej i poszedł otworzyć. Zamknął drzwi łazienki, a po drodze zapiął pasek. Joasia ostatecznie zrzuciła z siebie szlafrok, licząc że mężczyzna za chwilę do niej dołączy i wrócą do swoich miłosnych igraszek, które jeszcze nawet na dobre nie zdążyły się rozpocząć.
- Cześć mamo, cześć tato – usłyszała nutkę rozczarowania w głosie Sebastiana. Ona także była rozczarowana, a nawet lekko zdenerwowana. Że też właśnie z samego rana musieli przyjechać, że nie mogli być przynajmniej godzinę później! Ich plany legły w gruzach.
- A gdzie Joasia? - spytała matka bruneta
- Właśnie poszła wziąć prysznic.
Nie pozostało jej nic innego. Zrzucić z siebie koszulę nocną i bieliznę, wejść pod strumień wody, niestety sama, bez ukochanego. Miała jednak nadzieję że wizyta nie potrwa długo i przynajmniej popołudnie spędzi tylko z Sebastianem.
- I jeszcze paczkę papierosów poproszę.
To już wziął dla siebie. Wczoraj na spotkaniu u znajomych trochę wypili, również zapalili. Nie miał kaca, za to miał straszną chęć na papierosa. A że w drodze do domu wypalił ostatniego, musiał kupić nową paczkę.
Wiele razy obiecywał sobie, że rzuci palenie. Chciał to zrobić głównie ze względu na swoją dziewczynę, która nie pochwalała tego nałogu, ale też do niczego nie zmuszała ukochanego. Na początku w ogóle się tym nie przejmował, potem jednak pomyślał jak bardzo by się ucieszyła, gdyby to zrobił. Próbował wiele razy, najdłużej udało mu się wytrzymać cztery dni. Każda próba kończyła się niepowodzeniem.
Inaczej sytuacja miała się z alkoholem. Chłopak już od najmłodszych lat miał z nim styczność (sam nie pił, ale niejednokrotnie znalazł się w towarzystwie, gdzie spożywano alkohol) i to nawet w domu. Każdy wiedział że w barku znajduje się przynajmniej pół litra wódki, butelka dobrego wina i przynajmniej trzy piwa. Ojciec tłumaczył to tak, że zawsze trzeba być przygotowanym, w razie gdyby któregoś razu pojawili się niespodziewani goście. Na uroczystościach rodzinnych, imieninach, urodzinach czy rocznicach alkohol był stałym punktem menu. Poza tym ojcu zdarzyło się czasem wypić po pracy, mówił że należy mu się czasem po całym tygodniu ciężkiej pracy. Matka go strofowała, natomiast młody Sebastian nie widział w tym nic złego.
Pierwsze piwo wypił z kolegami, kiedy miał szesnaście lat. Starszy brat jednego z nich obchodził osiemnastkę i zrobił imprezę. Skorzystali z okazji, zabrali ze sobą cztery piwa gdy nikt nie patrzył, bo wszyscy byli zajęci zabawą. Po jednym na głowę. Potem jeszcze zdarzyły się kolejne wyjścia, kiedy spożywali alkohol. Sebastian krył się z tym przed rodzicami i młodszą siostrą, dopóki nie skończył osiemnastu lat. Wtedy też zaczął palić.
Dzisiaj miał dwadzieścia sześć lat, skończone studia, pracę, kredyt na mieszkanie i piękną dziewczynę, z którą mieszkał już od roku. Wcześniej spotykali się przez cztery miesiące, chodzili na spacery, wspólnie jadali na mieście, zanim wprowadziła się do niego. Sebastian od czasu do czasu lubił wypić, czasem zdarzyło mu się przesadzić, że miał kaca na drugi dzień. Joasia, jego dziewczyna, drobna, uśmiechnięta blondynka o długich włosach, była abstynentką. Tylko raz wzięła alkohol do ust. Pierwszy i ostatni. Było to na jej osiemnastych urodzinach. Wypiła bardzo dużo, wlewała w siebie praktycznie wszystko co jej dali. Nawet nie zwracała uwagi czy to wódka, czy bimber, nawet denaturat by wypiła. Na drugi dzień zmagała się z potwornym bólem, nawet nie miała siły żeby dotrzeć do łazienki, kiedy wymiotowała. Po prostu wychylała się znad łóżka i wszystko leciało na podłogę. Obiecała sobie, że nigdy więcej nie doprowadzi się do takiego stanu. Nie było to równoznaczne z abstynencją, lecz dziewczyna obawiała się, że kiedy zacznie pić to puszczą jej hamulce i nie będzie wiedziała kiedy powinna przestać.
Pochodziła z dobrego domu. Zawsze mogła liczyć na swoich rodziców, zawsze znaleźli dla niej czas, choć nie mogli dać jej wszystkiego. Nie zarabiali kokosów, po prostu tyle by wystarczyło na życie, opłacenie mieszkania i żeby coś można było odłożyć na czarną godzinę. Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Joasia stawiała ich sobie za wzór. Sama chciała stworzyć taki dom dla siebie i swoich dzieci. Kiedy spotkała Sebastiana na swojej drodze, była pewna że będzie to idealny mężczyzna do tych planów. Że będzie wspaniałym mężem i ojcem.
Ale do małżeństwa była jeszcze długa droga. Na razie byli ze sobą od ponad roku, czekali na ustabilizowanie swojej sytuacji życiowej. Właściwie to Sebastian był już ustawiony, miał stałą pracę i mieszkanie, które będzie musiał spłacać przez kolejne dwadzieścia cztery lata. Jak szybko policzył, będzie miał dokładnie pięćdziesiąt lat, kiedy zapłaci ostatnią ratę kredytu. Młodsza o rok od partnera Joasia wciąż jeszcze nie mogła znaleźć odpowiedniej dla siebie pracy, w której mogłaby zagościć na dłużej, bądź nawet na stałe. Dotychczas po okresie próbnym albo to ona sama rezygnowała, nie czując się najlepiej wśród współpracowników bądź w danej roli, w wykonywaniu swoich obowiązków, albo to pracodawcy z różnych powodów nie byli otwarci na dalszą współpracę. Kobieta wiedziała że za tysiącami wymówek kryje się jeden zasadniczy powód – pieniądze. Po okresie próbnym należała się podwyżka, dlatego niektóre firmy często zatrudniały pracowników na trzy miesiące próby, by potem zakończyć współpracę i znaleźć nową osobę, która będzie pracować za to samo niskie wynagrodzenie. Obecny rynek pracy pozwalał na takie praktyki – osób bezrobotnych było dostatecznie dużo, by pozwolić sobie na twarde warunki i dużą migrację pracowników.
- Pewnie te oszczędności zostają na premię dla prezesa – mówiła sobie Joasia.
Obiecali sobie z Sebastianem, że kiedy dziewczyna znajdzie w końcu zatrudnienie na dłużej, wrócą do tematu małżeństwa i porozmawiają o dzieciach. Oboje myśleli logicznie i racjonalnie, chcieli być gotowi na każdą ewentualność, nie dać się zaskoczyć losowi. Blondynka myślała że dzięki temu uniknie wielu zmartwień, ale czas pokazał jej, że nigdy nie można przewidzieć wszystkiego. Musiała doświadczyć tego na własnej skórze, by to zrozumieć...
Kiedy wstała rano i przekręciła głowę w bok, zobaczyła że Sebastiana nie ma już w łóżku, sama także postanowiła podnieść się na nogi. Miała na sobie tylko cienką koszulę nocną na ramiączkach, dlatego też zaraz po wyjściu spod kołdry poczuła chłód na swoich ramionach. Dreszcz przeszedł ją po plecach. Złapała szlafrok, natychmiast zarzuciła go na siebie i owinęła się nim szczelnie. Przyczyna chłodu mogła być tylko jedna. Przeszła do pokoju obok, zgodnie z przewidywaniami Sebastian stał na balkonie i zaciągał się papierosem. Mimo zimna, wyszła na chwilę do niego i pocałowała go w policzek. On tylko uśmiechnął się pod nosem i objął ukochaną ramieniem.
- Nie śpisz już? - zapytał, patrząc się gdzieś daleko przed siebie. Joasia próbowała uchwycić ten sam punkt, ale nie udało się jej. Może po prostu była jeszcze rozespana.
- Jak widać – mruknęła, kładąc głowę na jego ramieniu – Wezmę prysznic i zrobię nam śniadanie.
- Nie zrobisz – rzucił beztrosko, zaskakując dziewczynę – Ja już to zrobiłem – dodał po chwili, całując ją w czoło.
- Rozpieszczasz mnie – stwierdziła z nutką satysfakcji w głosie
- O skarb trzeba dbać.
Niektórzy nawet im zazdrościli tej miłości. Że tak dobrze się dogadują, że rzadko się kłócą, że mają tak mało problemów. Ale tak to już bywa w związkach, zawsze na początku jest pięknie, sielankowo. Część ich wspólnych znajomych uważała że skoro po roku nadal jest tak dobrze, to oni są naprawdę dla siebie stworzeni, inni twierdzili iż nie ma żadnej zależności, w każdej chwili wszystko może się popsuć i nie ważne jak długo byli szczęśliwi. Wspólna przeszłość miałaby jedynie pomóc w próbie naprawienia ewentualnych błędów.
Zapewne i jedni, i drudzy mieli trochę racji. Ale nikt jeszcze nie znalazł złotego środka, przepisu na idealny związek. Gdyby taki istniał, nie byłoby rozwodów.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytała go przy śniadaniu
- A jak myślisz? - uśmiechnął się do niej uwodzicielsko – Wyjście ze znajomymi raczej odpada, Rafał pewnie będzie leżał cały dzień skacowany, Maciek idzie na randkę wieczorem, Anka opiekuje się dzieckiem znajomych, a Kaśka ma dzisiaj kurs językowy.
- Czyli co? Mamy cały dzień tylko dla siebie?
- Na to wygląda.
Spojrzeli sobie prosto w oczy. Joasia puściła do niego oczko. Chyba oboje mieli to samo na myśli... Sebastian dopił kawę, odstawił kubek do zlewu, po czym stanął za ukochaną i delikatnie zaczął zsuwać szlafrok z jej ramienia. Pochylił się nad nią, powoli odgarnął włosy na bok i złożył pocałunek na jej szyi. Przymknęła oczy i rozchyliła lekko usta, czekając na kolejne pocałunki. Mężczyzna teraz ukląkł przy niej, delikatnie musnął jej wargi swoimi, stopniując napięcie. Położyła dłoń na jego karku, drugą gładziła jego włosy. Wiedziała że to lubi, często tak robiła kiedy zaczynali grę wstępną.
- Najchętniej to bym wcale z łóżka dzisiaj nie wychodził – szepnął jej na ucho pomiędzy pocałunkami
- Mam lepszy pomysł – westchnęła cicho – Zacznijmy od wspólnego prysznica.
- Yhym – mruknął, znów łącząc jej usta ze swoimi w namiętnym pocałunku. Zarzuciła mu ręce na szyję, nogami oplotła jego biodra. Powoli się z nią podnosił, jedną dłoń położył na jej plecach, a drugą na pośladkach. Podtrzymywał ją, jakby bał się że spadnie. Z doświadczenia wiedział jednak że nic takiego się nie wydarzy. Drogę do łazienki znał już na pamięć, nie raz pokonywał ją z wiszącą na nim dziewczyną.
- Już wczoraj miałem na ciebie ochotę – wyznał, otwierając drzwi do łazienki. Dziewczyna zeskoczyła z niego, drżącymi z podniecenia rękoma nerwowo próbowała odpiąć sprzączkę paska od spodni. Kiedy w końcu się udało, zadzwonił dzwonek do drzwi. Zastygli nagle nieruchomo, ona z dłońmi przy pasku, on z dłońmi na jej pośladkach.
- Udawajmy że nas nie ma – zasugerowała, po czym zamknął jej usta pocałunkiem. Dzwonek do drzwi jednak nie ustawał, jakby ktoś był pewien że przynajmniej jedno z nich jest w mieszkaniu.
- Co za natręt.
Sebastian niechętnie oderwał się od ukochanej i poszedł otworzyć. Zamknął drzwi łazienki, a po drodze zapiął pasek. Joasia ostatecznie zrzuciła z siebie szlafrok, licząc że mężczyzna za chwilę do niej dołączy i wrócą do swoich miłosnych igraszek, które jeszcze nawet na dobre nie zdążyły się rozpocząć.
- Cześć mamo, cześć tato – usłyszała nutkę rozczarowania w głosie Sebastiana. Ona także była rozczarowana, a nawet lekko zdenerwowana. Że też właśnie z samego rana musieli przyjechać, że nie mogli być przynajmniej godzinę później! Ich plany legły w gruzach.
- A gdzie Joasia? - spytała matka bruneta
- Właśnie poszła wziąć prysznic.
Nie pozostało jej nic innego. Zrzucić z siebie koszulę nocną i bieliznę, wejść pod strumień wody, niestety sama, bez ukochanego. Miała jednak nadzieję że wizyta nie potrwa długo i przynajmniej popołudnie spędzi tylko z Sebastianem.
środa, 23 lipca 2014
Partnerzy cz. 5
Ani on, ani jego żona nie zmrużyli oka tej nocy. Wciąż czekali na telefon od porywacza, lecz ten cały czas milczał. Kuba nie mógł sobie znaleźć miejsca. A co jeśli to porwanie wcale nie ma związku z jego osobą? Co jeśli to przypadek że porwano właśnie syna policjanta? Co jeśli porywacz potrzebuje dziecka, a nie któregoś z rodziców? Wtedy na pewno się nie odezwie, a szansa na odnalezienie chłopca znacząco zmaleje. Przeraził się na myśl że może chodzić o nielegalną adopcję. Wywiozą go za granicę, na wschód albo na zachód i już nigdy nie zobaczy prawdziwych rodziców. Zwykle to niemowlęta były poddawane takim zabiegom, ale jeśli jakaś para zażyczyła sobie starsze, odchowane już trochę dziecko i zapłacili za to sporą sumkę... to jest możliwe.
Na nic zdały się patrole na ulicach miasta. Dali też zdjęcie chłopca do telewizji, ale telefon milczał. Zapewne porywacz ma kryjówkę gdzieś za miastem.
Z samego rana chciał jechać na komendę, miał nadzieję że Tomek będzie miał dla niego jakieś dobre wieści. Znów miał ogon, znów go śledzili. Myśleli że ma cokolwiek wspólnego z porwaniem czy co? A może raczej pilnowali, by nie zrobił nic głupiego...
Ostatecznie nie dotarł na Pomorską. Po około pięciu minutach jazdy stało się coś, czego nie mógł się spodziewać. Wydawało mu się, że w lusterku zobaczył jakiś ruch na tylnej kanapie. Odwrócił głowę i zobaczył skuloną postać, jej długie blond włosy. W tym mieście tysiące kobiet miało taką fryzurę, lecz jemu natychmiast skojarzyła się ona z tylko jedną osobą.
- Aśka? - spytał zdumiony, patrząc już przed siebie, na drogę
- Masz zgubić ogon jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek zobaczyć syna.
- Ty suko! - warknął, mocniej dociskając pedał gazu
- To ty pierwszy podniosłeś na mnie rękę.
- Jakim cudem przeżyłaś? Jakim cudem nikt cię nie widział przez ponad dwa miesiące?
- Widzisz Kubuś, powinieneś popracować nad celnością – uśmiechnęła się chytrze, ale on nie mógł tego zobaczyć gdyż skupiony był nad tym co widzi przed sobą – Jeśli chciałeś mnie zabić to trafiłeś za wysoko. Udało mi się wyjść z wody i wezwać pomoc. Widzisz jak to dobrze mieć wodoodporny smartfon? Kumpel miał u mnie dług wdzięczności, teraz mógł go spłacić. Zapewnił dyskrecję, lekarza, który wyjął kulę i opatrzył ranę, fałszywe dokumenty... Wyjechałam na jakiś czas, chciałam zaczekać aż sprawa przycichnie. Czekałam aż wszyscy pomyślicie że moje ciało leży gdzieś na dnie kilkadziesiąt kilometrów stąd, kiedy już nikt nie będzie podejrzewał że to mogłabym być ja.
- No i po co ci to było, skoro i tak się teraz ujawniłaś?
- I co im potem powiesz? Że widziałeś Aśkę? Wezmą cię za wariata.
- Nie znaleziono twojego ciała, więc...
- Więc co? Nie powiesz im tego – powiedziała z pełnym przekonaniem o swojej racji – Nie powiesz, bo zaczną mnie szukać. A jak mnie znajdą to dowiedzą się kto strzelał.
- Teraz wszystko mi jedno. Chcę tylko odzyskać syna.
Joasia ostrożnie wychyliła się znad oparcia tylnej kanapy. Wyjrzała przez tylną szybę – za nimi nikogo nie było w promieniu najbliższych kilkuset metrów. Pierwsze polecenie zostało spełnione, zgubił ogon. Teraz mogła czuć się swobodniej. Usiadła wygodnie za Kubą i nachyliła się, by szepnąć mu na ucho.
- Teraz zatańczysz tak jak ja ci zagram.
Zgodnie z jej wskazówkami wyjechał za miasto, po pewnym czasie dotarli do starych koszarów. Niegdyś stacjonowały tu wojska rosyjskie, lecz odkąd opuściły Polskę, budynek stał nieużywany przez ponad dwadzieścia lat. Joasia trzymała już w ręku broń, żeby kontrolować partnera. Wcześniej mogła robić to za pomocą słów, przypominać mu że tylko ona wie gdzie jest jego syn. Teraz jednak poznał kryjówkę.
- Aśka... - westchnął, wchodząc do środka – Jeszcze się możesz wycofać.
- Zamknij się – popchnęła go do przodu.
- Ja naprawdę się cieszę, że ty żyjesz. Nawet nie wiesz jak bardzo sumienie mnie gryzło.
- To trzeba było nie strzelać. Na piętro.
Przez chwilę szli w milczeniu, po schodach. Kobieta zachowywała bezpieczny dystans, żeby miała czas na pociągnięcie za spust, gdyby Kuba zdecydował się ją zaatakować.
- Aśka, tyle wspaniałych chwil przeżyliśmy – spróbował raz jeszcze – Nie miałem lepszej przyjaciółki.
- Szkoda że wtedy o tym nie myślałeś.
- Wiesz dlaczego to zrobiłem? Wiesz?
- Nie i ani trochę mnie to nie obchodzi.
- Dla rodziny – odparł, mimo tego co powiedziała chwilę wcześniej – Gangsterzy zagrozili mi że zabiją moją żonę i syna, jeśli cię nie zastrzelę. Zrozum, ja musiałem...
- Nic nie musiałeś! Nie pomyślałeś żeby przyjść z tym do mnie? Byłam przecież twoją partnerką, nie zostawiłabym cię z tym samego! Ty chyba jednak mi nie ufałeś, skoro wolałeś wszystko sam załatwić...
- Teraz jest już za późno, nie cofnę czasu. Ale możesz mi jeszcze wybaczyć.
Na chwilę przystanęła. Ręka jej zadrżała, więc opuściła broń. Od czasu postrzału wspomnienia nie wywarły na niej tak silnego wrażenia jak teraz. W jej głowie zadźwięczały słowa Kuby sprzed kilku chwil. „Jeszcze się możesz wycofać”. Nie, nie mogła. Już było za późno, za daleko się posunęła by zawrócić z tej drogi. Oprzytomniała, kiedy Kuba zrobił krok w jej kierunku. Natychmiast podniosła broń i mocniej zacisnęła palce na rękojeści.
- Nie licz na to – rzuciła ostro – Otwórz drzwi.
Powoli odwrócił się w bok i nacisnął klamkę. Jego oczom ukazał się materac, na którym leżał nieprzytomny chłopiec. Obok leżały strzykawki, jedne już rozpakowane, inne jeszcze nie. Kuba natychmiast tam podbiegł, padł na kolana i przytulił swoje dziecko. Był blady i spocony. Mężczyzna potrząsał nim, chcąc go dobudzić, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Sprawdził puls, siedmiolatek jeszcze żył. Ze łzami w oczach, drżącymi wargami ucałował go w czoło, a następnie pogładził po włosach. Odwrócił się gwałtownie za siebie. Aśka stała w progu, opierała się o framugę.
- Właśnie dlatego nie mogę się wycofać – wyjaśniła cicho
- Ty... ty... - brakowało mu słów na to co zrobiło – Ty zajebana kurwo pierdolona! Jak mogłaś?! Jak mogłaś tak skrzywdzić niewinne dziecko?! Powiedz mi, co tobą kierowało jak mu dałaś narkotyki? No co? Nie zadrżała ci ręka, nie miałaś problemu by spojrzeć mu prosto w oczy? No powiedz to do cholery, no!
Nie patrzył już na nią tak jak wcześniej, z niepokojem czy jak na przyjaciółkę. Teraz jego oczy były pełne nienawiści, rozpętała się w nich piekielna burza, żądza zniszczenia tej, która skrzywdziła jego dziecko. Kiedy zobaczył ją w samochodzie to nie miał wątpliwości że jego syn jest cały i zdrowy. Był pewien że kobieta nie skrzywdzi dziecka, tym bardziej takiego, które dorastało także na jej oczach. Mylił się i to bardzo.
- Cały mój system wartości upadł i rozpadł się na tysiące małych kawałeczków, kiedy do mnie strzeliłeś. Straciłam wiarę w ten świat, straciłam wiarę w ludzi, straciłam wiarę w uczucia... Przy życiu trzymała mnie tylko zemsta. Zadarłeś ze mną, nie mogłam tego darować.
- Trzeba było skrzywdzić mnie, nie jego. Wiesz co? Jednak żałuję że cię nie zabiłem. Powinnaś smażyć się w piekle – rzucił jadowicie
- I vice versa. A teraz zrobisz to co ci każę albo cię zabiję. Weźmiesz strzykawkę...
- Oszalałaś?! - wypalił nagle – Mam podać narkotyki własnemu dziecku?! Aśka, ty... ty serca nie masz! Ty nic nie masz, ani trochę empatii, uczuć, nawet duszy!
- Ty to wszystko zniszczyłeś. A teraz rób co ci każę!
Drżącymi rękoma sięgnął po strzykawkę... by zaraz rzucić ją pod nogi blondynce.
- To strzelaj! No proszę, zabij mnie, ale tego nie zrobię!
- Mam lepszy pomysł. Zabiję jego.
Skierowała broń na chłopca. Kuba przez chwilę się wahał. Miał zrobić coś wbrew własnemu sumieniu czy pozwolić by kobieta zastrzeliła jego syna? A może tak będzie dla niego lepiej, żeby zginął zamiast żyć dalej z traumą? Przecież samo porwanie na zawsze odciśnie ślad na jego psychice, nie mówiąc już o wpływie narkotyków na jego dalszy rozwój. Wciąż klęcząc na ziemi, spuścił tylko głowę i przymknął oczy. Usłyszał strzał, a następnie kroki. Joasia podeszła do materaca, pochyliła się nad ciałem chłopca. Nie mogła uwierzyć że naprawdę to zrobiła. Zabiła niewinne dziecko, a wcześniej nafaszerowała go narkotykami. Spojrzała na Kubę, który cały czas klęczał nieruchomo, a następnie na broń, którą trzymała w ręce. Pot wystąpił jej na czoło, usta delikatnie uchyliły się, a oczy wytrzeszczyły nienaturalnie. Serce waliło jej jak młot. Teraz naprawdę zrozumiała co zrobiła.
- Aśka, nie rób tego – powiedział Kuba, kiedy zobaczył jak blondynka przystawia sobie broń do skroni
Nie odpowiedziała ani słowem. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, na jego oblicze pełne bólu i cierpienia.
- Jesteśmy partnerami.
- Jak możesz to mówić po tym wszystkim – wyszeptała, po czym pociągnęła za spust. Kuba jeszcze przez chwilę klęczał pomiędzy dwoma trupami, następnie wstał i na pozór spokojnie zadzwonił po kolegów. Wyznał całą prawdę, co wydarzyło się ponad dwa tygodnie temu na terenie starej fabryki i co stało się dzisiejszego ranka. Trafił do aresztu, czekał na proces. Śledztwo potwierdziło jego wersję wydarzeń – to Joasia zabiła chłopca, a potem popełniła samobójstwo. Na broni znaleziono tylko jej odciski palców. Kuba jednak nie doczekał rozprawy na sali sądowej. To wszystko przez co przeszedł nie dawało mu spokoju. Cały czas przed oczami miał te obrazki, co noc nie mógł zmrużyć oka, bo wtedy koszmar powracał. Był na skraju wyczerpania, spotkania z psychologiem w niczym mu nie pomagały. Dokładnie dwudziestego szóstego dnia w areszcie dołączył do swojej partnerki – popełnił samobójstwo.
Na nic zdały się patrole na ulicach miasta. Dali też zdjęcie chłopca do telewizji, ale telefon milczał. Zapewne porywacz ma kryjówkę gdzieś za miastem.
Z samego rana chciał jechać na komendę, miał nadzieję że Tomek będzie miał dla niego jakieś dobre wieści. Znów miał ogon, znów go śledzili. Myśleli że ma cokolwiek wspólnego z porwaniem czy co? A może raczej pilnowali, by nie zrobił nic głupiego...
Ostatecznie nie dotarł na Pomorską. Po około pięciu minutach jazdy stało się coś, czego nie mógł się spodziewać. Wydawało mu się, że w lusterku zobaczył jakiś ruch na tylnej kanapie. Odwrócił głowę i zobaczył skuloną postać, jej długie blond włosy. W tym mieście tysiące kobiet miało taką fryzurę, lecz jemu natychmiast skojarzyła się ona z tylko jedną osobą.
- Aśka? - spytał zdumiony, patrząc już przed siebie, na drogę
- Masz zgubić ogon jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek zobaczyć syna.
- Ty suko! - warknął, mocniej dociskając pedał gazu
- To ty pierwszy podniosłeś na mnie rękę.
- Jakim cudem przeżyłaś? Jakim cudem nikt cię nie widział przez ponad dwa miesiące?
- Widzisz Kubuś, powinieneś popracować nad celnością – uśmiechnęła się chytrze, ale on nie mógł tego zobaczyć gdyż skupiony był nad tym co widzi przed sobą – Jeśli chciałeś mnie zabić to trafiłeś za wysoko. Udało mi się wyjść z wody i wezwać pomoc. Widzisz jak to dobrze mieć wodoodporny smartfon? Kumpel miał u mnie dług wdzięczności, teraz mógł go spłacić. Zapewnił dyskrecję, lekarza, który wyjął kulę i opatrzył ranę, fałszywe dokumenty... Wyjechałam na jakiś czas, chciałam zaczekać aż sprawa przycichnie. Czekałam aż wszyscy pomyślicie że moje ciało leży gdzieś na dnie kilkadziesiąt kilometrów stąd, kiedy już nikt nie będzie podejrzewał że to mogłabym być ja.
- No i po co ci to było, skoro i tak się teraz ujawniłaś?
- I co im potem powiesz? Że widziałeś Aśkę? Wezmą cię za wariata.
- Nie znaleziono twojego ciała, więc...
- Więc co? Nie powiesz im tego – powiedziała z pełnym przekonaniem o swojej racji – Nie powiesz, bo zaczną mnie szukać. A jak mnie znajdą to dowiedzą się kto strzelał.
- Teraz wszystko mi jedno. Chcę tylko odzyskać syna.
Joasia ostrożnie wychyliła się znad oparcia tylnej kanapy. Wyjrzała przez tylną szybę – za nimi nikogo nie było w promieniu najbliższych kilkuset metrów. Pierwsze polecenie zostało spełnione, zgubił ogon. Teraz mogła czuć się swobodniej. Usiadła wygodnie za Kubą i nachyliła się, by szepnąć mu na ucho.
- Teraz zatańczysz tak jak ja ci zagram.
Zgodnie z jej wskazówkami wyjechał za miasto, po pewnym czasie dotarli do starych koszarów. Niegdyś stacjonowały tu wojska rosyjskie, lecz odkąd opuściły Polskę, budynek stał nieużywany przez ponad dwadzieścia lat. Joasia trzymała już w ręku broń, żeby kontrolować partnera. Wcześniej mogła robić to za pomocą słów, przypominać mu że tylko ona wie gdzie jest jego syn. Teraz jednak poznał kryjówkę.
- Aśka... - westchnął, wchodząc do środka – Jeszcze się możesz wycofać.
- Zamknij się – popchnęła go do przodu.
- Ja naprawdę się cieszę, że ty żyjesz. Nawet nie wiesz jak bardzo sumienie mnie gryzło.
- To trzeba było nie strzelać. Na piętro.
Przez chwilę szli w milczeniu, po schodach. Kobieta zachowywała bezpieczny dystans, żeby miała czas na pociągnięcie za spust, gdyby Kuba zdecydował się ją zaatakować.
- Aśka, tyle wspaniałych chwil przeżyliśmy – spróbował raz jeszcze – Nie miałem lepszej przyjaciółki.
- Szkoda że wtedy o tym nie myślałeś.
- Wiesz dlaczego to zrobiłem? Wiesz?
- Nie i ani trochę mnie to nie obchodzi.
- Dla rodziny – odparł, mimo tego co powiedziała chwilę wcześniej – Gangsterzy zagrozili mi że zabiją moją żonę i syna, jeśli cię nie zastrzelę. Zrozum, ja musiałem...
- Nic nie musiałeś! Nie pomyślałeś żeby przyjść z tym do mnie? Byłam przecież twoją partnerką, nie zostawiłabym cię z tym samego! Ty chyba jednak mi nie ufałeś, skoro wolałeś wszystko sam załatwić...
- Teraz jest już za późno, nie cofnę czasu. Ale możesz mi jeszcze wybaczyć.
Na chwilę przystanęła. Ręka jej zadrżała, więc opuściła broń. Od czasu postrzału wspomnienia nie wywarły na niej tak silnego wrażenia jak teraz. W jej głowie zadźwięczały słowa Kuby sprzed kilku chwil. „Jeszcze się możesz wycofać”. Nie, nie mogła. Już było za późno, za daleko się posunęła by zawrócić z tej drogi. Oprzytomniała, kiedy Kuba zrobił krok w jej kierunku. Natychmiast podniosła broń i mocniej zacisnęła palce na rękojeści.
- Nie licz na to – rzuciła ostro – Otwórz drzwi.
Powoli odwrócił się w bok i nacisnął klamkę. Jego oczom ukazał się materac, na którym leżał nieprzytomny chłopiec. Obok leżały strzykawki, jedne już rozpakowane, inne jeszcze nie. Kuba natychmiast tam podbiegł, padł na kolana i przytulił swoje dziecko. Był blady i spocony. Mężczyzna potrząsał nim, chcąc go dobudzić, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Sprawdził puls, siedmiolatek jeszcze żył. Ze łzami w oczach, drżącymi wargami ucałował go w czoło, a następnie pogładził po włosach. Odwrócił się gwałtownie za siebie. Aśka stała w progu, opierała się o framugę.
- Właśnie dlatego nie mogę się wycofać – wyjaśniła cicho
- Ty... ty... - brakowało mu słów na to co zrobiło – Ty zajebana kurwo pierdolona! Jak mogłaś?! Jak mogłaś tak skrzywdzić niewinne dziecko?! Powiedz mi, co tobą kierowało jak mu dałaś narkotyki? No co? Nie zadrżała ci ręka, nie miałaś problemu by spojrzeć mu prosto w oczy? No powiedz to do cholery, no!
Nie patrzył już na nią tak jak wcześniej, z niepokojem czy jak na przyjaciółkę. Teraz jego oczy były pełne nienawiści, rozpętała się w nich piekielna burza, żądza zniszczenia tej, która skrzywdziła jego dziecko. Kiedy zobaczył ją w samochodzie to nie miał wątpliwości że jego syn jest cały i zdrowy. Był pewien że kobieta nie skrzywdzi dziecka, tym bardziej takiego, które dorastało także na jej oczach. Mylił się i to bardzo.
- Cały mój system wartości upadł i rozpadł się na tysiące małych kawałeczków, kiedy do mnie strzeliłeś. Straciłam wiarę w ten świat, straciłam wiarę w ludzi, straciłam wiarę w uczucia... Przy życiu trzymała mnie tylko zemsta. Zadarłeś ze mną, nie mogłam tego darować.
- Trzeba było skrzywdzić mnie, nie jego. Wiesz co? Jednak żałuję że cię nie zabiłem. Powinnaś smażyć się w piekle – rzucił jadowicie
- I vice versa. A teraz zrobisz to co ci każę albo cię zabiję. Weźmiesz strzykawkę...
- Oszalałaś?! - wypalił nagle – Mam podać narkotyki własnemu dziecku?! Aśka, ty... ty serca nie masz! Ty nic nie masz, ani trochę empatii, uczuć, nawet duszy!
- Ty to wszystko zniszczyłeś. A teraz rób co ci każę!
Drżącymi rękoma sięgnął po strzykawkę... by zaraz rzucić ją pod nogi blondynce.
- To strzelaj! No proszę, zabij mnie, ale tego nie zrobię!
- Mam lepszy pomysł. Zabiję jego.
Skierowała broń na chłopca. Kuba przez chwilę się wahał. Miał zrobić coś wbrew własnemu sumieniu czy pozwolić by kobieta zastrzeliła jego syna? A może tak będzie dla niego lepiej, żeby zginął zamiast żyć dalej z traumą? Przecież samo porwanie na zawsze odciśnie ślad na jego psychice, nie mówiąc już o wpływie narkotyków na jego dalszy rozwój. Wciąż klęcząc na ziemi, spuścił tylko głowę i przymknął oczy. Usłyszał strzał, a następnie kroki. Joasia podeszła do materaca, pochyliła się nad ciałem chłopca. Nie mogła uwierzyć że naprawdę to zrobiła. Zabiła niewinne dziecko, a wcześniej nafaszerowała go narkotykami. Spojrzała na Kubę, który cały czas klęczał nieruchomo, a następnie na broń, którą trzymała w ręce. Pot wystąpił jej na czoło, usta delikatnie uchyliły się, a oczy wytrzeszczyły nienaturalnie. Serce waliło jej jak młot. Teraz naprawdę zrozumiała co zrobiła.
- Aśka, nie rób tego – powiedział Kuba, kiedy zobaczył jak blondynka przystawia sobie broń do skroni
Nie odpowiedziała ani słowem. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, na jego oblicze pełne bólu i cierpienia.
- Jesteśmy partnerami.
- Jak możesz to mówić po tym wszystkim – wyszeptała, po czym pociągnęła za spust. Kuba jeszcze przez chwilę klęczał pomiędzy dwoma trupami, następnie wstał i na pozór spokojnie zadzwonił po kolegów. Wyznał całą prawdę, co wydarzyło się ponad dwa tygodnie temu na terenie starej fabryki i co stało się dzisiejszego ranka. Trafił do aresztu, czekał na proces. Śledztwo potwierdziło jego wersję wydarzeń – to Joasia zabiła chłopca, a potem popełniła samobójstwo. Na broni znaleziono tylko jej odciski palców. Kuba jednak nie doczekał rozprawy na sali sądowej. To wszystko przez co przeszedł nie dawało mu spokoju. Cały czas przed oczami miał te obrazki, co noc nie mógł zmrużyć oka, bo wtedy koszmar powracał. Był na skraju wyczerpania, spotkania z psychologiem w niczym mu nie pomagały. Dokładnie dwudziestego szóstego dnia w areszcie dołączył do swojej partnerki – popełnił samobójstwo.
wtorek, 22 lipca 2014
Partnerzy cz. 4
Dwa tygodnie nad morzem w towarzystwie żony i synka naprawdę dobrze mu zrobiły. Wygrzewając się w słońcu, na plaży, dotykając stopami gorącego piasku czy też pływając w letniej wodzie nie sposób było myśleć o pracy i nieprzyjemnych zdarzeniach ostatnich dni. Dawno nie czuł się tak dobrze. Najwięcej radości sprawiała mu obecność najbliższych. Samemu nie bawiłby się tak dobrze. Udało mu się oderwać od tego, co czeka go w Krakowie, przynajmniej na początku wyjazdu. Dopiero ostatniego dnia pobytu w nadmorskim kurorcie żona postanowiła porozmawiać z nim o tym, co się wydarzyło przed urlopem.
- Kuba – westchnęła, trącając go w rękę – Co jeśli spotka cię to samo co Asię?
- Skąd ten pomysł? - nie ukrywał zdziwienia pytaniem kobiety
- No wiesz, ci ludzie cię widzieli... Skoro chcieli ją zlikwidować to może z tobą będą chcieli zrobić to samo.
- Gdyby chcieli ją zlikwidować to najpierw by ją porwali, a potem zastrzelili – odparł chłodno – Po prostu nie chcieli dać się złapać, strzelali do niej by móc uciec, ale kula ją trafiła i sprawa się rypła. Nie widzieli mnie, pomyśleli że jest sama, więc wrzucili jej ciało do wody, by nie odpowiadać za zabójstwo.
- Czyli... jesteś bezpieczny?
- Tak. My jesteśmy bezpieczni – poprawił ją, delikatnie głaszcząc po włosach.
Kobieta odetchnęła z ulgą, ale nie na długo, gdyż zaraz w jej głowie pojawiło się nowe zmartwienie. Kuba, który myślał że to już koniec rozmowy, tym razem zdawał się być poirytowany.
- A co jeśli kiedyś na jednej z akcji...
- Nawet o tym nie myśl – przerwał jej, doskonale wiedząc co chce powiedzieć – Każdy kiedyś umrze, prędzej czy później. Fakt, mam niebezpieczną pracę, ale wcale nie muszę podczas niej zginąć. Równie dobrze może mnie potrącić samochód kiedy będę szedł do sklepu.
Magda pokiwała głową i przymknęła oczy.
- Jeśli chcesz to mogę złożyć podanie o przeniesienie.
- Nie, masz rację. Niepotrzebnie panikuję.
- Nic takiego nie powiedziałem.
- Ale tak pomyślałeś – rzuciła z pełnym przekonaniem o swojej racji – Inaczej nie tłumaczyłbyś mi że tak naprawdę wszędzie kryje się zagrożenie.
Minęło kilka tygodni. Wydawało się że wszystko wróciło do normalności, Kubie została przydzielona nowa partnerka. Znów młoda i ambitna, silna i zdecydowana, potrafiąca walczyć o swoje. Nawet trochę przypominała Joasię sprzed dziesięciu lat. Bywały takie kryzysowe momenty, kiedy chciał rzucić wszystko i wyznać całą prawdę, że to on odpowiada za śmierć dziewczyny. Wtedy myślał o rodzinie. Jak oni sobie bez niego poradzą? Jak będą żyli? Jak to wpłynie na rozwój dziecka, jeśli wcale nie będzie widywać ojca bądź raz czy dwa w miesiącu, ale tylko przez szybę? Nie mógł im tego zrobić, nie mógł ich zostawić.
Wraz z początkiem września jego syn poszedł do pierwszej klasy. Kuba z przyjemnością słuchał opowieści jak bardzo mu się podoba w szkole, że poznał nowych kolegów i że panie nauczycielki są sympatyczne. Na zmianę z żoną wieźli go i odbierali ze szkoły, zależnie od dnia tygodnia. Aż w końcu któregoś dnia, w połowie miesiąca, komisarz otrzymał wiadomość która zwaliła go z nóg.
- Tak, słucham? - chwilę później zbladł i osunął się na fotel przy swoim biurku – Co takiego?! Jak zniknął? Kiedy? Dobrze, zaraz będę.
Bez słowa wyjaśnienia wystrzelił jak z procy i wybiegł z komendy. Gnał do szkoły jak szalony, łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy. Wyprzedzał na podwójnej ciągłej i przejściu dla pieszych, znacznie przekroczył dozwoloną prędkość, wymuszał pierwszeństwo, a raz nawet cudem uniknął zderzenia z tramwajem. Niecały kwadrans później był na miejscu. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro, odszukał sekretariat. Stamtąd trafił do gabinetu dyrektora, gdzie siedziała już jego żona. Kiedy stanął w progu, podniosła się i podeszła do niego. Zamiast rzucić mu się na szyję, wzięła zamach i uderzyła go w twarz.
- To przez ciebie! Na pewno go porwali, przez tą twoją cholerną pracę! - wykrzyczała – Kto chce się na tobie zemścić? No kto?!
Od razu przyszło mu do głowy że to sprawka zleceniodawców zabójstwa Joasi. Nie mógł jednak powiedzieć o tym żonie ani nikomu innemu, bo wtedy wydałoby się kto jest winny śmierci policjantki.
- Uspokój się – wyminął ją i podszedł do biurka dyrektora – Jak to się stało?
- Była przerwa, a że jest ciepło to pani nauczycielka wyszła z dziećmi na dwór. Dwóch zaczęło się szamotać, więc podbiegła do nich, żeby ich rozdzielić i wyjaśnić co się stało. No co miała zrobić, stać i patrzeć jak się biją?
- Nie no, w porządku zareagowała. Ale co z resztą dzieci? Zostały bez opieki, tak? Taki był to problem żeby dwóch nauczycieli stało na podwórku?! Ale nie, bo lepiej siedzieć sobie w pokoju nauczycielskim i popijać kawkę!
- Proszę się uspokoić. Powiadomiliśmy już policję...
- Ja jestem z policji – drżącą ręką wyciągnął odznakę i pokazał ją dyrektorowi – Chcę zobaczyć to podwórko.
- Proszę – dyrektor wstał i przepuścił parę w drzwiach. Magda nie odzywała się ani słowem, tylko ocierała wilgotną już chusteczką kolejne łzy. Kuba dokładnie obejrzał placyk, na którym bawiły się dzieci na przerwie. Kawałek dalej rosły trzy, może cztery drzewa. Idealne miejsce. Ktoś mógł zwabić tam jego syna i stamtąd go porwać. To by tłumaczyło dlaczego nikt nic nie widział, tym bardziej że prawie wszystkich pochłonęło zamieszanie z rozpoczynającą się bójką.
- Cholera – zaklął pod nosem – Jest tutaj monitoring?
- Od strony podwórka nie ma.
Zacisnął tylko rękę w pięść i pokiwał głową. Obiecał że ktokolwiek spróbuje podnieść rękę na jego syna, poniesie karę. Starał się być jednak dobrej myśli. Jeśli porywaczowi chodziło o samego komisarza, a dziecko miało być jedynie przynętą, nie może mu się stać żadna krzywda. To samo powiedział żonie, lecz to nie zdołało jej przekonać do optymistycznego myślenia.
Ze szkoły pojechali do domu. Musieli wpuścić policjantów prowadzących sprawę i techników, by przygotować podsłuch w telefonie i sprzęt do lokalizacji, w razie gdyby porywacz się odezwał. To była jedyna nadzieja na odnalezienie chłopca – nie mieli żadnych świadków ani śladów, które wskazywałyby na jakiś konkretny trop.
Czas dłużył się niemiłosiernie, a niepewność i strach ciążyły na sercach rodziców porwanego dziecka. Kuba nie mógł wysiedzieć w domu, chciał spotkać się ze swoim zleceniodawcą, sprawdzić czy to nie on stoi za porwaniem. Ale nie miał wymówki, zresztą, nawet gdyby wyszedł w konkretnym celu to koledzy będą go śledzić. Miał tylko jedną możliwość... wyjść pod byle pretekstem i zgubić ogon.
- Muszę jeszcze pojechać do biura, muszę wytłumaczyć komendantowi swoją nieobecność.
Początkowo jechał w stronę komendy, wiedząc że za nim jedzie dwóch policjantów. Specjalnie potem odbił na stację benzynową, aby zobaczyć czy też zjadą. Tak się stało. Teraz już wiedział na który samochód musi uważać. Zatankował trochę, aby stworzyć pozory, po czym odjechał. A oni za nim, wrócili na drogę dwa pojazdy za jego samochodem. Kuba zobaczył że trafia mu się okazja by ich zgubić. Światło właśnie zmieniło się na żółte, a on już dojeżdżał do skrzyżowania. Zamiast wcisnąć hamulec, mocniej docisnął pedał gazu. Udało mu się. Pojechał dalej, podczas gdy samochody za nim zatrzymały się. Teraz mógł jechać gdziekolwiek chce.
Wcześniej nie pojawiał się w willi gangstera, w obawie że ktoś może go zobaczyć i powiązać to ze śmiercią jego partnerki. Teraz było mu wszystko jedno. Najważniejsze było dla niego by odnaleźć syna całego i zdrowego.
- Do prezesa – rzucił do jednego z goryli, który chwilę później zniknął za drzwiami. Drugi, który został przed domem, uważnie przyglądał się komisarzowi.
- No co jest? Pilną sprawę mam.
- Kuba? - poznał go po głosie – No co ty, nie pamiętasz mnie? Maciek Mielnik, ten co rozwalił biurko polonistki w gimnazjum.
- To naprawdę ty? - ucieszył się na jego widok – Widzisz, nie poznałem cię w tych krótkich włosach... W dłuższych było ci lepiej.
- Dobra, dobra. Co cię tu sprowadza? O ile wiem to pracujesz w policji... Chyba nie przychodzisz tu z nakazem aresztowania, co? - zaśmiał się pod nosem.
- Nie, ale... słuchaj – zniżył nagle głos i zbliżył swoją twarz do jego ucha – Powiedz mi tak po starej znajomości, czy twój szef ostatnio nie mówił czegoś o chłopcu albo dziecku, nie miał jakichś planów typu porwanie czy coś...
- Po starej znajomości – pokiwał głową, również mówiąc półszeptem – To nic nie mówił. Żadne porwania czy zabójstwa, zresztą, my w dzieciach nie gustujemy...
- No ale wiesz, porwanie dziecka żeby zmusić kogoś do współpracy...
- O to ci chodzi... Też mi o tym nie wiadomo.
- Dobra, dzięki – klepnął go w ramię i wykonał dwa kroki w tył. Chwilę później w drzwiach pojawił się drugi ochroniarz i poprosił go do środka. Zaprowadził go na górę, do biura prezesa. Po tym co Kuba usłyszał od starego znajomego spodziewał się przeczącej odpowiedzi, ale mimo wszystko postanowił zapytać.
- O co chodzi? Wykonał pan zlecenie, dostał pan zapłatę...
- Dobrze wiemy że nie zrobiłem tego dla pieniędzy. Obiecał pan dać spokój mojej rodzinie.
- I tego się trzymam. Zgodnie z umową nie podniosłem i nie podniosę ręki ani na pana, ani na pańską żonę, ani na pańskiego syna.
- No – pogroził mu palcem – Bo gdyby tylko jemu albo jej włos spadłby z głowy...
Gangster tylko się zaśmiał. A jeśli jednak porwał jego syna i teraz kłamie? Ale jaki miałby w tym cel? Gdyby miał ponownie zmusić Kubę do współpracy, musiałby się przyznać że ma jego dziecko. Wyglądało na to, że za porwaniem stoi ktoś inny. Tylko kto?
- Chętnie bym panu pomógł, ale – rozłożył bezradnie ręce – niestety, nie jest pan zainteresowany dalszą współpracą.
- Poradzę sobie.
Wracając do domu doszedł do wniosku, że jeśli nie jest to osoba, którą kiedyś wsadził za kratki, to ma to związek ze śmiercią Joasi. Ale kto mógłby chcieć ją pomścić? Przecież nie miała rodzeństwa, nie miała chłopaka, rodzice nie żyją, a z dalszą rodziną nie utrzymywała kontaktów. Bezradność go irytowała. Nawet nie wiedział czy jego syn jeszcze żyje, czy nic mu się nie stało. Najgorsze było jednak to czekanie. Każda kolejna minuta niepewności i nadziei kosztowała go sporo sił.
- Kuba – westchnęła, trącając go w rękę – Co jeśli spotka cię to samo co Asię?
- Skąd ten pomysł? - nie ukrywał zdziwienia pytaniem kobiety
- No wiesz, ci ludzie cię widzieli... Skoro chcieli ją zlikwidować to może z tobą będą chcieli zrobić to samo.
- Gdyby chcieli ją zlikwidować to najpierw by ją porwali, a potem zastrzelili – odparł chłodno – Po prostu nie chcieli dać się złapać, strzelali do niej by móc uciec, ale kula ją trafiła i sprawa się rypła. Nie widzieli mnie, pomyśleli że jest sama, więc wrzucili jej ciało do wody, by nie odpowiadać za zabójstwo.
- Czyli... jesteś bezpieczny?
- Tak. My jesteśmy bezpieczni – poprawił ją, delikatnie głaszcząc po włosach.
Kobieta odetchnęła z ulgą, ale nie na długo, gdyż zaraz w jej głowie pojawiło się nowe zmartwienie. Kuba, który myślał że to już koniec rozmowy, tym razem zdawał się być poirytowany.
- A co jeśli kiedyś na jednej z akcji...
- Nawet o tym nie myśl – przerwał jej, doskonale wiedząc co chce powiedzieć – Każdy kiedyś umrze, prędzej czy później. Fakt, mam niebezpieczną pracę, ale wcale nie muszę podczas niej zginąć. Równie dobrze może mnie potrącić samochód kiedy będę szedł do sklepu.
Magda pokiwała głową i przymknęła oczy.
- Jeśli chcesz to mogę złożyć podanie o przeniesienie.
- Nie, masz rację. Niepotrzebnie panikuję.
- Nic takiego nie powiedziałem.
- Ale tak pomyślałeś – rzuciła z pełnym przekonaniem o swojej racji – Inaczej nie tłumaczyłbyś mi że tak naprawdę wszędzie kryje się zagrożenie.
Minęło kilka tygodni. Wydawało się że wszystko wróciło do normalności, Kubie została przydzielona nowa partnerka. Znów młoda i ambitna, silna i zdecydowana, potrafiąca walczyć o swoje. Nawet trochę przypominała Joasię sprzed dziesięciu lat. Bywały takie kryzysowe momenty, kiedy chciał rzucić wszystko i wyznać całą prawdę, że to on odpowiada za śmierć dziewczyny. Wtedy myślał o rodzinie. Jak oni sobie bez niego poradzą? Jak będą żyli? Jak to wpłynie na rozwój dziecka, jeśli wcale nie będzie widywać ojca bądź raz czy dwa w miesiącu, ale tylko przez szybę? Nie mógł im tego zrobić, nie mógł ich zostawić.
Wraz z początkiem września jego syn poszedł do pierwszej klasy. Kuba z przyjemnością słuchał opowieści jak bardzo mu się podoba w szkole, że poznał nowych kolegów i że panie nauczycielki są sympatyczne. Na zmianę z żoną wieźli go i odbierali ze szkoły, zależnie od dnia tygodnia. Aż w końcu któregoś dnia, w połowie miesiąca, komisarz otrzymał wiadomość która zwaliła go z nóg.
- Tak, słucham? - chwilę później zbladł i osunął się na fotel przy swoim biurku – Co takiego?! Jak zniknął? Kiedy? Dobrze, zaraz będę.
Bez słowa wyjaśnienia wystrzelił jak z procy i wybiegł z komendy. Gnał do szkoły jak szalony, łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy. Wyprzedzał na podwójnej ciągłej i przejściu dla pieszych, znacznie przekroczył dozwoloną prędkość, wymuszał pierwszeństwo, a raz nawet cudem uniknął zderzenia z tramwajem. Niecały kwadrans później był na miejscu. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro, odszukał sekretariat. Stamtąd trafił do gabinetu dyrektora, gdzie siedziała już jego żona. Kiedy stanął w progu, podniosła się i podeszła do niego. Zamiast rzucić mu się na szyję, wzięła zamach i uderzyła go w twarz.
- To przez ciebie! Na pewno go porwali, przez tą twoją cholerną pracę! - wykrzyczała – Kto chce się na tobie zemścić? No kto?!
Od razu przyszło mu do głowy że to sprawka zleceniodawców zabójstwa Joasi. Nie mógł jednak powiedzieć o tym żonie ani nikomu innemu, bo wtedy wydałoby się kto jest winny śmierci policjantki.
- Uspokój się – wyminął ją i podszedł do biurka dyrektora – Jak to się stało?
- Była przerwa, a że jest ciepło to pani nauczycielka wyszła z dziećmi na dwór. Dwóch zaczęło się szamotać, więc podbiegła do nich, żeby ich rozdzielić i wyjaśnić co się stało. No co miała zrobić, stać i patrzeć jak się biją?
- Nie no, w porządku zareagowała. Ale co z resztą dzieci? Zostały bez opieki, tak? Taki był to problem żeby dwóch nauczycieli stało na podwórku?! Ale nie, bo lepiej siedzieć sobie w pokoju nauczycielskim i popijać kawkę!
- Proszę się uspokoić. Powiadomiliśmy już policję...
- Ja jestem z policji – drżącą ręką wyciągnął odznakę i pokazał ją dyrektorowi – Chcę zobaczyć to podwórko.
- Proszę – dyrektor wstał i przepuścił parę w drzwiach. Magda nie odzywała się ani słowem, tylko ocierała wilgotną już chusteczką kolejne łzy. Kuba dokładnie obejrzał placyk, na którym bawiły się dzieci na przerwie. Kawałek dalej rosły trzy, może cztery drzewa. Idealne miejsce. Ktoś mógł zwabić tam jego syna i stamtąd go porwać. To by tłumaczyło dlaczego nikt nic nie widział, tym bardziej że prawie wszystkich pochłonęło zamieszanie z rozpoczynającą się bójką.
- Cholera – zaklął pod nosem – Jest tutaj monitoring?
- Od strony podwórka nie ma.
Zacisnął tylko rękę w pięść i pokiwał głową. Obiecał że ktokolwiek spróbuje podnieść rękę na jego syna, poniesie karę. Starał się być jednak dobrej myśli. Jeśli porywaczowi chodziło o samego komisarza, a dziecko miało być jedynie przynętą, nie może mu się stać żadna krzywda. To samo powiedział żonie, lecz to nie zdołało jej przekonać do optymistycznego myślenia.
Ze szkoły pojechali do domu. Musieli wpuścić policjantów prowadzących sprawę i techników, by przygotować podsłuch w telefonie i sprzęt do lokalizacji, w razie gdyby porywacz się odezwał. To była jedyna nadzieja na odnalezienie chłopca – nie mieli żadnych świadków ani śladów, które wskazywałyby na jakiś konkretny trop.
Czas dłużył się niemiłosiernie, a niepewność i strach ciążyły na sercach rodziców porwanego dziecka. Kuba nie mógł wysiedzieć w domu, chciał spotkać się ze swoim zleceniodawcą, sprawdzić czy to nie on stoi za porwaniem. Ale nie miał wymówki, zresztą, nawet gdyby wyszedł w konkretnym celu to koledzy będą go śledzić. Miał tylko jedną możliwość... wyjść pod byle pretekstem i zgubić ogon.
- Muszę jeszcze pojechać do biura, muszę wytłumaczyć komendantowi swoją nieobecność.
Początkowo jechał w stronę komendy, wiedząc że za nim jedzie dwóch policjantów. Specjalnie potem odbił na stację benzynową, aby zobaczyć czy też zjadą. Tak się stało. Teraz już wiedział na który samochód musi uważać. Zatankował trochę, aby stworzyć pozory, po czym odjechał. A oni za nim, wrócili na drogę dwa pojazdy za jego samochodem. Kuba zobaczył że trafia mu się okazja by ich zgubić. Światło właśnie zmieniło się na żółte, a on już dojeżdżał do skrzyżowania. Zamiast wcisnąć hamulec, mocniej docisnął pedał gazu. Udało mu się. Pojechał dalej, podczas gdy samochody za nim zatrzymały się. Teraz mógł jechać gdziekolwiek chce.
Wcześniej nie pojawiał się w willi gangstera, w obawie że ktoś może go zobaczyć i powiązać to ze śmiercią jego partnerki. Teraz było mu wszystko jedno. Najważniejsze było dla niego by odnaleźć syna całego i zdrowego.
- Do prezesa – rzucił do jednego z goryli, który chwilę później zniknął za drzwiami. Drugi, który został przed domem, uważnie przyglądał się komisarzowi.
- No co jest? Pilną sprawę mam.
- Kuba? - poznał go po głosie – No co ty, nie pamiętasz mnie? Maciek Mielnik, ten co rozwalił biurko polonistki w gimnazjum.
- To naprawdę ty? - ucieszył się na jego widok – Widzisz, nie poznałem cię w tych krótkich włosach... W dłuższych było ci lepiej.
- Dobra, dobra. Co cię tu sprowadza? O ile wiem to pracujesz w policji... Chyba nie przychodzisz tu z nakazem aresztowania, co? - zaśmiał się pod nosem.
- Nie, ale... słuchaj – zniżył nagle głos i zbliżył swoją twarz do jego ucha – Powiedz mi tak po starej znajomości, czy twój szef ostatnio nie mówił czegoś o chłopcu albo dziecku, nie miał jakichś planów typu porwanie czy coś...
- Po starej znajomości – pokiwał głową, również mówiąc półszeptem – To nic nie mówił. Żadne porwania czy zabójstwa, zresztą, my w dzieciach nie gustujemy...
- No ale wiesz, porwanie dziecka żeby zmusić kogoś do współpracy...
- O to ci chodzi... Też mi o tym nie wiadomo.
- Dobra, dzięki – klepnął go w ramię i wykonał dwa kroki w tył. Chwilę później w drzwiach pojawił się drugi ochroniarz i poprosił go do środka. Zaprowadził go na górę, do biura prezesa. Po tym co Kuba usłyszał od starego znajomego spodziewał się przeczącej odpowiedzi, ale mimo wszystko postanowił zapytać.
- O co chodzi? Wykonał pan zlecenie, dostał pan zapłatę...
- Dobrze wiemy że nie zrobiłem tego dla pieniędzy. Obiecał pan dać spokój mojej rodzinie.
- I tego się trzymam. Zgodnie z umową nie podniosłem i nie podniosę ręki ani na pana, ani na pańską żonę, ani na pańskiego syna.
- No – pogroził mu palcem – Bo gdyby tylko jemu albo jej włos spadłby z głowy...
Gangster tylko się zaśmiał. A jeśli jednak porwał jego syna i teraz kłamie? Ale jaki miałby w tym cel? Gdyby miał ponownie zmusić Kubę do współpracy, musiałby się przyznać że ma jego dziecko. Wyglądało na to, że za porwaniem stoi ktoś inny. Tylko kto?
- Chętnie bym panu pomógł, ale – rozłożył bezradnie ręce – niestety, nie jest pan zainteresowany dalszą współpracą.
- Poradzę sobie.
Wracając do domu doszedł do wniosku, że jeśli nie jest to osoba, którą kiedyś wsadził za kratki, to ma to związek ze śmiercią Joasi. Ale kto mógłby chcieć ją pomścić? Przecież nie miała rodzeństwa, nie miała chłopaka, rodzice nie żyją, a z dalszą rodziną nie utrzymywała kontaktów. Bezradność go irytowała. Nawet nie wiedział czy jego syn jeszcze żyje, czy nic mu się nie stało. Najgorsze było jednak to czekanie. Każda kolejna minuta niepewności i nadziei kosztowała go sporo sił.
poniedziałek, 21 lipca 2014
Patrnerzy cz. 3
- Przyjechaliśmy na miejsce, nikogo nie było. Przynajmniej wszystko na to wskazywało. Rozdzieliliśmy się, ja wszedłem do budynku, ona została na zewnątrz – opowiadał wszystko niespełna godzinę później na komendzie – Usłyszałem strzały i dźwięk tłuczonej szyby. Natychmiast ruszyłem, ale kiedy wybiegłem na zewnątrz nie było już nikogo. Ani podejrzanego, ani Aśki.
- Co mogło się z nią stać?
- Nie wiem. Myślę że zastrzelił ją i wrzucił do rzeki. Nie wiem, może myślał że jest tu sama i chciał się pozbyć ciała... I wtedy usłyszałem warkot silnika. Nie zastanawiałem się długo, wskoczyłem za kierownicę i za nim. Ale mi uciekł, miał motor.
Wszyscy w biurze zdawali się być w szoku. Nie mogli mieć pewności że Joasia nie żyje, ale wszystko na to wskazywało. Nie mogli uwierzyć że nie ma już z nimi koleżanki, która spędziła tu aż dziesięć lat. Tylko Kuba mógł się pochwalić dłuższym stażem w biurze.
- Miała jeszcze tyle życia przed sobą – westchnął jeden z asystentów
- Jadę do domu – oznajmił komisarz, złapał za kurtkę i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Nie mógł znieść tej grobowej ciszy. Chociaż i tak była lepsza niż kolejne pytania o zdarzenia na miejscu zbrodni. Wystarczył tylko jeden fałszywy ruch, jedno niewłaściwe słowo, a już mógłby zaplątać się w swoich zeznaniach. Teraz potrzebował tylko potwierdzenia że kobieta nie żyje. Wtedy tylko on sam sobie będzie mógł zaszkodzić.
Kiedy wrócił do domu, Magda już spała. Z uśmiechem na twarzy musnął jej policzek opuszkami palców, po czym nachylił się nad nią i pocałował w czoło. Rodzina była dla niego całym światem. Oszalałby, gdyby cokolwiek stało się jej albo ich synkowi. Westchnął cicho i poszedł wziąć prysznic. To nie był dobry dzień. Wciąż jeszcze do niego nie docierało że to zrobił. Że zabił swoją partnerkę.
Byli tam, na miejscu. Celował do niej, kiedy stała na skraju placu, odwrócona tyłem do niego. Zapewne nie spodziewała się tego, co za chwilę się wydarzy. Patrzyła w rzekę jak zaczarowana. Kuba mocniej zacisnął palce na rękojeści pistoletu. Mimo że w środku cały drżał na myśl o tym co za chwilę zrobi, pewnie trzymał broń. W końcu tyle razy już strzelał do przestępców, dlaczego tym razem miałby nie strzelić do Joasi?
- Kuba! - zawołała go, lecz on ani drgnął – Kuba!
Odwróciła się i wtedy zobaczyła że celuje do niej. Prosto w serce. Opuścił trochę wzrok, aby nie patrzyć jej prosto w oczy. Nie mógłby pociągnąć za spust, utrzymując kontakt wzrokowy. Zbyt wiele razem przeżyli. A teraz... teraz mógł sobie wyobrazić że ma przed sobą przestępcę, który chce go zabić.
- Kuba! Co to ma znaczyć?!
Zacisnął zęby i pociągnął za spust. Wtedy stało się coś, czego wcale się nie spodziewał. Kobieta do której strzelił nie była już jego partnerką. Natychmiast rozpoznał jej twarz. To była jego żona! Ta dla której poświęciłby wszystko, którą kochał ponad życie! Teraz było już za późno. Mógł tylko bezradnie patrzeć jak na ubraniu pojawia się czerwona plama krwi, kobieta traci równowagę, spada w dół i znika mu z oczu.
- Nie! - wykrzyczał na całe gardło, ile tylko miał sił w płucach
Gwałtownie otworzył oczy, oddychając ciężko. Przez chwilę widział tylko ciemność, dopiero potem jego źrenice przyzwyczaiły się do otoczenia. Był cały zalany potem.
- Wieczorny prysznic szlag trafił – pomyślał.
Był w swojej sypialni. Przekręcił głowę w bok, aby upewnić się że żona leży tuż obok, że nic jej nie jest i śpi słodko niczego nieświadoma. Odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się iż to był tylko zły sen. Ale wtedy też zrozumiał, że zastrzelił Aśkę. Ona nie żyje i to z jego powodu. Odnalezienie jej ciała to tylko formalność, a może i nie. Nie wiadomo jak daleko nurt Wisły zniósł jej ciało. Może być niecały kilometr od miejsca zdarzenia, a równie dobrze ponad dziesięć kilometrów stąd, poza miastem.
- Trudno, będę smażył się w piekle – nie chciał rozpamiętywać czy analizować tego co się wydarzyło. Tego już nie można odwrócić. Wszedł na drogę, którą będzie musiał kroczyć już do samego końca. Na zawsze będzie miał jej krew na rękach. Musi z tym żyć. Ma rodzinę, która go potrzebuje i to właśnie dla nich musi być silny.
Mieli zaplanowany romantyczny wieczór z nadzieją na upojną noc. Kuba już wcześniej wrócił z pracy, chcąc wszystko przygotować. Synek był u teściów, zaś Magda miała przyjechać za niecałą godzinę. Miał trochę czasu by nakryć do stołu, zamówić jedzenie z restauracji i wziąć prysznic. Nie mógł się doczekać, kiedy będą sami, tylko we dwoje. Już dawno nie mieli takiej okazji. Wraz z upływem czasu coraz bardziej się niecierpliwił. Często zaglądał przez okno, często spoglądał na zegarek. Aż w końcu któregoś razu, kiedy wrócił do salonu, zastał tam Aśkę. Podpierała się rękami o stół, wzrokiem śledziła każdy ruch mężczyzny.
- Czego chcesz? - rzucił, dając jej do zrozumienia że nie jest mile widzianym gościem
- Porozmawiać z twoją żoną. Powinna wiedzieć że sypia z mordercą.
- Ani mi się waż. Tylko piśniesz jej słówko... - zagroził, sięgając po broń
- To co? Znowu mnie zastrzelisz? - odparła drwiącym tonem
- No chyba mi nie powiesz że jesteś jak kot i masz dziewięć żyć.
- A może tak jest?
- To pozbawię cię ich wszystkich. Nikt nigdy się nie dowie co naprawdę się wtedy wydarzyło.
- Mylisz się. Wszyscy się dowiedzą, cały świat. Skończysz w piekle.
- Nie pozwolę ci na to.
Sięgnął po broń i oddał trzy strzały w jej kierunku. Ani drgnęła. Wszystkie trzy kule przeszły ją na wylot, ale żadna jej nie zraniła.
- Co jest kurwa? - spojrzał z niedowierzaniem na pistolet, który trzymał w ręce.
- Ty idioto – zaczęła się śmiać – Ją mogłeś zabić, ale nie mnie. Własnego sumienia nie uciszysz, choćbyś zabił samego siebie.
- Co ty pieprzysz?! Co ty do jasnej cholery pieprzysz?! - rzucił się na nią i zaczął dusić. Ale ona ciągle się śmiała, jego działania nie przyniosły żadnych efektów. Spróbował więc czego innego. Zaczął ją rozbierać, licząc że teraz dziewczyna ucieknie. Ale nic z tych rzeczy. Ściągał z niej kolejne ubrania, a w ich miejsce pojawiały się nowe, takie same.
- Daj mi spokój! Daj mi do cholery spokój!
Złapała go za ramiona i zaczęła potrząsać. Obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny, a głos uwiązł mu w gardle...
- Kuba! Obudź się!
Magda wciąż go potrząsała, ale bez skutku. Nie pozostawił jej wyboru. Podniosła rękę, zamachnęła się i uderzyła go w twarz.
- Ała! - krzyknął, otwierając w końcu oczy
- No, nareszcie – odetchnęła – Strasznie się wierciłeś przez sen, nie mogłam cię dobudzić.
- Sen? - spytał lekko oszołomiony.
- Tak, sen.
- Sen – powtórzył, tym razem spokojniej – Jak to dobrze...
- Co się dzieje? Nigdy cię nie widziałam w takim stanie.
Nie odpowiedział ani słowem. Pocałował ją w policzek, powoli podniósł się na nogi i poszedł do łazienki, aby wziąć prysznic. Nie chciał jej teraz mówić że Aśka nie żyje. Chciał odczekać kilka dni by się upewnić, że kobieta jest martwa.
W łazience stanął przed lustrem i spojrzał sobie prosto w oczy. Znieruchomiał na chwilę. Właśnie stanął oko w oko z mordercą, z mężczyzną który zabił swoją przyjaciółkę.
- Coś ty kurwa najlepszego zrobił... - wyszeptał, kiwając nieznacznie głową.
Poszukiwania ciała Joasi zakończono po trzech dniach. Na dnie rzeki znaleziono jedynie broń, lecz na nic się to nie zdało, gdyż woda zmyła odciski palców. Ponieważ kobieta nie pojawiła się ani na komendzie, ani w mieszkaniu, uznano że nie żyje, a nurt zniósł jej ciało gdzieś daleko. Dalsze poszukiwania mogłyby trwać zbyt długo i okazać się zbyt kosztowne.
Kuba dostał urlop. Wszyscy współczuli mu po śmierci partnerki, nie wiedząc że to z jego ręki zginęła. On sam miał mieszane uczucia. Liczył na to że uda mu się zresetować nad morzem, gdzie wybierał się wraz z żoną i synkiem by odpocząć. Zanim jednak wyjechali, policjant spotkał się za miastem z pewnym tajemniczym mężczyzną. Kuba zaparkował samochód przy wjeździe do lasu, gdzie stał już srebrny mercedes. Wszedł w głąb, między drzewa. Po dziesięciu minutach marszu dostrzegł mężczyznę, z którym widział się już wcześniej, przed zastrzeleniem Joanny.
- Dobra robota – podszedł do Kuby i rzucił mu pod nogi torbę
- Co to?
- Twoje wynagrodzenie, zgodnie z umową. Trzysta tysięcy, jak chcesz to przelicz.
- Nie trzeba.
Skrzywił się nieznacznie i podniósł torbę.
- Mam nadzieję że już nigdy się nie spotkamy – rzucił w stronę mężczyzny
- Ja też nie – odparł, odwróciwszy się na pięcie.
Kiedy Kuba wrócił do swojego samochodu, mercedesa już nie było. Wrzucił torbę do bagażnika i pojechał do najbliższego sklepu. Kupił pół litra wódki i zapałki. Następnie pojechał do starej fabryki, tam gdzie zastrzelił Joasię. Wyciągnął torbę z pieniędzmi, rzucił ją na betonową nawierzchnię, a następnie wylał na nią wódkę. Spojrzał jeszcze raz na banknoty, pokręcił głową i sięgnął po zapałki. Nie chciał tych pieniędzy, wziął je tylko dla niepoznaki, żeby tamci nie podejrzewali że chce się do wszystkiego przyznać. Zresztą, wcale nie miał takiego zamiaru, ale dziwne wydałoby się gdyby nie wziął pieniędzy za morderstwo, które mu zlecili.
Z bólem w sercu patrzył jak ogień zajmuje torbę, jak tysiące stuzłotowych banknotów ginie w ogniu. Żal nie pojawił się z powodu wartości materialnej, lecz z powodu jego samego. Właśnie tak jak ogień pochłaniał te papierki, tak samo ogień piekielny pochłonie jego duszę.
- Co mogło się z nią stać?
- Nie wiem. Myślę że zastrzelił ją i wrzucił do rzeki. Nie wiem, może myślał że jest tu sama i chciał się pozbyć ciała... I wtedy usłyszałem warkot silnika. Nie zastanawiałem się długo, wskoczyłem za kierownicę i za nim. Ale mi uciekł, miał motor.
Wszyscy w biurze zdawali się być w szoku. Nie mogli mieć pewności że Joasia nie żyje, ale wszystko na to wskazywało. Nie mogli uwierzyć że nie ma już z nimi koleżanki, która spędziła tu aż dziesięć lat. Tylko Kuba mógł się pochwalić dłuższym stażem w biurze.
- Miała jeszcze tyle życia przed sobą – westchnął jeden z asystentów
- Jadę do domu – oznajmił komisarz, złapał za kurtkę i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Nie mógł znieść tej grobowej ciszy. Chociaż i tak była lepsza niż kolejne pytania o zdarzenia na miejscu zbrodni. Wystarczył tylko jeden fałszywy ruch, jedno niewłaściwe słowo, a już mógłby zaplątać się w swoich zeznaniach. Teraz potrzebował tylko potwierdzenia że kobieta nie żyje. Wtedy tylko on sam sobie będzie mógł zaszkodzić.
Kiedy wrócił do domu, Magda już spała. Z uśmiechem na twarzy musnął jej policzek opuszkami palców, po czym nachylił się nad nią i pocałował w czoło. Rodzina była dla niego całym światem. Oszalałby, gdyby cokolwiek stało się jej albo ich synkowi. Westchnął cicho i poszedł wziąć prysznic. To nie był dobry dzień. Wciąż jeszcze do niego nie docierało że to zrobił. Że zabił swoją partnerkę.
Byli tam, na miejscu. Celował do niej, kiedy stała na skraju placu, odwrócona tyłem do niego. Zapewne nie spodziewała się tego, co za chwilę się wydarzy. Patrzyła w rzekę jak zaczarowana. Kuba mocniej zacisnął palce na rękojeści pistoletu. Mimo że w środku cały drżał na myśl o tym co za chwilę zrobi, pewnie trzymał broń. W końcu tyle razy już strzelał do przestępców, dlaczego tym razem miałby nie strzelić do Joasi?
- Kuba! - zawołała go, lecz on ani drgnął – Kuba!
Odwróciła się i wtedy zobaczyła że celuje do niej. Prosto w serce. Opuścił trochę wzrok, aby nie patrzyć jej prosto w oczy. Nie mógłby pociągnąć za spust, utrzymując kontakt wzrokowy. Zbyt wiele razem przeżyli. A teraz... teraz mógł sobie wyobrazić że ma przed sobą przestępcę, który chce go zabić.
- Kuba! Co to ma znaczyć?!
Zacisnął zęby i pociągnął za spust. Wtedy stało się coś, czego wcale się nie spodziewał. Kobieta do której strzelił nie była już jego partnerką. Natychmiast rozpoznał jej twarz. To była jego żona! Ta dla której poświęciłby wszystko, którą kochał ponad życie! Teraz było już za późno. Mógł tylko bezradnie patrzeć jak na ubraniu pojawia się czerwona plama krwi, kobieta traci równowagę, spada w dół i znika mu z oczu.
- Nie! - wykrzyczał na całe gardło, ile tylko miał sił w płucach
Gwałtownie otworzył oczy, oddychając ciężko. Przez chwilę widział tylko ciemność, dopiero potem jego źrenice przyzwyczaiły się do otoczenia. Był cały zalany potem.
- Wieczorny prysznic szlag trafił – pomyślał.
Był w swojej sypialni. Przekręcił głowę w bok, aby upewnić się że żona leży tuż obok, że nic jej nie jest i śpi słodko niczego nieświadoma. Odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się iż to był tylko zły sen. Ale wtedy też zrozumiał, że zastrzelił Aśkę. Ona nie żyje i to z jego powodu. Odnalezienie jej ciała to tylko formalność, a może i nie. Nie wiadomo jak daleko nurt Wisły zniósł jej ciało. Może być niecały kilometr od miejsca zdarzenia, a równie dobrze ponad dziesięć kilometrów stąd, poza miastem.
- Trudno, będę smażył się w piekle – nie chciał rozpamiętywać czy analizować tego co się wydarzyło. Tego już nie można odwrócić. Wszedł na drogę, którą będzie musiał kroczyć już do samego końca. Na zawsze będzie miał jej krew na rękach. Musi z tym żyć. Ma rodzinę, która go potrzebuje i to właśnie dla nich musi być silny.
Mieli zaplanowany romantyczny wieczór z nadzieją na upojną noc. Kuba już wcześniej wrócił z pracy, chcąc wszystko przygotować. Synek był u teściów, zaś Magda miała przyjechać za niecałą godzinę. Miał trochę czasu by nakryć do stołu, zamówić jedzenie z restauracji i wziąć prysznic. Nie mógł się doczekać, kiedy będą sami, tylko we dwoje. Już dawno nie mieli takiej okazji. Wraz z upływem czasu coraz bardziej się niecierpliwił. Często zaglądał przez okno, często spoglądał na zegarek. Aż w końcu któregoś razu, kiedy wrócił do salonu, zastał tam Aśkę. Podpierała się rękami o stół, wzrokiem śledziła każdy ruch mężczyzny.
- Czego chcesz? - rzucił, dając jej do zrozumienia że nie jest mile widzianym gościem
- Porozmawiać z twoją żoną. Powinna wiedzieć że sypia z mordercą.
- Ani mi się waż. Tylko piśniesz jej słówko... - zagroził, sięgając po broń
- To co? Znowu mnie zastrzelisz? - odparła drwiącym tonem
- No chyba mi nie powiesz że jesteś jak kot i masz dziewięć żyć.
- A może tak jest?
- To pozbawię cię ich wszystkich. Nikt nigdy się nie dowie co naprawdę się wtedy wydarzyło.
- Mylisz się. Wszyscy się dowiedzą, cały świat. Skończysz w piekle.
- Nie pozwolę ci na to.
Sięgnął po broń i oddał trzy strzały w jej kierunku. Ani drgnęła. Wszystkie trzy kule przeszły ją na wylot, ale żadna jej nie zraniła.
- Co jest kurwa? - spojrzał z niedowierzaniem na pistolet, który trzymał w ręce.
- Ty idioto – zaczęła się śmiać – Ją mogłeś zabić, ale nie mnie. Własnego sumienia nie uciszysz, choćbyś zabił samego siebie.
- Co ty pieprzysz?! Co ty do jasnej cholery pieprzysz?! - rzucił się na nią i zaczął dusić. Ale ona ciągle się śmiała, jego działania nie przyniosły żadnych efektów. Spróbował więc czego innego. Zaczął ją rozbierać, licząc że teraz dziewczyna ucieknie. Ale nic z tych rzeczy. Ściągał z niej kolejne ubrania, a w ich miejsce pojawiały się nowe, takie same.
- Daj mi spokój! Daj mi do cholery spokój!
Złapała go za ramiona i zaczęła potrząsać. Obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny, a głos uwiązł mu w gardle...
- Kuba! Obudź się!
Magda wciąż go potrząsała, ale bez skutku. Nie pozostawił jej wyboru. Podniosła rękę, zamachnęła się i uderzyła go w twarz.
- Ała! - krzyknął, otwierając w końcu oczy
- No, nareszcie – odetchnęła – Strasznie się wierciłeś przez sen, nie mogłam cię dobudzić.
- Sen? - spytał lekko oszołomiony.
- Tak, sen.
- Sen – powtórzył, tym razem spokojniej – Jak to dobrze...
- Co się dzieje? Nigdy cię nie widziałam w takim stanie.
Nie odpowiedział ani słowem. Pocałował ją w policzek, powoli podniósł się na nogi i poszedł do łazienki, aby wziąć prysznic. Nie chciał jej teraz mówić że Aśka nie żyje. Chciał odczekać kilka dni by się upewnić, że kobieta jest martwa.
W łazience stanął przed lustrem i spojrzał sobie prosto w oczy. Znieruchomiał na chwilę. Właśnie stanął oko w oko z mordercą, z mężczyzną który zabił swoją przyjaciółkę.
- Coś ty kurwa najlepszego zrobił... - wyszeptał, kiwając nieznacznie głową.
Poszukiwania ciała Joasi zakończono po trzech dniach. Na dnie rzeki znaleziono jedynie broń, lecz na nic się to nie zdało, gdyż woda zmyła odciski palców. Ponieważ kobieta nie pojawiła się ani na komendzie, ani w mieszkaniu, uznano że nie żyje, a nurt zniósł jej ciało gdzieś daleko. Dalsze poszukiwania mogłyby trwać zbyt długo i okazać się zbyt kosztowne.
Kuba dostał urlop. Wszyscy współczuli mu po śmierci partnerki, nie wiedząc że to z jego ręki zginęła. On sam miał mieszane uczucia. Liczył na to że uda mu się zresetować nad morzem, gdzie wybierał się wraz z żoną i synkiem by odpocząć. Zanim jednak wyjechali, policjant spotkał się za miastem z pewnym tajemniczym mężczyzną. Kuba zaparkował samochód przy wjeździe do lasu, gdzie stał już srebrny mercedes. Wszedł w głąb, między drzewa. Po dziesięciu minutach marszu dostrzegł mężczyznę, z którym widział się już wcześniej, przed zastrzeleniem Joanny.
- Dobra robota – podszedł do Kuby i rzucił mu pod nogi torbę
- Co to?
- Twoje wynagrodzenie, zgodnie z umową. Trzysta tysięcy, jak chcesz to przelicz.
- Nie trzeba.
Skrzywił się nieznacznie i podniósł torbę.
- Mam nadzieję że już nigdy się nie spotkamy – rzucił w stronę mężczyzny
- Ja też nie – odparł, odwróciwszy się na pięcie.
Kiedy Kuba wrócił do swojego samochodu, mercedesa już nie było. Wrzucił torbę do bagażnika i pojechał do najbliższego sklepu. Kupił pół litra wódki i zapałki. Następnie pojechał do starej fabryki, tam gdzie zastrzelił Joasię. Wyciągnął torbę z pieniędzmi, rzucił ją na betonową nawierzchnię, a następnie wylał na nią wódkę. Spojrzał jeszcze raz na banknoty, pokręcił głową i sięgnął po zapałki. Nie chciał tych pieniędzy, wziął je tylko dla niepoznaki, żeby tamci nie podejrzewali że chce się do wszystkiego przyznać. Zresztą, wcale nie miał takiego zamiaru, ale dziwne wydałoby się gdyby nie wziął pieniędzy za morderstwo, które mu zlecili.
Z bólem w sercu patrzył jak ogień zajmuje torbę, jak tysiące stuzłotowych banknotów ginie w ogniu. Żal nie pojawił się z powodu wartości materialnej, lecz z powodu jego samego. Właśnie tak jak ogień pochłaniał te papierki, tak samo ogień piekielny pochłonie jego duszę.
czwartek, 17 lipca 2014
Partnerzy cz. 2
Joasia zawsze miała Kubę za porządnego faceta. Cenił takie wartości jak rodzina, przyjaźń czy wierność, miał swoje zasady których zawsze się trzymał. Choć nie wyglądał na miłego i pomocnego, były to tylko mylne pozory. W każdej chwili mogła zwrócić się do niego z prośbą o pomoc – nigdy nie odmówił. Kiedy tylko miała okazję, z przyjemnością angażowała się w jego sprawy, jeśli ją o to prosił. Wolała jednak nie mieć zbyt dużo szans by się odwdzięczyć – lepiej byłoby gdyby Kuba wcale nie miał problemów.
Blondynka zaprzyjaźniła się także z jego żoną partnera. Magda Jarząbek, na co dzień pracująca jako scenarzystka w znanym z telewizji tasiemcu, dała się poznać jako ciepła, wyrozumiała i wrażliwa kobieta. Doskonale sprawdzała się nie tylko w swojej pracy, ale także jako żona, matka oraz pani domu. Nic dziwnego że Kuba nie zamieniłby jej na żadną inną kobietę na tym świecie.
Mężczyzna sporą wagę przywiązywał do utrzymywania wysokiej formy. W każdy sobotni poranek wychodził z domu z rowerem i pokonywał dystans minimum piętnaście kilometrów. Początkowo narzekał na brak towarzystwa, jednak kiedy zaczęły układać się jego relacje z Joasią, postanowił że to ona będzie z nim jeździć. Na początku była przeciwna temu pomysłowi, starała się ignorować regularne, cotygodniowe, uporczywe dzwonienie do drzwi kwadrans przed siódmą rano.
- Kuba, błagam cię. Od poniedziałku do piątku wstaję rano do pracy, daj mi chociaż w sobotę się wyspać – mówiła za każdym razem
- Wyśpisz się na tamtym świecie. Zbieraj się, jedziemy.
Na początku jego próby nie przynosiły skutku, Joasia i tak zostawała w domu. Ale jak to mówią, kropla drąży skałę. W końcu kobieta dała za wygraną, przygotowała się na sobotni poranek. Kuba wcale nie był zaskoczony. Wiedział że prędzej czy później do tego dojdzie.
Minęło trochę czasu nim Joasia przywykła do dystansu. Na początku potrzebowała przerw, ale kiedy już weszła w rytm, zasugerowała nawet wydłużenie trasy do dwudziestu kilometrów. Tak też zrobili. Kuba cały czas notował w zeszycie dane na temat przebiegu przejazdu – czas rozpoczęcia, czas jazdy, średnia prędkość, maksymalna prędkość, ilość postojów, długość postojów, spożyte płyny, ilość spożywanych płynów, rodzaj nawierzchni, warunki pogodowe i jeszcze kilka mało lub mniej istotnych szczegółów.
- Że tak tobie się chce – westchnęła Joasia, zmęczona jeszcze wczorajszymi przesłuchaniami – Nie wystarczy zapisać dystans i czas jazdy?
- Wyobraź sobie że nie – wyszczerzył zęby, pochylając się niżej nad kierownicą – Cholerny wiatr, że też musi wiać nam w oczy...
- Za jakieś dwa kilometry zmieniamy kierunek i będziemy mieli w plecy.
- Tyle dobrze – westchnął – Kiedy zaczynałem jakieś piętnaście lat temu to miałem problem żeby chociaż kilometr przejechać pod wiatr... Sprawdzę w domu ile dokładnie, mam zapisane w zeszycie.
- Żartujesz! - wyrwało się jej – Naprawdę masz zapiski sprzed piętnastu lat?
- Tak. Kiedyś ci pokażę, bo widzę że mi nie wierzysz...
- W osiem lat bym uwierzyła, ale piętnaście... - skrzywiła się lekko
- Nie gadaj tyle, niepotrzebnie tracisz siły – pokazał jej język
- Ty gadasz więcej!
- Ale ja jestem w lepszej kondycji.
- Tak? - uśmiechnęła się chytrze – No to się ścigamy!
Momentalnie zaczęła szybciej kręcić pedałami i odjeżdżać od partnera. Kuba pozwolił jej wyrobić sobie przewagę, zanim rzucił się w pogoń. Z pełnym spokojem, pewny siebie, wrzucił wyższy bieg. Wstał z siodełka, aby wspomóc się siłą grawitacji przy napędzaniu, tak jak robią to kolarze. Dodatkowo tak jak zawodowcy, przechylał rower na przeciwne strony – kiedy naciskał lewy pedał to przechylał go na prawo i odwrotnie. W ten sposób wykorzystywał także siłę rąk, pracował całym ciałem. Z satysfakcją obserwował jak różnica odległości między nim a blondynką maleje. Jednak kiedy zmniejszyła się ona o połowę, odpuścił. Wrócił na siodełko i ograniczył się jedynie do niskiego pochylenia nad ramą i kierownicą, aby zredukować powierzchnię, na którą będzie działał opór. Dzięki temu wolniej wytracał prędkość.
- Czasem trzeba dać kobiecie wygrać – pomyślał sobie, zanim odpuścił. Miał jeszcze siły, mógłby ją wyprzedzić, ale zdecydował się dać jej tę satysfakcję.
- No i co? - Joasia zwolniła trochę, aby Kuba mógł się z nią zrównać – Nie dałeś rady?
- Albo mam gorszy dzień, albo zrobiłaś spore postępy.
- No widzisz – uśmiechnęła się i wyprostowała dumnie.
Po powrocie do swoich domów odprawili cotygodniowy rytuał – czyli prysznic i zmiana ubrań. Punktualnie o dziesiątej oboje pojawili się na komendzie. Choć zwykle soboty mieli wolne, tym razem musieli napisać raport z wczorajszej akcji. Stary nie pozwolił poczekać im do poniedziałku – w ten oto sposób zmuszeni byli stawić się tego dnia na komendzie.
Joasia skończyła trochę wcześniej, lecz zanim wybrała się do domu udała się jeszcze do pobliskiego sklepu. Zrobiła niewielkie zakupy. W drodze powrotnej, gdy już prawie była pod komendą, przechodziła na ulicę. Wtedy z piskiem opon wyjechał jakiś czarny samochód, jechał prosto na nią. Blondynka instynktownie odskoczyła w bok, wylądowała na masce innego pojazdu. Kiedy się podniosła, zobaczyła że samochód się zatrzymał kilka centymetrów przed miejscem, w którym przechodziła.
- Kuba! - rzuciła z wściekłością, kiedy zobaczyła kto siedzi za kierownicą – Zwariowałeś?!
- No co, myślisz że bym cię przejechał? - odparł przez otwarte okno
- A skąd miałam wiedzieć że to ty? Nigdy nie widziałam cię w tym samochodzie.
- Tak w ogóle to do twarzy ci z tym jogurtem – zaśmiał się głośno
Dopiero teraz kobieta zorientowała się, że cała zawartość kubka wylądowała na jej bluzce. Westchnęła tylko głośno, podnosząc głowę ku niebu.
- Oddam ci za pranie i za jogurt, ale po niedzieli, bo teraz się spieszę. Pa!
Pomachał jej ręką na pożegnanie, po czym odjechał. Joasia pokręciła głową. Musiał się pochwalić nowym samochodem... ale dlaczego akurat w taki sposób? Może to była zemsta za to że przedwczoraj dla żartu podała mu posoloną kawę?
Tydzień później Joanna i Kuba znów spotkali się z rana na rowerach. Mężczyzna z pasją opowiadał jak wczorajsze wolne poświęcił na konserwację sprzętu – jak sprawdzał hamulce, jak sprawdził ciśnienie w oponach i zdecydował że trzeba je zwiększyć czy też jak dokładnie i czym wyczyścił rower. Ale najbardziej był dumny ze smarowania łańcucha, gdyż zakupił nowy, droższy smar i teraz właśnie miał okazję go wypróbować.
- A ty? Kiedy ostatni raz odświeżyłaś swój pojazd?
- Ja się takimi rzeczami nię zajmuję – odpowiedziała spokojnie – Daję go do serwisu.
- Yhym... a kiedy ostatni raz dałaś?
- Poczekaj... niech no pomyślę...
- Nie zapisujesz takich rzeczy?! - nie ukrywał swojego zdziwienia
- No nie, nie jestem profesjonalistką jak ty – wzruszyła ramionami – Nie myślałeś kiedyś by zostać kolarzem?
- Kiedyś tak, ale teraz na to za późno.
I stało się to, czego Kuba tak bardzo się obawiał. Awaria nie nastąpiła jednak w jego rowerze, tylko w rowerze Joasi. Przy większym nacisku na pedały łańcuch zleciał na niższą zębatkę, nogi ześlizgnęły się jej z pedałów, ona sama straciła równowagę, co zakończyło się bolesnym upadkiem. Kuba momentalnie zacisnął rączki hamulców, aż zblokował tylne koło i starł trochę oponę.
- Nic ci nie jest?
- Tylko trochę się poobijałam... no i starłam łokieć.
- Pokaż.
Obejrzał ranę, zabrał rowery na pobocze, a następnie wyjął z plecaka apteczkę i opatrzył łokieć partnerki. Tym razem skrócili trasę do dwunastu kilometrów i zmniejszyli tempo na pozostałej części dystansu.
- Widzisz... na własnej skórze się przekonałaś dlaczego trzeba regularnie dbać o sprzęt.
- Na przyszłość będę pamiętać. No ale kurde, przez dziesięć lat nic takiego mi się nie zdarzyło...
- Ja kiedyś miałem uślizg przedniego koła i się nie wybroniłem. Też się dziwiłem, że ogromne doświadczenie, a tu coś takiego... Wypadków nie da się przewidzieć.
- No tak... racja.
W kolejnym tygodniu rozpoczęli nowe śledztwo. Z Wisły wyłowiono trupa, utopił się. Sekcja wykazała jednak, że nie stało się to w rzece – woda w płucach wskazywała na to, że mężczyzna został utopiony w wannie, a dopiero potem wrzucony do rzeki. Joanna i Kuba trafili w końcu na trop podejrzanego, ale wciąż nie mogli go odnaleźć. Był czwartkowy wieczór, blondynka bawiła się długopisem w biurze, kiedy jej partner wpadł tam jak burza.
- Namierzyliśmy go.
- Gdzie?
- Stara fabryka za miastem.
Pojechali samochodem Jakuba. Powoli i uważnie rozejrzeli się po okolicy, ale nie było tam żadnego śladu żywej duszy. Asia podeszła na skraj placu. Przez chwilę patrzyła się nad płynącą w Wiśle wodę. Czy to możliwe żeby podejrzany był tutaj wcześniej i uciekł na drugą stronę rzeki albo nawet przepłynął nią kawałek? Nurt zdawał się być zbyt silny, ale... mógł postawić wszystko na jedną kartę, wskoczyć i dać się ponieść kilkaset metrów, może nawet kilometr lub dwa, dopóki woda nie wyrzuciła go na brzeg.
- Kuba! - zawołała go, chcąc podzielić się z nim swoimi przypuszczeniami – Kuba!
Nie odpowiedział, więc postanowiła go poszukać. Ledwie się odwróciła i go zobaczyła. Trzymał broń w ręku, gotowy do strzału. Celował do niej. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł ją po plecach. Partner chciał ją zabić? Nie, to niemożliwe. Znali się od dziesięciu lat, wiele razem przeżyli, tyle razy nawzajem ratowali sobie życie... Może nie poznał jej po zmroku, zobaczył tylko jakąś postać i na wszelki wypadek sięgnął po broń...
- Kuba, to ja, Aśka – powiedziała lekko wystraszona, widząc że partner wciąż do niej celuje – Co to ma znaczyć?!
Wykonał krok naprzód i bez słowa pociągnął za spust. Pocisk trafił ją, odchyliła się do tyłu i... wpadła do wody. Niewzruszony policjant obrócił się, strzelił dwukrotnie w swój samochód, rozbijając boczną szybę, następnie podszedł na skraj placu. Nie widział już ciała swojej partnerki, zapewne nurt zniósł je w dół rzeki. Z kamienną twarzą wyciągnął magazynek, wrzucił go do Wisły, a chwilę potem to samo zrobił z bronią. Odwrócił się na pięcie i spokojnym krokiem wrócił do samochodu.
Blondynka zaprzyjaźniła się także z jego żoną partnera. Magda Jarząbek, na co dzień pracująca jako scenarzystka w znanym z telewizji tasiemcu, dała się poznać jako ciepła, wyrozumiała i wrażliwa kobieta. Doskonale sprawdzała się nie tylko w swojej pracy, ale także jako żona, matka oraz pani domu. Nic dziwnego że Kuba nie zamieniłby jej na żadną inną kobietę na tym świecie.
Mężczyzna sporą wagę przywiązywał do utrzymywania wysokiej formy. W każdy sobotni poranek wychodził z domu z rowerem i pokonywał dystans minimum piętnaście kilometrów. Początkowo narzekał na brak towarzystwa, jednak kiedy zaczęły układać się jego relacje z Joasią, postanowił że to ona będzie z nim jeździć. Na początku była przeciwna temu pomysłowi, starała się ignorować regularne, cotygodniowe, uporczywe dzwonienie do drzwi kwadrans przed siódmą rano.
- Kuba, błagam cię. Od poniedziałku do piątku wstaję rano do pracy, daj mi chociaż w sobotę się wyspać – mówiła za każdym razem
- Wyśpisz się na tamtym świecie. Zbieraj się, jedziemy.
Na początku jego próby nie przynosiły skutku, Joasia i tak zostawała w domu. Ale jak to mówią, kropla drąży skałę. W końcu kobieta dała za wygraną, przygotowała się na sobotni poranek. Kuba wcale nie był zaskoczony. Wiedział że prędzej czy później do tego dojdzie.
Minęło trochę czasu nim Joasia przywykła do dystansu. Na początku potrzebowała przerw, ale kiedy już weszła w rytm, zasugerowała nawet wydłużenie trasy do dwudziestu kilometrów. Tak też zrobili. Kuba cały czas notował w zeszycie dane na temat przebiegu przejazdu – czas rozpoczęcia, czas jazdy, średnia prędkość, maksymalna prędkość, ilość postojów, długość postojów, spożyte płyny, ilość spożywanych płynów, rodzaj nawierzchni, warunki pogodowe i jeszcze kilka mało lub mniej istotnych szczegółów.
- Że tak tobie się chce – westchnęła Joasia, zmęczona jeszcze wczorajszymi przesłuchaniami – Nie wystarczy zapisać dystans i czas jazdy?
- Wyobraź sobie że nie – wyszczerzył zęby, pochylając się niżej nad kierownicą – Cholerny wiatr, że też musi wiać nam w oczy...
- Za jakieś dwa kilometry zmieniamy kierunek i będziemy mieli w plecy.
- Tyle dobrze – westchnął – Kiedy zaczynałem jakieś piętnaście lat temu to miałem problem żeby chociaż kilometr przejechać pod wiatr... Sprawdzę w domu ile dokładnie, mam zapisane w zeszycie.
- Żartujesz! - wyrwało się jej – Naprawdę masz zapiski sprzed piętnastu lat?
- Tak. Kiedyś ci pokażę, bo widzę że mi nie wierzysz...
- W osiem lat bym uwierzyła, ale piętnaście... - skrzywiła się lekko
- Nie gadaj tyle, niepotrzebnie tracisz siły – pokazał jej język
- Ty gadasz więcej!
- Ale ja jestem w lepszej kondycji.
- Tak? - uśmiechnęła się chytrze – No to się ścigamy!
Momentalnie zaczęła szybciej kręcić pedałami i odjeżdżać od partnera. Kuba pozwolił jej wyrobić sobie przewagę, zanim rzucił się w pogoń. Z pełnym spokojem, pewny siebie, wrzucił wyższy bieg. Wstał z siodełka, aby wspomóc się siłą grawitacji przy napędzaniu, tak jak robią to kolarze. Dodatkowo tak jak zawodowcy, przechylał rower na przeciwne strony – kiedy naciskał lewy pedał to przechylał go na prawo i odwrotnie. W ten sposób wykorzystywał także siłę rąk, pracował całym ciałem. Z satysfakcją obserwował jak różnica odległości między nim a blondynką maleje. Jednak kiedy zmniejszyła się ona o połowę, odpuścił. Wrócił na siodełko i ograniczył się jedynie do niskiego pochylenia nad ramą i kierownicą, aby zredukować powierzchnię, na którą będzie działał opór. Dzięki temu wolniej wytracał prędkość.
- Czasem trzeba dać kobiecie wygrać – pomyślał sobie, zanim odpuścił. Miał jeszcze siły, mógłby ją wyprzedzić, ale zdecydował się dać jej tę satysfakcję.
- No i co? - Joasia zwolniła trochę, aby Kuba mógł się z nią zrównać – Nie dałeś rady?
- Albo mam gorszy dzień, albo zrobiłaś spore postępy.
- No widzisz – uśmiechnęła się i wyprostowała dumnie.
Po powrocie do swoich domów odprawili cotygodniowy rytuał – czyli prysznic i zmiana ubrań. Punktualnie o dziesiątej oboje pojawili się na komendzie. Choć zwykle soboty mieli wolne, tym razem musieli napisać raport z wczorajszej akcji. Stary nie pozwolił poczekać im do poniedziałku – w ten oto sposób zmuszeni byli stawić się tego dnia na komendzie.
Joasia skończyła trochę wcześniej, lecz zanim wybrała się do domu udała się jeszcze do pobliskiego sklepu. Zrobiła niewielkie zakupy. W drodze powrotnej, gdy już prawie była pod komendą, przechodziła na ulicę. Wtedy z piskiem opon wyjechał jakiś czarny samochód, jechał prosto na nią. Blondynka instynktownie odskoczyła w bok, wylądowała na masce innego pojazdu. Kiedy się podniosła, zobaczyła że samochód się zatrzymał kilka centymetrów przed miejscem, w którym przechodziła.
- Kuba! - rzuciła z wściekłością, kiedy zobaczyła kto siedzi za kierownicą – Zwariowałeś?!
- No co, myślisz że bym cię przejechał? - odparł przez otwarte okno
- A skąd miałam wiedzieć że to ty? Nigdy nie widziałam cię w tym samochodzie.
- Tak w ogóle to do twarzy ci z tym jogurtem – zaśmiał się głośno
Dopiero teraz kobieta zorientowała się, że cała zawartość kubka wylądowała na jej bluzce. Westchnęła tylko głośno, podnosząc głowę ku niebu.
- Oddam ci za pranie i za jogurt, ale po niedzieli, bo teraz się spieszę. Pa!
Pomachał jej ręką na pożegnanie, po czym odjechał. Joasia pokręciła głową. Musiał się pochwalić nowym samochodem... ale dlaczego akurat w taki sposób? Może to była zemsta za to że przedwczoraj dla żartu podała mu posoloną kawę?
Tydzień później Joanna i Kuba znów spotkali się z rana na rowerach. Mężczyzna z pasją opowiadał jak wczorajsze wolne poświęcił na konserwację sprzętu – jak sprawdzał hamulce, jak sprawdził ciśnienie w oponach i zdecydował że trzeba je zwiększyć czy też jak dokładnie i czym wyczyścił rower. Ale najbardziej był dumny ze smarowania łańcucha, gdyż zakupił nowy, droższy smar i teraz właśnie miał okazję go wypróbować.
- A ty? Kiedy ostatni raz odświeżyłaś swój pojazd?
- Ja się takimi rzeczami nię zajmuję – odpowiedziała spokojnie – Daję go do serwisu.
- Yhym... a kiedy ostatni raz dałaś?
- Poczekaj... niech no pomyślę...
- Nie zapisujesz takich rzeczy?! - nie ukrywał swojego zdziwienia
- No nie, nie jestem profesjonalistką jak ty – wzruszyła ramionami – Nie myślałeś kiedyś by zostać kolarzem?
- Kiedyś tak, ale teraz na to za późno.
I stało się to, czego Kuba tak bardzo się obawiał. Awaria nie nastąpiła jednak w jego rowerze, tylko w rowerze Joasi. Przy większym nacisku na pedały łańcuch zleciał na niższą zębatkę, nogi ześlizgnęły się jej z pedałów, ona sama straciła równowagę, co zakończyło się bolesnym upadkiem. Kuba momentalnie zacisnął rączki hamulców, aż zblokował tylne koło i starł trochę oponę.
- Nic ci nie jest?
- Tylko trochę się poobijałam... no i starłam łokieć.
- Pokaż.
Obejrzał ranę, zabrał rowery na pobocze, a następnie wyjął z plecaka apteczkę i opatrzył łokieć partnerki. Tym razem skrócili trasę do dwunastu kilometrów i zmniejszyli tempo na pozostałej części dystansu.
- Widzisz... na własnej skórze się przekonałaś dlaczego trzeba regularnie dbać o sprzęt.
- Na przyszłość będę pamiętać. No ale kurde, przez dziesięć lat nic takiego mi się nie zdarzyło...
- Ja kiedyś miałem uślizg przedniego koła i się nie wybroniłem. Też się dziwiłem, że ogromne doświadczenie, a tu coś takiego... Wypadków nie da się przewidzieć.
- No tak... racja.
W kolejnym tygodniu rozpoczęli nowe śledztwo. Z Wisły wyłowiono trupa, utopił się. Sekcja wykazała jednak, że nie stało się to w rzece – woda w płucach wskazywała na to, że mężczyzna został utopiony w wannie, a dopiero potem wrzucony do rzeki. Joanna i Kuba trafili w końcu na trop podejrzanego, ale wciąż nie mogli go odnaleźć. Był czwartkowy wieczór, blondynka bawiła się długopisem w biurze, kiedy jej partner wpadł tam jak burza.
- Namierzyliśmy go.
- Gdzie?
- Stara fabryka za miastem.
Pojechali samochodem Jakuba. Powoli i uważnie rozejrzeli się po okolicy, ale nie było tam żadnego śladu żywej duszy. Asia podeszła na skraj placu. Przez chwilę patrzyła się nad płynącą w Wiśle wodę. Czy to możliwe żeby podejrzany był tutaj wcześniej i uciekł na drugą stronę rzeki albo nawet przepłynął nią kawałek? Nurt zdawał się być zbyt silny, ale... mógł postawić wszystko na jedną kartę, wskoczyć i dać się ponieść kilkaset metrów, może nawet kilometr lub dwa, dopóki woda nie wyrzuciła go na brzeg.
- Kuba! - zawołała go, chcąc podzielić się z nim swoimi przypuszczeniami – Kuba!
Nie odpowiedział, więc postanowiła go poszukać. Ledwie się odwróciła i go zobaczyła. Trzymał broń w ręku, gotowy do strzału. Celował do niej. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł ją po plecach. Partner chciał ją zabić? Nie, to niemożliwe. Znali się od dziesięciu lat, wiele razem przeżyli, tyle razy nawzajem ratowali sobie życie... Może nie poznał jej po zmroku, zobaczył tylko jakąś postać i na wszelki wypadek sięgnął po broń...
- Kuba, to ja, Aśka – powiedziała lekko wystraszona, widząc że partner wciąż do niej celuje – Co to ma znaczyć?!
Wykonał krok naprzód i bez słowa pociągnął za spust. Pocisk trafił ją, odchyliła się do tyłu i... wpadła do wody. Niewzruszony policjant obrócił się, strzelił dwukrotnie w swój samochód, rozbijając boczną szybę, następnie podszedł na skraj placu. Nie widział już ciała swojej partnerki, zapewne nurt zniósł je w dół rzeki. Z kamienną twarzą wyciągnął magazynek, wrzucił go do Wisły, a chwilę potem to samo zrobił z bronią. Odwrócił się na pięcie i spokojnym krokiem wrócił do samochodu.
środa, 16 lipca 2014
Partnerzy cz. 1
- Kuba, dobrze że już jesteś – zaczepił go jeden z asystentów, kiedy szedł korytarzem.
Dobrze zbudowany mężczyzna o średnim wzroście, z krótko ściętymi włosami i kamiennym wyrazem twarzy zatrzymał się i bez słowa odwrócił się na pięcie. Brodę porastał niewielki, na oko dwu, może trzydniowy zarost. Oczy miał brązowe, a spojrzenie groźne i przenikliwe. Stanął w rozkroku i skrzyżował ręce na piersiach, jakby przesłuchiwał jakiegoś nastolatka który coś przeskrobał. Ponad gęstymi, ciemnymi brwiami na czole pojawiła się zmarszczka.
- O co chodzi?
Nie był w najlepszym humorze. Nie miał ochoty na żadne pogawędki, chciał jedynie usiąść w ciszy, zrobić co do niego należy, czyli wypełnić papiery i jak najszybciej wrócić do domu. Gdyby mógł, wcale by tutaj nie przychodził. Chciał być sam, lecz teraz nie było to możliwe. Jeszcze ten asystent...
- Stary wzywa cię do siebie.
- Świetnie. Zajekurwabiście – warknął pod nosem, ruszając w stronę schodów. Asystent natychmiast odsunął się na bok, aby nie wchodzić mu w drogę. Nie chciał być w skórze tego, któremu oberwie się od starszego aspiranta za całe zło tego świata.
Pokonując kolejne stopnie policjant za każdym razem stawiał nogę mocniej niż to było konieczne, powodując tym samym roznoszące się na schodach echo. Każdy mógł go usłyszeć. Chyba nawet o to mu chodziło. Mocne tupnięcie nie wróżyło nic dobrego – inteligentna istota od razu wyczuje, by dać mu spokój.
Był tak zdenerwowany, że zapomniał zapukać do gabinetu komendanta. Po prostu nacisnął klamkę i pchnął mocno drzwi do środka, jakby wchodził do siebie. Spotkało się to z dezaprobatycznym spojrzeniem przełożonego, ale Kuba nic sobie z tego nie robił. Za to natychmiast zauważył, że komendant nie jest sam. Naprzeciw niego w fotelu siedziała kobieta, policjant ze swojego miejsca mógł zobaczyć jedynie jej blond włosy spięte w kucyk. Zdawała się nie być zbytnio zainteresowana jego przybyciem, bowiem ani razu nie odwróciła się za siebie. Popijała kawę, rozkoszując się jej smakiem, jakby nic się tutaj nie działo.
- Dobrze że w końcu pan jest – komendant zwrócił się do Kuby
- W końcu? - prychnął – Sam pan powiedział że mogę dzisiaj przyjść trochę później, nie rozumiem tej pretensji.
- Rzeczywiście, tak mówiłem – starszy z mężczyzn się trochę speszył – No nic. Nastąpiły jednak pewne okoliczności, z powodu których oczekiwałem pana z niecierpliwością.
- Jakie okoliczności? Ktoś się na mnie skarżył? - był przyzwyczajony do tego, że niektóre jego metody nie podobały się kolegom bądź podejrzanym
- Nie. To ma związek z pana wcześniejszym partnerem, komisarzem Granickim.
- Przecież on od dwóch tygodni jest w Stanach.
- Zgadza się – komendant skinął głową – Od tamtej pory pracuje pan sam. Na dłuższą metę takie rozwiązanie jest niedopuszczalne, dlatego podjąłem wszelkie starania i... oto proszę.
W tym momencie kobieta wstała, wyprostowała się dumnie i podeszła do nieco zdezorientowanego Kuby. Teraz mógł się jej nieco uważnie przyjrzeć. Szczupła, drobna blondynka, niewiele niższa od niego, z okularami na nosie, które chyba nawet dodawały jej trochę uroku. W każdym razie ani trochę nie przypominała policjantki. Wcale nie wyglądała na osobę, która mogłaby biegać za przestępcami z pistoletem w ręku. Kuba miał ją raczej za słodkie niewiniątko niż nową pracownicę wydziału.
- Joanna Wilk – wyciągnęła do niego rękę
- Zaraz, zaraz. Pan komendant chce mi powiedzieć, że...
- Że to pańska nowa partnerka – wszedł mu w zdanie – Proszę pokazać jej komendę i wyjaśnić na czym polega ta praca.
- Słucham? To ona tu przychodzi i nawet nie wie po co?! - Kuba nie krył swojego oburzenia. Nawet nie pomyślał że te słowa mogą urazić dziewczynę, a rozmowę lepiej byłoby przeprowadzić tylko w cztery oczy.
- Jest świeżo po studiach i szkoleniu. Ma potencjał, w końcu była najlepsza w swoim roczniku.
- Panie komendancie, ja nie mam nic przeciwko pracy z kobietami, sama płeć nie jest przeszkodą. Ale ona? Niech pan spojrzy na nią. Przecież jak ona krzyknie „Stój, policja!” to przestępca zamiast uciekać, zacznie się śmiać... Panie komendancie, niech pan powie że to żart...
- Proszę być dobrej myśli – poklepał go po ramieniu – Początki zawsze bywają trudne, ale jednak wierzę że się dogadacie. Niech pan nie będzie dla niej zbyt surowy.
- Ta... jasne... to jaki mam być? Usmażony, ugotowany?
Komendant bezradnie rozłożył ręce. Nic nie mógł poradzić na niechęć Kuby wobec jego nowej partnerki. Policjant wyszedł bez słowa z biura przełożonego, a blondwłosa kobieta zaraz za nim. Dogoniła go na niższym piętrze, kiedy szedł do biura. Zrównała się z nim, mimo że szedł szybko, licząc na to że dziewczyna będzie musiała biec by za nim nadążyć.
- To co Asieńko, tak ci było na imię, prawda? Zagrzeję ci mleczko na śniadanie, żebyś głodna nie chodziła, co? A ty w ogóle nosisz jeszcze pieluchy czy już z nich wyrosłaś?
Nie odpowiadała na te komentarze i zaczepki. Tak było przez kilka pierwszych dni. Kuba jednak nie przestawał jej prowokować, jakby postawił sobie za cel zniechęcenie jej do siebie i do tej pracy. O ile z innymi pracownikami wydziału udało się jej nawiązać jakieś relacje, lepsze lub gorsze, wciąż nie mogła znaleźć wspólnego języka ze swoim partnerem – osobą z którą spędzała najwięcej czasu w pracy.
W końcu któregoś wieczora nie wytrzymała. Kiedy Kuba odwrócił się do niej tyłem, wykorzystała okazję. Zakradła się, złapała go za rękę, pchnęła na biurko i podcięła mu nogi. Padł na blat, zwalając na podłogę stertę akt. Joasia przycisnęła kolanem jego plecy, żeby nie mógł wstać.
- Odbiło ci?!
- Dotrze do ciebie w końcu że nie jestem słaba i bezbronna? Czy mam to udowodnić na twojej skórze?
- Kobieto, opanuj się – westchnął, wciąż leżąc na biurku unieruchomiony przez swoją partnerkę. Ona jednak zamiast odpuścić, zaczęła wykręcać mu rękę.
- Uspokój się! - zawołał, jednak nie przyniosło to skutku – Czego ty chcesz? Przeprosin? No to przepraszam!
- Mam w dupie twoje przeprosiny. Chcę żebyś zaakceptował fakt, że jestem twoją partnerką.
- No dobra, jesteś nią?
- Jaką nią? - warknęła poirytowana – Pełnym zdaniem.
- Jesteś moją partnerką – powiedział po chwili zawahania – Zadowolona?
Nie odpowiedziała na pytanie, ale puściła go w końcu. Natychmiast złapał się za wykręcaną wcześniej rękę i masował nadgarstek. Nie patrzył już na nią tak jak wcześniej, z pogardą. Joasia z satysfakcją stwierdziła, że w końcu nabierze do niej szacunku.
10 lat później.
Komisarze wraz z antyterrorystami przygotowywali się do akcji zatrzymania przemytników. Otoczyli już stary, opuszczony magazyn, w którym miało dojść do przekazania towaru nabywcy. Czekali na idealny moment, kiedy dojdzie już do wymiany.
- Zobaczysz, pójdzie gładko – Kuba uśmiechnął się do Joasi
- Myślisz? Są uzbrojeni.
- Nie spodziewają się ataku.
Nadszedł moment przekazania. Dowódca ateków wydał rozkaz, kilku zamaskowanych policjantów wpadło do pomieszczenia, a zaraz za nimi Asia i Kuba. Tamci natychmiast zareagowali, schowali się za samochody i otworzyli ogień. Wywiązała się strzelanina. Każdy zdawał się być skoncentrowany tylko na sobie, ale jednak para komisarzy wzajemnie na siebie uważała. W pewnej chwili blondynka zauważyła że jeden z przestępców dotarł do wyjścia. Mało tego, celował w głowę Kuby. Jeśli bandyta naciśnie na spust, będzie po nim. Miała dwie możliwości – strzelić do niego albo rzucić się na partnera i powalić go na ziemię. To był impuls. Zrobiła dwa kroki, wyskoczyła przed siebie, złapała mężczyznę za ramiona i pociągnęła go za sobą. Po chwili obaj leżeli na ziemi. Asia jednak nie straciła zimnej głowy. Szybko wyciągnęła broń i zaczęła strzelać do napastnika. Trafiła za drugim razem.
- Dzięki – powiedział do niej Kuba po akcji – Gdyby nie ty, została by ze mnie plama krwi, trochę mięsa i kości.
Nie odpowiedziała, tylko przybiła mu piątkę. On też niejednokrotnie ratował jej życie. Była z siebie zadowolona. Gdyby zdecydowała się od razu strzelać i trafiła dopiero za drugim razem, mogłoby być już za późno. Podjęła właściwą decyzję.
Od lat mieli bardzo dobre relacje. Tylko na początku im się nie układało, potem jednak zaprzyjaźnili się. Byli zżyci ze sobą jak brat z siostrą, a kiedy Kuba poznał swoją przyszłą żonę, musiało minąć trochę czasu nim przestała być zazdrosna o Joasię. Dopiero po dwóch latach małżeństwa dotarło do niej, że blondynka nie jest jej rywalką i nie zagraża ich związkowi.
- Trzeba ich jeszcze przesłuchać – westchnął smutno, bawiąc się obrączką. Kobieta objęła go ramieniem i przeszła z nim kawałek.
- Wracaj do domu, ja się tym zajmę. No co tak patrzysz? Magda na pewno nie może spać, wiedząc że jesteś na akcji. Poza tym masz syna, jemu też musisz poświęcić trochę czasu.
- A ty? Kiedy ty kogoś sobie znajdziesz?
- Tym się nie martw. Korzystaj, póki nikt na mnie w domu nie czeka.
Ucałował ją w policzek na pożegnanie i truchtem podbiegł do samochodu. Joasia odprowadziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem. Zamieniła jeszcze kilka słów z dowódcą antyterrorystów, po czym także odjechała. Ale nie do domu, tylko na komendę.
Dobrze zbudowany mężczyzna o średnim wzroście, z krótko ściętymi włosami i kamiennym wyrazem twarzy zatrzymał się i bez słowa odwrócił się na pięcie. Brodę porastał niewielki, na oko dwu, może trzydniowy zarost. Oczy miał brązowe, a spojrzenie groźne i przenikliwe. Stanął w rozkroku i skrzyżował ręce na piersiach, jakby przesłuchiwał jakiegoś nastolatka który coś przeskrobał. Ponad gęstymi, ciemnymi brwiami na czole pojawiła się zmarszczka.
- O co chodzi?
Nie był w najlepszym humorze. Nie miał ochoty na żadne pogawędki, chciał jedynie usiąść w ciszy, zrobić co do niego należy, czyli wypełnić papiery i jak najszybciej wrócić do domu. Gdyby mógł, wcale by tutaj nie przychodził. Chciał być sam, lecz teraz nie było to możliwe. Jeszcze ten asystent...
- Stary wzywa cię do siebie.
- Świetnie. Zajekurwabiście – warknął pod nosem, ruszając w stronę schodów. Asystent natychmiast odsunął się na bok, aby nie wchodzić mu w drogę. Nie chciał być w skórze tego, któremu oberwie się od starszego aspiranta za całe zło tego świata.
Pokonując kolejne stopnie policjant za każdym razem stawiał nogę mocniej niż to było konieczne, powodując tym samym roznoszące się na schodach echo. Każdy mógł go usłyszeć. Chyba nawet o to mu chodziło. Mocne tupnięcie nie wróżyło nic dobrego – inteligentna istota od razu wyczuje, by dać mu spokój.
Był tak zdenerwowany, że zapomniał zapukać do gabinetu komendanta. Po prostu nacisnął klamkę i pchnął mocno drzwi do środka, jakby wchodził do siebie. Spotkało się to z dezaprobatycznym spojrzeniem przełożonego, ale Kuba nic sobie z tego nie robił. Za to natychmiast zauważył, że komendant nie jest sam. Naprzeciw niego w fotelu siedziała kobieta, policjant ze swojego miejsca mógł zobaczyć jedynie jej blond włosy spięte w kucyk. Zdawała się nie być zbytnio zainteresowana jego przybyciem, bowiem ani razu nie odwróciła się za siebie. Popijała kawę, rozkoszując się jej smakiem, jakby nic się tutaj nie działo.
- Dobrze że w końcu pan jest – komendant zwrócił się do Kuby
- W końcu? - prychnął – Sam pan powiedział że mogę dzisiaj przyjść trochę później, nie rozumiem tej pretensji.
- Rzeczywiście, tak mówiłem – starszy z mężczyzn się trochę speszył – No nic. Nastąpiły jednak pewne okoliczności, z powodu których oczekiwałem pana z niecierpliwością.
- Jakie okoliczności? Ktoś się na mnie skarżył? - był przyzwyczajony do tego, że niektóre jego metody nie podobały się kolegom bądź podejrzanym
- Nie. To ma związek z pana wcześniejszym partnerem, komisarzem Granickim.
- Przecież on od dwóch tygodni jest w Stanach.
- Zgadza się – komendant skinął głową – Od tamtej pory pracuje pan sam. Na dłuższą metę takie rozwiązanie jest niedopuszczalne, dlatego podjąłem wszelkie starania i... oto proszę.
W tym momencie kobieta wstała, wyprostowała się dumnie i podeszła do nieco zdezorientowanego Kuby. Teraz mógł się jej nieco uważnie przyjrzeć. Szczupła, drobna blondynka, niewiele niższa od niego, z okularami na nosie, które chyba nawet dodawały jej trochę uroku. W każdym razie ani trochę nie przypominała policjantki. Wcale nie wyglądała na osobę, która mogłaby biegać za przestępcami z pistoletem w ręku. Kuba miał ją raczej za słodkie niewiniątko niż nową pracownicę wydziału.
- Joanna Wilk – wyciągnęła do niego rękę
- Zaraz, zaraz. Pan komendant chce mi powiedzieć, że...
- Że to pańska nowa partnerka – wszedł mu w zdanie – Proszę pokazać jej komendę i wyjaśnić na czym polega ta praca.
- Słucham? To ona tu przychodzi i nawet nie wie po co?! - Kuba nie krył swojego oburzenia. Nawet nie pomyślał że te słowa mogą urazić dziewczynę, a rozmowę lepiej byłoby przeprowadzić tylko w cztery oczy.
- Jest świeżo po studiach i szkoleniu. Ma potencjał, w końcu była najlepsza w swoim roczniku.
- Panie komendancie, ja nie mam nic przeciwko pracy z kobietami, sama płeć nie jest przeszkodą. Ale ona? Niech pan spojrzy na nią. Przecież jak ona krzyknie „Stój, policja!” to przestępca zamiast uciekać, zacznie się śmiać... Panie komendancie, niech pan powie że to żart...
- Proszę być dobrej myśli – poklepał go po ramieniu – Początki zawsze bywają trudne, ale jednak wierzę że się dogadacie. Niech pan nie będzie dla niej zbyt surowy.
- Ta... jasne... to jaki mam być? Usmażony, ugotowany?
Komendant bezradnie rozłożył ręce. Nic nie mógł poradzić na niechęć Kuby wobec jego nowej partnerki. Policjant wyszedł bez słowa z biura przełożonego, a blondwłosa kobieta zaraz za nim. Dogoniła go na niższym piętrze, kiedy szedł do biura. Zrównała się z nim, mimo że szedł szybko, licząc na to że dziewczyna będzie musiała biec by za nim nadążyć.
- To co Asieńko, tak ci było na imię, prawda? Zagrzeję ci mleczko na śniadanie, żebyś głodna nie chodziła, co? A ty w ogóle nosisz jeszcze pieluchy czy już z nich wyrosłaś?
Nie odpowiadała na te komentarze i zaczepki. Tak było przez kilka pierwszych dni. Kuba jednak nie przestawał jej prowokować, jakby postawił sobie za cel zniechęcenie jej do siebie i do tej pracy. O ile z innymi pracownikami wydziału udało się jej nawiązać jakieś relacje, lepsze lub gorsze, wciąż nie mogła znaleźć wspólnego języka ze swoim partnerem – osobą z którą spędzała najwięcej czasu w pracy.
W końcu któregoś wieczora nie wytrzymała. Kiedy Kuba odwrócił się do niej tyłem, wykorzystała okazję. Zakradła się, złapała go za rękę, pchnęła na biurko i podcięła mu nogi. Padł na blat, zwalając na podłogę stertę akt. Joasia przycisnęła kolanem jego plecy, żeby nie mógł wstać.
- Odbiło ci?!
- Dotrze do ciebie w końcu że nie jestem słaba i bezbronna? Czy mam to udowodnić na twojej skórze?
- Kobieto, opanuj się – westchnął, wciąż leżąc na biurku unieruchomiony przez swoją partnerkę. Ona jednak zamiast odpuścić, zaczęła wykręcać mu rękę.
- Uspokój się! - zawołał, jednak nie przyniosło to skutku – Czego ty chcesz? Przeprosin? No to przepraszam!
- Mam w dupie twoje przeprosiny. Chcę żebyś zaakceptował fakt, że jestem twoją partnerką.
- No dobra, jesteś nią?
- Jaką nią? - warknęła poirytowana – Pełnym zdaniem.
- Jesteś moją partnerką – powiedział po chwili zawahania – Zadowolona?
Nie odpowiedziała na pytanie, ale puściła go w końcu. Natychmiast złapał się za wykręcaną wcześniej rękę i masował nadgarstek. Nie patrzył już na nią tak jak wcześniej, z pogardą. Joasia z satysfakcją stwierdziła, że w końcu nabierze do niej szacunku.
10 lat później.
Komisarze wraz z antyterrorystami przygotowywali się do akcji zatrzymania przemytników. Otoczyli już stary, opuszczony magazyn, w którym miało dojść do przekazania towaru nabywcy. Czekali na idealny moment, kiedy dojdzie już do wymiany.
- Zobaczysz, pójdzie gładko – Kuba uśmiechnął się do Joasi
- Myślisz? Są uzbrojeni.
- Nie spodziewają się ataku.
Nadszedł moment przekazania. Dowódca ateków wydał rozkaz, kilku zamaskowanych policjantów wpadło do pomieszczenia, a zaraz za nimi Asia i Kuba. Tamci natychmiast zareagowali, schowali się za samochody i otworzyli ogień. Wywiązała się strzelanina. Każdy zdawał się być skoncentrowany tylko na sobie, ale jednak para komisarzy wzajemnie na siebie uważała. W pewnej chwili blondynka zauważyła że jeden z przestępców dotarł do wyjścia. Mało tego, celował w głowę Kuby. Jeśli bandyta naciśnie na spust, będzie po nim. Miała dwie możliwości – strzelić do niego albo rzucić się na partnera i powalić go na ziemię. To był impuls. Zrobiła dwa kroki, wyskoczyła przed siebie, złapała mężczyznę za ramiona i pociągnęła go za sobą. Po chwili obaj leżeli na ziemi. Asia jednak nie straciła zimnej głowy. Szybko wyciągnęła broń i zaczęła strzelać do napastnika. Trafiła za drugim razem.
- Dzięki – powiedział do niej Kuba po akcji – Gdyby nie ty, została by ze mnie plama krwi, trochę mięsa i kości.
Nie odpowiedziała, tylko przybiła mu piątkę. On też niejednokrotnie ratował jej życie. Była z siebie zadowolona. Gdyby zdecydowała się od razu strzelać i trafiła dopiero za drugim razem, mogłoby być już za późno. Podjęła właściwą decyzję.
Od lat mieli bardzo dobre relacje. Tylko na początku im się nie układało, potem jednak zaprzyjaźnili się. Byli zżyci ze sobą jak brat z siostrą, a kiedy Kuba poznał swoją przyszłą żonę, musiało minąć trochę czasu nim przestała być zazdrosna o Joasię. Dopiero po dwóch latach małżeństwa dotarło do niej, że blondynka nie jest jej rywalką i nie zagraża ich związkowi.
- Trzeba ich jeszcze przesłuchać – westchnął smutno, bawiąc się obrączką. Kobieta objęła go ramieniem i przeszła z nim kawałek.
- Wracaj do domu, ja się tym zajmę. No co tak patrzysz? Magda na pewno nie może spać, wiedząc że jesteś na akcji. Poza tym masz syna, jemu też musisz poświęcić trochę czasu.
- A ty? Kiedy ty kogoś sobie znajdziesz?
- Tym się nie martw. Korzystaj, póki nikt na mnie w domu nie czeka.
Ucałował ją w policzek na pożegnanie i truchtem podbiegł do samochodu. Joasia odprowadziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem. Zamieniła jeszcze kilka słów z dowódcą antyterrorystów, po czym także odjechała. Ale nie do domu, tylko na komendę.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Droga do szczęścia cz. 6
Kilka dni później. Chłodny, styczniowy wieczór. Za oknem pełno było śniegu, miasto było niemal sparaliżowane po obfitych opadach. Choć przez cały czas po ulicach jeździły pługi odśnieżające, a ludzie z łopatami próbowali oczyścić chodniki z białego puchu, kilka godzin później znów go przybyło po kolejnej śnieżycy. Sprawy nie ułatwiał silnie wiejący wiatr.
Marta nie denerwowała się przedłużającą nieobecnością Maćka. Wiedziała jakie warunki panują na drodze i miała świadomość że droga powrotna zajmie mu więcej czasu niż zwykle. Zajęta przygotowaniem ciepłego posiłku dla bruneta, nie zwracała uwagi na zegarek. Nawet nie zauważyła kiedy minęła dwudziesta.
Dopiero wtedy zaczęła się niepokoić, ponieważ powinien być jakieś trzy godziny temu. Nawet biorąc pod uwagę olbrzymie korki i problemy z dojazdem, to godzinę, najwyżej dwie później. Zbyt dużo czasu minęło, by mogła zachować spokój. Sięgnęła po komórkę i drżącymi palcami wybrała numer do Maćka.
Wstrzymała oddech, kiedy wsłuchiwała się w kolejne sygnały. Nie odebrał. Spróbowała raz jeszcze. Znów kilka sekund wyczekiwania, ponownie bez efektu. Teraz już naprawdę się denerwowała. Niepokój nie pozwalał wysiedzieć jej w jednym miejscu. Gdyby nie małe dziecko w pokoju obok, rzuciłaby to wszystko i dotarła na komendę. Ale nie mogła zostawić córki samej, nie mogła też zabrać jej ze sobą w taką pogodę. Nie pozostało nic innego jak tylko czekać.
To było chyba najgorsze kilkanaście minut w jej życiu. Nerwowo chodziła z pokoju do kuchni i z powrotem, co chwilę szła do łazienki, spoglądała w lustro i przemywała twarz wodą, jakby to coś miało zmienić. W końcu usłyszała dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Podbiegła do drzwi, chciała go zobaczyć...
- Maciek! Jesteś wreszcie – odetchnęła z ulgą
Ale nie był sam. Utykał na jedną nogę, wspierał się na ramieniu kolegi.
- Dzięki – zwrócił się do policjanta, który wcisnął mu w dłoń klucze do mieszkania
- No, zaopiekujesz się naszym bohaterem?
- Bohaterem? - powtórzyła jak echo
- No... wiesz co, on chyba nie będzie chciał się pochwalić, to ja powiem.
Maciek spojrzał na niego wymownie, lecz nie udało mu się zniechęcić kolegi.
- Byliśmy na patrolu, Maciek dzięki swojej spostrzegawczości i szybkiej reakcji udaremnił napad na bank. Przypłacił trochę zdrowiem, ale... chyba było warto.
- Idź już, żona na ciebie czeka.
- No dobra, dobra, sam opowiedz swojej dziewczynie jak to było.
Marta przekrzywiła lekko głowę, ale Maciek dał jej znać by zachowała milczenie. No tak, po co miał tłumaczyć ich skomplikowaną sytuację, rozpowiadać wszystkim że chłopak zostawił ją kiedy była w ciąży, a on przyjął dziewczynę pod swój dach. Dla uproszczenia powiedział że są w związku, dzięki temu uniknął zbędnych pytań i części raczej nieprzyjemnych plotek. Rozumiała to.
Kiedy zostali sami, podeszła do niego, zarzuciła mu ręce na szyję i wtuliła się mocno. Gdyby w tej chwili nie opierał się plecami o ścianę, przewróciłaby go.
- Martwiłam się o ciebie – wyszeptała
- Musiałem pojechać do szpitala, trochę czasu to zajęło.
- Mogłeś odebrać telefon...
- Nie słyszałem, był wyciszony.
- Co właściwie ci zrobili?
- Nic – chciał oszczędzić jej szczegółów, żeby jej nie straszyć
- Maciek – powiedziała sucho, domagając się prawdziwej obecności
- Marta – westchnął, delikatnie głaszcząc ją po włosach.
Cofnęła trochę głowę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. Liczyła na to, że to go złamie. Efektu swojego działania nie zdołała przewidzieć. Ich twarze były bardzo blisko siebie, atmosfera nagle jakby stała się magiczna. Była całkowicie skoncentrowana na jego spojrzeniu. Żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył. Nie obojętnie, ale też nie z pożądaniem. Wydawało się jej, że jakieś radosne iskierki zabłysnęły w jego oczach. Uniósł lekko kąciki ust, a ona wtedy musnęła jego wargi swoimi ustami. Trochę nieśmiało, delikatnie zaczęła go całować. Nie pozostawał jej dłużny. Marta czuła gorąco na całym ciele, czuła jak mocno bije jej serce, jak miękną jej nogi. Na szczęście podtrzymywały ją jego silne ramiona. Odniosła wrażenie że rozpływa się w powietrzu. Przymknęła oczy, rozkoszując się smakiem jego ust. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, gdyby nie płacz dziecka, który z przedsionka nieba ściągnął ją z powrotem na ziemię. W jednej chwili oderwała się od bruneta, uwolniła z jego ramion i pobiegła do sypialni.
Zanim jej córka usnęła, minęło kilka kolejnych minut. Odetchnęła, jakby przed chwilą zrzuciła z siebie jakiś ciężar i wróciła do Maćka. Był już w pokoju, siedział na kanapie i oglądał telewizję. Dziewczyna usiadła obok i położyła głowę na jego ramieniu. Nie zareagował. Czyżby postanowił ją ignorować przez ten pocałunek?
- Co z twoją nogą?
- Chcesz wiedzieć? Dobrze, powiem ci – jego głos nie brzmiał już tak jak wcześniej, teraz był chłodny i niemiły, jakby nie chciał z nią rozmawiać – Postrzelili mnie, przez kilka następnych tygodni będę siedział w domu. Zadowolona?
- O co ci chodzi?
- O co tobie chodzi?
- Nie rozumiem – odsunęła się od niego kawałek i podniosła głowę – Co cię ugryzło? Kiedy przyszedłeś byłeś w lepszym humorze.
- Po co to zrobiłaś? Po co mnie pocałowałaś?
Zacisnęła wargi. Więc jednak, zdenerwował się tym pocałunkiem. A myślała że dla niego to też była przyjemność, że jemu też się podobało. Wciąż milczała. Sama nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie, a co miała powiedzieć jemu? Że to był odruch, że tak nagle tego zapragnęła? To tylko pogorszyłoby sytuację.
- Mówiłaś że między nami nigdy nic nie będzie, pamiętasz? Tego się trzymam, ale ty chyba jednak nie. Jeśli pragniesz faceta to idź, poszukaj sobie, zabaw się z nim, ja się zajmę twoją córką w tym czasie. A moje uczucia zostaw w spokoju.
- Yhym – gwałtownie skinęła głową – A nie pomyślałeś że przez rok coś się może zmienić?
- Co niby się miało zmienić? Że jednak zdecydowałaś się na małżeństwo z rozsądku, bo twoja córka się do mnie przywiązała, tak? A że ja się nie zgodzę tak po prostu, to trzeba mnie uwieść? I co, może jeszcze na dziecko mnie złapiesz, tak jak próbowałaś z Adrianem?
- Tak nie będziemy rozmawiać.
Zerwała się z kanapy i wybiegła. Nie tylko z pokoju, ale po chwili także usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Przesadził, zdecydowanie. Ale co miał pomyśleć, kiedy kobieta, która uparcie wmawiała mu że między nimi nigdy nic nie będzie, nagle zaczyna go całować? Szukał dla siebie usprawiedliwienia, ale tego co powiedział w nerwach nic nie mogło wytłumaczyć. Marta miała prawo być wściekła, nawet powinna była uderzyć go w twarz za te słowa. Dlaczego tego nie zrobiła? Tego też nie wiedział.
Przez następnych kilkanaście dni para nie odzywała się do siebie ani słowem. Brunet próbował nawiązać kontakt z dziewczyną, ale ona uparcie milczała. Musiało ją to bardzo zaboleć, skoro po trzech tygodniach nadal ani słowem nie odezwała się do niego. Maciek, mimo że na początku utykał na jedną nogę, wciąż pomagał jej w opiece nad córką.
W końcu Maciek nie zniósł już tego milczenia. Po dokładnie dwudziestu trzech dniach postanowił postawić ją pod ścianą. Dotychczas odrzucała jego przeprosiny, ale tym razem zamierzał zrobić coś takiego, że dziewczyna mu przebaczy.
Siedziała na skraju łóżka i czytała książkę, kiedy pojawił się w drzwiach pokoju z bukietem róż. Marta mimowolnie podniosła wzrok, zmierzyła go, po czym wróciła do lektury. Zawołał ją, ale nie zareagowała. Wtedy padł na kolana, aż syknął z bólu. Nie sprawdzał wcześniej w jakim stanie jest jego noga, na ile mu pozwala. Zwrócił na siebie uwagę dziewczyny. O to mu chodziło.
- Wstawaj – rzuciła gwałtownie, odkładając książkę na bok
- Marta, przepraszam. Nie chciałem wtedy tego powiedzieć.
- Wstawaj do cholery.
- Nie, dopóki mi nie wybaczysz.
- Wstawaj – powtórzyła po raz trzeci, tym razem łagodnie. Ponieważ ani drgnął, dziewczyna kucnęła naprzeciw niego. Wzięła od niego bukiet i położyła dłoń na jego policzku.
- Wstań.
Równocześnie podnieśli się na nogi.
- Są piękne – westchnęła, po czym rzuciła bukiet na łóżko – Ale ja nie chcę kwiatów. Chcę żebyś mi uwierzył. Nie bawię się twoimi uczuciami, po prostu... Wszystko potoczyło się inaczej niż myślałam.
- To znaczy?
- Nie potrafię cię kochać jak każdego innego faceta, bo jesteś wyjątkowy. Ale to nie znaczy że wcale nie mogę cię pokochać. Mi naprawdę na tobie zależy!
- To normalne w przyjaźni – wciąż był sceptycznie nastawiony do tego co usłyszał
- Ale kurde... Maciek... - westchnęła – Ja tego nie umiem wytłumaczyć słowami. Ty jesteś częścią mnie, musisz to zrozumieć!
- Nic nie muszę – pokręcił głową. Marta zacisnęła usta zawiedziona. Nie wiedziała że jeszcze nie powiedział wszystkiego.
- Ale chcę. Chcę i to zrobię – dam ci szansę. Już dawno chciałem spróbować i co? Teraz, kiedy tyle na to czekałem miałbym z tego zrezygnować?
Wziął ją w ramiona. Czuła się w nich bezpieczna, jakby otaczał ją mur obronny przed wszystkimi zagrożeniami, problemami i troskami. Czego jej więcej było do szczęścia potrzeba? Miała przy sobie kochającego i odpowiedzialnego mężczyznę oraz córkę, dotychczas najważniejszą istotę w swoim życiu. Po co jej pieniądze czy sława, kiedy przy sobie miała wszystko to, co czyniło ją naprawdę szczęśliwą, a nie stwarzało jedynie pozory? Wydawało się że to tak niewiele, ale to było wszystko, co nadawało sens jej życiu.
-------
To opowiadanie można jeszcze trochę pociągnąć, do czasu rozpoczęcia się akcji wcześniejszego długiego opowiadania, ale raczej nie ma takiej potrzeby - cel został zrealizowany. Nie pozostaje mi nic innego jak wyciągnąć z szuflady/notatnika (niepotrzebne skreślić) ;)
Marta nie denerwowała się przedłużającą nieobecnością Maćka. Wiedziała jakie warunki panują na drodze i miała świadomość że droga powrotna zajmie mu więcej czasu niż zwykle. Zajęta przygotowaniem ciepłego posiłku dla bruneta, nie zwracała uwagi na zegarek. Nawet nie zauważyła kiedy minęła dwudziesta.
Dopiero wtedy zaczęła się niepokoić, ponieważ powinien być jakieś trzy godziny temu. Nawet biorąc pod uwagę olbrzymie korki i problemy z dojazdem, to godzinę, najwyżej dwie później. Zbyt dużo czasu minęło, by mogła zachować spokój. Sięgnęła po komórkę i drżącymi palcami wybrała numer do Maćka.
Wstrzymała oddech, kiedy wsłuchiwała się w kolejne sygnały. Nie odebrał. Spróbowała raz jeszcze. Znów kilka sekund wyczekiwania, ponownie bez efektu. Teraz już naprawdę się denerwowała. Niepokój nie pozwalał wysiedzieć jej w jednym miejscu. Gdyby nie małe dziecko w pokoju obok, rzuciłaby to wszystko i dotarła na komendę. Ale nie mogła zostawić córki samej, nie mogła też zabrać jej ze sobą w taką pogodę. Nie pozostało nic innego jak tylko czekać.
To było chyba najgorsze kilkanaście minut w jej życiu. Nerwowo chodziła z pokoju do kuchni i z powrotem, co chwilę szła do łazienki, spoglądała w lustro i przemywała twarz wodą, jakby to coś miało zmienić. W końcu usłyszała dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Podbiegła do drzwi, chciała go zobaczyć...
- Maciek! Jesteś wreszcie – odetchnęła z ulgą
Ale nie był sam. Utykał na jedną nogę, wspierał się na ramieniu kolegi.
- Dzięki – zwrócił się do policjanta, który wcisnął mu w dłoń klucze do mieszkania
- No, zaopiekujesz się naszym bohaterem?
- Bohaterem? - powtórzyła jak echo
- No... wiesz co, on chyba nie będzie chciał się pochwalić, to ja powiem.
Maciek spojrzał na niego wymownie, lecz nie udało mu się zniechęcić kolegi.
- Byliśmy na patrolu, Maciek dzięki swojej spostrzegawczości i szybkiej reakcji udaremnił napad na bank. Przypłacił trochę zdrowiem, ale... chyba było warto.
- Idź już, żona na ciebie czeka.
- No dobra, dobra, sam opowiedz swojej dziewczynie jak to było.
Marta przekrzywiła lekko głowę, ale Maciek dał jej znać by zachowała milczenie. No tak, po co miał tłumaczyć ich skomplikowaną sytuację, rozpowiadać wszystkim że chłopak zostawił ją kiedy była w ciąży, a on przyjął dziewczynę pod swój dach. Dla uproszczenia powiedział że są w związku, dzięki temu uniknął zbędnych pytań i części raczej nieprzyjemnych plotek. Rozumiała to.
Kiedy zostali sami, podeszła do niego, zarzuciła mu ręce na szyję i wtuliła się mocno. Gdyby w tej chwili nie opierał się plecami o ścianę, przewróciłaby go.
- Martwiłam się o ciebie – wyszeptała
- Musiałem pojechać do szpitala, trochę czasu to zajęło.
- Mogłeś odebrać telefon...
- Nie słyszałem, był wyciszony.
- Co właściwie ci zrobili?
- Nic – chciał oszczędzić jej szczegółów, żeby jej nie straszyć
- Maciek – powiedziała sucho, domagając się prawdziwej obecności
- Marta – westchnął, delikatnie głaszcząc ją po włosach.
Cofnęła trochę głowę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. Liczyła na to, że to go złamie. Efektu swojego działania nie zdołała przewidzieć. Ich twarze były bardzo blisko siebie, atmosfera nagle jakby stała się magiczna. Była całkowicie skoncentrowana na jego spojrzeniu. Żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył. Nie obojętnie, ale też nie z pożądaniem. Wydawało się jej, że jakieś radosne iskierki zabłysnęły w jego oczach. Uniósł lekko kąciki ust, a ona wtedy musnęła jego wargi swoimi ustami. Trochę nieśmiało, delikatnie zaczęła go całować. Nie pozostawał jej dłużny. Marta czuła gorąco na całym ciele, czuła jak mocno bije jej serce, jak miękną jej nogi. Na szczęście podtrzymywały ją jego silne ramiona. Odniosła wrażenie że rozpływa się w powietrzu. Przymknęła oczy, rozkoszując się smakiem jego ust. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, gdyby nie płacz dziecka, który z przedsionka nieba ściągnął ją z powrotem na ziemię. W jednej chwili oderwała się od bruneta, uwolniła z jego ramion i pobiegła do sypialni.
Zanim jej córka usnęła, minęło kilka kolejnych minut. Odetchnęła, jakby przed chwilą zrzuciła z siebie jakiś ciężar i wróciła do Maćka. Był już w pokoju, siedział na kanapie i oglądał telewizję. Dziewczyna usiadła obok i położyła głowę na jego ramieniu. Nie zareagował. Czyżby postanowił ją ignorować przez ten pocałunek?
- Co z twoją nogą?
- Chcesz wiedzieć? Dobrze, powiem ci – jego głos nie brzmiał już tak jak wcześniej, teraz był chłodny i niemiły, jakby nie chciał z nią rozmawiać – Postrzelili mnie, przez kilka następnych tygodni będę siedział w domu. Zadowolona?
- O co ci chodzi?
- O co tobie chodzi?
- Nie rozumiem – odsunęła się od niego kawałek i podniosła głowę – Co cię ugryzło? Kiedy przyszedłeś byłeś w lepszym humorze.
- Po co to zrobiłaś? Po co mnie pocałowałaś?
Zacisnęła wargi. Więc jednak, zdenerwował się tym pocałunkiem. A myślała że dla niego to też była przyjemność, że jemu też się podobało. Wciąż milczała. Sama nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie, a co miała powiedzieć jemu? Że to był odruch, że tak nagle tego zapragnęła? To tylko pogorszyłoby sytuację.
- Mówiłaś że między nami nigdy nic nie będzie, pamiętasz? Tego się trzymam, ale ty chyba jednak nie. Jeśli pragniesz faceta to idź, poszukaj sobie, zabaw się z nim, ja się zajmę twoją córką w tym czasie. A moje uczucia zostaw w spokoju.
- Yhym – gwałtownie skinęła głową – A nie pomyślałeś że przez rok coś się może zmienić?
- Co niby się miało zmienić? Że jednak zdecydowałaś się na małżeństwo z rozsądku, bo twoja córka się do mnie przywiązała, tak? A że ja się nie zgodzę tak po prostu, to trzeba mnie uwieść? I co, może jeszcze na dziecko mnie złapiesz, tak jak próbowałaś z Adrianem?
- Tak nie będziemy rozmawiać.
Zerwała się z kanapy i wybiegła. Nie tylko z pokoju, ale po chwili także usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Przesadził, zdecydowanie. Ale co miał pomyśleć, kiedy kobieta, która uparcie wmawiała mu że między nimi nigdy nic nie będzie, nagle zaczyna go całować? Szukał dla siebie usprawiedliwienia, ale tego co powiedział w nerwach nic nie mogło wytłumaczyć. Marta miała prawo być wściekła, nawet powinna była uderzyć go w twarz za te słowa. Dlaczego tego nie zrobiła? Tego też nie wiedział.
Przez następnych kilkanaście dni para nie odzywała się do siebie ani słowem. Brunet próbował nawiązać kontakt z dziewczyną, ale ona uparcie milczała. Musiało ją to bardzo zaboleć, skoro po trzech tygodniach nadal ani słowem nie odezwała się do niego. Maciek, mimo że na początku utykał na jedną nogę, wciąż pomagał jej w opiece nad córką.
W końcu Maciek nie zniósł już tego milczenia. Po dokładnie dwudziestu trzech dniach postanowił postawić ją pod ścianą. Dotychczas odrzucała jego przeprosiny, ale tym razem zamierzał zrobić coś takiego, że dziewczyna mu przebaczy.
Siedziała na skraju łóżka i czytała książkę, kiedy pojawił się w drzwiach pokoju z bukietem róż. Marta mimowolnie podniosła wzrok, zmierzyła go, po czym wróciła do lektury. Zawołał ją, ale nie zareagowała. Wtedy padł na kolana, aż syknął z bólu. Nie sprawdzał wcześniej w jakim stanie jest jego noga, na ile mu pozwala. Zwrócił na siebie uwagę dziewczyny. O to mu chodziło.
- Wstawaj – rzuciła gwałtownie, odkładając książkę na bok
- Marta, przepraszam. Nie chciałem wtedy tego powiedzieć.
- Wstawaj do cholery.
- Nie, dopóki mi nie wybaczysz.
- Wstawaj – powtórzyła po raz trzeci, tym razem łagodnie. Ponieważ ani drgnął, dziewczyna kucnęła naprzeciw niego. Wzięła od niego bukiet i położyła dłoń na jego policzku.
- Wstań.
Równocześnie podnieśli się na nogi.
- Są piękne – westchnęła, po czym rzuciła bukiet na łóżko – Ale ja nie chcę kwiatów. Chcę żebyś mi uwierzył. Nie bawię się twoimi uczuciami, po prostu... Wszystko potoczyło się inaczej niż myślałam.
- To znaczy?
- Nie potrafię cię kochać jak każdego innego faceta, bo jesteś wyjątkowy. Ale to nie znaczy że wcale nie mogę cię pokochać. Mi naprawdę na tobie zależy!
- To normalne w przyjaźni – wciąż był sceptycznie nastawiony do tego co usłyszał
- Ale kurde... Maciek... - westchnęła – Ja tego nie umiem wytłumaczyć słowami. Ty jesteś częścią mnie, musisz to zrozumieć!
- Nic nie muszę – pokręcił głową. Marta zacisnęła usta zawiedziona. Nie wiedziała że jeszcze nie powiedział wszystkiego.
- Ale chcę. Chcę i to zrobię – dam ci szansę. Już dawno chciałem spróbować i co? Teraz, kiedy tyle na to czekałem miałbym z tego zrezygnować?
Wziął ją w ramiona. Czuła się w nich bezpieczna, jakby otaczał ją mur obronny przed wszystkimi zagrożeniami, problemami i troskami. Czego jej więcej było do szczęścia potrzeba? Miała przy sobie kochającego i odpowiedzialnego mężczyznę oraz córkę, dotychczas najważniejszą istotę w swoim życiu. Po co jej pieniądze czy sława, kiedy przy sobie miała wszystko to, co czyniło ją naprawdę szczęśliwą, a nie stwarzało jedynie pozory? Wydawało się że to tak niewiele, ale to było wszystko, co nadawało sens jej życiu.
-------
To opowiadanie można jeszcze trochę pociągnąć, do czasu rozpoczęcia się akcji wcześniejszego długiego opowiadania, ale raczej nie ma takiej potrzeby - cel został zrealizowany. Nie pozostaje mi nic innego jak wyciągnąć z szuflady/notatnika (niepotrzebne skreślić) ;)
czwartek, 10 lipca 2014
Droga do szczęścia cz. 5
Ojciec Marty nie dawał córce spokoju jeszcze przez kilka dni. Wciąż kusił ją pieniędzmi, perspektywą świetlanej przyszłości w dobrze prosperującej firmie na wysokim stanowisku. Był tylko jeden warunek – oddać dziecko do adopcji. Na to nie mogła się zgodzić, za żadne pieniądze. Nigdy.
Nie przeszkadzało jej, że u Maćka nie miała zbyt wiele przestrzeni, że przez dziecko nie mogła wychodzić z przyjaciółkami, które w końcu, po kilku tygodniach od zakończenia szkoły przestały się do niej odzywać. Nie przeszkadzał jej ten skromny styl życia, choć od dziecka miała wszystko czego pragnęła, najdroższe ubrania, najnowsze telefony, a nawet miałaby już własny samochód, gdyby nie ciąża i rozwój wypadków w zeszłym roku. Tak naprawdę miała dość. Chciała dojść do czegoś własnymi siłami, żeby stanąć przed lustrem, z dumą spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „tak, to dzięki mnie”. U rodziców to nie było możliwe. Wszystko podawali jej na tacy i nie przyjmowali odmowy.
Maciek pomagał jej w opiece nad córką kiedy tylko mógł. Specjalnie poprosił w pracy o drugie zmiany, kiedy Marta zdawała maturę. Policjant dotychczas był przekonany że nie lubi dzieci, że nie byłby dobrym opiekunem, ale obecna sytuacja zweryfikowała jego zdanie. Choć nie było mu łatwo, całkiem nieźle sobie radził.
Kolejne problemy pojawiły się, kiedy dziewczyna chciała ochrzcić dziecko. Z kancelarii księdza wróciła wściekła, ukrywała emocje jedynie ze względu na córeczkę. W jej spojrzeniu była jednak iskierka złości, gniewu. Maciek to zauważył. Zaczekał aż położy ją do snu, potem złapał dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą.
- Co się stało?
- Nic.
- Jak to nic? Widzę przecież.
Odwróciła głowę i westchnęła ciężko. Wiedziała że Maciek nie da się oszukać i będzie naciskał by poznać prawdę.
- Ksiądz nie był zbyt miły.
- To znaczy?
- Chociażby zapytał mnie czy nie jestem zbyt młoda na dziecko, gdzie jest ojciec...
- Ale ochrzci?
- Zawołał sobie pięćset złotych.
- Słucham? - mężczyzna nie krył swojego oburzenia – Nie no, już ja sobie z nim pogadam.
- Maciek! - zawołała za nim, ale było za późno. Wyszedł. Znając jego charakter, Marta wiedziała że nic go nie zatrzyma. Nawet gdyby ksiądz był zajęty, odprawiał mszę czy mówił kazanie, brunet byłby gotów zabrać go siłą sprzed ołtarza czy ambony i mu nawtykać. Aż zadrżała na myśl, że jej przyjaciel mógłby wtargnąć podczas spowiedzi...
Na szczęście Maciek zdążył jeszcze przed wieczorną mszą. Ksiądz był właśnie w zakrystii, przygotowywał się. Policjant zapytał grzecznie czy może zająć chwilę, ale dobre maniery zachował tylko ze względu na obecność ministranta. Dopiero kiedy proboszcz wyprosił chłopaka, Maciek poczuł się pewnie.
- Była u księdza dzisiaj kobieta, w sprawie chrztu. Marta Poślicka.
- A, tak, była. A panu co do tego?
- Jestem jej przyjacielem. Powiedziała mi jak ksiądz ją potraktował.
- Jak każdego – odparł lekceważąco – Czyli zgodnie z cennikiem.
- Słuchaj no, wiesz co ty sobie z tym cennikiem zrób? Dupę sobie nim wytrzyj. Może ona nie chciała być niegrzeczna, może nie do końca znała swoje prawa, ale za to ja znam je dokładnie.
Ksiądz ostentacyjnie cofnął się do tyłu, jakby mężczyzna miał mu zrobić krzywdę. Ale on wcale nie miał takich zamiarów, chciał jedynie nastraszyć duchownego.
- Co pan sobie wyobraża! Proszę natychmiast stąd wyjść.
- Z przyjemnością. Tylko jeszcze zanim wyjdę, ksiądz ma obowiązek ochrzcić dziecko, bez względu na to czy będzie opłata, czy nie. Co łaska, prawda?
- No... no tak.
- A u księdza co łaska, ale nie mniej niż pięćset. Ciekawe co na to kuria...
Odwrócił się na pięcie, gotów do wyjścia. Zrobił swoje. Wcale nie zamierzał pisać donosu do przełożonych księdza, nie przeszkadzało mu to aż tak bardzo. Kościołów nie brakowało, bez problemu znajdzie się inny duchowny, który ochrzci dziecko Marty.
- Dobrze, już dobrze. Ja wcale nie odmawiam chrztu, tylko wie pan, życie też kosztuje...
- No to ksiądz powinien zrozumieć że nie wszyscy mają na tyle pieniędzy, by płacić pięćset złotych za chrzest.
- Dobrze, zrobię wyjątek. Nie wezmę ani grosza.
- Promocja? - rzucił drwiąco – Obejdzie się. Moja przyjaciółka ochrzci dziecko u innego księdza.
Tym razem na dobre zakończył dyskusję. Nie czekał na odpowiedź, która i tak nie padła, tylko od razu wyszedł. Zadowolony z siebie, od razu pojechał do innej parafii.
Przedłużająca się nieobecność bruneta coraz bardziej martwiła Martę. W jej głowie pojawiały się różne wizje przebiegu spotkania z księdzem, każda kolejna z coraz gorszym finałem. A co jeśli Maciek zrobił coś głupiego i został zatrzymany przez kolegów z policji? Co jeśli właśnie go przesłuchują? Co jeśli go zawieszą? Za co będą wtedy żyli? Ale nie, to raczej nie w jego stylu. Przez te kilka miesięcy dał się poznać jako odpowiedzialny i zrównoważony człowiek, ale jednak czasem, kiedy się zdenerwował...
W końcu wrócił. Kilka minut po dwudziestej, trzy godziny odkąd wyjechał. Z radości aż rzuciła mu się na szyję i ucałowała w policzek. Zszokowany policjant nawet nie zdołał jej objąć, znieruchomiał z wrażenia.
- Czym sobie zasłużyłem na takie powitanie?
- Martwiłam się! Opowiadaj, jak było?
- No co jak? - wzruszył ramionami – Powiedziałem mu w twarz co miałem powiedzieć i pojechałem do innej parafii. Tylko musiałem jeszcze poczekać aż skończy się msza, potem jeszcze oblężenie starszych pań zachwyconych wcześniejszym nabożeństwem...
Dziewczyna pokręciła głową i zaśmiała się.
- No co? Nie wiesz jak to jest? Ale ksiądz w porządku, nawet zaprosił mnie na plebanię, chciał dać herbaty... Porozmawialiśmy trochę o życiu, no i wstępnie udało się ustalić termin chrztu. Jesteśmy umówieni na jutro na szesnastą, żeby ustalić szczegóły.
Po raz drugi Marta rzuciła mu się na szyję i ucałowała go w policzek.
- Dziękuję – szepnęła mu do ucha
Mijały kolejne tygodnie, Maciek pracował, a Marta zajmowała się domem. Właściwie dwoma domami, bowiem sąsiedzi potrzebowali pomocy domowej, więc dziewczyna zgłosiła się do nich. Nie mogła na tym dużo zarobić, ale zawsze coś, co pomogło jej choć trochę usamodzielnić się finansowo. Kiedy Maciek miał pierwszą zmianę, ona szła po południu, a gdy on pracował po południu, mieszkaniem sąsiadów zajmowała się rano. W weekendy miała wolne, dzięki czemu mogła rozpocząć naukę na studiach zaocznych.
- A co z tobą? - spytała podczas jednego z wrześniowych wieczorów
- No jak co? Mam pracę którą lubię, dobrze się w niej czuję, a zarobek póki co wystarcza nam na życie. Czy coś trzeba zmieniać?
- Nie chcesz studiować?
Nie odpowiedział. Nie potrafił znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Nie miał też odwagi przyznać się Marcie, że nie zawsze wystarcza mu wypłaty. Wspomagał się wtedy oszczędnościami, ale przecież to nie były nieograniczone zasoby. Nie chciał myśleć co będzie za rok czy dwa, kiedy tych oszczędności braknie. Choć teraz sytuacja się poprawiła, Marta też coś zarabiała. Nie dużo, ale jednak na tyle, by na chwilę obecną pokryć wszystkie wydatki.
- Żyjemy jak rodzina – stwierdził nagle, przerywając ciszę
- Coś w tym jest – westchnęła Marta – Mieszkamy razem, na zmianę opiekujemy się dzieckiem, wspólnie podejmujemy decyzję, no i finanse...
- Wiesz że tak już zostanie?
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale teraz znów musiała mu przyznać rację. Sama z dzieckiem nie da rady, nie tylko finansowo, ale także czasowo. A on był jedyną osobą, która mogła jej w tym pomóc. A co gorsze, jej córka przyzwyczaiła się do Maćka, a to oznaczało że nawet gdyby chciała i mogła się usamodzielnić, mężczyzna nie będzie mógł tak po prostu zniknąć z jej życia. Niby nic jej z nim nie łączyło, a tak naprawdę łączyło ich bardzo wiele. Tak wiele, że dziewczyna po raz pierwszy pomyślała o małżeństwie. Ale ta myśl pojawiła się głównie z rozsądku, nie z uczucia. Tak było najlepiej dla całej trójki i tym przede wszystkim kierowała się, kiedy pomyślała o związku z brunetem.
Trzy miesiące później. Maciek wyszedł do pracy z samego rana, Marta jeszcze spała. Poprzedniego dnia narzekała że nie najlepiej się czuje, ale zapewniała że jak się porządnie wyśpi to jutro stanie na nogi. W końcu przed świętami miała dużo pracy i w domu, i u sąsiadów. Nie mogła sobie pozwolić na chociażby jeden dzień przerwy.
Kiedy Maciek wrócił do domu, zastał panujący tam bałagan. Zaczął coś podejrzewać. Wszedł w głąb mieszkania, omal nie potykając się o stojące na środku buty.
- Marta? - zajrzał do kuchni, lecz tam zamiast dziewczyny zastał kolejną odsłonę nieporządku
- Tu jestem! - dobiegł go ochrypły i osłabiony głos z sypialni.
Delikatnie uchylił drzwi, a kiedy wychylił głowę, zobaczył dziewczynę przykrytą kołdrą aż po samą szyję.
- Wchodź, wchodź. Goła nie jestem.
Jeszcze przez chwilę rozglądał się dookoła. Niemal wszędzie widział chusteczki higieniczne. W mig pojął, że jej wczorajsze złe samopoczucie nie było przypadkowe – dziewczyna zachorowała.
- Wybacz, ale nie mam siły do czegokolwiek...
- Nic się nie martw – wtrącił, zanim skończyła mówić – Ja się zajmę domem, a ty zdrowiej.
W pierwszej kolejności zajął się dzieckiem. Marta z podziwem obserwowała, jak mężczyzna z cierpliwością i spokojem próbuje nakarmić jej córkę. W tym momencie coś w niej pękło. Wzruszyła się. Zdała sobie sprawę, iż Maciek pokochał jej córkę jak swoją własną. Był całkowicie oddany opiece, tylko praca mogła oderwać go od tej małej, bezbronnej kruszynki.
- Byłbyś wspaniałym ojcem – rzekła półgłosem – Co ja gadam, jesteś wspaniałym ojcem.
Mimowolnie się uśmiechnął. Ciepło zrobiło mu się na sercu, kiedy usłyszał jak go nazwała. Spojrzał jeszcze raz na twarzyczkę dziecka, które trzymał na rękach, po czym przeniósł wzrok na Martę.
- A ty nie powinnaś leżeć?
- Wstałam tylko do łazienki.
- I trafiłaś do salonu – pokręcił głową – Przyznaj się, chciałaś mnie sprawdzić.
- Nie... Przyszłam bo chciałam ci pomóc. Narobiłam bałaganu, a teraz ty będziesz to wszystko sprzątał...
- Bo ty jesteś chora. Wracaj do łóżka.
- Ale...
- Wracaj – powiedział łagodnie, ale stanowczo. Zdecydowała się go posłuchać. Nie miała siły spierać się że to ona powinna zająć się domem, była osłabiona przez chorobę. Powoli, chwiejnym krokiem wróciła do sypialni.
Nie przeszkadzało jej, że u Maćka nie miała zbyt wiele przestrzeni, że przez dziecko nie mogła wychodzić z przyjaciółkami, które w końcu, po kilku tygodniach od zakończenia szkoły przestały się do niej odzywać. Nie przeszkadzał jej ten skromny styl życia, choć od dziecka miała wszystko czego pragnęła, najdroższe ubrania, najnowsze telefony, a nawet miałaby już własny samochód, gdyby nie ciąża i rozwój wypadków w zeszłym roku. Tak naprawdę miała dość. Chciała dojść do czegoś własnymi siłami, żeby stanąć przed lustrem, z dumą spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „tak, to dzięki mnie”. U rodziców to nie było możliwe. Wszystko podawali jej na tacy i nie przyjmowali odmowy.
Maciek pomagał jej w opiece nad córką kiedy tylko mógł. Specjalnie poprosił w pracy o drugie zmiany, kiedy Marta zdawała maturę. Policjant dotychczas był przekonany że nie lubi dzieci, że nie byłby dobrym opiekunem, ale obecna sytuacja zweryfikowała jego zdanie. Choć nie było mu łatwo, całkiem nieźle sobie radził.
Kolejne problemy pojawiły się, kiedy dziewczyna chciała ochrzcić dziecko. Z kancelarii księdza wróciła wściekła, ukrywała emocje jedynie ze względu na córeczkę. W jej spojrzeniu była jednak iskierka złości, gniewu. Maciek to zauważył. Zaczekał aż położy ją do snu, potem złapał dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą.
- Co się stało?
- Nic.
- Jak to nic? Widzę przecież.
Odwróciła głowę i westchnęła ciężko. Wiedziała że Maciek nie da się oszukać i będzie naciskał by poznać prawdę.
- Ksiądz nie był zbyt miły.
- To znaczy?
- Chociażby zapytał mnie czy nie jestem zbyt młoda na dziecko, gdzie jest ojciec...
- Ale ochrzci?
- Zawołał sobie pięćset złotych.
- Słucham? - mężczyzna nie krył swojego oburzenia – Nie no, już ja sobie z nim pogadam.
- Maciek! - zawołała za nim, ale było za późno. Wyszedł. Znając jego charakter, Marta wiedziała że nic go nie zatrzyma. Nawet gdyby ksiądz był zajęty, odprawiał mszę czy mówił kazanie, brunet byłby gotów zabrać go siłą sprzed ołtarza czy ambony i mu nawtykać. Aż zadrżała na myśl, że jej przyjaciel mógłby wtargnąć podczas spowiedzi...
Na szczęście Maciek zdążył jeszcze przed wieczorną mszą. Ksiądz był właśnie w zakrystii, przygotowywał się. Policjant zapytał grzecznie czy może zająć chwilę, ale dobre maniery zachował tylko ze względu na obecność ministranta. Dopiero kiedy proboszcz wyprosił chłopaka, Maciek poczuł się pewnie.
- Była u księdza dzisiaj kobieta, w sprawie chrztu. Marta Poślicka.
- A, tak, była. A panu co do tego?
- Jestem jej przyjacielem. Powiedziała mi jak ksiądz ją potraktował.
- Jak każdego – odparł lekceważąco – Czyli zgodnie z cennikiem.
- Słuchaj no, wiesz co ty sobie z tym cennikiem zrób? Dupę sobie nim wytrzyj. Może ona nie chciała być niegrzeczna, może nie do końca znała swoje prawa, ale za to ja znam je dokładnie.
Ksiądz ostentacyjnie cofnął się do tyłu, jakby mężczyzna miał mu zrobić krzywdę. Ale on wcale nie miał takich zamiarów, chciał jedynie nastraszyć duchownego.
- Co pan sobie wyobraża! Proszę natychmiast stąd wyjść.
- Z przyjemnością. Tylko jeszcze zanim wyjdę, ksiądz ma obowiązek ochrzcić dziecko, bez względu na to czy będzie opłata, czy nie. Co łaska, prawda?
- No... no tak.
- A u księdza co łaska, ale nie mniej niż pięćset. Ciekawe co na to kuria...
Odwrócił się na pięcie, gotów do wyjścia. Zrobił swoje. Wcale nie zamierzał pisać donosu do przełożonych księdza, nie przeszkadzało mu to aż tak bardzo. Kościołów nie brakowało, bez problemu znajdzie się inny duchowny, który ochrzci dziecko Marty.
- Dobrze, już dobrze. Ja wcale nie odmawiam chrztu, tylko wie pan, życie też kosztuje...
- No to ksiądz powinien zrozumieć że nie wszyscy mają na tyle pieniędzy, by płacić pięćset złotych za chrzest.
- Dobrze, zrobię wyjątek. Nie wezmę ani grosza.
- Promocja? - rzucił drwiąco – Obejdzie się. Moja przyjaciółka ochrzci dziecko u innego księdza.
Tym razem na dobre zakończył dyskusję. Nie czekał na odpowiedź, która i tak nie padła, tylko od razu wyszedł. Zadowolony z siebie, od razu pojechał do innej parafii.
Przedłużająca się nieobecność bruneta coraz bardziej martwiła Martę. W jej głowie pojawiały się różne wizje przebiegu spotkania z księdzem, każda kolejna z coraz gorszym finałem. A co jeśli Maciek zrobił coś głupiego i został zatrzymany przez kolegów z policji? Co jeśli właśnie go przesłuchują? Co jeśli go zawieszą? Za co będą wtedy żyli? Ale nie, to raczej nie w jego stylu. Przez te kilka miesięcy dał się poznać jako odpowiedzialny i zrównoważony człowiek, ale jednak czasem, kiedy się zdenerwował...
W końcu wrócił. Kilka minut po dwudziestej, trzy godziny odkąd wyjechał. Z radości aż rzuciła mu się na szyję i ucałowała w policzek. Zszokowany policjant nawet nie zdołał jej objąć, znieruchomiał z wrażenia.
- Czym sobie zasłużyłem na takie powitanie?
- Martwiłam się! Opowiadaj, jak było?
- No co jak? - wzruszył ramionami – Powiedziałem mu w twarz co miałem powiedzieć i pojechałem do innej parafii. Tylko musiałem jeszcze poczekać aż skończy się msza, potem jeszcze oblężenie starszych pań zachwyconych wcześniejszym nabożeństwem...
Dziewczyna pokręciła głową i zaśmiała się.
- No co? Nie wiesz jak to jest? Ale ksiądz w porządku, nawet zaprosił mnie na plebanię, chciał dać herbaty... Porozmawialiśmy trochę o życiu, no i wstępnie udało się ustalić termin chrztu. Jesteśmy umówieni na jutro na szesnastą, żeby ustalić szczegóły.
Po raz drugi Marta rzuciła mu się na szyję i ucałowała go w policzek.
- Dziękuję – szepnęła mu do ucha
Mijały kolejne tygodnie, Maciek pracował, a Marta zajmowała się domem. Właściwie dwoma domami, bowiem sąsiedzi potrzebowali pomocy domowej, więc dziewczyna zgłosiła się do nich. Nie mogła na tym dużo zarobić, ale zawsze coś, co pomogło jej choć trochę usamodzielnić się finansowo. Kiedy Maciek miał pierwszą zmianę, ona szła po południu, a gdy on pracował po południu, mieszkaniem sąsiadów zajmowała się rano. W weekendy miała wolne, dzięki czemu mogła rozpocząć naukę na studiach zaocznych.
- A co z tobą? - spytała podczas jednego z wrześniowych wieczorów
- No jak co? Mam pracę którą lubię, dobrze się w niej czuję, a zarobek póki co wystarcza nam na życie. Czy coś trzeba zmieniać?
- Nie chcesz studiować?
Nie odpowiedział. Nie potrafił znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Nie miał też odwagi przyznać się Marcie, że nie zawsze wystarcza mu wypłaty. Wspomagał się wtedy oszczędnościami, ale przecież to nie były nieograniczone zasoby. Nie chciał myśleć co będzie za rok czy dwa, kiedy tych oszczędności braknie. Choć teraz sytuacja się poprawiła, Marta też coś zarabiała. Nie dużo, ale jednak na tyle, by na chwilę obecną pokryć wszystkie wydatki.
- Żyjemy jak rodzina – stwierdził nagle, przerywając ciszę
- Coś w tym jest – westchnęła Marta – Mieszkamy razem, na zmianę opiekujemy się dzieckiem, wspólnie podejmujemy decyzję, no i finanse...
- Wiesz że tak już zostanie?
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale teraz znów musiała mu przyznać rację. Sama z dzieckiem nie da rady, nie tylko finansowo, ale także czasowo. A on był jedyną osobą, która mogła jej w tym pomóc. A co gorsze, jej córka przyzwyczaiła się do Maćka, a to oznaczało że nawet gdyby chciała i mogła się usamodzielnić, mężczyzna nie będzie mógł tak po prostu zniknąć z jej życia. Niby nic jej z nim nie łączyło, a tak naprawdę łączyło ich bardzo wiele. Tak wiele, że dziewczyna po raz pierwszy pomyślała o małżeństwie. Ale ta myśl pojawiła się głównie z rozsądku, nie z uczucia. Tak było najlepiej dla całej trójki i tym przede wszystkim kierowała się, kiedy pomyślała o związku z brunetem.
Trzy miesiące później. Maciek wyszedł do pracy z samego rana, Marta jeszcze spała. Poprzedniego dnia narzekała że nie najlepiej się czuje, ale zapewniała że jak się porządnie wyśpi to jutro stanie na nogi. W końcu przed świętami miała dużo pracy i w domu, i u sąsiadów. Nie mogła sobie pozwolić na chociażby jeden dzień przerwy.
Kiedy Maciek wrócił do domu, zastał panujący tam bałagan. Zaczął coś podejrzewać. Wszedł w głąb mieszkania, omal nie potykając się o stojące na środku buty.
- Marta? - zajrzał do kuchni, lecz tam zamiast dziewczyny zastał kolejną odsłonę nieporządku
- Tu jestem! - dobiegł go ochrypły i osłabiony głos z sypialni.
Delikatnie uchylił drzwi, a kiedy wychylił głowę, zobaczył dziewczynę przykrytą kołdrą aż po samą szyję.
- Wchodź, wchodź. Goła nie jestem.
Jeszcze przez chwilę rozglądał się dookoła. Niemal wszędzie widział chusteczki higieniczne. W mig pojął, że jej wczorajsze złe samopoczucie nie było przypadkowe – dziewczyna zachorowała.
- Wybacz, ale nie mam siły do czegokolwiek...
- Nic się nie martw – wtrącił, zanim skończyła mówić – Ja się zajmę domem, a ty zdrowiej.
W pierwszej kolejności zajął się dzieckiem. Marta z podziwem obserwowała, jak mężczyzna z cierpliwością i spokojem próbuje nakarmić jej córkę. W tym momencie coś w niej pękło. Wzruszyła się. Zdała sobie sprawę, iż Maciek pokochał jej córkę jak swoją własną. Był całkowicie oddany opiece, tylko praca mogła oderwać go od tej małej, bezbronnej kruszynki.
- Byłbyś wspaniałym ojcem – rzekła półgłosem – Co ja gadam, jesteś wspaniałym ojcem.
Mimowolnie się uśmiechnął. Ciepło zrobiło mu się na sercu, kiedy usłyszał jak go nazwała. Spojrzał jeszcze raz na twarzyczkę dziecka, które trzymał na rękach, po czym przeniósł wzrok na Martę.
- A ty nie powinnaś leżeć?
- Wstałam tylko do łazienki.
- I trafiłaś do salonu – pokręcił głową – Przyznaj się, chciałaś mnie sprawdzić.
- Nie... Przyszłam bo chciałam ci pomóc. Narobiłam bałaganu, a teraz ty będziesz to wszystko sprzątał...
- Bo ty jesteś chora. Wracaj do łóżka.
- Ale...
- Wracaj – powiedział łagodnie, ale stanowczo. Zdecydowała się go posłuchać. Nie miała siły spierać się że to ona powinna zająć się domem, była osłabiona przez chorobę. Powoli, chwiejnym krokiem wróciła do sypialni.
-------
Droga Alutko... nie da się ukryć że jest to powrót do przeszłości, w sumie to nawet czekałem kiedy ktoś to zauważy. Wracając do tego dłuższego opowiadania uznałem że historia małżeństwa Strzewińskich to dość ciekawy wątek i zasługuje na rozbudowanie. Przy okazji jednak wprowadziłem trochę poprawek i przeniosłem akcję w czasy bliższe teraźniejszości, ponieważ trudno byłoby mi pisać o realiach lat 90. które tak naprawdę znam tylko z opowieści czy filmów. Czy pomysł oryginalny... no cóż, może się wydawać że nie, ale myślę że byłby inaczej odebrany gdyby po raz pierwszy pojawił się na blogu. Nie odbieram twojego komentarza jako krytykę, ale dostrzegam w nim jakby rozczarowanie - dlatego zdecydowałem się odpowiedzieć.
W jednym z wcześniejszych komentarzach napisałaś też że chciałabyś zobaczyć opowiadanie podobne do tego o kleryku... Mam trochę pomysłów, ciekawych i mniej ciekawych, ale naprawdę ciężko będzie dorównać tamtemu, bowiem było ono naprawdę bardzo dobre, jedno z najlepszych jakie udało mi się napisać, o ile nie najlepsze. Niemniej liczę na to, że nowe pomysły też wam, czytelnikom, się spodobają.
W jednym z wcześniejszych komentarzach napisałaś też że chciałabyś zobaczyć opowiadanie podobne do tego o kleryku... Mam trochę pomysłów, ciekawych i mniej ciekawych, ale naprawdę ciężko będzie dorównać tamtemu, bowiem było ono naprawdę bardzo dobre, jedno z najlepszych jakie udało mi się napisać, o ile nie najlepsze. Niemniej liczę na to, że nowe pomysły też wam, czytelnikom, się spodobają.
wtorek, 8 lipca 2014
Droga do szczęścia cz. 4
Już na początku grudnia można było poczuć świąteczną atmosferę – czy to oglądając telewizję, czy słuchając radia, czy też spoglądając na przyozdobione centrum miasta bądź wystawy sklepowe. Maciek przygotowania rozpoczął jednak dopiero około 20 grudnia. Dla niego i dla Marty nie trzeba było dużo jedzenia, mieszkanie nie było duże, więc wiele sprzątania też nie było. Zaczęli od wspólnych zakupów, by cały następny dzień spędzić w kuchni, usiłując przygotowywać posiłki. Dla obojga było to nowe doświadczenie. Brunet pierwszy raz przygotowywał wigilijną kolację, zaś jego współlokatorka stawiała dopiero pierwsze kroki w gotowaniu. Maciek nie chciał jej zbytnio obciążać, ponieważ była już w piątym miesiącu ciąży – dlatego to on przejął inicjatywę we wszystkich przygotowaniach.
W wigilię, po ubraniu choinki, wybrali się na popołudniowy spacer. Na zewnątrz było zimno i prószył śnieg. Marta, widząc jak kolejne płatki lądują na ciemnych włosach przyjaciela, zaśmiała się. Ona miała czapkę i szalik – w przeciwieństwie do towarzysza, który uznał że kurtka będzie wystarczająca.
- Poczekaj – zatrzymała go i wspięła się na palce, by strzepać śnieg z jego włosów – Mówiłam żebyś brał czapkę!
- Oj tam, oj tam – machnął ręką lekceważąco – Głowę też trzeba czasem przewietrzyć.
Uśmiechnął się, na co dziewczyna przewróciła oczami.
- Ale nie wtedy, gdy pada śnieg. Wracamy?
- Jeszcze kawałek – zadecydował, ruszając naprzód – Wiesz co?
- Nie wiem. Skąd miałabym wiedzieć?
- No dobra, to się dowiesz. Cieszę się, że spędzisz ze mną te święta. Gdyby nie ty... siedziałbym sam w domu.
- I vice versa – odparła, trącając go w bok – Szkoda tylko że rodzice nawet na życzenia nie chcą odpisać...
- Wiesz, dzień się jeszcze nie skończył. Może jednak...
- Złudna nadzieja – weszła mu w zdanie, nie wierząc że dostanie odpowiedź. Już na nią nie czekała. Liczyła na to że to będzie przełom w ich relacjach, że atmosfera świąt pomoże im się pogodzić... Ale jednak się pomyliła. Teraz nie miała wątpliwości, iż rodzice odcięli się od niej na dobre. Że naprawdę nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Wtedy myślała że powiedzieli to w nerwach... Nawet jeśli tak było, wciąż im nie przeszło.
Przez całe święta siedzieli w domu bądź spacerowali. Jeszcze pod koniec miesiąca Maciek wrócił do pracy na kilka dni, gdyż na urlop mógł liczyć dopiero po przepracowaniu roku – czyli najwcześniej w sierpniu. W Sylwestra odmówił sobie szampana ze względu na Martę. Ona nie mogła pić, więc postanowił jej w tym towarzyszyć. Dziwnie by się czuł spożywając na jej oczach. A jeszcze dziwniej, gdyby miał to robić w tajemnicy przed nią.
Nadszedł nowy, 2011 rok. Przełomowy dla Marty i Maćka. On postanowił rzucić palenie i zamierzał podejść do egzaminu praktyczny na prawo jazdy po raz drugi, a jeśli znów się nie uda to po raz kolejny, aż do skutku. Ona miała urodzić dziecko w kwietniu, w maju zdać maturę, a w październiku być może pójść na studia. Wiedziała że Maciek też ma takie plany odnośnie dalszego kształcenia.
W marcu, będąc w ósmym miesiącu ciąży, Marta pojawiała się tylko na ważniejszych lekcjach. Dostała na to zgodę od dyrekcji, ze względu na swój stan. Dzięki temu miała więcej czasu na odpoczynek, co było wskazane w jej stanie, a także na lepsze przygotowanie się do matury. Po co miała siedzieć na lekcji wosu czy innego niematuralnego przedmiotu, na którym i tak już nikt nie słucha nauczyciela, niektóre pary ze sobą flirtują, jeszcze inni grają na telefonach, a pozostali nie mogą oderwać się od portali społecznościowych. Strata czasu.
- Przyniosłem ci herbatę – oznajmił Maciek, stawiając kubek na szafce obok łóżka
- Dzięki – odpowiedziała, odkładając książkę na bok
- Co czytasz?
- Książkę – pokazała mu język
- To widzę, a konkretnie?
- Nie zainteresuje cię to. Podręcznik z geografii, jutro mam sprawdzian.
- No tak, to faktycznie nie leży w moim guście.
- Chodź tutaj – wskazała mu miejsce obok siebie na łóżku – Poleż trochę ze mną.
Maciek był zaskoczony jej propozycją, ale skorzystał. Czuł że dziewczyna chce z nim porozmawiać i to poważnie.
- Zdałeś prawko, co nie?
- No zdałem, już dwa miesiące temu.
- To chyba nie będzie ostatni egzamin w twoim życiu, co?
- Nie rozumiem.
Nigdy nie lubił owijania w bawełnę. Najlepiej gdy ktoś od razu mówił o co chodzi, walił prosto z mostu.
- Idziesz na studia?
- Yyy... - zmieszał się, ponieważ nie spodziewał się takiego pytania – Nie myślałem o tym, jest jeszcze sporo czasu. Dlaczego o to pytasz?
- Martwię się trochę o to, czy damy sobie radę.
- Ale jak? Finansowo? Skromnie będziemy żyć i jakoś to będzie.
- Nie to miałam na myśli.
Chwyciła go za nadgarstek i położyła dłoń na swoim brzuchu. Maciek znieruchomiał z wrażenia. Nie wiedział czy dobrze odczytał intencje dziewczyny, ale odniósł wrażenie że chce aby zajmował się jej dzieckiem.
- W ogóle to najpierw powinnam cię zapytać... Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli tu zostaniemy? Nie chcę iść do domu samotnej matki...
- Marta... - westchnął ciężko – Oczywiście że nie mam nic przeciwko. Przecież mówiłem że możesz tu mieszkać ile chcesz.
- Ale to było kilka miesięcy temu.
- Ale byłaś już w ciąży, wziąłem pod uwagę to że pojawi się dziecko.
Skinęła głową. Teraz miała już pewność. Obawy pojawiły się tylko dlatego, że wcześniej mógł liczyć na to, że dziewczyna pogodzi się z rodzicami i wróci do nich, a on nie będzie musiał znosić dziecięcego płaczu w środku nocy czy tony pieluch.
- Pomożesz mi? No wiesz, w opiece...
- Jasne – odparł bez wahania – Trzeba będzie też kupić jakiś sprzęt, co nie? Łóżeczko, wózek, ubranka...
- Cholera jasna! Zupełnie o tym zapomniałam... Co ja bym bez ciebie zrobiła?
- Lepiej nie wiedzieć – uśmiechnął się do niej – Ty się niczym nie przejmuj, ucz do matury, a ja się wszystkim zajmę.
- No, no – pogroziła mu palcem – Tylko jakieś ładne wybieraj.
Kiedy wyszedł i zostawił ją samą w pokoju, wcisnęła głowę w poduszkę i spojrzała na sufit. Nie w głowie była jej teraz nauka i geografia. Pomyślała że ma w życiu niewiarygodne szczęście. Trafiła na odpowiedzialnego faceta, takiego któremu można było wszystko powierzyć, takiego który był gotów się zaopiekować nią i jej dzieckiem. Dlaczego nie potrafiła go pokochać? Czego mu brakowało? A może on ma wszystko, a to z nią jest coś nie tak?
Zastanawiała się też skąd Maciek bierze na to wszystko pieniądze. Opłaty i żywność to z zarobków, coś z tego na pewno odkładał. Ale jakim cudem te resztki wystarczyły na prawo jazdy, samochód, a teraz jeszcze na wyprawkę dla niemowlaka? Nie miała jednak odwagi, by go spytać o finanse. To mogłoby być niegrzeczne. On ją utrzymuje, finansuje wszystkie potrzeby, a ona jeszcze by narzekała, bo nie jest pewna źródła tego dochodu. A może jednak lepiej nie wiedzieć?
Na początku kwietnia, kilka dni przed wyznaczonym terminem, Marta urodziła córkę. Dziewczyna nie mogła oderwać wzroku od niemowlęcia. Od razu je pokochała, kiedy tylko zobaczyła je po raz pierwszy. Maciek codziennie po pracy przychodził do szpitala. Także wyglądał na szczęśliwego, jakby był ojcem dziecka. Pielęgniarka nawet się pomyliła i wzięła dwoje młodych ludzi za małżeństwo.
Ich spokój zakłóciło pojawienie się rodziców Marty w szpitalu. Dziewczyna zamarła na ich widok. Maciek siedział przy niej, ale kiedy zobaczył ich w progu, natychmiast wstał, gotów w każdej chwili wyprosić ich z sali.
- Czego chcecie? - spytała dziewczyna, tuląc do siebie niemowlę
- Przyszliśmy z tobą porozmawiać. Pan wyjdzie z sali, to nasze sprawy rodzinne – mężczyzna zwrócił się do Maćka. Policjant spojrzał na Martę, ta złapała go za rękę, dając mu do zrozumienia by został.
- Porozmawiać? - rzuciła drwiąco – Nie odzywaliście się przez pół roku, w ogóle was nie interesowało czy jeszcze żyję! A teraz chcecie rozmawiać?
- Popełniliśmy błąd... Chcemy go naprawić. Oddasz dziecko do adopcji, wrócisz do nas i wszystko będzie dobrze.
- Słucham? Mam oddać własne dziecko obcym ludziom?
- Zmarnujesz sobie życie.
- Wy mi je zmarnowaliście – wycedziła przez zęby – Wygoniliście mnie, kiedy najbardziej potrzebowałam waszej pomocy. Ale sprawdziło się powiedzenie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Dzięki niemu – wskazała na Maćka – jestem tu cała i zdrowa, urodziłam zdrową córkę. Zamiast wyganiać go z sali i wykłócać się ze mną, powinniście mu podziękować!
- Jak ty chcesz wychowywać dziecko? Przecież ty sama jesteś dzieckiem!
- Wkrótce skończę 19 lat, jestem dorosła. Jeśli nie chcecie tego zaakceptować, to nigdy więcej się do mnie odzywajcie.
- Jak sobie życzysz – warknął ojciec, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali. Zdezorientowana matka przez chwilę zakręciła się w miejscu, by następnie pobiec za mężem. Marta była przekonana że ma już ich z głowy, lecz wcale tak nie było...
Kiedy Maciek wychodził ze szpitala wieczorem, zaczepił go ojciec dziewczyny.
- Może chociaż pan będzie miał więcej rozumu niż moja córka. Przecież ona nie ma czasu na zajmowanie się dzieckiem, ona musi studiować!
- Ona nic nie musi, jest dorosła – odparł spokojnie Maciek
- Jest na nas zdenerwowana, dlatego nie chce nas słuchać. Ale jakby pan jej coś powiedział...
Brunet zmarszczył czoło. Nie podobały mu się ani ton, ani treść tej wypowiedzi.
- Dostanie pan dziesięć tysięcy – kontynuował – Jeśli przekona ją pan, żeby oddała dziecko do adopcji.
Maciek pokiwał głową. Przez chwilę wydawało się, że zgodzi się na warunek, lecz nagle wypalił:
- Tak to pan sobie wymyślił... Otóż nie, nigdy nie będę jej do tego namawiał. Za żadne pieniądze na tym świecie.
- Piętnaście – mężczyzna podniósł stawkę
- Nie wszystko można kupić. Idź pan stąd, zanim się zdenerwuję.
- Moje ostatnie słowo, dwadzieścia.
- Spierdalaj – Maciek nie wytrzymał i postanowił wulgarnie odrzucić propozycję. Tym razem podziałało. Wzburzony mężczyzna odszedł, wsiadł do samochodu, po czym odjechał z piskiem opon.
W wigilię, po ubraniu choinki, wybrali się na popołudniowy spacer. Na zewnątrz było zimno i prószył śnieg. Marta, widząc jak kolejne płatki lądują na ciemnych włosach przyjaciela, zaśmiała się. Ona miała czapkę i szalik – w przeciwieństwie do towarzysza, który uznał że kurtka będzie wystarczająca.
- Poczekaj – zatrzymała go i wspięła się na palce, by strzepać śnieg z jego włosów – Mówiłam żebyś brał czapkę!
- Oj tam, oj tam – machnął ręką lekceważąco – Głowę też trzeba czasem przewietrzyć.
Uśmiechnął się, na co dziewczyna przewróciła oczami.
- Ale nie wtedy, gdy pada śnieg. Wracamy?
- Jeszcze kawałek – zadecydował, ruszając naprzód – Wiesz co?
- Nie wiem. Skąd miałabym wiedzieć?
- No dobra, to się dowiesz. Cieszę się, że spędzisz ze mną te święta. Gdyby nie ty... siedziałbym sam w domu.
- I vice versa – odparła, trącając go w bok – Szkoda tylko że rodzice nawet na życzenia nie chcą odpisać...
- Wiesz, dzień się jeszcze nie skończył. Może jednak...
- Złudna nadzieja – weszła mu w zdanie, nie wierząc że dostanie odpowiedź. Już na nią nie czekała. Liczyła na to że to będzie przełom w ich relacjach, że atmosfera świąt pomoże im się pogodzić... Ale jednak się pomyliła. Teraz nie miała wątpliwości, iż rodzice odcięli się od niej na dobre. Że naprawdę nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Wtedy myślała że powiedzieli to w nerwach... Nawet jeśli tak było, wciąż im nie przeszło.
Przez całe święta siedzieli w domu bądź spacerowali. Jeszcze pod koniec miesiąca Maciek wrócił do pracy na kilka dni, gdyż na urlop mógł liczyć dopiero po przepracowaniu roku – czyli najwcześniej w sierpniu. W Sylwestra odmówił sobie szampana ze względu na Martę. Ona nie mogła pić, więc postanowił jej w tym towarzyszyć. Dziwnie by się czuł spożywając na jej oczach. A jeszcze dziwniej, gdyby miał to robić w tajemnicy przed nią.
Nadszedł nowy, 2011 rok. Przełomowy dla Marty i Maćka. On postanowił rzucić palenie i zamierzał podejść do egzaminu praktyczny na prawo jazdy po raz drugi, a jeśli znów się nie uda to po raz kolejny, aż do skutku. Ona miała urodzić dziecko w kwietniu, w maju zdać maturę, a w październiku być może pójść na studia. Wiedziała że Maciek też ma takie plany odnośnie dalszego kształcenia.
W marcu, będąc w ósmym miesiącu ciąży, Marta pojawiała się tylko na ważniejszych lekcjach. Dostała na to zgodę od dyrekcji, ze względu na swój stan. Dzięki temu miała więcej czasu na odpoczynek, co było wskazane w jej stanie, a także na lepsze przygotowanie się do matury. Po co miała siedzieć na lekcji wosu czy innego niematuralnego przedmiotu, na którym i tak już nikt nie słucha nauczyciela, niektóre pary ze sobą flirtują, jeszcze inni grają na telefonach, a pozostali nie mogą oderwać się od portali społecznościowych. Strata czasu.
- Przyniosłem ci herbatę – oznajmił Maciek, stawiając kubek na szafce obok łóżka
- Dzięki – odpowiedziała, odkładając książkę na bok
- Co czytasz?
- Książkę – pokazała mu język
- To widzę, a konkretnie?
- Nie zainteresuje cię to. Podręcznik z geografii, jutro mam sprawdzian.
- No tak, to faktycznie nie leży w moim guście.
- Chodź tutaj – wskazała mu miejsce obok siebie na łóżku – Poleż trochę ze mną.
Maciek był zaskoczony jej propozycją, ale skorzystał. Czuł że dziewczyna chce z nim porozmawiać i to poważnie.
- Zdałeś prawko, co nie?
- No zdałem, już dwa miesiące temu.
- To chyba nie będzie ostatni egzamin w twoim życiu, co?
- Nie rozumiem.
Nigdy nie lubił owijania w bawełnę. Najlepiej gdy ktoś od razu mówił o co chodzi, walił prosto z mostu.
- Idziesz na studia?
- Yyy... - zmieszał się, ponieważ nie spodziewał się takiego pytania – Nie myślałem o tym, jest jeszcze sporo czasu. Dlaczego o to pytasz?
- Martwię się trochę o to, czy damy sobie radę.
- Ale jak? Finansowo? Skromnie będziemy żyć i jakoś to będzie.
- Nie to miałam na myśli.
Chwyciła go za nadgarstek i położyła dłoń na swoim brzuchu. Maciek znieruchomiał z wrażenia. Nie wiedział czy dobrze odczytał intencje dziewczyny, ale odniósł wrażenie że chce aby zajmował się jej dzieckiem.
- W ogóle to najpierw powinnam cię zapytać... Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli tu zostaniemy? Nie chcę iść do domu samotnej matki...
- Marta... - westchnął ciężko – Oczywiście że nie mam nic przeciwko. Przecież mówiłem że możesz tu mieszkać ile chcesz.
- Ale to było kilka miesięcy temu.
- Ale byłaś już w ciąży, wziąłem pod uwagę to że pojawi się dziecko.
Skinęła głową. Teraz miała już pewność. Obawy pojawiły się tylko dlatego, że wcześniej mógł liczyć na to, że dziewczyna pogodzi się z rodzicami i wróci do nich, a on nie będzie musiał znosić dziecięcego płaczu w środku nocy czy tony pieluch.
- Pomożesz mi? No wiesz, w opiece...
- Jasne – odparł bez wahania – Trzeba będzie też kupić jakiś sprzęt, co nie? Łóżeczko, wózek, ubranka...
- Cholera jasna! Zupełnie o tym zapomniałam... Co ja bym bez ciebie zrobiła?
- Lepiej nie wiedzieć – uśmiechnął się do niej – Ty się niczym nie przejmuj, ucz do matury, a ja się wszystkim zajmę.
- No, no – pogroziła mu palcem – Tylko jakieś ładne wybieraj.
Kiedy wyszedł i zostawił ją samą w pokoju, wcisnęła głowę w poduszkę i spojrzała na sufit. Nie w głowie była jej teraz nauka i geografia. Pomyślała że ma w życiu niewiarygodne szczęście. Trafiła na odpowiedzialnego faceta, takiego któremu można było wszystko powierzyć, takiego który był gotów się zaopiekować nią i jej dzieckiem. Dlaczego nie potrafiła go pokochać? Czego mu brakowało? A może on ma wszystko, a to z nią jest coś nie tak?
Zastanawiała się też skąd Maciek bierze na to wszystko pieniądze. Opłaty i żywność to z zarobków, coś z tego na pewno odkładał. Ale jakim cudem te resztki wystarczyły na prawo jazdy, samochód, a teraz jeszcze na wyprawkę dla niemowlaka? Nie miała jednak odwagi, by go spytać o finanse. To mogłoby być niegrzeczne. On ją utrzymuje, finansuje wszystkie potrzeby, a ona jeszcze by narzekała, bo nie jest pewna źródła tego dochodu. A może jednak lepiej nie wiedzieć?
Na początku kwietnia, kilka dni przed wyznaczonym terminem, Marta urodziła córkę. Dziewczyna nie mogła oderwać wzroku od niemowlęcia. Od razu je pokochała, kiedy tylko zobaczyła je po raz pierwszy. Maciek codziennie po pracy przychodził do szpitala. Także wyglądał na szczęśliwego, jakby był ojcem dziecka. Pielęgniarka nawet się pomyliła i wzięła dwoje młodych ludzi za małżeństwo.
Ich spokój zakłóciło pojawienie się rodziców Marty w szpitalu. Dziewczyna zamarła na ich widok. Maciek siedział przy niej, ale kiedy zobaczył ich w progu, natychmiast wstał, gotów w każdej chwili wyprosić ich z sali.
- Czego chcecie? - spytała dziewczyna, tuląc do siebie niemowlę
- Przyszliśmy z tobą porozmawiać. Pan wyjdzie z sali, to nasze sprawy rodzinne – mężczyzna zwrócił się do Maćka. Policjant spojrzał na Martę, ta złapała go za rękę, dając mu do zrozumienia by został.
- Porozmawiać? - rzuciła drwiąco – Nie odzywaliście się przez pół roku, w ogóle was nie interesowało czy jeszcze żyję! A teraz chcecie rozmawiać?
- Popełniliśmy błąd... Chcemy go naprawić. Oddasz dziecko do adopcji, wrócisz do nas i wszystko będzie dobrze.
- Słucham? Mam oddać własne dziecko obcym ludziom?
- Zmarnujesz sobie życie.
- Wy mi je zmarnowaliście – wycedziła przez zęby – Wygoniliście mnie, kiedy najbardziej potrzebowałam waszej pomocy. Ale sprawdziło się powiedzenie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Dzięki niemu – wskazała na Maćka – jestem tu cała i zdrowa, urodziłam zdrową córkę. Zamiast wyganiać go z sali i wykłócać się ze mną, powinniście mu podziękować!
- Jak ty chcesz wychowywać dziecko? Przecież ty sama jesteś dzieckiem!
- Wkrótce skończę 19 lat, jestem dorosła. Jeśli nie chcecie tego zaakceptować, to nigdy więcej się do mnie odzywajcie.
- Jak sobie życzysz – warknął ojciec, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali. Zdezorientowana matka przez chwilę zakręciła się w miejscu, by następnie pobiec za mężem. Marta była przekonana że ma już ich z głowy, lecz wcale tak nie było...
Kiedy Maciek wychodził ze szpitala wieczorem, zaczepił go ojciec dziewczyny.
- Może chociaż pan będzie miał więcej rozumu niż moja córka. Przecież ona nie ma czasu na zajmowanie się dzieckiem, ona musi studiować!
- Ona nic nie musi, jest dorosła – odparł spokojnie Maciek
- Jest na nas zdenerwowana, dlatego nie chce nas słuchać. Ale jakby pan jej coś powiedział...
Brunet zmarszczył czoło. Nie podobały mu się ani ton, ani treść tej wypowiedzi.
- Dostanie pan dziesięć tysięcy – kontynuował – Jeśli przekona ją pan, żeby oddała dziecko do adopcji.
Maciek pokiwał głową. Przez chwilę wydawało się, że zgodzi się na warunek, lecz nagle wypalił:
- Tak to pan sobie wymyślił... Otóż nie, nigdy nie będę jej do tego namawiał. Za żadne pieniądze na tym świecie.
- Piętnaście – mężczyzna podniósł stawkę
- Nie wszystko można kupić. Idź pan stąd, zanim się zdenerwuję.
- Moje ostatnie słowo, dwadzieścia.
- Spierdalaj – Maciek nie wytrzymał i postanowił wulgarnie odrzucić propozycję. Tym razem podziałało. Wzburzony mężczyzna odszedł, wsiadł do samochodu, po czym odjechał z piskiem opon.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)