czwartek, 27 listopada 2014

Zbuntowany cz. 3

          Po powrocie do domu Maciek rzucił plecak w kąt i od razu usiadł przy komputerze. Miał jeszcze dwie, może trzy godziny spokoju, nim Aśka wróci z pracy. A jak wróci to jak zwykle będzie mu truła by posprzątał swój pokój albo przynajmniej wyszedł na spacer i zaczerpnął świeżego powietrza, zamiast ciągle bezmyślnie gapić się w ekran komputera czy telewizora. Słuchawki w uszy, myszka w dłoń i całkowicie wyłączył się ze świata. Wciągnął się w grę wojenną, którą kilka dni wcześniej nielegalnie ściągnął z internetu. Standardowa praktyka nie tylko jego, ale także kolegów. O ile Maciek po prostu nie miał pieniędzy na kupowanie gier, to jego rówieśnicy decydowali się na takie działanie gdyż rodzice nie zawsze chcieli spełniać ich zachcianki.
Kiedy Joasia wróciła, nastolatek dla świętego spokoju spełnił jedną z jej próśb i wybrał się do supermarketu na niewielkie zakupy. Dziewczyna zrobiła mu listę, żeby niczego nie zapomniał.
- Wiesz co Aśka? - westchnął znudzony, kiedy wrócił do domu – Ludzie oszaleli. Latają między półkami jak pojebani, sami nie wiedzą co chcą kupić, biorą jeszcze te rozwrzeszczane bachory ze sobą...
- Dzieciaki – poprawiła go
- Nie, to nie są dzieciaki. To są wredne, rozwrzeszczane bachory. Jeden taki, co był z mamusią za mną w kolejce, stwierdził że będzie zabawnie jeśli cały czas będzie mnie uderzał wózkiem po nogach. Normalnie miałem ochotę go kopnąć.
- Maciek... - spojrzała na niego z politowaniem – Ty też do najmilszych nie należysz.
- Ale nikogo wózkiem czy innym cholerstwem nie uderzam. W ogóle, pamiętasz kiedy ostatnio kogoś pobiłem?
- Pod koniec maja, takiego jednego z równoległej klasy.
- Bo mu się należało – stwierdził
- Tak, tylko że ty zacząłeś i to ty bardziej oberwałeś. A tak w ogóle to dzwoniła do mnie nauczycielka matematyki.
Maciek teatralnie przewrócił oczami.
- Już musiała się poskarżyć, co?
- Co tak w ogóle miał znaczyć ten występ? - spojrzała na niego wymownie
- Wiesz... - zaczął niepewnie, ale szybko znalazł odpowiedź – W jednym się z tobą zgadzam Asiu. System edukacji jest do dupy.
- I co? Ty zamierzasz go zmienić właśnie takim postępowaniem?
- Nie, ja po prostu nie zamierzam w tym brać udziału. No wiesz, bierne uczestniczenie to jednak przyzwolenie na dalsze szerzenie głupoty.
- No i co? Ty myślisz że to coś da? A w ogóle to musiałeś powiedzieć tej nauczycielce coś takiego? Wiesz przecież że to przykre... I to nie jej wina że musi was uczyć takiego materiału.
- Aśka, tu nie chodzi o to czego uczy tylko jak! Ona gada sama dla siebie, nikt nie jest w stanie zrozumieć co ona chce nam przekazać. Może po prostu nie nadaje na nauczycielkę? Ktoś w końcu musiał jej to uświadomić.
- Ty chyba jednak jesteś bezczelny – pokręciła głową z bezradności
- Nie Asiu, ja jestem szczery. Szczery aż do bólu.
Nie kontynuowała tej rozmowy, bo wiedziała że to nie ma sensu. Maciek i tak będzie uważał że nie zrobił nic złego. Próbowała wiele razy, ale nigdy nie przekonała go do zmiany postępowania. W gruncie rzeczy to był dobry chłopak, lecz... trochę zagubiony. Może właśnie brakowało mu rodziców? Aśka nigdy nie będzie w stanie ich zastąpić, zawsze będzie ukochaną, troskliwą starszą siostrą. To wiele, ale nie wystarczająco by być dla niego takim autorytetem, jakim mógłby być dla niego ojciec lub matka.
- Maciek, jeszcze jedno – zatrzymała go, kiedy już chciał wrócić do swojego pokoju – W niedzielę przyjdzie do nas na kawę mój chłopak. Myślę że to już najwyższy czas żebyście się poznali. Bądź dla niego miły, okej?
- Do niedzieli jeszcze daleko – rzucił obojętnie, zbywając prośbę siostry. Blondynka miała jednak nadzieję, że weźmie to sobie do serca i się postara.

          Maciek wyczekiwał niecierpliwie nadchodzącej niedzieli, lecz nie ze względu na spotkanie które zaaranżowała jego siostra, ale ze względu na hitowy mecz w lidze angielskiej. Wicelider tabeli, Manchester City na swoim stadionie podejmował lidera, Arsenal Londyn. Na szczęście mecz był w godzinach wieczornych i nie będzie musiał robić Asi tej przykrości by zignorować jej chłopaka by móc obejrzeć hit kolejki.
- Poznajcie się – powiedziała Joasia, kiedy przyprowadziła obu do salonu – Mój brat, Maciek, mój chłopak, Mateusz.
Nastolatek zmierzył wzrokiem wybranka siostry. Miał długie, jasne włosy z grzywką opadającą na czoło, duże okulary, a na sobie koszulę i spodnie garniturowe, jakby przyszedł na oficjalne spotkanie. Szkoda że jeszcze krawata nie założył.
- A kwiatek dla niej to gdzie? - spytał niezbyt uprzejmym tonem
- Maciek – wycedziła przez zęby Joasia
- Przepraszam, nie pomyślałem – odparł chłopak i spuścił głowę zawstydzony
- Nie szkodzi, wcale tego nie oczekiwałam – próbowała załagodzić atmosferę – To ja może zrobię kawę.
- Herbatę poproszę, kawa szkodzi.
Maciek parsknął śmiechem. Joasia miała pewne obawy by zostawiać ich samych, ale nie miała pretekstu by wyciągnąć stamtąd brata i przypomnieć mu o co prosiła. Miała tylko nadzieję że Mateusz nie zrazi się do niej przez zachowanie Maćka.
- Lubisz sport?
- Tak, bardzo lubię. Przede wszystkim szachy...
- Inteligent pieprzony – mruknął Maciek pod nosem
- Co mówiłeś? - nie dosłyszał
- Pytałem czy piłkę nożną lubisz. Bo ja to bardzo.
- No... piłkę też – skłamał, licząc na zawiązanie się jakieś nici porozumienia – Ekstraklasę na przykład oglądam.
- Ekstraklasę – powiedział przez śmiech – Serio, oglądasz ekstraklasę? No nie mogę!
Joasia, słysząc w kuchni śmiechy myślała że jednak zaczęli się dogadywać, jednak kiedy weszła tam i zobaczyła że Mateusz siedzi na kanapie skulony, poczerwieniały ze wstydu, domyśliła się że Maciek daje mu popalić.
- O, Aśka, nawet dobrze że jesteś, bo mam takie pytanie które dotyczy was obu. Uprawialiście już seks?
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Naprawdę o to spytał? I to tak wprost, bez żadnych oporów? Co za bezczelny gówniarz! Specjalnie to zrobił, przecież gdyby naprawdę chciał to wiedzieć to podszedłby do tego delikatnie, podczas szczerej rozmowy z siostrą, a nie takiego spotkania.
- Przepraszam – Mateusz zerwał się z miejsca i pobiegł do toalety
- No i co? Zadowolony z siebie jesteś?! - Aśka nie ukrywała że jest wściekła – Przecież cię prosiłam!
- Asia, skąd ty go wytrzasnęłaś? - wcale się nie przejął tym do czego doprowadził – Na pierwszy rzut oka widać że to ciota.
- Ciota – prychnęła – Sam jesteś ciota! Nie potrafisz się zachować!
- Potrafię.
- No tak, tylko nie chcesz. Powiedz mi, dlaczego? Co ja ci złego zrobiłam?
- Chcesz wiedzieć? Dobra, powiem ci, choć i tak nie uwierzysz. To dla twojego dobra. Zasługujesz na kogoś lepszego, chociażby na Sebastiana. Ten to jest porządny chłop, nie rozumiem co ci się w nim nie podoba.
Aśka opadła na fotel zrezygnowana. Mogła się tego spodziewać. Jej brat zawsze musiał mieć ostatnie słowo, zawsze musiał znaleźć jakąś odpowiedź.
- Jak tobie się tak bardzo podoba to może ty się z nim umówisz?
- Aśka, daj spokój – kucnął przy niej – Czy ja wyglądam na pedała?
- Maciek, do cholery... - znów wzbierała w niej złość – Jestem dorosła, mam dwadzieścia lat, czy mógłbyś więc pozwolić że sama będę o sobie decydować? Zawsze musisz mi robić na złość?! I jeszcze ten tekst że robisz to dla mnie. Mógłbyś przynajmniej być szczery...
- Kiedy ja mówię prawdę.
Joasia spojrzała na niego z politowaniem. Nie wierzyła mu. Uważała że dobrze bawi się jej kosztem.
- Nagle się dobrotliwy znalazł – mruknęła poirytowana – Jak chcesz coś dla mnie zrobić to przeproś Mateusza.
- Ani mi się śni – odparł z uśmiechem
- I widzisz, ty śmiesz twierdzić że chcesz dla mnie dobrze? Weź idź do swojego pokoju i nie odzywaj się do mnie.
- Skoro tak sprawiasz sprawę – wyprostował się dumnie – Proszę bardzo, ty też się do mnie nie odzywaj!
- A żebyś wiedział! - zawołała za nim – Tak, szczery aż do bólu... kurewsko szczery, a raczej kurewsko bezczelny – powiedziała pod nosem.
Zapomniała już nawet o tym, że Mateusz zamknął się w łazience i jak do tej pory nie wyszedł. Dopiero kiedy poszła za potrzebą, czyli po około godzinie poprosiła go żeby opuścił pomieszczenie. W międzyczasie zaczęła myśleć czy Maciek nie ma racji. Co to za facet, który nie umie się gówniarzowi postawić, a przed trudnymi pytaniami chowa się w łazience? Czy naprawdę kogoś takiego potrzebuje? Stwierdziła jednak, że nie ma co kierować się pochopnymi wnioskami. Dała sobie trochę czasu by to wszystko przemyśleć. Przeprosiła za brata i pożegnała swojego chłopaka. Tego dnia rozczarowali ją obaj – zarówno Maciek, jak i Mateusz.
-----
Przeszło 4 lata temu, 10 września 2010 padła magiczna bariera 100 scenków. Wtedy to było dla mnie dużo, nie spodziewałem się że tyle tego będzie, ale na tym się na szczęście nie skończyło. Potem, 29 kwietnia 2011 było 200, 6 listopada 2011 było 300, 14 marca 2012 400, 28 lipca 2012 500, 23 listopada 2012 600, 21 lipca 2013 700, a 17 lutego 2014 800. Dzisiaj ta lista powiększa się o kolejną datę: 27 listopada 2014 - 900. Wciąż są pomysły, wciąż są czytelnicy - czego chcieć więcej? Oby kolejnej setki ;)

środa, 26 listopada 2014

Zbuntowany cz. 2

            Czwartkowe zajęcia klasa II „c” rozpoczęła od drugiej lekcji, którą była religia. Część osób odpuszczała ten przedmiot i przychodziła dopiero na trzecią godzinę lekcyjną, jeszcze inni wykorzystywali te zajęcia do odrabiania zadań domowych czy też grania na smartfonach. Ksiądz nie miał nic przeciwko, dopóki nikt nie przeszkadzał w prowadzeniu lekcji. Doskonale wiedział że jego wiernych słuchaczy można policzyć na palcach jednej ręki, jednak nie chciał nikogo do niczego zmuszać. Znał podejście uczniów i wiedział że nie jest w stanie tego zmienić. Przymuszanie do aktywności na lekcji mogłoby tylko ich zniechęcić, co poskutkowałoby zmniejszeniem frekwencji. A tak, między wierszami, może jakieś szczątkowe informacje do nich dotrą...
Po modlitwie na rozpoczęcie zajęć, jedynej części lekcji w której wszyscy obecni brali udział, ksiądz ku zaskoczeniu wszystkich nie zaczął opowiadać o czym będą rozmawiać, a zadał klasie pytanie.
- Powiedzcie mi moi drodzy, o czym była ewangelia w zeszłą niedzielę?
I kolejna niespodzianka – zgłosił się Maciek. Ten który zawsze wyciągał słuchawki i wyłączał się z zajęć teraz zamierzał w nich aktywnie uczestniczyć? Nie, to niemożliwe. Coś musiał kombinować... Ksiądz udzielił mu głosu.
- Trochę czasu od tej niedzieli minęło, zapomniałem już – uśmiechnął się niewinnie – Ale za to pamiętam coś innego. Allleluuuuuja! Allleluuuuja! - zaczął śpiewać
Niektórzy otwierali usta ze zdumienia, jeszcze inni podśmiewali się po cichu. Maciek jednak osiągnął swój cel, zaabsorbował uwagę całej klasy, czego chyba jeszcze nigdy w ciągu pierwszych kilkunastu tygodni nauki w tym roku szkolnym nie udało się księdzu.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie – zauważył spokojnie ksiądz
- A mogę zadać pytanie?
- Proszę.
- No bo ja już tu czegoś nie rozumiem proszę księdza... Według Pisma Świętego pierwszym dniem tygodnia jest niedziela, prawda?
- Owszem, nawet podczas Mszy Świętej mówione jest „pierwszy dzień tygodnia, w którym Jezus Chrystus zmartwychwstał”.
- A przykazanie kościelne mówi że w niedzielę i święta nakazane jest uczestniczyć we Mszy Świętej i powstrzymywać się od prac niekoniecznych – zauważył – Tak jak Pan Bóg odpoczywał siódmego dnia podczas stwarzania świata. No właśnie, siódmego! Niedziela jest więc siódmym dniem tygodnia.
- Skąd taki wniosek?
- Bo Pan Bóg odpoczywał siódmego dnia i my na ten wzór też powinniśmy odpoczywać siódmego dnia.
Klasa z uwagą przysłuchiwała się dyskusji Maćka z księdzem. Trzeba było przyznać że nastolatek tym razem dość umiejętnie podszedł duchownego. Teraz czekali na jego ruch. Musiał jakoś wybrnąć z tej sytuacji.
- Niedziela jest pierwszym dniem tygodnia, tak jest napisane – podkreślił ksiądz – A my odpoczywamy siódmego dnia, lecz nie tygodnia tylko takiego trochę innego cyklu. Jakby policzyć dni robocze to mamy pierwszy poniedziałek, drugi wtorek i tak dalej i wtedy wychodzi siódma niedziela. Ale to ona jest pierwszym dniem tygodnia.
- Mnie ksiądz nie przekonał – pokręcił głową zrezygnowany – Tydzień to jest właśnie taki cykl. Po co stosować jakieś dwa podziały? Równie dobrze według tego co ksiądz mówi to ja sobie za pierwszy dzień, ale już dajmy na to miesiąca, przyjąć na przykład dwudziesty, bo wtedy babcia dostaje emeryturę. To bez sensu.
- Chciałeś żebym wyjaśnił, to wyjaśniłem. Szkoda że tego nie rozumiesz.
- Jak połowa klasy albo i więcej – zauważył, ale ksiądz puścił tę uwagę mimo uszu i wrócił do pytania wyjściowego, czyli o ewangelię z ostatniej niedzieli. Natychmiast do odpowiedzi zgłosiła się klasowa prymuska, Ewa Paszteciak.

            Jak zwykle na lekcji wychowania fizycznego Maciek zdecydował się nie ćwiczyć. Nauczycielka ostrzegła go że jeśli jeszcze kilka razy taka sytuacja się powtórzy, będzie zmuszona wystawić mu zagrożenie. On jednak zlekceważył jej słowa.
- Zagrożenie z wuefu, łaha haha – wyśmiewał się w szatni
- Ty, Maciek. Co to za dupa wczoraj z tobą była? - spytał Rafał Wilowski, który wraz z Cebulskim i Krzyśkiem Woźnicą nie brał udziału w zajęciach
- Jaka dupa?
- Taka szczupła, blondi, fajny tyłek... grzmocisz ją?
- To moja siostra debilu – rzucił oburzony – Ty widziałeś kiedyś żeby brat z siostrą? Trzeba być nienormalnym chyba.
- Ja widziałem – wtrącił się Krzysiek – Wczoraj moja matka oglądała Trudne przypadki i tam było właśnie że facet zakochał się w dziewczynie, a potem się okazało że jest jego przyrodnią siostrą.
- Weź ty się lepiej nie odzywaj. Nie wiedzieli że są rodzeństwem, to co innego.
Zapadła cisza. Maciek, znudzony trochę nicnierobieniem wyciągnął z plecaka marker i zaczął bazgrać coś po ścianie, którą już wcześniej przyozdabiały starsze roczniki w poprzednich latach. Wśród napisów znajdowały się między innymi wzór na deltę, wyzwiska na znienawidzone kluby (przodowała tam przede wszystkim FC Barcelona) czy też wierszyki o niektórych uczniach.
- Morawiecka prawi morały, a Patryk K. i Darek H. to dwa pedały – przeczytał na głos Rafał – To twoje?
- Nie, ten niżej.
- Czarek gej, wącha klej. Kreatywne.
- To wymyśl coś lepszego – rzucił obojętnie
- Kto na Alicję kładzie chuj, niech postawi krzyżyk swój.
- To o naszej wychowawczyni? Nieźle - przyznał, wręczając Rafałowi marker - Idę zajarać, idziecie ze mną? - spytał, kiedy Rafał dopisał swój wierszyk
- Masz fajki? - odparł zdumiony – Skąd?
- Ze sklepu? Idziesz?
- No idę, idę. A ty Krzysiek?
- Nie, dzięki.
- Tylko nas nie podkabluj. Bo jak coś powiesz to masz w ryj – zagroził Rafał

            Po lekcji wychowania fizycznego klasa II „c” przeniosła się do gabinetu pani Morawieckiej, polonistki, a zarazem ich wychowawczyni. Była to młoda, około trzydziestoletnia kobieta która dopiero trzeci rok uczyła w tej szkole i pierwszy raz dostała klasę. Mimo że nie miała dużego doświadczenia, szybko zyskała sobie szacunek i sympatię uczniów. Może dlatego że lepiej ich rozumiała niż większość nauczycieli... Choć jej lekcje nie zawsze były ciekawie, sporo osób chętnie na nie przychodziło.
Kolejną lekcją była matematyka z jedną z najbardziej znienawidzonych nauczycielek w szkole. Na taką a nie inną opinię zapracowała sobie swoim zachowaniem. Sporo wymagała, a niewiele potrafiła nauczyć, wytłumaczyć. Była to starsza, blisko sześćdziesięcioletnia kobieta w okularach, trochę przy kości, ale bez nadwagi. Jej uśmiech przyprawiał niektórych o mdłości, a wyglądało to tak że chowała dolną wargę za górne żeby. Niektórzy porównywali ją wtedy do królika.
- Sprawdzam obecność – oznajmiła, uśmiechając się w swoim stylu – Bogacka Sylwia.
- Jestem!
- Cebulski Maciej.
- Jest – rzucił niechętnie
- Ząbek Jarosław.
- Dąbek – poprawił ją
- A tak, przepraszam, jest... Flaczki Jakub.
- Flacki! - odparł oburzony
- Jak?
- Flacki!
- No to mówię Flaczki.
- Naucz się czytać stara pindo – mruknął Maciek pod nosem, ale na tyle głośno, że mogły to usłyszeć wszystkie osoby dookoła niego. Krzysiek od razu parsknął śmiechem.
- A ty z czego się cieszysz? Każdemu może się zdarzyć przejęzyczenie – upomniała go nauczycielka – Flaczki Jakub.
Tym razem przy kolejnej pomyłce zaśmiała się większa część klasy. Kuba już nawet poczerwieniał ze złości, choć jednocześnie ta sytuacja też go bawiła.
- eF eL A Ce Ka I! - przeliterował swoje nazwisko
- Aaaa! - westchnęła nauczycielka – No to teraz będzie dobrze. F... Flaczki!
Teraz już cała klasa zaczęła się śmiać. Matematyczka poczekała aż się uspokoją i dokończyła sprawdzać obecność, nie podejmując kolejnej próby przeczytania nazwiska Kuby.
Przez kolejne kilkanaście minut opowiadała o funkcji liniowej, rysowała na tablicy wykresy, jednak klasa niewiele z tego zrozumiała. W końcu ktoś nie wytrzymał i poprosił ją, aby powiedziała jeszcze raz, wszystko od początku.
- Trzeba było słuchać uważnie – rzekła oburzona – Kto wytłumaczy koleżance?
W sali rozległa się głucha cisza.
- No co? Nikt nie ma wrażenia że to rozumie? - znów uśmiechnęła się w ten „ohydny” sposób
- To przez to że pani uczyć nie umie – Maciek zebrał się na odwagę i wprost powiedział co myśli
- Słucham? To może ty wyjdziesz teraz na środek i poprowadzisz zajęcia?
- Z przyjemnością – odparł bez namysłu – Koledzy i koleżanki, o ile się orientuję, było jakieś zadanie domowe na dzisiaj, prawda? No to wyciągamy je, raz-dwa.
Niektórzy niechętnie sięgali do plecaka, wiedząc że mają źle wykonane zadania. Inni dumnie się wyprostowali, pewni swego, jeszcze inni zdenerwowali się. Nie spodziewali się że ich kolega mógłby tak ich „wkopać” z tym zadaniem domowym.
- Ty masz, ty też, ciebie Ewa nawet nie pytam bo ty zawsze masz. Paulina, a z twoim zadaniem co?
- Nie mam – wzruszyła ramionami bezradnie
- No i prawidłowo! - oznajmił ku zaskoczeniu wszystkich – To w szkole mamy się uczyć, nie w domu. Plus dla wszystkich co nie zrobili, za odwagę i ryzyko! A żeby ci co się napracowali, stracili czas, nie czuli się pokrzywdzeni to oni też dostaną plusa.
Od razu na sali zapanował entuzjazm. Niektórzy nawet krzyczeli że byłby z niego świetny nauczyciel, a nawet pojawił się postulat „Maciek na dyrektora”. Załamana nauczycielka patrzyła na to podpierając się łokciem, aż w końcu wstała, wzięła spod tablicy drewnianą linijkę i uderzyła w nią biurko dwukrotnie. Natychmiast zapanował spokój.
- Co to miało być? - spytała Cebulskiego
- No jak co? Sama pani poprosiła żebym poprowadził lekcję, więc...
- Siadaj, dostajesz uwagę.
- Może jeszcze za to że wykonałem pani polecenie? - powiedział drwiąco – Tak samo jak ksiądz chciał mi dać uwagę za to że śpiewałem pieśni religijne na lekcji religii! Absurd goni absurd...
- O ile wiem twoja siostra była już kilka razy wzywana do szkoły, a ostatni raz wczoraj. Chcesz żeby znowu musiała tu przyjeżdżać? Swoją drogą, taka z niej pilna uczennica była, a brat istny diabeł...
- To może niech pani wodę święconą na lekcję przyniesie?
Klasa zaśmiała się pod nosem. Nauczycielka nie miała już siły walczyć z Maćkiem. Opadła na krzesło i sięgnęła po podręcznik. Zadała im kilka zadań, a Cebulskiemu zapowiedziała że to on będzie rozwiązywał je na tablicy na kolejnych zajęciach. On jednak niczym się nie przejmował. Siedział z uśmiechem na twarzy i czekał na dzwonek, który miał oznajmić koniec lekcji.

wtorek, 25 listopada 2014

Zbuntowany cz. 1

            Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć. Los doświadcza ludzi na różne sposoby, na niektórych „zerka” bardziej łagodnym okiem, a innym rzuca kłody pod nogi. Joanna Cebulska należała właśnie do tej drugiej grupy. Zaledwie dwudziestoletnia blondwłosa szczupła i niewysoka dziewczyna. Dziewczyna? Nie, kobieta. Jej zachowanie jednoznacznie wskazywało że kobieta dorosła nie tylko wiekiem, lecz także charakterem, osobowością. Podejmowała odpowiedzialne i dojrzałe decyzje, stawiała czoła problemom, których niestety nie brakowało. A wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy zginęli jej rodzice. Asia była wtedy jeszcze przed maturą, a jej młodszy brat chodził do gimnazjum. Ponieważ dziewczyna była już pełnoletnia, nie zabrano jej do domu dziecka, w przeciwieństwie do Maćka, jej brata. Blondynka natychmiast wystąpiła o prawo do opieki nad nim, lecz procedury trwały kilka miesięcy – przede wszystkim dlatego że nie miała żadnego źródła dochodów. Do czasu matury utrzymywała się z oszczędności po rodzicach. Potem dopiero gdy znalazła pracę sąd zgodził się by brat z nią zamieszkał.
Niestety, śmierć rodziców i kilkumiesięczny pobyt w domu dziecka zmieniły Maćka nie do poznania. Miał pretensje do całego świata, nie mając żadnego konkretnego powodu do złości, wzbogacił język o kilkanaście wulgaryzmów, stał się opryskliwy i bezkompromisowy. Często awanturował się z Joasią, ale nigdy nie podniósł na nią ręki. Kobieta uważała że jednak coś dobrego w nim jest, skoro uznawał zasadę że nie wolno mu uderzyć dziewczyny. Mimo wszystko zachowały się w nim jeszcze resztki szacunku czy honoru. Sama nie wiedziała jak to nazwać. Chwilami naprawdę miała go dość, nie potrafiła z nim wytrzymać, lecz mimo wszystko kochała tego swojego niesfornego brata. Próbowała go zmienić, żeby był taki jak dawniej, ale jemu chyba za bardzo odpowiadał nowy charakter i nie zamierzał wracać do wizerunku spokojnego, pokornego, pogodzonego z losem chłopca. Jak stwierdził, przypominał wtedy „wielkoduszną ciapę, która zawsze dostanie po tyłku i nie ma z niej żadnego pożytku”. Wolał być buntownikiem.

            Joasia pracowała jako sekretarka w jednym z biurowców. Choć szukano przede wszystkim kobiet po studiach, to jednak blondwłosa zaryzykowała, wysłała aplikację i o dziwo została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Sporo w tym pomogła jej nieprzeciętna uroda. W liceum chyba połowa męskiej części klasy kochała się w Joasi. Niektórzy nawet próbowali się z nią umówić na randkę, ale wszyscy dostawali kosza. Nie w głowie były jej spotkania z chłopakami, gdyż wtedy była jeszcze w żałobie po śmierci rodziców. Mało kto wiedział o jej trudnej sytuacji. Dyrektor, wychowawca, jeszcze kilku nauczycieli i Sebastian, jej najlepszy przyjaciel. Znali się od pierwszej klasy podstawówki, w pierwszej klasie liceum niektórzy nawet żartowali że to takie „klasowe małżeństwo”, bo zawsze trzymali się razem. Sebastian był wysokim i szczupłym brunetem, ale wśród dziewczyn nie uchodził za „ciacho”. Pewnie dlatego że nie chodził na siłownię i nie przywiązywał sporej wagi do kształtów swojego ciała. Równie dobrze mógłby być gruby, ważyć przeszło sto kilogramów. Dla niego istotna była przede wszystkim higiena. Musiał być czysty i porządnie ubrany. Co z tego że ktoś będzie przystojny, jeśli będzie miał brud pod paznokciami czy nieprzyjemny zapach? Raczej żadna dziewczyna takiego nie zechce.
Oprócz urody, Joasia zaimponowała szefowi swoją postawą. Kiedy została spytana dlaczego pomimo braku wykształcenia i tak młodego wieku chce pracować jako sekretarka, wyjaśniła że nie potrzebuje papierka ze studiów by dobrze wykonywać swoje obowiązki. Plus za szczerość i odwagę, minus za lekceważący stosunek do nauki. Kiedy prezes firmy zwrócił jej na to uwagę, dodała że system edukacji nie jest doskonały i gdyby jednak skończyła studia to i tak potrzebowałaby przeszkolenia przed podjęciem pracy na konkretnym stanowisku, w tym przypadku sekretarki. Zresztą, czy parzenia kawy bądź kultury osobistej uczą podczas wykładów bądź ćwiczeń? To raczej wynosi się z domu. Pan prezes zaryzykował i nie żałował – Joasia sprawdziła się, po roku miał o niej nawet lepszą opinię niż o poprzedniczce, która teoretycznie była bardziej wykwalifikowana.

- Panie prezesie... - odezwała się nieśmiało, stając w drzwiach gabinetu – Ja wiem że pan prezes prosił by nie przeszkadzać...
- O co chodzi pani Joanno?
- Dzwonili do mnie ze szkoły brata. Znowu coś nawywijał i muszę tam natychmiast jechać. Ja oczywiście odpracuję te godziny...
- W porządku, może pani jechać.
- Dziękuję.
Nie była to już pierwsza taka sytuacja. Szef na szczęście był wyrozumiały, sam miał dzieci, choć trochę młodsze, to chyba jednak musiał doświadczyć pewnych problemów. Joasia nawet nie miała czasu się przebrać, w białej koszulce, czarnej marynarce i czarnych spodniach od razu pojechała do liceum, w którym niegdyś sama się uczyła. Jeszcze nie dawno stawiała się przed nauczycielami jako uczennica, a teraz jako prawny opiekun jednego z licealistów. Dla niektórych pracowników to był szok. Maciek był zupełnym przeciwieństwem Asi, w ogóle nie przypominał swojej siostry, która zapisała się w historii szkoły jako pilna, wybitna uczennica (zajęła 2. miejsce na etapie wojewódzkim konkursu biologicznego).
- O, witaj Joasiu – odezwała się nauczycielka biologii, która wciąż nie mógł się przyzwyczaić że przychodzi tu już nie jako uczennica – To znaczy, przepraszam, pani Asiu.
- Nie szkodzi – mruknęła znudzona – Co tym razem?
- Pisali sprawdzian. Na początku nic nadzwyczajnego się nie działo, ale w pewnym momencie wstał i zaczął dyktować odpowiedzi. Nie mogłam go uspokoić.
- A dobre chociaż?
- O dziwo, tak.
- Chociaż tyle – szepnęła Joasia – W końcu zaczął się uczyć, to chyba jednak dobry znak?
- Dobry, ale to że przez niego klasa będzie musiała powtórzyć ten sprawdzian... Ja nie rozumiem z czego się pani cieszy. Wciąż mamy z nim problemy.
- Pani Wiesławo, ja już myślałam że coś gorszego wymyślił. Po tym jak rzucał szklanymi butelkami przez okno i spalił zadanie domowe na lekcji to już bałam się myśleć co będzie kolejne.
Joasia jak zwykle musiała zapewnić że porozmawia z bratem o tym co dzieje się w szkole i spróbuje nad nim zapanować. Doskonale wiedziała że to niczego nie zmieni, bo gdyby miało to w czymś pomóc, to już wcześniej byłyby widoczne efekty. Mimo tego co się stało, dziewczyna cieszyła się. Skoro podawał dobre odpowiedzi, to musiał się nauczyć materiału na ten sprawdzian. I to z biologii, z którą od zawsze miał problemy!
Zaczekała kwadrans do końca lekcji i zabrała brata do domu. Udawała że jest na niego wściekła, przez prawie całą drogę nie odezwała się ani słowem.
- Wiesz co Aśka, ja ciebie nie rozumiem. Ciągle po ciebie dzwonią i mówią ci to samo, a ty dalej jeździsz...
- A co, wolałbyś żebym miała to gdzieś? Zrozum, że gdyby nie ja to już by cię wywalili.
- Za to że nauczyłem się na sprawdzian? - zaśmiał się – Proszę cię, nie bądź naiwna. Oni tak tylko straszą bo myślą że to coś da, a tak naprawdę to potrzebują uczniów bo inaczej nie dostaną państwowej kasy.
- A tak w ogóle to po co to zrobiłeś? - ciekawość nie dawała jej spokoju
- Bo nie jestem tak zły jak myślisz? Nie nauczyli się to chciałem podzielić się wiedzą.
- Jasne – zaśmiała się – Ty chciałeś im pomóc.
- No tak.
- Ktoś kto cię nie zna może by uwierzył, ale nie twoja własna siostra. Po prostu chciałeś wkurzyć nauczycielkę, a że nie miałeś lepszego pomysłu...
- Ja nie mam pomysłu? To jeszcze zobaczymy...
- Ty – pogroziła mu palcem – Nawet nie próbuj.
- Bo co?
Aśka nie wytrzymała. Wcisnęła hamulec mocniej niż powinna, zatrzymała samochód. Spojrzała na brata. Uśmiechał się chytrze, jakby już wymyślił plan, po którego realizacji blondynka znów będzie musiała stawić się w szkole. W przeciwieństwie do niej miał czarne włosy, był wyższy o pół głowy. Im dłużej na niego patrzyła, tym większą miała ochotę by go związać, zakneblować i wsadzić do bagażnika. Przynajmniej wtedy nie zrobiłby nic głupiego.
- Do jasnej cholery, Maciek... - zaczęła zrezygnowana – Odkąd zabrałam cię z domu dziecka zachowujesz się tak jak byś w ogóle tego nie chciał. Robisz wszystko żeby mnie zniechęcić, specjalnie olałam studia i poszłam do pracy żeby nas utrzymać, a ty co? Na każdym kroku pokazujesz że masz mnie gdzieś, wszystko masz gdzieś. Swoim zachowaniem udowadniasz że nie zasługujesz na to co masz.
- Będziesz mi teraz wypominać, co? - rzucił zdenerwowany – A mówiłem żebyś znalazła sobie bogatego faceta i szła na studia, to nie.
- Nie będę robiła z siebie dziwki. Ty jak chcesz, proszę bardzo, znajdź sobie idiotkę, która będzie cię utrzymywać. A nie, przepraszam, ty ją dostałeś w prezencie od losu. Niejaką Joannę Cebulską
- Weź się wyluzuj. Nigdy nie powiedziałem że jesteś głupia czy czegoś w tym stylu, sama świrujesz bez powodu.
- Bez powodu? - rzuciła kpiąco – A twoje zachowanie? Codziennie przejmuję się czy jakoś damy radę, czy przeżyjemy do kolejnej wypłaty, a jak tylko dzwonią ze szkoły to mało zawału nie dostaję! No i co ci to daje? Co ci to da że kogoś wkurzysz, obrazisz, że coś rozwalisz? Bawi cię to? No to ciekawe czy będzie ci do śmiechu jak już zostaniesz sam.
- Ty, a ty przypadkiem nie musisz wracać do pracy – zauważył, lecz nie z troski o siostrę, ale po to by dała mu spokój
- Rodzice się w grobie przewracają jak widzą co ty odwalasz...
Chyba jednak uderzyła go w czuły punkt, bo rzucił jej spojrzenie pełne pogardy i natychmiast wysiadł z samochodu. Joasia opadła na oparcie fotela, zmęczona rozmową z bratem. Tego nawet nie można było nazwać rozmową. Zero porozumienia, po prostu nie nadawali na tych samych falach. Bywa. Nie zawsze rodzeństwo musi mieć świetne relacje.

czwartek, 20 listopada 2014

VII. Scen nr 70 - epilog

            Sekcja zwłok wykazała że Anita zmarła w wyniku obrażeń wewnętrznych, które spowodowały krwotok. Dziewczyna nie miała szans przeżyć tamtej nocy bez fachowej pomocy medycznej. Pięć dni po feralnym zdarzeniu w jej rodzinnym mieście odbył się pogrzeb. Maciek nie miał odwagi spojrzeć w oczy rodzicom brunetki, czuł się odpowiedzialny za to co się stało, choć nie miał żadnego wpływu na działania Marty. Co wieczór wyrzucał sobie że wcześniej nie zorientował się iż to Czeresińska stoi za porwaniem. Od początku to była jedyna osoba, której Anita przeszkadzała, a on to przegapił, szukał sprawcy na wielu frontach, a gdyby nie przypadek to nigdy nawet nie pomyślałby o czarnowłosej.
Dziewczyna przeżyła postrzał, miała szczęście że kula ominęła tętnicę udową. Po zbadaniu przez biegłego psychiatrę kobieta zamiast do więzienia, miała trafić na zamknięty oddział szpitala psychiatrycznego. Jej los stał się obojętny Maćkowi. Cokolwiek by się nie stało z Martą, nie wróci to życia Anicie.
Sebastian był gotów odstąpić koledze swój termin urlopu, rezygnując tym samym z wyjazdu nad morze wraz ze swoją rodziną, jednak Maciek nie zgodził się na to. Wziął tylko jeden dzień urlopu by pojechać na pogrzeb. Liczył na to że praca pomoże mu wrócić do normalności, ale nawet tam czuł się gorzej niż wcześniej. Stracił pewność siebie, nie potrafił się skupić, popełniał proste błędy nawet w raportach. Marta Igielska wspierała go, powtarzała że to tylko stan przejściowy, że po urlopie znów będzie tak dobry jak dawniej. Ale on już nie widział sensu by dalej w tym brnąć. Żył tak byle tylko dożyć końca dnia, jakby jutro już nie istniało. Na dłuższą metę to jednak nie było dobre rozwiązanie.
- Czeresińska chce się ze mną zobaczyć - wyznał przedostatniego dnia przed urlopem
- Słucham? - Igielska nie kryła zdumienia - Po tym wszystkim co zrobiła ona ma czelność prosić cię o odwiedziny?!
- Podobno przyjmuje już leki i zrozumiała że popełniła błąd. Chce przeprosić.
- Co za pieprzona egoistka! Chce choć trochę uciszyć sumienie, ale nawet nie pomyślała ile to ciebie będzie kosztowało!
- Marta, daj już spokój.
- Ej! Ty chyba nie zamierzasz do niej pójść, co?
- Nie chcę jej widzieć - przyznał cicho - Mam ją gdzieś, tylko teraz ta pracownica szpitala nie da mi spokoju przez kilka dni.
- Maciek... - westchnęła - Zaraz jedziesz na urlop, prawda? Weź wyłącz telefon i odpocznij porządnie, potrzebujesz tego.
Igielska miała rację. Powinien wyjechać, wyłączyć telefon i odciąć się od tego wszystkiego, żeby się zregenerować, nabrać sił i po powrocie stawić wszystkiemu czoła. I tak też zrobi.

            Po powrocie z wakacji Anna Wapiecka postanowiła zmienić swoje życie. Zrozumiała że dalej nie może być tak jak było dotychczas. Złożyła pozew o rozwód i wyprowadziła się z domu. Nie potrafiła znieść tego że Krystian cały czas traktuje ją jak powietrze. Na początku myślała że to jeszcze uda się naprawić, że mąż jej wybaczy. Teraz do niej dotarło, że nie ma ku temu szans. Dzieci nie zabrała ze sobą, ale obiecała że będzie je odwiedzać w weekendy. Tak było lepiej dla nich, ona miała niebezpieczną pracę i nieprzewidywalny czas, w przeciwieństwie do ich ojca. Jego nie wezwą w środku nocy, prawie zawsze wróci o ustalonej porze. Gdyby chciała walczyć o prawo do opieki przed sądem, z tego powodu miałaby mniejsze szanse.
Sebastian za to zdawał się być w świetnym humorze po powrocie do Krakowa. Jego partnerka od razu to zauważyła.
- Jak było?
- Świetnie. Powiem ci, bez cienia wątpliwości, to były moje najlepsze wakacje w życiu.Nasze relacje zacieśniły się, a na dodatek... Dorota zgodziła się zostać moją żoną.
- Żartujesz?! Oświadczyłeś się jej?
- Na plaży, w blasku księżyca, tylko we dwoje...
- Romantycznie - przyznała Anka - A co z dzieckiem zrobiliście?
- Musiałem poprosić recepcjonistkę by miała na nią oko i zafundowałem jej duży puchar lodów.
- No proszę, jaki kombinator... A wiesz, zrezygnowaliśmy z Michałem z adopcji.
Uśmiech zniknął nie tylko z jej twarzy, ale także z twarzy Sebastiana. Nie spodziewał się takiego zakończenia.
- Dlaczego?
- Przemyślałam dokładnie to co mi mówiłeś. Dziecko to nie jest zabawka czy jakiś telewizor albo komputer, który możesz wymienić jak ci się znudzi...
- Może to i lepiej?
- Może.
W dobrym nastroju przez kilka ostatnich dni był Rafał, mimo że jego urlop skończył się już dwa tygodnie wcześniej. No ale jak miał być nieszczęśliwy, skoro zakochał się z wzajemnością? Kiedy już w końcu przyznał się przed kolegami że spotyka się z kobietą, ci naciskali by uchylił rąbka tajemnicy i powiedział coś o swojej wybrance - jak się poznali, jak wygląda czy jaki ma charakter. Mężczyzna dzielnie odpierał "ataki", a spokój odzyskał po zapewnieniu że wkrótce ją przedstawi.

             Na początku września skończył się urlop Maćkowi i Marcie. Kobieta już z samego rana pojawiła się na komendzie, jakby przez te dwa tygodnie stęskniła się za obowiązkami. Zaparzyła sobie mocną kawę, nawiązała dialog z Sebastianem, opowiadając jak miło spędziła czas w górach. Wkrótce do dyskusji włączyła się także Anka, gdy przyszła do biura. Czas mijał, a Maćka wciąż nie było.
- Zapomniał że to już koniec wolnego - zażartował Sebastian
- A co jeśli... on się jeszcze nie pozbierał? - zmartwiła się Igielska
- On? Proszę cię, ma mocny charakter.
- Nawet najmocniejszy charakter można złamać. Maciek tego nie pokazuje, ale w środku ma jednak jakąś taką wrażliwość. Jemu naprawdę na tej Anicie zależało, nawet jeśli tego nie mówił.
- Nie wiedziałem że już tak dobrze się znacie. Maciek czuł wobec ciebie jakąś taką niechęć - stwierdził - Myślałem że nie chce cię bliżej poznać.
- Po prostu nie było cię tam, kiedy znalazł ją martwą. To nie był ten sam człowiek.
W końcu po kilku minutach brunet zjawił się w biurze z jakimś kartonem w ręku. Postawił go na biurku i zaczął do środka wrzucać po kolei wszystko, co tylko wpadło mu w ręce.
- Co robisz?
- Pakuję się - odpowiedział cicho - Byłem u starego, odchodzę.
- Żartujesz, prawda?
- A wyglądam jakbym żartował?
Odpowiedź brzmiała "nie". Już nie tylko Marta, ale także Sebastian i Anka odłożyli długopisy, spoglądając na aspiranta.
- Mam dość Krakowa, dość policji i w ogóle dość dotychczasowego życia. Wyjeżdżam na stałe - wyjaśniał - Sprzedam mieszkanie i zacznę wszystko od nowa. Po prostu... potrzebuję zmian.
- Masz już konkretne plany? - odezwał się Sebastian
- Tak i nie. Wyprowadzam się do Świnoujścia, zawsze marzyłem by mieszkać blisko morza. A co tam będę robił... Jeszcze nie wiem. Może wrócę na taksówki.
To była jego ostateczna decyzja. Nic go już tutaj nie trzymało, a fascynacja morzem podczas urlopu wzrosła. Nie miał żadnych oporów by rzucić wszystko i wyjechać. Nie bał się tego wyzwania, a wręcz przeciwnie - ono dodało mu sił oraz nadało nowy sens jego życiu. Potrzebował celu. Tym celem było teraz zbudowanie swojego życia od zera, od fundamentów. Kolegom nie pozostało nic innego tylko życzyć mu powodzenia.
- Jeszcze przez kilka dni będę w Krakowie, dopóki nie sprzedam mieszkania - oznajmił - Także możecie mnie odwiedzić, tylko nie próbujcie mnie namawiać do zmiany zdania. Ja już podjąłem decyzję.
- Dobra, to my zrobimy ci w weekend imprezę pożegnalną - zadeklarował Sebastian
- Nie ma takiej potrzeby, ale skoro chcecie... To widzimy się w weekend. Trzymajcie się!
Wziął karton ze swoimi rzeczami pod pachę i wyszedł. Wiedział że prawdopodobnie już nigdy tu nie wróci, ale jakoś nie było mu szkoda. Teraz uważał iż to najlepsza decyzja jaką mógł podjąć, ale czy z perspektywy czasu będzie tak samo? Tego nie wie nikt...
----
Zdecydowałem się zakończyć to opowiadanie, ponieważ nie mam pomysłu na rozwinięcie tych bohaterów, na jakąś ciekawą fabułę z nimi związaną. Prawdę mówiąc to odpowiadanie zaczynało mnie już męczyć, chciałem tylko zamknąć wątek z Anitą i dać sobie spokój. Tak też zrobiłem. Uważam że nie ma sensu ciągnąć tego na siłę. Ale nie oznacza to końca bloga, po prostu teraz zajmę się krótszymi historiami o różnej tematyce.

środa, 19 listopada 2014

VII. Scen nr 69

            Jeszcze tego samego wieczora Maciek otrzymał telefon od Igielskiej z informacją o pojawieniu się Czeresińskiej. Brunet tym samym zrezygnował z weryfikacji słów współlokatorki czarnowłosej o jej wyjeździe - teraz miał już stuprocentową pewność że to było kłamstwo. Poradził partnerce by obserwowała okolicę i dzwoniła dopiero gdy podejrzana opuści blok.
Na ten moment musieli jednak poczekać aż do rana. Przez noc to Sebastian pilnował by nie stracić Czeresińskiej z oczu, natomiast około godziny siódmej znów zmieniła go Marta. Maciek chciał tam podjechać, osobiście przypilnować czarnowłosej, lecz obawiał się iż dziewczyna mogłaby go zauważyć.
- Maciek, to ja - powiedziała Marta, gdy ten odebrał telefon - Podejrzana właśnie wychodzi.
- Jedź za nią, tylko tak żeby się nie zorientowała.
- Wiadomo.
Drżącą ręką odłożył telefon na blacie biurka. Nie mógł się na niczym skupić, całą noc nie spał, zaprzątając sobie głowę zmartwieniami. Teraz usiłował zająć się raportami, nie tylko swoimi ale też partnerki, lecz z marnym skutkiem.
- Seba, jesteś pewien że nie chcesz jechać do domu i odespać tej nocki?
- Dam radę - rzucił, wskazując na kubek z kawą. Anka zmierzyła ich wzrokiem, nie wiedziała o co chodzi chłopakom, ale też nie interesowała się tym zbytnio. Miała wystarczająco własnych problemów, by nie zajmować się cudzymi.
Maciek czekał jak na szpilkach na wiadomości od Marty. Był gotów w każdej chwili rzucić wszystko i jechać we wskazane przez nią miejsce. Choć umawiali się że zadzwoni, kobieta przysłała smsa, informując go że podejrzana zatrzymała samochód w okolicy opuszczonej fabryki w północnej części miasta. Wiedział jak tam dotrzeć. Nie zastanawiając się długo zerwał się z miejsca i bez słowa opuścił biuro.

           Kilka minut później był już na miejscu. Zastał dwa samochody - jeden Igielskiej, otwarty i pusty, drugim najprawdopodobniej przyjechała Czeresińska. Maciek zaklął w myślach, przecież umawiali się że dziewczyna będzie na niego czekać i nie zrobi nic głupiego, co mogłoby zaszkodzić całej akcji. Miał nadzieję że poszła tylko się rozejrzeć i nie dała się zauważyć podejrzanej.
Na wszelki wypadek wyciągnął broń. Obszedł budynek dookoła, lecz nigdzie nie dostrzegł swojej partnerki. Sprawdził tylne wejścia, ale wszystkie były zamknięte. Pozostało mu spróbować dostać się od frontu. Drzwi były uchylone, jakby ktoś już wcześniej tędy wchodził. Czyżby Igielska?
Powoli stawiał kolejne kroki, rozglądając się uważnie dookoła. Wszedł na halę produkcyjną, kilkaset metrów kwadratowych pustej przestrzeni. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Na podłodze znajdowała się jakaś mokra plama, a za nią podłużny ślad ciągnący się przez kilka metrów. Maciek przykucnął, dotknął resztek cieczy opuszkami palców, a następnie powąchał. Znał ten zapach i to doskonale.
- Benzyna - pomyślał
Ledwie się wyprostował, usłyszał jakiś huk i z góry, dokładnie na niego, spadło kilkanaście litrów cieczy. Zaskoczony upuścił broń. Chciał się schylić i ją podnieść, ale wtedy usłyszał głos Czeresińskiej.
- Ani się waż - rzuciła stanowczo, wychodząc z naprzeciwka - Nie radzę.
- Bo co? - rzucił drwiąco
- Bo to ja tutaj rządzę - zatrzymała się kilka metrów przed nim, przykucnęła i wyciągnęła zapalniczkę. Teraz Maciek już wiedział po co ten długi pas benzyny.
- Nie zrobisz tego - uśmiechnął się z przekonaniem że ma rację
- Tak? A pomyślałbyś wcześniej że porwę tą twoją lafiryndę, hę? Rusz się a bez mrugnięcia okiem cię spalę.
- Jesteś chora.
- Nie, to świat jest chory. Ja właśnie uleczam jego niewielką cząstkę.
- No i co ci to da? Po co porwałaś Anitę? Myślałaś że jak jej nie będzie to ja będę z tobą, tak?
- Owszem - czarnowłosa odpaliła ogień i wpatrywała się w niego - Ale kiedy nasłałeś na mnie te słodką idiotkę w okularach zrozumiałam gdzie popełniłam błąd. To ciebie powinnam przypalać papierosem! To w ciebie powinnam wlewać wódkę bez opamiętania! To ciebie powinnam ściskać łańcuchem!
Maciek nie mógł tego słuchać. Kiedy wyobraził sobie jak Marta torturuje Anitę, puściły mu nerwy. Miał już gdzieś co kobieta z nim zrobi, liczyła się tylko chęć zemsty. Chwycił za broń, nie zważając na to że czarnowłosa w każdej chwili może podpalić benzynę, a tym samym i jego.
- Zabiję cię - wycedził przez zęby - Gdzie ona jest?
- Sam ją znajdź! - Marta zerwała się z miejsca i puściła biegiem w kierunku, z którego wcześniej przyszła. Maciek pociągnął za spust, usłyszał tylko głuchy jęk i odgłos ciała upadającego na ziemię.
- Jak chcesz - rzucił niewzruszony i odwrócił się na pięcie. Zaczął od toalet. W jednej z nich znalazł związaną i zakneblowaną Igielską.
- Mówiłem ci żebyś poczekała na mnie - powiedział z wyrzutem, zrywając taśmę z jej ust
- Tak, a ona w tym czasie zabiłaby twoją dziewczynę. W ogóle co ty taki mokry? I czemu śmierdzisz benzyną?
- Bo ta kretynka wylała na mnie wiadro benzyny i chciała podpalić?
- Z tego co widzę to na szczęście jej się nie udało.
- Zastrzeliłem ją - wyznał bez skruchy
- Co zrobiłeś?!
- Kurde, Marta, ty weź mi lepiej pomóż szukać Anity.
Rozdzielili się. Ona poszła na piętro, do pomieszczeń dla kadry kierowniczej, Maciek sprawdzał resztę toalet i magazyn. Nie znalazł jej. Czeresińskiej też nie było na hali, jednak zostawiła po sobie ślady krwi. Leżała na podwórku nieprzytomna. Zapewne próba ucieczki kosztowała ją tyle sił, że ta zemdlała. Maciek przyjrzał się ranie. Kula trafiła ją w udo, przeszła na wylot.
- Wyliże się, suka - rzucił z pogardą, po czym wrócił na halę
- Nie ma jej - Igielska bezradnie rozłożyła ręce
- Jak to nie ma?! Musi gdzieś być, Czeresińska nie przyjechała tutaj bez powodu!
- Uspokój się. Poszukamy jeszcze raz, co? Zamienimy się, ty idź na górę, a ja sprawdzę magazyn.
Maciek pokiwał głową. Nie był wściekły, tylko się bał o Anitę. Po tym co usłyszał... A może Marta nic jej nie zrobiła, tylko blefowała żeby go wyprowadzić z równowagi? Z drugiej strony, najpierw chciała się jej pozbyć... Zaraz w jego głowie pojawiła się kolejna myśl - czarnowłosa szybko zorientowała się że jest śledzona i wyprowadziła ich w pole, zastawiając na nich pułapkę. Anita mogła być więziona w całkiem innym miejscu.
- Maciek... - nagle nie wiadomo skąd dołączyła do niego Marta
- Miałaś szukać na magazynie, tak?
- Znalazłam ją w takim dużym kartonie...
- No to na co czekasz? Dzwoń po karetkę!
Odepchnął ją na bok i ruszył po schodach w dół. Brunetka pobiegła za nim, złapała go za rękę i pociągnęła tak mocno jak tylko mogła.
- Co ty robisz?!
- Maciek...jej już lekarz nie pomoże - chciała jak najdelikatniej przekazać mu wieści o śmierci Anity
- Że co?
- Ona ją zabiła.
Nie uwierzył na słowo. Pobiegł zobaczyć to na własne oczy. Wyciągnął jej ciało z kartonu, położył na ziemi, a głowę oparł na swoich kolanach. Sprawdził puls, ale go nie wyczuł. Igielska miała rację. Jeszcze przez chwilę głaskał Anitę po włosach, jakby tylko spała i niebawem miała się obudzić z tego koszmaru, wrócić do normalności i żyć dalej, szczęśliwa i uśmiechnięta. Nagle Maciek odsunął się, zerwał na równe nogi i wyciągnął broń. Wybiegł na zewnątrz, a za nim jego partnerka. Brunet stanął w rozkroku, wycelował w głowę nieprzytomnej Czeresińskiej.
- Życie za życie - wycedził przez zęby. Na szczęście w porę Igielska złapała go za nadgarstki i podniosła ręcę w górę
- Przestań! Nie warto.
Stał przez chwilę w bezruchu, po czym rzucił broń na ziemię i padł w ramiona partnerce. Rozpłakał się jak małe dziecko. Ledwie zdał sobie sprawę że Anita jest najważniejszą osobą w jego życiu, że ją kocha, a już opuściła ten świat. Dlaczego tak musiało się stać? Dlaczego los był wobec niego tak okrutny? Jaki diabeł postawił na jego drodze tę cholerną Czeresińską?! Ale... może to i lepiej dla niej że umarła? Powrót do normalnego życia wymagałby od niej sporo czasu, sporo sił, a tak... nic już nie czuje. Nie musi zmagać się z problemami, ze złymi wspomnieniami, traumą po tych przeżyciach. Ale może warto było włożyć w to sporo wysiłku, może jeszcze kiedyś znów byłaby szczęśliwa? Odpowiedzi nie znał. Tysiące pytań kłębiło się w jego głowie, ale nic poza tym. Nic co choć trochę pozwoliłoby mu ulżyć w cierpieniu.

poniedziałek, 17 listopada 2014

VII. Scen nr 68

          Kiedy Anita spała, kilka godzin minęło jej niczym jedna chwila. Nic się jej śniło, wystarczyło że przeżywała koszmar w rzeczywistości. Gdy się obudziła męczył ją silny ból głowy i brzucha. Była bezradna, nic nie mogłaby zrobić, nawet gdyby nie była związana. Westchnęła tylko ciężko i czekała na kolejne męki. Zdawała sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. Nawet jeśli Maciek ją znajdzie i uwolni to jednak to co ją spotkało na długo pozostanie w jej pamięci. Położyła głowę na ziemi, nie miała siły by utrzymywać ją w powietrzu. Nie martwiła się już że mimo lata i ciepłych dni posadzka jest zimna, że jest brudna. Jakie to miało teraz znaczenie? Żadne. I tak czekają ją o wiele gorsze rzeczy... Miała tylko nadzieję że Maciek zaniepokoił się jej nieobecnością i już rozpoczął poszukiwania.
- O nie śpisz już - usłyszała usatysfakcjonowany głos kobiety - Jak miło.
Teraz, w dzień, kiedy przez niewielkie okna w dachu wpadało do pomieszczenia trochę światła, mogła się jej przyjrzeć. Miała długie, kruczoczarne włosy spięte w kucyk, duże, rumiane policzki i małe, zaciśnięte czerwone usta. Anita wytężyła myśli, ale za nic w świecie nie potrafiła sobie jej przypomnieć. Chyba w ogóle nigdy się nie spotkały. Dlaczego więc ją porwała? Może to tylko fatalna pomyłka?
- Nie znam cię - stwierdziła lekko piskliwym tonem - Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz?
Czarnowłosa uśmiechnęła się, wyciągnęła z kieszeni papierosa i zapaliła go. Strach Anity był dla niej pożywieniem. Cieszyła się kiedy tylko widziała w jej oczach że się boi, kiedy wyczuwała to w jej głosie.
- Kim jestem? Jedyną i prawdziwą miłością Maćka. Z żadną kobietą nie będzie mu tak dobrze jak ze mną. Ale musiałaś pojawić się ty - spojrzała za rywalkę z pogardą - Ty i ta twoja pierdolona ciąża! Ale to nie problem. Znikniesz, a ja wtedy zajmę miejsce u jego boku. Teraz już wiem dlaczego mnie odtrącał...
- O czym ty mówisz? - Anita niewiele zrozumiała
- Przeszkody są po to żeby je likwidować - podeszła do brunetki, po czym pochyliła się nad nią i szarpnęła za włosy - Ale najpierw zapłacisz mi za to. Zanim trafisz do piekła, zgotuję ci jego przedsionek na ziemi - wycedziła przez zęby
- Ty... ty jesteś chora! Wcale nie zmuszałam Maćka żeby ze mną był, powiedziałam mu tylko że będę miała z nim dziecko.
- Zamknij się - uderzyła ją w twarz. Anita leżała przez chwilę nieruchomo, dopóki nie poczuła na policzku palącego bólu. Natychmiast zaczęła się szarpać, ale Marta trzymała ją za włosy.
- Następnym razem jak będziesz się rzucać to wsadzę ci papierosa w tyłek, rozumiesz?
Ponieważ Anita nie odpowiedziała, czarnowłosa zaczęła kolanem uciskać jej brzuch. Wtedy dopiero wycedziła przez zęby wyczekiwane przez oprawczynię "tak".

          Maciek wrócił na komendę wściekły jak nigdy. Od kolegi z pracy Anity nie dowiedział się niczego co naprowadziłoby go na jakikolwiek trop. Sprawdzili już chyba całe otoczenie zaginionej i wciąż nie ruszyli się nawet na krok. Wiedzieli tyle samo co wcześniej. Brunet zadzwonił do Anity, jakby łudził się że tym razem dziewczyna odbierze, powie mu że wszystko w porządku i już niedługo się zobaczą, lecz numer wciąż nie odpowiadał. No tak. Nie miał prawa spodziewać się czego innego. Ze złości rzucił telefonem o podłogę.
-Maciek! - upomniał go Sebastian
- No co?! I tak muszę wymienić na nowy.
Igielska pozbierała telefon z podłogi, włożyła baterię i podała Maćkowi. Ten opadł na krzesło i włączył sprzęt. Zawsze wtedy wśród powiadomień pojawiało się ostatnie nieodebrane połączenie. Wpatrywał się w ekran telefonu jak zaczarowany.
- Jasna cholera - wyszeptał, zwracając na siebie uwagę - Że ja na to wcześniej nie wpadłem... To Marta.
- Co ja? - jego partnerka uniosła brwi ze zdumienia
- Nie ty. Marta Czeresińska. To ona, to musi być ona! Miała motyw, przecież ją odtrąciłem! Musiała sobie uroić w tej swojej głupiej główce że jeśli nie będzie Anity i dziecka to wtedy ja z nią będę.
- Zaraz, zaraz - Sebastian chciał trochę zgasić przedwczesny entuzjazm przyjaciela - Gadasz jak byś miał dowody że to ona.
- Nie kontaktowała się ze mną od tamtej pory. Myślisz że tak od razu odpuściłaby sobie po pierwszej porażce? Oczywiście że nie!
- Maciek, tylko nie rób nic głupiego. Nie możesz przed nią zdradzić że ją podejrzewasz dopóki nie doprowadzi cię do Anity.
- Zadzwonisz do niej - zaproponowała Igielska - A my w tym czasie będziemy ją namierzać.
Niestety plan Marty się nie powiódł. Telefon Czeresińskiej nie odpowiadał, podobnie jak Anity. Maćka to tylko utwierdziło w przekonaniu, że czarnowłosa stoi za porwaniem. Postanowił więc pojechać do jej mieszkania, ale tam jej nie zastał. Od współlokatorki dowiedział się iż dziewczyna rzekomo wyjechała na tydzień do rodziców i ona także nie ma z nią kontaktu.
- No i co? - Igielska czekała na niego w samochodzie
- Podobno jest u rodziców, ale ja w to nie wierzę. Marta, zostaniesz tutaj i będziesz obserwować teren.
- Co?
- Ona prędzej czy później się tutaj pojawi, jestem tego pewien. Za kilka godzin przyjedzie Sebastian i cię zmieni. Ja nie mogę tu zostać, bo mnie zna.
- No dobra, dobra - przystała na propozycję - A gdyby się pojawiła do dać ci znać?
- Nie, najpierw pojedziesz za nią i zobaczysz dokąd cię poprowadzi. Dopiero wtedy do mnie zadzwonisz. Ja pojadę do jej rodziców i sprawdzę czy ona faktycznie do nich pojechała. Tylko wiesz, to może być długa podróż, oni nie mieszkają w Krakowie.

            W tym samym czasie Marta kontynuowała realizację swojego planu. Tym razem zawiązała łańcuch na brzuchu Anity i zaciskała go tak mocno, jak tylko potrafiła. Brunetka wręcz wyła z bólu, z oczu ciekły jej łzy, przegryzała wargi, wiła się, ale na nic się to zdało. Czeresińska była wobec niej bezlitosna. Krzyki i błagania sprawiały że czuła się silniejsza. Uciskała jej brzuch, dopóki rywalka nie straciła przytomności.
- Poronisz ty cholero czy nie?! - krzyczała co jakiś czas - Puszczać się trzeba umieć!
Doprowadziła ją do takiego stanu, że dziewczyna przestała się modlić o ratunek. Wolała już umrzeć. Wiedziała że po takich przeżyciach nie będzie już taka jak dawniej, że to na zawsze pozostanie w jej pamięci. Drżała na sam widok czarnowłosej, która nie zamierzała na tym poprzestać.
Rozsypała tłuczone szkło za nią, a jednym z odłamków rozcięła sznur, który krępował jej ręce. To była kolejna część jej sprytnego, a zarazem bestialskiego planu. Kiedy dziewczyna dostrzeże szansę ucieczki, tylko na tym będzie jej zależało. Nie będzie się zastanawiała skąd wzięło się szkło, nie będzie się zastanawiała kiedy i jak uwolniła ręce z krępujących ją więzów. Spróbuje uciec, a wtedy...
Czekała cierpliwie na ten moment. Wszystko obserwowała za pomocą kamery, którą zainstalowała w pomieszczeniu. Nagrywała wszystko od samego początku, odkąd tylko przywiozła tu Anitę.
- Będę to oglądać co niedzielę po kościele. Mój wielki triumf - powiedziała sobie z dumą
Z zaciśniętymi kciukami oglądała jak Anita męczy się i próbuje kawałkiem szkła rozciąć więzy na nogach, co chwila spoglądając nerwowo na drzwi. Po kilku próbach udało się. Powoli, podpierając się o ścianę, próbowała wstać. Krzywiła się z bólu. Chwiejnym krokiem, na wpół zgięta, trzymając jedną rękę na brzuchu, dotarła do wyjścia. Złapała za klamkę... wtedy poraził ją prąd. Dziewczyna padła na podłogę nieprzytomna.
- Tak jest! - ucieszyła się Marta - Warto było chodzić na fizykę.
Wyłączyła wtyczkę z gniazdka, a potem chwyciła kabel i szarpnęła go mocno, zrywając jego połączenie z metalową klamką. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Uklęknęła przy Anicie i sprawdziła jej puls.
- Żyjesz - uśmiechnęła się - Pośpij sobie, bo jutro kolejny ciężki dzień. Już ja coś dla ciebie wymyślę...
Wyciągnęła z kieszeni notes, przewróciła kilka kartek i zaznaczyła krzyżyk w linijce gdzie wcześniej zapisała "porażenie prądem". Jedną z niewykorzystanych opcji było podduszanie.
- E, to słabe - mruknęła pod nosem - Napięcie trzeba stopniować. To było dobre na początek.
Marta jeszcze raz spojrzała na Anitę. Tak bardzo jej nienawidziła... Oczywiście, mogła ją oszpecić, mogła ją bić bez opamiętania, ale co to jej da? Wyżyje się i tyle. A zemsta smakuje najlepiej na zimno...
- Poza tym, jak się mścić to z klasą - przyznała - Nic tu po mnie, też powinnam się wyspać przed jutrem.
Na wszelki wypadek, gdyby Anita się obudziła w środku nocy i próbowała uciec, związała ją. Zadowolona z siebie zatrzasnęła za sobą drzwi, wsiadła w samochód i odjechała. Wciąż nie wiedziała co zafundować brunetce następnego dnia.
- A może coś mi się przyśni? - stwierdziła z uśmiechem na twarzy

środa, 12 listopada 2014

VII. Scen nr 67

           Sebastian wpuścił przyjaciela do środka. Nie rozumiał co miało znaczyć zniknięcie Anity, ale widział że Maciek jest zdenerwowany. Zaproponował mu by usiadł, lecz Strzewiński odmówił.
- Uspokój się. Co znaczy że zniknęła?
- Nie wróciła do domu po pracy, u brata też jej nie ma, a salon jest już zamknięty. Dzwoniłem, ale w ogóle nie ma sygnału. Seba, kurde, ja wiem że minęło zbyt mało czasu by oficjalnie zacząć jej szukać, ale ona jest w ciąży! Rozumiesz mnie?
- Rozumiem, rozumiem – skinął głową – Ale w nerwach nic nie zdziałasz, musisz się uspokoić.
- Jak? No powiedz mi, jak?
Sebastian nie podał mu odpowiedzi na to pytanie. Sam najprawdopodobniej w takiej sytuacji nie potrafiły zachować spokoju.
- To do niej niepodobne – westchnął Maciek – Coś musiało się stać...
- Dobra, jedziemy do ciebie, może jednak wróciła. Jeśli nie to obdzwonimy wszystkie szpitale.

           W tym samym czasie, stary opuszczony magazyn za miastem. Anita powoli odzyskiwała świadomość. Bolała ją głowa. Otworzyła oczy, ale niczego nie mogła dostrzec. Było ciemno. Czuła przez ubranie, że leży na jakimś zimnym podłożu. Spróbowała się poruszyć, ale coś trzymało jej ręce z tyłu, przy ścianie. Najprawdopodobniej sznur. Chwilę później zorientowała się, że nogi także ma skrępowane. Przywołała w myślach zdarzenia, które miały miejsce jeszcze zanim straciła przytomność. Wyszła z pracy, szła w stronę przystanku... i koniec. To musiało się stać nagle, nie przypominała sobie by robiło się jej słabo, by musiała chwilę odetchnąć. No i ten ból głowy. Skojarzyła fakty i doszła do wniosku, że została porwana. Ktoś zaszedł ją od tyłu, ogłuszył, wywiózł nie wiadomo gdzie i związał, by nie mogła uciec.
- Niech to szlag – wyszeptała – Czego ktoś ode mnie chce?
Jej oczy przyzwyczajały się do ciemności. Mogła już zobaczyć kontury niektórych przedmiotów, znajdujących się w pomieszczeniu. Poza dwoma filarami zauważyła też biurko, przy nim krzesło, a gdzieś pod ścianą jakieś kwadratowe kształty, przypominające pudła bądź kartony. Nie wiedziała jak dużo czasu upłynęło, nim otworzyły się żelazne drzwi i światło latarki padło jej na twarz. Natychmiast zacisnęła powieki. Kilka sekund później spróbowała otworzyć oczy, ale natychmiast je zamknęła, gdy kolejne promienie jasnego światła podrażniły jej źrenice.
- O proszę. Nasza królewna już nie śpi – usłyszała szyderczy śmiech porywacza. A raczej porywaczki, bowiem głos należał do kobiety
- Jaka królewna? Przestań mi świecić w oczy! - rzuciła błagalnie cienkim głosem. W odpowiedzi coraz głośniej słyszała kroki, a potem poczuła mocne kopnięcie w brzuch. Krzyknęła z bólu, zgięła się w pół.
- Nie mów mi co mam robić – oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu – To ja tu rządzę, rozumiesz?
- Tak... - wyszeptała przez łzy Anita, z nadzieją że dziecku nic się nie stało. A może by tak powiedzieć o ciąży? Ale co to zmieni? Wręcz przeciwnie, kobieta celowo mogłaby ją straszyć że dziecko nie wyjdzie z tego cało. Niestety, ona już wiedziała...
- Podobno jesteś w ciąży – uśmiechnęła się szyderczo, lecz Anita nie mogła tego zobaczyć bo wciąż miała zamknięte oczy
- Skąd wiesz? Kim ty do cholery jesteś?! - zdenerwowała się, przez co otrzymała kolejne kopnięcie w brzuch
- Nie rzucaj się tak – wycedziła przez zęby, po czym pochyliła się nad nią i szepnęła jej do ucha – Stracisz to dziecko.
- Nie! - krzyknęła, szarpiąc się jakby chciała przerwać więzy, które unieruchomiły jej ręce. Tym razem została uderzona w twarz. Dopiero za drugim razem przestała się ruszać. Otworzyła oczy, ale nie widziała już swojej oprawczyni. Usłyszała tylko jej głos:
- To dopiero początek.
Żelazne drzwi skrzypnęły, a potem zatrzasnęły się z hukiem. Anita nie mogła powstrzymać łez. Nie z powodu bólu, lecz ze strachu. Nie o siebie, tylko o dziecko. Wciąż słyszała ten szept nad uchem, nie potrafiła tego wyrzucić ze swojej głowy.

           Po długiej i nieprzespanej nocy, wypitych kilku kawach, kilkudziesięciu telefonach i braku nowych informacji Maciek był na skraju załamania. Sebastian próbował pocieszać przyjaciela, usiłował wmówić mu że wszystko jeszcze dzisiaj się wyjaśni, że Anita wróci cała i zdrowa, a to że nie dała znaku życia to tylko niefortunny przypadek. Brunet jednak coraz bardziej przekonywał się do teorii, iż kobieta została porwana. Nie wiedział tylko kto mógłby za tym stać, a także dlaczego. Anita nie wyglądała na konfliktową osobę. Niespodziewanie około siódmej rano zadzwonił dzwonek do drzwi. Stał w nich brat dziewczyny.
- No i co, wróciła?
Maciek pokręcił głową zrezygnowany. Wpuścił mężczyznę do środka, przy okazji zaczął wypytywać o jakieś koleżanki, potencjalnych wrogów, tematykę ich ostatnich rozmów. Niestety, nie wniosło to nic nowego. Anity jak nie było tak nie było, a policjanci wciąż nie mieli żadnego pomysłu co mogło się wydarzyć.
- Maciek, musimy jechać na komendę – oznajmił Sebastian kilka minut później – Tam zastanowimy się co dalej.
- Jeszcze chwila – mruknął, obserwując jak brat dziewczyny spisuje na kartce adresy jej najbliższych przyjaciółek – Dobra, dzięki. My to sprawdzimy, a ty tu zostań i dzwoń gdyby wróciła.

           Przed świtem Anitę jeszcze tylko raz odwiedziła tajemnicza kobieta, która ją porwała. Przygotowała dla niej kolejną dawkę nieprzyjemności. Tym razem jej nie była, lecz wcisnęła lejek do ust i stopniowo, wbrew jej woli, wlewała wódkę. Nie ukrywała swojej satysfakcji. Cierpienie Anity i znęcanie się nad nią sprawiało jej przyjemność. Porcje nie były duże, aby kobieta była w stanie je połknąć. Wzbraniała się jak mogła, krztusiła się, ale na niewiele to się zdało. Szczególnie że kiedy alkohol zaczął przejmować nad nią kontrolę, coraz trudniej było jej stawiać opór.
- Dobra, wystarczy – stwierdziła z zadowoleniem, kiedy Anita leżała już półprzytomna, zamroczona alkoholem. Na dnie butelki zostało jeszcze trochę wódki. Kobieta wypiła to jednym łykiem, a następnie wyrzuciła szkło gdzieś za siebie, nie zastanawiając się gdzie wyląduje. Nie zwróciła nawet uwagi na dźwięk tłuczonego szkła, tylko pogłaskała Anitę po włosach i uśmiechała się do samej siebie.
- Mój skarb... - wyszeptała – Jak się obudzisz kolejna atrakcja będzie gotowa.
Podniosła się z kolan i wyszła z pomieszczenia.

           Nie Sebastian, lecz Marta towarzyszyła Maćkowi podczas rozmów z przyjaciółkami Anity. Maciek nie był zachwycony z takiego obrotu sprawy, ale Barański stwierdził że kobieta ręka i kobiece myślenie może być przydatne. Niestety, wciąż nie potrafili znaleźć tropu albo chociaż jakiegoś punktu zaczepienia. W drodze do salonu, w którym pracowała Anita, zatrzymali się na stacji benzynowej. Igielska zamówiła dwie kawy, jedną z nich podała partnerowi.
- Dzięki – westchnął – Już nie wiem gdzie mam jej szukać. Sprawdziliśmy niemal całe jej otoczenie, została tylko praca. Jeśli tam niczego się nie dowiemy...
- Maciek, nie martw się na zapas – chciała go pocieszyć, lecz z marnym skutkiem
- Łatwo ci mówić. To nie ty martwisz się o bliską osobę i swoje nienarodzone dziecko.
- A może... może złe założenie przyjęliście?
- Że co? - uniósł brwi ze zdumienia
- Może to działanie nie jest wymierzone w nią, lecz w ciebie? Może ktoś właśnie w ten sposób chce zadać ci ból, poprzez strach, niepewność... Pomyśl, jest ktoś taki kto by ci źle życzył?
- Wszyscy których zamknąłem w ciągu ostatnich czterech miesięcy i jeszcze kilka osób, które przed laty należały do siatki narkotykowej...
- Cholera – zaklęła – Sporo tego.
- No – rzucił ze smutkiem – Ale jeśli masz rację to prędzej czy później ten ktoś powinien się odezwać, nie?
Skinęła głową, nie chcąc go martwić że jednak niekoniecznie musi tak być. Nie mieli też pewności, że jej teoria jest prawdziwa. Ale skoro Anita miała krystaliczny, nieskazitelny wizerunek to nie widziała innego wyjścia. Ktoś za jej pośrednictwem chciał się odegrać na Maćku. Chyba że kogoś drażnił ten ideał Anity i dlatego postanowił się jej pozbyć?
Kiedy przejeżdżali obok jakiegoś kościoła, kazał się jej zatrzymać. Wyskoczył z samochodu jak oparzony, wbiegł do środka i na samym środku nawy padł na kolana przed ołtarzem.
- Sześć lat w kościele nie byłem – dość nietypowo zaczął modlitwę, po tym jak chwilę wcześniej się przeżegnał – Byłem wściekły kiedy zabrałeś mi matkę, odwróciłem się od ciebie, nie rozumiałem gdzie jest ta twoja dobroć, skoro straciłem jedyną bliską mi osobę na świecie. To było głupie, przepraszam za to. Przepraszam – powtórzył kpiąco – Takie puste, nic nieznaczące słowo, a jednocześnie mające w sobie tak wielką moc. Ja wiem że dużo mam na sumieniu, ale na rozliczenie tego przyjdzie jeszcze czas. Mi chodzi o Anitę. Przecież ona jest dobrą osobą, nikomu nic nie zawiniła, a do tego nosi pod sercem niewinne dziecko. Boże, ty nie możesz pozwolić by stała się im krzywda! Nie wiem, daj mi jakiś znak jak jej szukać, gdzie jej szukać, wyślij jej jakiegoś anioła stróża. Niech już mnie jakiś samochód przejedzie, niech mnie ktoś pobije czy zastrzeli, ale nie pozwól żeby coś im się stało! Tylko o to cię proszę. Dla mnie to bardzo wiele znaczy, ale tu nie chodzi o mnie, tylko o nią i dziecko. Nie zasłużyli na to.
Marta cierpliwie czekała na partnera w samochodzie. Rozumiała że potrzebuje teraz chwili samotności, by móc się wyciszyć, uspokoić. Kiedy wychodził z kościoła, wyglądał na przygnębionego, pogodzonego z losem. Jakby ktoś tam mu powiedział że już za późno, że wszystko stracone.
- Jedźmy – powiedział cicho, odwracając głowę w stronę szyby.

wtorek, 11 listopada 2014

VII. Scen nr 66

           Tydzień później. Rafał zgodził się zamienić terminem urlopu z Sebastianem i to on teraz zaczął dwa tygodnie wolnego, wraz z Anią Branicką. Tymczasowo Barański zmuszony był współpracować z dotychczasową partnerką Rafała, która wciąż nie umiała naprawić tego co zepsuła w swoim życiu. Zwierzając się Rafałowi przed jego urlopem wyznała, że o ile w relacji z dziećmi widać poprawę, to jednak Krystian wciąż zadawał się ją ignorować. Nie miała pojęcia jak powinna go błagać o drugą szansę, nie miała pojęcia jak go przepraszać, by w końcu odniosło to skutek. Odpowiedź partnera nie była dla niej satysfakcjonująca. Po prostu stwierdził że „nic na siłę”.
Anka nigdy nie była duszą towarzystwa, dlatego też Sebastian niewiele z nią rozmawiał. Tak naprawdę to prawie wcale się nie znali, przez te kilka lat na tej samej komendzie tylko mijali się na korytarzu, czasem spotykali na urodzinach czy innym przyjęciu kogoś z ekipy, ale nigdy nie było okazji by się lepiej poznać. Najchętniej Barański rozmawiałby z Maćkiem, ale jak na złość stary dołożył im sporo raportów i nie było nawet chwili by odetchnąć.
- Kto chce kawy? - wyrwała się w pewnym momencie Igielska – Maciek?
- A będziesz tak miła i zrobisz?
Marta westchnęła ciężko. Liczyła na to że po jej propozycji ktoś się wyrwie do kuchni, lecz chętnych brakowało.
- No dobrze, niech będzie. Ale następnym razem ty robisz – wskazała na niego palcem – A wy? Anka, Sebastian?
- Poproszę – odezwał się, nie podnosząc głowy znad raportów.
Wapiecka, ku zaskoczeniu wszystkich, odmówiła. Wyjaśniła że stara się ograniczyć do jednej kawy dziennie, a tą już wypiła przed wyjściem do pracy. W zamian Marta zaproponowała jej herbatę, po czym zniknęła z oczu pozostałej trójce. Zaraz po tym zadzwonił telefon Anki.
- Przepraszam na chwilę – rzuciła, po czym wręcz wybiegła z biura. Sebastian wykorzystał chwilę, kiedy był sam w biurze z Maćkiem, by podpytać go o jego wspólne mieszkanie z Anitą.
- Jak tam w domu? Wytrzymujesz jakoś?
- Jakoś – prychnął – Jest lepiej niż myślałem. Chyba nawet trochę zbliżyliśmy się do siebie z Anitą, w ogóle się nie kłócimy.
- Czasem kłótnia to dobry znak – uśmiechnął się pod nosem – No i zawsze to jakiś dreszczyk emocji.
- Ej no, już po tygodniu? Na razie była tylko mała sprzeczka o zupę. Sprzeczka, nie kłótnia – podkreślił
- O zupę? - Igielska, która wchodziła właśnie z kawą, uniosła brwi ze zdumienia. Maciek pokręcił głową z dezaprobatą.
- Podsłuchiwałaś.
- No co ty. Po prostu jak tu wchodziłam to usłyszałam ostatnie zdanie.
- Ale jak to o zupę? - Sebastian także zdawał się być zaintrygowany tematem
- No po prostu, o zupę. Anita postanowiła że powinienem zmienić trochę styl żywienia i zdecydowała że ugotuje mi zupę. Tylko że ja nie lubię zup, no z wyjątkiem rosołu.
- I o to cała afera?
- Seba, nie afera, tylko sprzeczka – przypominał Maciek – Nie chciałem sprawić jej przykrości, więc postanowiłem walczyć sam ze sobą i jakoś to przełknąć. Tylko że... no Anita niestety mistrzynią świata w gotowaniu nie jest – rozłożył bezradnie ręce
- To znaczy?
- Przesoliła. Chciała żebym zostawił to w spokoju i wyjątkowo zjemy pizzę, ale ja się uparłem... No i wyszło jak wyszło – zaczął się śmiać, a wraz z nim Igielska. Dziewczyna wyobraziła sobie, jak Maciek uparcie pochyla się nad talerzem a drobna kobieca postać bezskutecznie próbuje mu go wyrwać.
- I to aż takie zabawne? - zdziwił się Sebastian
- To musiało wyglądać komicznie – stwierdziła Marta
- I tak wyglądało. I jeszcze ten jej foch, że potem będę mówił że chciała mnie otruć... Wtedy odpuściłem
- I ty mi chcesz wmówić że nic między wami nie ma?
- Seba – upomniał go, nie chcąc by Igielska poznała szczegóły jego związku, a zaraz po niej cała komenda
- No co? Marta, chyba potrafisz dochować tajemnicy, co?
- Potrafię – odparła niewzruszona, wracając do swojego biurka – Ale to nie moja sprawa, chyba że Maciek będzie chciał się zwierzyć albo poprosić mnie o radę.
- Na razie nie ma takiej potrzeby – zapewnił, po czym mruknął pod nosem: „na szczęście”

           Gdy wrócił do domu, Anity jeszcze nie było. Dziewczyna miała wrócić z pracy dopiero po siedemnastej, miał więc jeszcze około godzinę czasu do jej powrotu. Postanowił, że tym razem to on przygotuje coś do jedzenia. Niestety, jedyne co potrafił robić to kotlety schabowe. Ale od czego jest internet? Zasiadł na chwilę przed laptopem, wyszukał sobie jakieś przepisy na sałatki, a potem odrzucał każdy kolejny, gdy znajdował jakiś nieodpowiadający mu składnik.
- Oliwki... nie mam czasu ganiać do sklepu. Ryż? Co to za sałatka z ryżem? Kapusta kiszona... nie. Czosnek? Odpada. O, może to...
Kiedy w końcu trafił na odpowiedni przepis, wydrukował go i wraz z kartką udał się do kuchni. Położył ją na stole, na środku, a dookoła ustawiał wszystkie składniki. A właściwie to prawie wszystkie, bowiem nie doczytał przepisu i zapomniał o jednym...
- Cholera jasna! - zaklął, kiedy kilka minut później się zorientował – Majonez!
Załamał ręce, przez chwilę nie wiedząc co zrobić. Wszystko było już niemal gotowe, wystarczyło dodać tylko tego majonezu i wymieszać. Spojrzał na zegarek. Anita powinna pojawić się lada chwila. A może jeszcze zdąży wyskoczyć do osiedlowego sklepu... Zawsze można spróbować. Rzucił wszystko, założył buty, zgarnął z półki portfel i klucze i tyle go było widać. Jak na złość, w osiedlowym sklepie zrobiono ostatnio „przemeblowanie”. Jedynie warzywa i owoce zostały na swoim miejscu. Minęło trochę czasu nim odnalazł pożądany produkt. Myślał że już tylko chwila, moment, że zaraz wróci do domu, a tu... długa na pół sklepu kolejka do kasy! Dlaczego akurat dzisiaj?! Dlaczego akurat teraz?!
- Wszystko przeciwko mnie – westchnął pod nosem
Nie pozostało mu nic innego jak zaczekać. Potrzebował tego majonezu, nie mógł tak po prostu odstawić go na półkę i od razu wrócić do domu. Nigdy nie miał cierpliwości podczas czekania w sklepowej kolejce. Wszystko dookoła było w stanie go zirytować. A tu ludzie zbyt głośno rozmawiają, a tu ktoś za dużo drobniaków dał kasjerce, a tu ktoś się za długo zastanawia, jeszcze ktoś inny patrzy się tępo jak kasowane są jego zakupy i czeka nie wiadomo na co, zamiast je od razu pakować do torby. Czasem też zdarzało się, że był uderzany wózkiem z tyłu przez jakąś starszą panią, która chyba liczyła na to że im mniejszy dystans będzie ją dzielił od kasy, tym szybciej zostanie obsłużona... Ale to raczej przytrafiało się w supermarketach. Zastanawiając się czy Anita wróciła już do domu, czy przypadkiem nie zaczęła jeść niedokończonej sałatki, czas oczekiwania na swoją kolej minął nienaturalnie szybko. I nawet nie zdążył się zdenerwować.
- Już jestem! - zawołał, przekroczywszy próg mieszkania – Anita?
Od razu zostawił słoik majonezu na stole w kuchni i poszedł zobaczyć gdzie jest jego była kochanka. W salonie i sypialni nikogo nie było, w łazience też nie. Najwidoczniej zdążył jeszcze przed nią. Odetchnął, dokończył sałatkę i wstawił ją do lodówki.
- Zaraz osiemnasta... - pomyślał – Może spóźniła się na tramwaj albo musiała zostać dłużej w pracy? A mówiłem że po nią przyjadę...
Ona jednak odmówiła, tłumacząc że na pewno będzie zmęczony po pracy i lepiej żeby odpoczął sobie w domu, zamiast jeszcze jeździć po nią. Zgodnie z jej zaleceniem, postanowił się teraz zregenerować po długim maratonie z raportami i kuchennych zmaganiach. Usiadł w fotelu, włączył telewizor. Nawet się wciągnął w emitowany właśnie na jednym z kanałów serial paradokumentalny.
- Trzydziestoletni mężczyzna, po tym jak potknął się o krawężnik i upadł na jezdnię, wrócił do domu się przebrać – zakomunikował lektor
- Musiałem się przebrać, bo się przewróciłem i ubrudziłem – wytłumaczył bohater odcinka
Maciek pokiwał głową i uśmiechnął się pod nosem. No czego więcej spodziewać się po niskobudżetowej produkcji? Nie dość że aktorzy amatorzy słabo opłacani, to jeszcze pewnie scenarzyści zatrudnieni za dziesięć złotych za godzinę. Tak sztucznych dialogów i sztywnych zachowań nie widział jeszcze w żadnym serialu. A może oni robili to specjalnie? Może zamiast wciągać widza ten serial ma bawić swoją tandetą?
Sam się sobie dziwił, że obejrzał odcinek do końca. Anita wciąż nie wróciła. Maciek sięgnął więc po telefon i wybrał jej numer. Od razu usłyszał komunikat by nagrał się na pocztę głosową. Zakończył połączenie i wsunął telefon do kieszeni. Może po prostu bateria jej się rozładowała?
Upłynęła kolejna godzina. Maciek już wtedy zaczął się martwić. Może trochę przesadzał, ale przecież Anita była w ciąży, a teoretycznie to już niespełna trzy godziny temu powinna wrócić z pracy. Na dodatek jej telefon nie odpowiadał. Jak w takiej sytuacji miał zachować spokój?
- Nie, ja tak nie mogę siedzieć.
Napisał na kartce informację dla Anity, gdyby ta wróciła do domu, żeby do niego zadzwoniła. On sam poszedł jej szukać. Pojechał do salonu, w którym pracowała, ale ten był już zamknięty. No tak, przecież otwarte do dziewiętnastej, a już było kilka minut po dwudziestej. Czego innego mógł się spodziewać? Pojechał do jej brata. Może poszła go odwiedzić? Niestety, tam też jej nie zastał. Co jakiś czas sprawdzał telefon, z nadzieją że zobaczy tam wiadomość od kobiety, lecz za każdym razem kończyło się to rozczarowaniem. W końcu postanowił pojechać do Sebastiana.
- Musisz mi pomóc – oznajmił, kiedy ten tylko otworzył drzwi – Anita zniknęła.

poniedziałek, 10 listopada 2014

VII. Scen nr 65

           W tym tygodniu żadna nocka nie dłużyła się Maćkowi tak bardzo jak ta z piątku na sobotę, czyli ostatnia. Mężczyzna odnosił wrażenie że mijało kilkanaście minut, a gdy spoglądał za zegarek okazywało się że wskazówka zegara przesuwała się tylko nieznacznie. Wzdychał sobie tylko wtedy, gdy w biurze nie było Igielskiej. Nie chciał zwracać na siebie jej uwagi, nie miał ochoty na rozmowę z nią. Tym bardziej że jej się nie nudziło. Brunetka zaopatrzyła się w krzyżówki już na początku tygodnia i wypełniała je podczas nocnej zmiany, gdy nie mieli nic do zrobienia.
- Maciek? - zapytała, gdy ten po raz kolejny spojrzał na zegar. Było dokładnie pięć minut po drugiej.
- Taaaaak?
- Znasz się na Formule 1?
Otworzył oczy szeroko i spojrzał na nią. Skąd wiedziała że to jeden z jego ulubionych sportów? No tak, pewnie Anka się wygadała... Zapewne pani aspirant poprosiła ją, żeby ta dała jej kilka wskazówek na ocieplenie wizerunku. Wspólna pasja to mógł być jeden ze sposobów...
- I to jeszcze jak! - uśmiechnął się pod nosem – A co?
- No bo mam tu w krzyżówce takie hasło: Ayrton, mistrz świata Formuły 1.
- Senna.
- Na pewno? - zdziwiła się Igielska, wychylając się znad krzyżówki
- A co, jakaś litera się nie zgadza? To na pewno to drugie hasło jest złe, ja jestem pewien tego co powiedziałem jak podatków i śmierci.
- No wszystko fajnie, tylko że ja mam tutaj pięć kratek. Es, e, en, a to są cztery litery – wzruszyła ramionami
- Marta, Marta... - pokręcił głową z politowaniem – Dwa en.
- Aaaa – ucieszyła się – Teraz pasuje, dzięki. A ten Senna to dawno jeździł.
- Dwadzieścia lat temu, 1 maja 1994 roku wystartował w swoim ostatnim wyścigu na torze Imola we Włoszech. Będąc na prowadzeniu wyścigu wypadł z toru w bardzo szybkim zakręcie i z dużą prędkością uderzył w betonową ścianę. Zabrali go helikopterem do szpitala, ale po czterech godzinach poinformowali o śmierci Senny.
- Przykra historia – przyznała Marta
- Wiesz, kiedyś śmiertelne wypadki w Formule 1 to było normalne zjawisko. Śmierć Senny to ostatni śmiertelny wypadek kierowcy podczas wyścigu F1. Od tamtej pory sporo poczyniono w kwestii bezpieczeństwa, zmodyfikowano konstrukcję samochodów, inaczej też budowano nowe tory... A tak w ogóle, Senna zdobył trzy tytuły mistrza świata, co przy siedmiu Schumachera może się wydawać mało, ale to właśnie Brazylijczyk jest uznawany za najlepszego kierowcę w ponad 60-letniej historii F1.
Marta nie do końca była zainteresowana tematem, ale starała się słuchać, a w niektórych momentach przynajmniej stwarzała takie pozory. W końcu zaczął do niej mówić, co prawda nie o sobie, ale też nie zwrócił się do niej w służbowej sprawie. Pomyślała sobie że dzięki temu może uda jej się zyskać trochę sympatii partnera, może to będzie przełom w ich relacjach.
Maciek jeszcze długo mówił o Formule 1, o Kubicy, o innych kierowcach, tych bardziej i tych mniej wybitnych, wyjaśniał co takiego widzi w tym sporcie, dlaczego tak bardzo lubi oglądać wyścigi, ale też skrytykował kierunek rozwoju, jaki obrała dzisiejsza F1. Nawet nie zauważył kiedy przeszedł na skoki narciarskie i inne sporty, w tym piłkę nożną czy siatkówkę. Marta aktywnie uczestniczyła w tej części dyskusji, przedstawiała swój punkt widzenia, próbowała nawet wytłumaczyć Maćkowi dlaczego piłka nożna dla większości kobiet jest mało atrakcyjna. Obojgu bardzo szybko minęła druga połowa nocki. Punktualnie o szóstej rano niemal równocześnie zerwali się z krzeseł i opuścili biuro.
Maciek w drodze do domu wstąpił jeszcze do piekarni, kupił bochenek chleba i dwie bułki na śniadanie. Próg mieszkania przekroczył około wpół do siódmej. Miał dwa powody, by nie iść spać teraz. Po pierwsze, obawiał się że jeśli teraz prześpi całe przedpołudnie to wieczorem będzie miał problem z zaśnięciem. Po drugie, Anita dzisiaj się wprowadzała. Co prawda umówił się z nią dopiero na czternastą, ale do ostatniej chwili odkładał przygotowanie mieszkania na jej przybycie, czyli uprzątnięcie całego nieładu, w którym doskonale się odnajdywał, ale kobietom nie przypadał do gustu, pranie z całego tygodnia, odkurzanie czy też zrobienie miejsca w szafie na jej ubrania. Zastanawiał się też czy nie dokonać małego przemeblowania w salonie, żeby wygodniej mu było spać. W końcu w jego założeniu cała sypialnia miała należeć do Anity, a on swoje posłanie będzie miał w drugim pokoju, który dotychczas służył za salon.

           Kiedy Anita przyjechała ze swoimi rzeczami, o dziwo nie chciała wprowadzać swoich porządków. Najwidoczniej wyciągnęła wnioski z ich nieudanego związku i zrozumiała, że Maciek nie lubi być pod czyimś wpływem bądź naciskiem. Zaskoczył ją jednak porządek jaki tu panował. Ona musiała się dostosować do niego, ale jak widać on także w pewnym stopniu dostosował się do niej. Trochę jak w małżeństwie, poszli na kompromis. Skoro chcą żeby dobrze im się mieszkało ze sobą, to obie strony muszą trochę ustąpić.
- Cała sypialnia jest do twojej dyspozycji – oznajmił, kiedy wniósł drugi i ostatni karton z jej rzeczami
- Zaraz, zaraz – mruknęła – A ty gdzie?
- Ja się zadomowię w salonie.
- Nie zgadzam się – rzuciła stanowczo
- Słucham?
- No... to znaczy... Głupio tak że przeze mnie musisz przenosić się do drugiego pokoju. Nie wiem jak tobie, ale mi nie przeszkadzałoby gdybyśmy spali w jednym łóżku. W końcu jakby nie było... coś nas jednak łączy.
- Racja. Nie no, po prostu myślałem że będziesz czuła się niekomfortowo w moim towarzystwie.
- Daj spokój – machnęła ręką – Przecież już spaliśmy ze sobą, zresztą, będziemy mieli razem dziecko. Powinniśmy wyglądać jak normalna rodzina. I co, ty myślisz że w takiej normalnej rodzinie małżeństwo śpi osobno?
- Jak się pokłócą to tak – odparł z uśmiechem – Poza tym nie jesteśmy małżeństwem.
- Maciek, proszę cię – westchnęła z politowaniem – Musisz wszystko komplikować?
- Oczywiście, inaczej wpadniemy w nudną, monotonną, rutynę. Będzie tylko praca, dom, dziecko, praca, dom, dziecko.
- Długoterminowa ta twoja perspektywa – przyznała – Dobra, to ja idę do kuchni, zrobię sobie herbaty.
Maciek odprowadził ją wzrokiem. Dobrze że jeszcze żadnych swoich rzeczy nie przenosił do salonu. Gdzieś po cichu jednak liczył iż Anita zgodzi się spać z nim w jednym łóżku, ale na wszelki wypadek wolał zasugerować odwrotną sytuację. Nie chciał stracić w jej oczach, a gdyby wyrwał się z wspólnym spaniem wbrew jej woli to jednak jego wizerunek uległby pogorszeniu.
- Maciek! - usłyszał jej głos z kuchni – Po co ci lodówka?
- Co mówisz? - spytał, kiedy wszedł do pomieszczenia
- Po co ci lodówka? Przecież tu nic nie ma! Masło, kilka plasterków sera i cytryna. Chyba nie chcesz mi powiedzieć że przez cały czas tak się żywisz.
- No wiesz, taki żywot samotnego policjanta – rozłożył bezradnie ręce.
- Widzę, że będę musiała o ciebie zadbać. Zbieraj się.
- Dokąd?
- No jak dokąd? Na zakupy

           Dwa dni później. Tematem dnia okazał się być grafik urlopów, który komendant ogłosił już z samego rana. Jako pierwsi dwa tygodnie urlopu już za tydzień rozpoczynali Anka i Sebastian. Po nich, na początku sierpnia odpoczywali Ania i Rafał, a ostatni termin przypadł Maćkowi i Marcie. Stary nie ukrywał że kierował się stażem swoich podwładnych na obecnych stanowiskach, tym samym ignorując wszelkie prośby, jakie wcześniej mu zgłaszano. Maciek nawet ucieszył się ze swojego terminu, gdyż dzień przed rozpoczęciem urlopu obchodził urodziny. Będzie mógł zabalować i nie martwić się że na drugi dzień trzeba iść do pracy, bo będzie miał wolne. Sebastian za to chodził wręcz wściekły. Wyraźnie mówił staremu że interesuje go początek sierpnia, bo wtedy Dorota ma tydzień wolnego i chciał wraz z nią oraz córką pojechać nad morze. Jeszcze nigdy razem we trójkę nie spędzali wakacji. Liczył na to iż uda się w tym roku, a tymczasem komendant sprawił mu taką niemiłą niespodziankę...
- Nie przejmuj się – pocieszał go Maciek – Za rok na pewno się uda...
- Tak, na pewno. Chyba jak specjalnie rzucę nieodpowiadający mi termin, żeby dał jakiś inny – rzucił ironicznie – Ja ci mówię, on to nam na złość zrobił. Znaczy mnie, bo ty wyglądasz na zadowolonego.
- No wiesz, ja nawet nie wiem czy będziemy z Anitą gdzieś wyjeżdżać. W końcu jesteśmy ze sobą przez ciążę, a nie że jakaś wielka miłość...
- Ale przyznaj, zależy ci na niej.
- No bo jest matką mojego dziecka. To chyba logiczne że chcę by miało oboje rodziców przy sobie, prawda? Doskonale wiem jak ciężko dorasta się bez jednego z nich, nie chcę by to samo spotkało mojego syna albo córkę.
- A ty wiesz co... skoro już tak gadamy o miłości... - Sebastian zniżył głos – Byłem wczoraj z Dorotą i Hanią na spacerze...
- No i co? Oświadczyłeś się? - zaśmiał się pod nosem
- Jeszcze nie, ale zastanawiam się nad tym. Zgadnij kogo widziałem.
- Jak Czeresińską albo Igielską to możesz dać sobie spokój, nie obchodzi mnie to.
Jak na zawołanie brunetka pojawiła się w kuchni. Maciek tylko zacisnął żeby i teatralnie przewrócił oczami. Dlaczego kiedy tylko wymawiał jej nazwisko, ona pojawiała się w pobliżu? Ma jakiś radar czy co?
- A mówią że to kobiety plotkują...
- Zaraz plotkują – oburzył się Sebastian – My tylko dyskutujemy na temat terminów urlopów.
- To nie przeszkadzajcie sobie, ja tylko kawę sobie zrobię i już mnie nie ma.
Na chwilę wrócili do tematu, by stwarzać pozory przed Martą. Sebastian po raz kolejny wyraził swoje niezadowolenie z terminu, a wtedy dziewczyna wtrąciła się do dyskusji.
- A nie możesz się zamienić z Rafałem albo Anką?
- Ej, to nie taki głupi pomysł – zauważył – Pogadam z nim, jak się zgodzi to pójdziemy z tym do starego.
Marta uśmiechnęła się do nich, a potem wyszła z kuchni wraz ze swoją kawą. Teraz mogli wrócić do poprzedniej rozmowy.
- No więc... widziałem Rafała. I co najważniejsze, nie był sam – znów mówił półszeptem
- Czyli że co? Kobieta?
- Yhym... Oby jednak się zgodził na tą zamianę urlopów.

czwartek, 6 listopada 2014

VII. Scen nr 64

            Przez całą noc był markotny i przygnębiony, co nie uszło uwadze jego partnerki. Z początku nie zainteresowała się przyczyną tego stanu, skupiła się na swojej pracy, ale kiedy tylko odrywała się od papierów i spoglądała na Maćka, robiło się jej go żal. W pewnej chwili pomyślała że być może będzie w stanie mu pomóc, a przynajmniej będzie mógł się komuś wygadać. Zawsze to jakaś ulga, niewielka ale jednak. Odłożyła długopis, wyprostowała się i chrząknęła znacząco. Nie zareagował. Odczekała chwilę i spróbowała ponownie.
- Masz coś z gardłem? - warknął, nie podnosząc głowy znad biurka – Jak chcesz to zaraz ci znajdę jakąś dyżurną aptekę i kupisz sobie jakieś tabletki.
- Nie masz dzisiaj najlepszego humoru.
- Nie wyspałem się – skłamał, licząc że Igielska zadowoli się takim wyjaśnieniem. Była ostatnią, no może poza Martą Czeresińską, więc przedostatnią osobą której chciał się zwierzać ze swoich problemów.
- To nie tylko o to chodzi, mam rację?
- Masz... - westchnął - ...stos raportów do wypełnienia.
- Maciek, kurde – postanowiła nie dawać za wygraną – Jak się wygadasz to będzie ci lżej.
Tym razem mężczyzna podniósł głowę, spojrzał z ukosa na Igielską. Może i jej wygląd budził zaufanie, ale nie w tym konkretnym przypadku. Nie miał jednak siły, by się denerwować na nią za tę nachalność. Wypuścił powietrze przez nos, po czym lekko uderzył czołem w blat biurka.
- Marta, zajmij się sobą, okej?
- Chcę ci tylko pomóc.
- Ale ja tej pomocy nie chcę. Nie słyszałaś że nie wolno uszczęśliwiać kogoś na siłę?
- Dobra, dobra, już nic nie mówię – odwróciła się i znów pochyliła nad raportami.
Nie rozumiała dlaczego Maciek taki jest. Dlaczego nie daje jej szansy bliżej się poznać, dlaczego nie chce jej polubić. Nie zamierzała jednak się poddać. Wiedziała że czas będzie jej sprzymierzeńcem. Przecież brunet nie będzie cały czas się tak zachowywał, prędzej czy później będzie musiał nawiązać z nią bliższą relację, żeby ich współpraca była efektywna.

            Kiedy zmiana nocna dobiegała końca, na komendzie pojawił się już Sebastian, trochę wcześniej niż zwykle i wykorzystał tę chwilę by zamienić kilka słów z Maćkiem. Jego głównym „celem” była jednak Anka. Chciała przecież z nim porozmawiać, lecz w ostatniej chwili się wycofała. Może teraz będzie miała więcej odwagi? Może uda się ją jakoś przycisnąć do muru?
- No i co, jaka jest ta Igielska? - zapytał z ciekawości
- Trochę zadziorna, mogłaby być też mniej gadatliwa i nie wtrącać nosa w nie swoje sprawy. Ty wyobraź sobie, że ona liczyła że ja będę się jej wypłakiwał w ramię!
- Wiesz, chce być dobrą koleżanką – starał się usprawiedliwić jej zachowanie
- Wystarczyłoby żeby po prostu była sobą, a nie na siłę udawała model, który zostanie zaakceptowany przeze mnie i resztę ekipy.
- Może i tak... Wolałeś pracować z Anką?
- Anka ma swoje wady – odparł wymijająco – Swoją drogą miałeś rację. Marta na mnie leci...
- Igielska? - wypalił z uśmiechem na twarzy. Maciek odpowiedział miną wyrażającą dezaprobatę. Jemu wcale do śmiechu nie było.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. No i co z nią?
- Pogoniłem na cztery wiatry. Wiesz przecież że będę miał dziecko z Anitą.
- No to chyba w porządku, co nie?
- No właśnie nie – westchnął – Boję się reakcji Anity.
- Chyba nie zamierzasz jej powiedzieć?
- Pewnie że nie! Ale co, myślisz że ta Czeresińska sobie tak od razu odpuści? Ze dwa czy trzy razy jeszcze pewnie przyjdzie, zanim dotrze że nic do niej nie czuję. A już pojutrze Anita się wprowadza...
- Bądź dobrej myśli. Przecież to nie ty za nią latasz, tylko ona za tobą. Anita trochę się pozłości i jej przejdzie. Zrozumie.
- Oby, oby – Maciek nie był tak przekonany jak jego przyjaciel – Nie po to się starałem przekonywać Anitę że powinniśmy razem wychować dziecko, żeby ona teraz uciekła ode mnie przez taką Czeresińską.
Brunet uznał rozmowę za zakończoną, lecz w drzwiach został zatrzymany przez starszego kolegę.
- Kochasz ją? - spytał Barański
- Przecież już ci mówiłem że nie.
- Ale ja pytam o Anitę.
- Aaa, chyba że tak – uderzył się otwartą dłonią w czoło – Za dużo tych kobiet się koło mnie kręci.
- Kochasz ją czy nie?
- A co to ma do rzeczy? Ustaliliśmy że zamieszkujemy razem ze względu na dziecko.
- W trzecim miesiącu ciąży? - uśmiechnął się tajemniczo
- No co, trzeba się przyzwyczajać. Poza tym, będzie potrzebowała opieki, a jej brat raczej nie wygląda na uczuciowego sentymentalistę.
- Ty też nie – zauważył
- Ale mam pewność że nim jestem. Idę, po padam z nóg i umieram z głodu. Nie wiem co pierwsze mnie dopadnie.
- Igielska – zaśmiał się Sebastian
- Nawet tak nie żartuj! - pogroził mu palcem, po czym wyszedł. Barański w międzyczasie zdążył sobie zrobić kawę i pójść do łazienki, a kiedy wrócił, w biurze była już Ania. Uśmiechnął się tylko pod nosem, podsunął sobie krzesło i wraz z ze swoją kawą usiadł po drugiej stronie biurka.
- No co? - Anka rozłożyła ręce – Nie posprzątałam wczoraj to mam burdel...
- Chciałaś o czymś rozmawiać wczoraj.
- Wczoraj? - dopiero teraz przypomniała sobie, że przypadkiem spotkali się w supermarkecie – A, no tak. Ale to już nieważne, sprawa się rypła.
- A powiesz chociaż o co chodzi?
Kobieta westchnęła ciężko i spuściła wzrok. Zastanawiała się czy na pewno może zawracać głowę partnerowi swoimi problemami. Przecież on też miał swoje życie, kobietę u boku, dziecko, na pewno ma jakieś swoje troski i zmartwienia. Ale skoro nalegał...
- Pokłóciłam się z Michałem.
- To chyba jeszcze nie koniec świata, co? - wciąż był w dobrym humorze, licząc na to że udzieli się on Ance
- A wiesz o co nam poszło? No właśnie, nie wiesz! O adopcję.
W jednym momencie uśmiech zniknął z twarzy Sebastiana. Nie spodziewał się, że rozmowa będzie miała aż tak poważny temat. Mimo to jednak postanowił ją kontynuować. Skoro zaczął... musiał tylko być ostrożny, delikatny.
- Chyba się nie wycofał?
- Nie, ale... to ja zmieniłam zdanie. Nie, nie w tym sensie że już nie chcę dziecka – dodała pospiesznie, kiedy zobaczyła jak Sebastian wytrzeszcza oczy ze zdumienia – Kiedy byliśmy w domu dziecka załatwiać formalności, poczułam zupełnie coś innego niż dotychczas.
- To znaczy?
- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale... na początku zdecydowaliśmy z Michałem że adoptujemy jakieś dziecko które ma dopiero trzy, najwyżej cztery lata. Wiesz, takie jest małe, nie wiele pamięta z tych pierwszych lat życia, można je wychować po swojemu i w ogóle... Rozumiesz?
- Tak, chyba tak – pokiwał głową
- No i właśnie kiedy tam byliśmy... doszłam do wniosku że powinniśmy adoptować jakieś starsze dziecko. Przecież my nie mamy czasu na wychowanie, nie mamy o tym pojęcia! Myślałam że wiek 12 – 13 lat to już taki optymalny wiek, że to będzie po części samodzielne dziecko... Ale Michał w ogóle nie chce o tym słyszeć.
- Aniu – westchnął ciężko Sebastian – Wiesz jak to brzmi?
- No jak?
- Nie mamy czasu na wychowanie – zacytował – To po co w ogóle wam to dziecko? Ozdoba domu, zabawka? Wiesz jak ono się poczuje? Wyjdzie z domu dziecka, ale po co? Żeby znowu być zostawionym samym sobie, tylko w trochę lepszych warunkach, a zamiast kilku opiekunów dwóch, którzy spędzą z nim godzinę czy dwie dziennie i wciąż będą obcymi ludźmi? Anka, nie na tym to polega.
- Znalazł się mądrala – prychnęła oburzona – Mogłeś sobie darować.
- O co ci chodzi?
- To że się źle wysłowiłam nie znaczy że od razu musisz mnie osądzać. To nie jest tak że ja nie chcę dziecka, ja chcę i to bardzo, tylko boję się że nie poradzę sobie jako matka!
- Anka... bycie rodzicem zarówno dla trzyletniego dziecka, jak i dla trzynastoletniego nie jest łatwym zadaniem. Z tego nie można sobie tak po prostu zrezygnować jak z zakupów czy z pracy, jak już w to wejdziesz, to tkwisz w tym całe życie! I tego nie można tak po prostu porównywać że jedno jest łatwiejsze od drugiego, bo nie jest. Każdy wiek dziecka ma swoje prawa, ma swoje problemy, które znacząco różnią się od siebie, ale mają jedną wspólną cechę. Trzeba im stawić czoła.
- Gadasz tak jak byś chciał mnie zniechęcić...
- Mówię ci tylko jak jest, żebyś jeszcze raz to sobie przemyślała.
- Gdyby rzeczywiście tak było to ludzie nie chcieliby mieć dzieci. A jakoś się starają, czasem nawet o trójkę.
Sebastian tylko pokręcił głową. Co miał powiedzieć, to powiedział. Zdawał sobie sprawę że to może nie spodobać się Ance, w końcu ona lubiła o wszystkim decydować, lubiła mieć rację i nielekko znosiła porażki.

poniedziałek, 3 listopada 2014

VII. Scen nr 63

           Kilka dni później. Supermarkety przeżywały oblężenie nie tylko z powodu czwartkowej promocji, lecz także ze względu na wypłaty, które otrzymała tego dnia spora część pracującej populacji. Ten jeden raz w miesiącu, kiedy osiągało się najwyższy stan konta, można było pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Sebastian nienawidził tego. Tłumy rozgadanych, zabieganych ludzi mknących bez opamiętania z wózkiem zakupowym pomiędzy półkami, regałami. Kilka razy o mało nie został rozjechany przez małżeństwo z dzieckiem czy jakąś starszą panią, która zapomniała okularów. Teraz rozumiał dlaczego Dorota właśnie dzisiaj poprosiła go o zrobienie zakupów.
- Ryż... - westchnął, czytając kolejną pozycję z kartki – Gdzie tu będzie ten cholerny ryż?
Kolejny raz musiał przejść z jednej części hali sklepowej na jej drugi koniec, przyglądając się przy tym uważnie omijanym produktom.
- Zaraz oszaleję – powiedział sobie w myślach, kiedy musiał przedrzeć się przez najbardziej zatłoczoną alejkę. Na szczęście cel był już niedaleko. Jeszcze tylko jeden zakręt i na samym dole, na najniższej półce odnalazł poszukiwany towar. Kolejna pozycja z listy wykreślona.
- Cholera, to dopiero połowa – załamał ręce – Za jakie grzechy?
Kilka razy był już blisko wybuchu, ale zawsze jakoś resztką sił utrzymywał nerwy na wodzy. Wykrzesał z siebie ostatki cierpliwości, by wytrzymać w jednej z niemających końca kolejek do kasy, a potem otrzymać nagrodę w postaci wyjścia na świeże powietrze.
Ku jego zaskoczeniu, kiedy szedł z zakupami do samochodu, dostrzegł przy nim swoją partnerkę. Opierała się o maskę, głowę zaś spuściła w dół. Sebastian chciał ją klepnąć w ramię, ale pomyślał że w ten sposób może ją wystraszyć, dlatego wcześniej się odezwał.
- Hej! - zatrzymał się z drugiej strony, przy bagażniku – Co tu robisz?
- To samo co ty – uśmiechnęła się – Widziałam cię na sklepie, ale nie chciałam cię zaczepiać. W tym hałasie raczej byśmy nie pogadali.
- No fakt – zauważył – W sumie ja też chciałem z tobą pogadać, ale jakoś nie wiedziałem jak się do tego zabrać...
- Tak? - uniosła brwi ze zdumienia – No to mów.
- Wydaje mi się czy ostatnio chodzisz jakaś taka... przygnębiona?
- Ja poniekąd w tej sprawie.
- O proszę.
W międzyczasie Sebastian skończył pakowanie zakupów do bagażnika. Chciał już odstawić wózek, ale wtedy nagle znikąd pojawił się drobny pijaczek, który zaproponował odprowadzenie wózka w zamian za kilkanaście groszy, których brakowało mu by kupić butelkę taniego wina. Normalnie Sebastian odrzucał takie propozycje, nie zwracał uwagi na takich typków, ale ponieważ był zajęty rozmową z Anką, zgodził się.
- Powiedz mi... - zaczęła – Jak przekonać faceta? Jakich argumentów użyć?
- Przekonać? Ale do czego? - wzruszył ramionami, nie wiedząc jak może jej pomóc
- Ehh – przewróciła oczami – Czyli nici z tajemnicy, muszę się wygadać. Masz czas?
- No wiesz... Dorota może się trochę niepokoić.
- A, dobra, to ja już cię nie zatrzymuję. Pogadamy jutro na komendzie, cześć! - odeszła pospiesznie, nie dając mu dojść do słowa
- Ale ja tylko głośno myślałem, Anka! - zawołał za nią, lecz nie zawróciła – Kobiety... Najpierw coś chce, nie powie o co chodzi, a potem ucieka.
Pokręcił głową, mocniej ściskając w dłoni kluczyki, jakby chciał się upewnić że wciąż je trzyma w ręku. Odprowadził ją wzrokiem, a kiedy zniknęła mu z oczu, wsiadł do swojego samochodu.

           Maciek tym razem nie miał tyle szczęścia co koledzy. Wraz ze swoją partnerką, przypadły im nocne dyżury. Podczas poprzedniej interwencji mężczyzna skaleczył się i miał teraz zabandażowane prawie pół dłoni, co utrudniało niektóre czynności w domu. Najwięcej problemów sprawiało mu gotowanie. Bogu dziękował temu kto wymyślił automatyczną pralkę, bowiem w przeciwnym razie założyłby dzisiaj ostatnią parę czystych skarpetek. Szczęście w nieszczęściu, że to lewa dłoń była „niedysponowana”, a nie prawa. W przeciwnym razie musiałby iść na zwolnienie, gdyż nie byłby w stanie pisać raportów.
Zawsze na czas nocnych dyżurów jego rozkład dnia przesuwał się o kilka godzin. Śniadanie jadał w porze obiadowej, obiad w porę kolacji. Często przez te przesunięcia mylił czas i zapominał o serwisach informacyjnych, które prawie codziennie oglądał. Miał dość słuchania o zbrodniach i wypadkach, bo to miał na co dzień w pracy, ale interesowała go polityka. Gdyby nie beznadziejny system, prawdopodobnie podjąłby inne decyzje życiowe i zaangażował się w taką działalność. Jednak w obecnym stanie nie miał żadnych szans na sukces, mimo że jego postulaty ucieszyłyby liczne grono odbiorców. Polityka wymagała jednak ostrej gry, bezlitosnych potyczek z przeciwnikami, czasem też naciąganych obietnic bez pokrycia, drobnych i mniej drobnych kłamstewek, nastawienia na korzyść osobistą. Jak kiedyś powiedziała mu matka, był zbyt porządny na politykę.
Właśnie oglądał materiał dotyczący jednej z partii. Z politowaniem patrzył na ekran telewizora, gdzie przedstawiano właśnie scenę jak starsze panie z transparentami krzyczą „Ja-ro-sław! Ja-ro-sław!” Przyjrzał się też wielkim napisom, którymi wymachiwano przed kamerą.
- Jarosław Polskę zbaw, Jarosław nam błogosław – odczytał na głos – Żenada.
- Dziękuję, dziękuję! - odezwał się właśnie „idol” starszych pań – Idźmy po lepszą przyszłość!
- Ta. Chyba na cmentarzu – skomentował brunet, gdy zaraz po słowach polityka pokazano dwie starsze panie około osiemdziesiątki – Moherowy berecik do szafy i paciorki różańca przekładać!
Nie było mu dane obejrzeć reportażu do końca, gdyż zadzwonił dzwonek do drzwi. Niechętnie, ale jednak wstał otworzyć. W pierwszej chwili spodziewał się że to Anita przyszła porozmawiać, lecz z nią raczej wszystko zostało już ustalone. W weekend miała się do niego wprowadzić, a w przyszłym tygodniu razem wybiorą się do ginekologa. Chyba że kobieta się rozmyśliła.
- Cześć Maciek – u progu stała Marta Czeresińska – Mam dla ciebie niespodziankę, chodź.
- Niespodziankę? - powtórzył jak echo – To że tu przyszłaś to już dla mnie szok.
- Ej, co jest? Nie cieszysz się?
- Szczerze? Nie – nie miał wystarczająco dobrego humoru by robić dobrą minę do złej gry – Cały czas do mnie wydzwaniasz albo przychodzisz tutaj i zawracasz mi głowę. Męczy mnie to.
- A co, masz coś lepszego do roboty? Czy może wolisz izolować się od społeczeństwa?
- Wyobraź sobie, że mam, za dwie godziny wychodzę do pracy – nieznacznie podniósł głos – A społeczeństwa mam po uszy w robocie, wystarczy na zapas.
- W kinie i na spacerze wyglądałeś na zadowolonego – zauważyła lekko rozczarowana jego dzisiejszą postawą
- Bo liczyłem na to, że dasz mi w końcu spokój! A ty ciągle latasz za mną i latasz. Zakochałaś się czy co?!
- Tak! - wypaliła zanim zdążyła przemyśleć ten ruch. Brunet aż zamilkł z wrażenia. Nie spodziewał się takiego wyznania, nie w ten sposób, w ogóle nie wierzył że ona to powiedziała. Fakt, podobał się kobietom, ale już wcześniej dał jej jasno do zrozumienia by nie robiła sobie nadziei, bo nie pasują do siebie. A ona mimo wszystko postanowiła spróbować...
- Słucham?
- Próbowałam się do ciebie zbliżyć. Liczyłam na to że jak spędzimy razem trochę czasu to zmienisz zdanie i dasz mi szansę. Wiem że to jeszcze za wcześnie, że nie powinnam teraz mówić o swoich uczuciach, ale nie dałeś mi wyboru.
Pokręcił głową z niedowierzaniem. Najpierw ciąża Anity a teraz to. W ciągu kilku dni jego życie podwójnie się skomplikowało.
- Lepiej będzie jeśli o mnie zapomnisz.
- Maciek, do jasnej cholery! - teraz to ona się zdenerwowała – Dlaczego skreślasz mnie już na samym starcie?
- Bo nie jesteś w moim typie. A przelotne romanse już mnie nie interesują, wyrosłem z tego, tym bardziej że będę ojcem.
Powiedział jej o tym tylko dlatego, że chciał by dała mu spokój. To nie była jej sprawa, wcale nie musiała o tym wiedzieć, ale Maciek liczył na to iż ta wiadomość ją zniechęci. Z pewnością zaboli, ale im mocniej, tym większa szansa że zerwie z nim kontakt i po pewnym czasie zapomni że cokolwiek do niego czuła.
- Co? Ty? Ojcem?
- Tak – westchnął – Właśnie tak zakończył się jeden z moich przelotnych romansów.
- Kochasz ją?
- Jeszcze nie wiem czy to będzie córka.
- Mówię o matce dziecka...
- To nie twoja sprawa – rzucił ostro – Nigdy nie będziemy parą, rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiedziała cicho – Teraz dziecko jest dla ciebie najważniejsze.
- Wyjdź i zapomnij że kiedykolwiek tu byłaś, że kiedykolwiek ze mną rozmawiałaś, że w ogóle kiedykolwiek mnie znałaś. Tak będzie lepiej.
- Wiem co mam robić.
Wyszła z mieszkania załamana, ze spuszczoną głową. Maciek był wściekły na siebie że złamał serce kolejnej kobiecie. Nieświadomie, ale jednak. Może gdyby zamiast zgadzać się na te spacery i kino od razu postawił sprawę jasno, nie robiłaby sobie nadziei. Choć to nie była jego wina, doszukiwał się jej w tej sytuacji. Przyzwyczaił się już, iż każda kobieta mówiła że to przez niego poszło nie tak. Ze złości uderzył prawą ręką w ścianę.
- Ała kurwa – syknął – Świetnie, zaraz druga dłoń będzie niedysponowana.