wtorek, 26 lutego 2013

VI. Scen nr 32


          Zaniepokojony milczeniem asystentki, Maciek postanowił osobiście sprawdzić co takiego dzieje się w hotelu. Od razu, kiedy tylko spojrzał w stronę bufetu, dostrzegł Rafała przy jednym ze stolików z młodą dziewczyną. Włożył ręce do kieszeni i skierował swoje kroki w ich stronę. Mimo że stanął przy stoliku, nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. No tak, pewnie już dawno zapomniał o swoim zadaniu. Komisarz miał wielką ochotę złapać Rafała za ubranie i wręcz wyrzucić go na zewnątrz, lecz w ostatniej chwili się pohamował. Chrząknął głośno, zwracając na siebie uwagę. Rafał zbladł. Dopiero teraz dotarło do niego, co się stało.
- Czy ten srebrny samochód tuż pod drzwiami hotelu należy do pana? - skłamał, zachowując pozory
- T.. ta.. tak.
- Proszę go przestawić, blokuje przejście – gdyby mógł zabijać wzrokiem, jego kolega właśnie padałby martwy. Przeprosił grzecznie swoją nową znajomą, po czym obaj komisarze opuścili pomieszczenie. Kiedy zniknęli z pola widzenia gości oraz obsługi hotelu, Maciek przycisnął go do ściany.
- Co to kurwa miało być?! Miałeś obserwować podejrzanego, a nie jakieś pogaduchy sobie urządzać!
- Nie denerwuj się. Będąc z nią mniej rzucałem się w oczy.
- Zapomniałeś o Bożym świecie! Ty wiesz w ogóle gdzie on jest? Tylko nie mów mi, że na basenie, bo zatrzymałby się centralnie przed tobą, pomachał ci przed nosem, a ty i tak byś go przeoczył! - potrząsał nim energicznie, chcąc dać upust swojej złości
- Dobra, wrzuć na luz. Stało się coś?
- Jeszcze nie wiem. Sylwia nie odpowiada – w tej chwili przypomniał sobie, że jeśli znalazła się w niebezpieczeństwie, każda chwila może być na wagę złota. Nie zastanawiając się długo, pociągnął za sobą Rafała w kierunku schodów. Kiedy dotarli na miejsce, dostrzegli niedomknięte drzwi. Oboje wyciągnęli pistolety, spojrzeli na siebie porozumiewawczo, po czym wbiegli do środka. Zobaczyli tylko swoją koleżankę, zwijającą się z bólu na podłodze. Rafał natychmiast pochylił się nad nią, podczas gdy Maciek rozglądał się uważnie.
- Uciekł – wykrztusiła, krzywiąc się. Trzymała ręce na brzuchu, więc szybko domyślili się, co jest źródłem bólu. Nie zdawali sobie jednak sprawy, jak groźne mogą być tego konsekwencje.
- Jak się czujesz?
- Boli, cholernie boli. Maciek, ja nie chcę go stracić – złapała go mocno za rękę. Mężczyźni wymienili zdumione spojrzenia. Jak stracić? Kogo? Co miała na myśli?
- Słucham?
- Dziecka. Nie chcę stracić dziecka.
- Jesteś w ciąży? - kiwnęła głową – Jasna cholera! Rafał, zabierz ją do szpitala, błyskawicznie!
Policjant natychmiast wziął dziewczynę na ręce i pospiesznie wyszedł na zewnątrz. W drzwiach zdążyła jeszcze rzucić „Korfantego 8/2”. Maciek w mig pojął, co ma robić. Natychmiast wysłał tam patrole, a sam poprosił, żeby jeden z radiowozów zabrał go z hotelu.

          W tym samym czasie Joasia bezmyślnie patrzyła w ścianę, kiedy jej uszu nagle dobiegł jakiś hałas z sąsiedniego pomieszczenia. Wyobraziła sobie, jak dwóch goryli znęca się nad Sebastianem. Jak biją go po głowie, po klatce piersiowej, po prostu gdzie popadnie, jak rzucają go na ściany. Ech, gdyby mogła temu zaradzić...
Nagle otworzyły się drzwi od pokoju. Gwałtownie odwróciła głowę i ujrzała w nich swojego partnera. Miał rozciętą wargę, lecz ani trochę się tym nie przejmował. Co to jest, taka drobnostka.
- Ale...
- Nie czas na wyjaśnienia. Spieprzamy, póki mamy szansę! Szybko! - podbiegł do okna i uderzając mocno łokciem, wybił szybę. Nerwowo patrzył w kierunku drzwi, podczas gdy Joasia wchodziła na parapet. Stała już na samym krańcu, już była gotowa do skoku, lecz coś wewnątrz nie pozwalało jej puścić ramy.
- Aśka, skacz! - krzyknął rozpaczliwie, zdając sobie sprawę, iż każda chwila zwłoki działa na ich niekorzyść. Liczyły się ułamki sekund. W każdej chwili w pomieszczeniu mogli zjawić się porywacze i udaremnić próbę ucieczki. Co prawda byli lekko oszołomieni po bójce z komisarzem, ale mieli broń i to było ich przewagą.
- Nie dam rady, przepraszam.
- Dasz! - wypchnął ją, robiąc miejsce dla siebie. Zabolały ją nogi, kiedy spotkały się z ziemią. Teraz jednak odzyskała zimną krew i szybko usunęła się na bok, robiąc miejsce dla Sebastiana. Ten był już na parapecie, kiedy otworzyły się drzwi i pojawił się przeciwnik. Widząc, że ten będzie już skakał, pospiesznie nacisnął spust, nie celując dokładnie. Policjant poczuł pieczenie w okolicach prawego ramienia. Wtedy wyskoczył. Szybko zaczęli biec blisko budynku, utrudniając porywaczowi oddanie celnego strzału. Zanim zdążył wychylić się z okna, zniknęli z pola widzenia.
- Musimy się ukryć! - krzyknął, biegnąc za dziewczyną. Na chwilę obecną było to jedynym sensownym rozwiązaniem. Na pewno będą ich szukać. Mają samochody i broń. Musieli przeczekać najbliższe kilka minut. Ale gdzie?
Wtedy Joasia dostrzegła, że w bloku, który znajdował się zaraz obok, zamykają się drzwi od klatki schodowej. Pobiegła tam jak najszybciej, ile sił miała w nogach. W ostatniej chwili złapała klamkę. Udało się. Szczęście im sprzyjało, bowiem piwnice były otwarte. Wydawało im się, że to idealna kryjówka, toteż postanowili tam zostać.

          Maciek dostał szału, kiedy dowiedział się, że w mieszkaniu nic nie znaleziono, poza śladami obecności kilku osób, takimi jak puszki po piwie, niedojedzony, jeszcze całkiem świeży kawałek pizzy czy włączony telewizor. Choć komisarze nie mogli mieć stuprocentowej pewności, to jednak byli przekonani, że to właśnie tu przetrzymywani byli Joasia i Sebastian.
- I co teraz? - spytała rozczarowana Ania, opierając się o maskę samochodu. Jej partner nerwowo chodził w tę i we w tę, szukając odpowiedzi na to pytanie. Spóźnili się, i to niewiele. Zapewne ich szef, po tym jak pobił Sylwię, ostrzegł wspólników przed niebezpieczeństwem. W tej chwili nie chciał szukać winnych, choć gdyby bandyta nie nakrył asystentki w swoim pokoju, być może teraz aresztowaliby porywaczy.
- Trzeba załatwić kasę. Niech Wojtek się z nim umówi na spotkanie...
- Nie mam nic przeciwko niezapowiedzianej wizycie – odwrócił głowę i w tym momencie ujrzał poszukiwanego. Przystawiał on broń do głowy Ani. Dwaj jego wspólnicy także celowali do dziewczyny, w razie gdyby któremuś z policjantów przyszło do głowy postrzelić szefa.
- Każ im się wycofać – zwrócił się do Maćka, mając na myśli mundurowych. Komisarz powoli podnosił krótkofalówkę do ust, nie zdradzając żadnych emocji. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego twarz przybrała kamienny wyraz. Nikt nie był w stanie tego odczytać. Wydał rozkaz, wciąż wpatrując się w napastników.
- Czego chcesz?
- Przywieź mi Wojtusia, bo jak nie, to łeb jej rozwalę! - szarpnął ją za włosy, podobnie jak wcześniej Sylwię. Dziewczyna krzyknęła z bólu i upadła na ziemię.
- Wstawaj, suko! - krzyknął, ciągnąc ją do góry za ubranie. Kobieta posłała partnerowi błagalne spojrzenie. Nic nie mógł zrobić, nie w tej chwili. Musiał spełnić żądanie.
- A co z pozostałą dwójką?
- Uciekli – jeden z nich rozłożył bezradnie ręce
- Takie z was faje? Daliście się wykiwać? Wy, tacy profesjonaliści? - uśmiechał się szyderczo, chcąc ich wyprowadzić z równowagi. Jedynie ich szef zachował zimną krew, dlatego to on był szefem. Pozostali dwaj czekali już tylko na jego pozwolenie, by rzucić się z pięściami na komisarza.
- Przestań pieprzyć i jedź.
- Jaką mam pewność, że mówicie prawdę? Może tylko przewieźliście ich w inne miejsce?
- Mogę cię zapewnić... że jak nie przestaniesz się opierdalać to będziesz szykował trumnę dla swojej koleżanki! Dotarło?! - znów zaczął szarpać dziewczynę, lecz tym razem za ramię
- Jeśli choć jeden włos jej z głowy spadnie, osobiście urżnę ci łeb przy samej dupie.
- To ja tu stawiam warunki! - przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Maciek wiedział już, że jego rywal jest słabszy psychicznie. Będzie musiał to wykorzystać, podczas gdy będzie odbijał partnerkę z jego rąk. Uśmiechnął się lekko, pieczętując swą pewność siebie, po czym wsiadł do samochodu i odjechał. Przestępcy zaprowadzili Anię do mieszkania. Pozostali policjanci natychmiast zabrali się do ewakuacji mieszkańców budynku, dla ich bezpieczeństwa. Choć chcieli pomóc swojej koleżance, to jednak nie mogli nic zrobić, gdyż każdy fałszywy ruch mógłby się dla niej źle skończyć. I choć napastnicy chcieli zrobić jej krzywdę, na złość Maćkowi, zdawali sobie sprawę, że nie mogą, gdyż wtedy nie osiągną swego celu – nie zmuszą swojego dłużnika do zwrócenia całej sumy z nawiązką.

niedziela, 24 lutego 2013

VI. Scen nr 31


          Kolejna próba zakończyła się niepowodzeniem. Choć oboje zdali sobie sprawę, że dosięgnięcie telefonu jest niemożliwe, to jednak żadne z nich nie odważyło się wypowiedzieć tego na głos. Lepiej pozostawało trwać w nadziei, choć była ona złudna. Oparli się o siebie wzajemnie plecami, ciężko oddychając, a wtedy otworzyły się drzwi. Światło wpadające do pomieszczenia oślepiło Joasię, przez co nie mogła zobaczyć twarzy mężczyzny, który stanął tuż obok niej. Sebastian był tyłem do drzwi i choćby bardzo się starał, nie był w stanie odwrócić głowy na tyle, by cokolwiek dostrzec.
- Wiesz dlaczego tu jesteś? - zapytał cichy, spokojny głos. Oczy kobiety przyzwyczaiły się już do światła. Podniosła głowę, aby mu się przyjrzeć. Spoglądał na nią z góry z szyderczym uśmiechem na twarzy. Mężczyzna miał krótkie, jasne włosy, co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu i był dobrze zbudowany. Nie znała go. Pierwszy raz widziała go na oczy, co do tego nie miała wątpliwości.
- Nie. Może ty mi powiesz?
- Otóż to dzięki twojemu kochanemu braciszkowi – rzekł, chodząc w jedną i w drugą stronę.
- Wojtek? Co on ma do tego? - zmrużyła oczy, z niepokojem obserwując rozmówcę
- Kasa. Pożyczki się oddaje, ale on chyba o tym zapomniał. Pomyślałem, że zdrowie albo nawet życie siostrzyczki będzie dobrą motywacją, co? Nie bój się, jeśli mu naprawdę na tobie zależy, a pewnie zależy, to stanie na głowie, żeby zdobyć tę kasę. Ma trzy dni. Lepiej módl się, żeby tego nie spierdolił – zakończył mężczyzna, kierując się do wyjścia.
- A on? - skinęła głową na Sebastiana
- Pieprzony heros. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie. Musiał się rzucić na ratunek. Och, jakiż to on odważny i mężny, cóż za wspaniały rycerz – ironizował – Może powinnaś się z nim przespać w nagrodę? W sumie i tak nie macie tu nic lepszego do roboty.

          Następnego dnia od rana na komendzie panował duży ruch. Cały wydział angażował się w poszukiwania Joasi i Sebastiana. Dzięki Wojtkowi udało się sporządzić portret pamięciowy sprawcy, który rozesłano patrolom. Śledztwo powoli postępowało do przodu. W jednym z hoteli recepcjonista rozpoznał w nim klienta.
Maciek i Rafał czekali w samochodzie przed tym hotelem, z nadzieją iż mężczyzna wkrótce wyjedzie i doprowadzi ich do kryjówki. Lecz to byłoby zbyt proste. Raczej nie ruszy się stąd do południa, a jeśli już wyjdzie, to trochę pojeździ, aby zbić z tropu policjantów, o ile w ogóle wiedział już, że jest obserwowany bądź brał pod uwagę taką możliwość.
- Trzeba wymyślić inny plan – stwierdził znudzony komisarz, bezmyślnie wpatrując się w drzwi wejściowe hotelu. Rafał kiwnął głową, ziewając.
- A co konkretnie?
- Trzeba dostać się do jego pokoju i trochę się rozejrzeć... Ale niby pod jakim pretekstem?
- Pogadajmy z pokojówkami, może któraś z nich coś widziała – rzucił ospale
- Rafał, jesteś genialny! Pokojówka! Idę rozmawiać z szefową, a ty ściągnij tu Sylwię – wystrzelił jak z procy i niemal biegiem udał się do budynku. Zdezorientowany mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiedział jeszcze, co takiego wymyślił jego kolega. Pozostało tylko posłusznie wykonać polecenie.

          Kiedy nastał dzień, w pomieszczeniu, gdzie przetrzymywani byli Joasia i Sebastian, zrobiło się jasno. Oboje mogli stwierdzić, że są w jakimś mieszkaniu, w jednym z pokoi, tyle że nieumeblowanych. Upewnili się w tym przekonaniu, kiedy z niewielkim trudem udało im się wstać i podejść do okna. Jakby tego było mało, mieszkanie znajdowało się na parterze. Pokusa ucieczki była ogromna. Wystarczyło tylko wyswobodzić się z węzłów, lecz jak tego dokonać?
- Obracajmy się powoli dookoła, rozglądając się uważnie. Jak zobaczysz coś ostrego, mów, dobra?
- Yhym – mruknęła. Oboje ruszyli i... stuknęli się ramionami. Poszli w przeciwne strony.
- Ałć, mógłbyś być delikatniejszy – rzuciła poirytowana. Każde kolejne otarcie sznura zdzierało jej skórę na nadgarstkach. Każde z nich bolało coraz bardziej.
- Wyobraź sobie, że próbuję – odparł nie mniej zdenerwowany niż ona. Kiedy już w końcu zgrali się ze sobą, bacznie obserwowali wszelkie zakamarki, wszelkie zakątki, szukając jakiegokolwiek przedmiotu, który mógłby pomóc im rozplątać bądź przeciąć sznur. Niestety, porywacze zadbali o to, aby nic takiego nie znalazło się w pokoju. Poza niebieskimi ścianami, drewnianymi panelami na podłodze i kaloryferem nie można było dostrzec tu niczego innego. Wykonali aż cztery obroty, po czym usiedli zrezygnowani.
- I co teraz, geniuszu?
- Mówię ci, że jeszcze dzisiaj Maciek nas znajdzie. On jest dobry, ma taką cholerną intuicję... - starał się pocieszyć partnerkę. To jednak nie skutkowało. Asia wciąż była smutna i zmartwiona obecną sytuacją. Chciałby ją przytulić, aby okazać swoje wsparcie, lecz w tej chwili to nie było możliwe. Po dłuższej chwili od ich rozmowy w pokoju pojawiło się dwóch porywaczy. Jeden trzymał Aśkę za ręce, a drugi przeciął sznur. Podnieśli Sebastiana i wyprowadzili go, po czym drzwi się zamknęły. Oparła się o ścianę, masując bolące ręce. Bała się, że zrobią mu krzywdę.

- Zgodziła się. Słuchaj, przebierzesz się za pokojówkę i pójdziesz rozejrzeć się w jego pokoju. - mówił Maciek, kiedy kilkanaście minut później pod hotelem zjawiła się Sylwia. We trójkę siedzieli w samochodzie, gdzie komisarz przedstawiał swój plan.
- A co jeśli on tam będzie?
- Spokojnie, szefowa powiedziała mi, że od jedenastej do dwunastej ma być na basenie. Przynajmniej na te godziny wykupił sobie karnet. Mamy więc całą godzinę.
- Czego mam szukać?
- Cokolwiek, co może naprowadzić nas na jakiś trop. Poszlaki, ślady, zdjęcia, papiery... Zgadzasz się czy mam dzwonić po Ankę? - dziewczyna pokiwała twierdząco głową
- A jaka ma być moja rola? - wtrącił się Rafał
- Ty stoisz na czatach i obserwujesz naszego podejrzanego. W razie gdyby wracał do pokoju, musisz ostrzec Sylwię, by mogła uciec. Jasne?
Kiedy żadne z nich nie miało już wątpliwości, podzielili się sprzętem (słuchawki oraz mikrofony), po czym zajęli stanowiska. Szefowa hotelu zaprowadziła policjantkę do szatni, gdzie mogła ubrać się w hotelowy strój. Rafał natomiast siedział sobie w bufecie, popijając kawę. Na szczęście znajdował się on tuż przy basenie, dzięki czemu mógł łączyć przyjemne z pożytecznym – pił swój ulubiony napój i to podczas pracy.
- Żyć nie umierać – przyszło mu na myśl. Jeszcze lepiej poczuł się, kiedy do jego stolika przysiadła się młoda, ładna dziewczyna i zaczęła z nim rozmawiać. Ewidentnie wpadł jej w oko. Aby się nie zdradzić, skłamał, że jest tu ze swoją narzeczoną, która właśnie teraz pływała gdzieś w basenie, a on tutaj na nią czeka. No, lepszej wymówki znaleźć nie mógł. Choć dziewczyna wydała się być sympatyczna, to jednak nie mógł poświęcić jej swojej uwagi. Lecz jej wcale nie przeszkadzało, że jej nowy znajomy jest już zajęty, ani myślała dać mu spokój. Coraz trudniej było mu skupić się na pracy.
W tym samym czasie:
- Masz coś?
- Kurde, Maciek – mruknęła poirytowana do mikrofonu – Może byś tak łaskawie uzbroił się w cierpliwość i pozwolił mi pracować? Zamiast szukać śladów to ja co chwilę muszę ci odpowiadać, że nic nie znalazłam. Chciałeś siedzieć na tyłku, to siedź, ale nie zawracaj mi głowy co chwilę!
- Dobra, dobra, się tak nie denerwuj – odruchowo uniósł już ręce w geście obronnym, choć kobieta nie znajdowała się nawet w promieniu kilkunastu metrów.
- Odezwę się jak coś będę miała – zakomunikowała, dając do zrozumienia, że nie chce słyszeć ani słowa z jego strony. Komisarz przeciągnął się leniwie, zastanawiając się, jak tu wytrwać bliżej nieokreśloną ilość czasu.
- Pewnie ma okres, dlatego taka wnerwiona – przyszło mu na myśl. Nie wiedział, że asystentka jest w ciąży i to hormony stoją za jej nagłymi zmianami humoru. O dziecku powiedziała tylko Tomkowi i Sebastianowi, prosząc ich o dyskrecję. Z pewnością gdyby ta wiadomość doszła do Maćka, poprosiłby Anię o wykonanie tego zadania. Choć z pozoru wszystko wyglądało bezpiecznie, to jednak pewne ryzyko, jak zawsze, istniało.
Nie minęła dłuższa chwila, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Zdołała się tylko odwrócić. Mężczyzna zastał ją ze swoim telefonem w dłoni i słuchawką w uchu.
- Co ty tu robisz? - warknął groźnie, zbliżając się do niej
- Jaaa? Zmie... zmieniam pościel – wyjąkała, ze strachem wpatrując się w nieprzyjazną twarz mężczyzny.
- W telefonie? - w tym momencie poczuła silny ból w brzuchu, aż zgięła się w pół. Przykucnęła, z trudem łapiąc oddech. Zobaczyła jak depcze słuchawkę, którą przed chwilą wyciągnął jej z ucha.
- Kim ty jesteś, co?! - krzyknął, łapiąc ją za włosy. Skrzywiła się z bólu. Kiedy pociągnął, nie wytrzymała. Nie zdołała stłumić w sobie tego okrzyku. Nie chciała pokazywać, że się boi, że cierpi, jednak ból był zbyt silny, by zdołała to ukryć. Nagle poczuła jego dłonie na swoich udach. No tak, zgwałci ją, pobije i tak zostawi.
- Łapy przy sobie! - wrzasnęła rozpaczliwie, mimo że wiedziała, iż jej nie posłucha. Lecz on tylko zabrał jej broń i wyrzucił do kosza.
- Więc jesteś policyjną suką... Wiedziałem, że w końcu przyjdziecie. Pozwól, że cię powitam – po tych słowach dwukrotnie ją kopnął w brzuch. Asystentka skuliła się w kłębek. Bała się o dziecko. Nie o siebie, lecz właśnie o tą małą, niewinną istotkę, którą od dwóch miesięcy nosiła pod sercem.

piątek, 22 lutego 2013

VI. Scen nr 30


- Więc pan komisarz już o wszystkim wie? - Wojtek nieśmiało podniósł głowę, po przeczytaniu wiadomości. Mężczyzna pokiwał głową na boki, nie dając jednoznacznej odpowiedzi. Dla jasności sytuacji chciał usłyszeć jego wersję wydarzeń. Wtedy rozwieje wszelkie wątpliwości, co na pewno pomoże w rozwiązaniu sprawy.
- Moglibyśmy zostać sami? - poprosił lekko speszony obecnością innych policjantów. Maciek westchnął ciężko, jednak przystał na jego prośbę. Poszli do pokoju przesłuchań, gdzie mogli w spokoju porozmawiać w cztery oczy.
- Opowiadaj – zachęcił go, opierając się wygodnie na krześle. Mężczyzna z trudem przełknął ślinę i zaczął mówić:
- Kilka lat temu musiałem wyjechać z rodzinnej wsi. Nie będę mówił dlaczego, to nie ma teraz znaczenia.
- Na pewno nie ma żadnego związku z porwaniem twojej siostry? - wtrącił się, nie chcąc przegapić żadnego szczegółu.
- Tak. To tylko przeszłość, nic już nie znaczy. Osiedliłem się w Białymstoku, tam znalazłem pracę i kąt do spania, jakoś skromnie żyłem... Aż w końcu kiedyś pomyślałem, że dość łatwo mogę przecież zarobić. Poszedłem do kasyna. Jeden raz, wygrałem, drugi wygrałem. Na początku zawsze dobrze idzie – uśmiechnął się szyderczo, zdając sobie sprawę, jak łatwo dał się wciągnąć w szpony hazardu – Dobra passa się jednak kiedyś kończy. Zacząłem przegrywać. Straciłem wszystko, co wygrałem, wszystkie oszczędności. Wciąż sobie wmawiałem, że w końcu znów wygram i odrobię straty. Koło kasyna kręcił się taki jeden, pożyczał pieniądze nałogowym graczom. Skusiłem się. Tydzień później oddałem mu kasę z procentem, ale on powiedział że to za mało. Procent narastał z każdym dniem, a nie z tygodniem, jak myślałem. W akcie desperacji rzuciłem się w wir gry. Obiecałem sobie, że to ostatni raz, zarobię na spłatę długu i kończę z tym gównem. Ale zamiast sobie pomóc, pogrążyłem się jeszcze bardziej. Uciekłem. Myślałem że jak przyjadę tutaj, do siostry, to mnie nie znajdą. Ale widocznie ich nie doceniłem...
- To profesjonaliści – stwierdził bez mrugnięcia okiem – Wystarczy spojrzeć na to, jak przygotowali porwanie, a w dodatku sam fakt, że odważyli się zrobić to już przed samą komendą, gdzie w każdej chwili mogła zjawić się gromada policjantów i nie pozwolić na ucieczkę.
- To przeze mnie ją porwali – ukrył twarz w dłoniach. Maciek nawet nie miał zamiaru go pocieszać. Zamiast tracić czas na wymyślanie podnoszących na duchu słów, starał się ułożyć wstępny plan działania.
- Pomożesz nam do nich dotrzeć – oznajmił stanowczo, wkładając ręce do kieszeni
- Nie ma mowy. Sam ją w to wplątałem i sam ją z tego wyciągnę!
- Człowieku, ty chyba nie wiesz co mówisz! Zdajesz sobie sprawę, z kim masz do czynienia?! Myślisz, że jak oddasz im kasę z nadwyżką, to tak po prostu oddadzą ci ją w jednym kawałku?! Nawet nie mamy pewności czy już teraz jej czegoś nie zrobili!
- Jeśli tylko się dowiedzą, że z wami współpracuję, to od razu ją skrzywdzą.
- Supermen pieprzony się znalazł! - ze złości, pomieszanej z bezsilnością, uderzył dłonią w ścianę. Nie był w stanie nakłonić go do współpracy. A już na pewno nie zrobi tego krzykiem. Poirytowany wrócił do biura, gdzie napotkał pytające spojrzenia kolegów.
- Dupa. Chce ją odnaleźć na własną rękę. Powodzenia – rzucił ironicznie, opadając na krzesło. W tej samej chwili Anka zerwała się z miejsca i wybiegła z biura.
- Przekonam go – rzuciła w drzwiach.

          Ze względu na brak nowych informacji, część policjantów udała się do domu, jednak cały czas pozostawali w gotowości. Wystarczył jeden telefon, aby za kilka minut ponownie zjawili się na komendzie. Tak postąpił między innymi Maciek, ponieważ miał rodzinę i nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie siedzenie na komendzie kosztem najbliższych. Tak też zrobiła Sylwia, ze względu na błogosławiony stan. Obiecała sobie, że zacznie się oszczędzać. Wielogodzinny pobyt w pracy dał się jej we znaki. Na zmęczoną kobietę, czekała jednak miła niespodzianka.
Kiedy tylko weszła do domu, od razu tuż przed nią pojawił się Kamil. Wręczył jej bukiet kwiatów, pomógł zdjąć płaszcz i zaprowadził do salonu. Tam jej oczom ukazał się uroczyście zastawiony stół.
- A cóż to za okazja? - spytała, nie ukrywając swojego zadowolenia. Maż znów zachował się jak dżentelmen i odsunął jej krzesło, by mogła usiąść. Odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i założyła go za ucho. Czuła się trochę nieswojo, ponieważ była ubrana w codzienny, zwykły, niczym się niewyróżniający strój. Do takiej kolacji raczej wypadało przebrać się w coś odświętnego, lecz Kamil także ubrał się na luzie. A że byli sami, mogli tak to pozostawić.

          W tym samym czasie Joasia i Sebastian siedzieli w ciemnym pomieszczeniu, mając skrępowane ręce. Siedzieli obróceni plecami do siebie, a sznur uniemożliwiał im swobodę ruchów. Nie wiedzieli gdzie są. Mężczyzna dopiero kilkanaście minut temu odzyskał przytomność, a jej zasłonili oczy. Nie mogli działać, nie było jak.
- Asia – szepnął Sebastian, obracając głowę
- Co?
- Mam twój telefon – przed chwilą zdał sobie z tego sprawę. Przy dziewczynie nie znaleźli komórki, natomiast jemu zabrali tylko jedną. Nie spodziewali się, że może mieć przy sobie dwa telefony. Zresztą, on nie był im do niczego potrzebny. Był tylko niewygodnym świadkiem. Trzeba się go pozbyć, ale jak?
- Teraz dopiero mówisz?! Dawaj go! - nie kryła swojej złości, którą szybko wyparła nadzieja na ratunek. Jeszcze nie wiedziała po co jest im potrzebna, dlaczego ją porwali i jakie mają wobec niej plany, lecz intuicja podpowiadała jej, że to nie skończy się dobrze. Musieli podjąć próbę ucieczki. Nie można bezczynnie czekać, trzeba się bronić, ratować...
- To nie będzie takie proste. Mam go w wewnętrznej kieszeni.
- Spróbuj go dosięgnąć – poprosiła, rozluźniając ręce. To, że mieli związane je jednym sznurem, utrudniało zadanie. Poczuła mocne szarpnięcie, jedno, a potem drugie. Zacisnęła zęby, próbując stłumić jęk bólu.
- Przestań – poprosiła, nie mogąc już wytrzymać. Odetchnęła z ulgą, kiedy sznur przestał zaciskać się na jej nadgarstkach. Zdała sobie sprawę, że to będzie znacznie trudniejsze, niż sobie to wyobrażała.
- Odpocznij chwilę, zaraz spróbuję jeszcze raz, dobrze?

          Po kolacji Sylwia udała się do łazienki, aby wziąć kąpiel po trudnym, męczącym dniu. Nalewając wody do wanny, sprawdziła jeszcze telefon, by upewnić się, że nikt z komendy nie dzwonił. Kątem oka dostrzegła na pralce spodnie Kamila. Zapewne zostawił je do prania, lecz nie wrzucił ich do kosza. Pokręciła głową. Zawsze to ona musiała dbać o porządek... Jak zawsze włożyła ręce do kieszeni, aby upewnić się, że są puste. Tym razem natknęła się na jakiś papierek. Już chciała go zgnieść w dłoni, lecz coś ją tknęło, aby przyjrzeć mu się dokładniej.
- Aha, sam ugotowałeś te wszystkie potrawy... - mruknęła pod nosem, czytając rachunek z restauracji. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie to, że miał dzisiejszą datę i dotyczył jedzenia zamówionego z dostawą. Rozczarowana, rzuciła papier na podłogę. Nie wiedziała już co o tym myśleć.
Kolejny raz cię oszukał.
Znowu ty?! Już tak dawno się nie odzywałeś, myślałam że mam już z tobą spokój!
Przez pewien czas żyliśmy w zgodzie, ale ty oczywiście musiałaś zrobić głupstwo, zmuszając mnie do interwencji.
Czy nie możesz się po prostu ode mnie odczepić?!
Nie, bo jestem tobą. Zamierzasz puścić mu to płazem?
Chciał dobrze, chciał sprawić mi przyjemność...
A jakby powiedział wprost, że to jedzenie z restauracji, to byłabyś niezadowolona? Na pewno mniej niż teraz.
Skończ już.
Kłamstwo to bardzo słaby fundament. Naprawdę myślisz, że w ten sposób uda się odbudować potęgę tego, co was łączyło? A może w końcu czas powiedzieć mu o dziecku?
Daj mi spokój, wiem co robię!

Pospiesznie zdjęła z siebie ubrania, po czym weszła do wanny. Rozkoszowała się delikatnym ciepłem wody, w którym zanurzyła swoje ciało. Zupełnie odcięła się myślami od świata, pozostawiając za sobą wszystkie problemy, z którymi znów przyjdzie jej zmierzyć się następnego dnia. Zabieg ten miał pomóc jej znaleźć siłę do walki.

środa, 20 lutego 2013

VI. Scen nr 29


          Kolejny dzień i kolejne raporty. To już stawało się coraz bardziej nużące. Zarówno Joasia, jak i Sebastian czuli się sennie tego dnia, a czas jakoś niespecjalnie chciał szybko mijać. Oboje mieli już dość kilkugodzinnego siedzenia w biurze. Z utęsknieniem spoglądali na zegar, wyczekując godziny szesnastej, kiedy to zakończy się dokładnie ósma godzina od rozpoczęcia dnia w pracy.
Rano pobyt na komendzie urozmaicił trochę Maciek, dzieląc się wrażeniami z wyjazdu. Zdecydowanie widać po nim było, że urlop wyszedł mu na dobre. Komisarz wrócił do szarej codzienności z nową energią, zapałem i uśmiechem na twarzy, który doskonale opisywał humor mężczyzny. Czy jest coś, co mogłoby popsuć jego dobre samopoczucie? Chyba nie istnieje nic takiego. Nawet Anka wydawała się być dzisiaj bardzo ludzka, choć za tą przemianą stała, krótka jak na razie, znajomość z bratem Joasi. Miał on zdecydowanie dobry wpływ na postawę kobiety.
Blondynka zaraz po szesnastej pospiesznie opuściła biuro, niemal wybiegając z pomieszczenia. Choć już prawie nie czuła bólu po potrąceniu przez samochód, to jednak postanowiła jeszcze przez jakiś czas się oszczędzać. Więc po co ten pośpiech? Chciała jak najwięcej czasu spędzić w swoim łóżku, czytając książkę. Obiecała sobie, że nic nie przeszkodzi jej w realizacji planu na wieczór.
Tak bardzo się spieszyła, że aż zapomniała zabrać ze sobą telefonu. Sebastian zauważył komórkę na biurku, zaraz po jej wyjściu. Wziął ją, schował do kieszeni i pobiegł za partnerką. Miał nadzieję, że nie zdążyła daleko odejść. Kiedy wyszedł przed komendę, zobaczył że dziewczyna szarpie się z  dwójką zamaskowanych mężczyzn. Próbowali wepchnąć ją do samochodu. Asia stawiała opór, lecz na niewiele to się zdało. Byli zbyt silni, aby sama mogła im podołać.
- Zostawcie ją! - krzyknął, podbiegając do nich. Złapał jednego za ramiona i odepchnął na bok. Z pojazdu wyskoczył trzeci. Wspomógł kolegę, który próbował swoich sił z Sebastianem. Zaszedł komisarza od tyłu i uderzył w kark. Nie mógł nic zrobić. Stracił przytomność.
- Jeszcze tego nam brakowało! - krzyknął poirytowany. Drugi nie stracił zimnej krwi i wrzucił go do samochodu na tylne siedzenia, obok wspólnika przytrzymującego szamotającą się Asię. Zamknęli drzwi, wskoczyli na przednie fotele i już mieli odjeżdżać, kiedy z komendy wyskoczyła Sylwia, trzymając w ręku broń. Minęła chwila, nim ktokolwiek z budynku zauważył, co dzieje się na zewnątrz. Tą osobą była właśnie asystentka. Samochód zaczął cofać. Była gotowa do strzału, zaciskała już palce na spuście i... chybiła! Pojazd był coraz bliżej, za chwilę miał już uderzyć w kobietę. Nie zdołała uskoczyć. Było już za późno. W ostatniej chwili, nie wiadomo skąd, wybiegł Tomek i rzucił się na dziewczynę, spychając ją z chodnika. Koło samochodu tylko o milimetry minęło stopy asystenta. Spłoszeni porywacze odjechali z piskiem opon, gdyż w każdej chwili mogło pojawić się wsparcie. Porwanie policjantki sprzed komendy to jednak był dość odważny i ryzykowny wyczyn. Ale jednak im się udało.
- Nic ci nie jest? - spytał zaniepokojony Tomek, odgarniając kosmyk włosów z twarzy dziewczyny. Wylądował tuż obok niej, jedynie ręką przytrzymywał jej ciało na wysokości ramion. Teraz pochylał się nad nią. Ich twarze znów znalazły się blisko siebie, a serca zabiły mocniej.
- Nie. Dzięki – odetchnęła z ulgą. Tylko okoliczności sprawiły, iż zdołali stłumić w sobie narastające pożądanie. Mężczyzna podniósł się i pomógł wstać przyjaciółce. Musieli natychmiast powiadomić resztę komisarzy o zajściu i jak najszybciej rozpocząć poszukiwania.
Na korytarzu natknęli się na Maćka. Komisarz właśnie wybierał się do domu. Znając jego umiejętności kojarzenia faktów oraz intuicję zawodową, wiedzieli, iż może być przydatny przy tej sprawie. Lecz on raczej nie miał zamiaru zostawać po godzinach, tym bardziej, że był to pierwszy dzień pracy po urlopie. Po krótkiej naradzie ustalili, że to Sylwia będzie z nim rozmawiać, a Tomek powiadomi resztę. Wydawało się, że jej łatwiej ulegnie.
- Maciek, musisz nam pomóc – stanęła na środku korytarza, uniemożliwiając mu przejście. Mężczyzna zatrzymał się tuż przed nią i pokręcił głową z uśmiechem.
- O nie, moja droga, nie ma mowy. Zrobiłem już swoje osiem godzin, a teraz wybacz, lecz wracam do mojej rodziny – chciał ją wyminąć, lecz nie pozwoliła mu przejść. Westchnął ciężko, wkładając ręce do kieszeni.
- No chyba że to sprawa prywatna, to możemy pogadać.
- Tak jakby – odparła po chwili namysłu. Maciek zmrużył oczy, przechyliwszy głowę. Nie rozumiał co dziewczyna chce przez to powiedzieć.
- To znaczy?
- Aśka i Seba zostali porwani. Dosłownie przed chwilą.
- Trzeba było tak od razu – rzucił chłodno. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie chciał nikomu okazywać tego, co czuje. Nikt nie miał pojęcia, czy się boi, czy ma konkretny plan działania, czy jest w stanie podołać wyzwaniu. Bez słowa odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem wrócił do biura, ściągając przy tym kurtkę. Sylwia, nie bardzo wiedząc co robić, poszła za nim.

          W kilkanaście minut udało się postawić całą komendę na nogi. Część patroli obstawiła tzw. „wylotówki” z miasta, pozostali jeździli po ulicach, szukając jakiegokolwiek śladu samochodu, którym odjechali porywacze.
- Nie minęło wiele czasu, nie mogli uciec daleko... - Maciek nerwowo chodził po biurze. Nic jeszcze nie udało się ustalić. Z relacji Sylwii i Tomka wywnioskował, że to ona była celem. Więc dlaczego wzięli ze sobą także Sebastiana? Komu mogła się narazić po niespełna miesiącu pracy w policji? Pytań wciąż pozostawało wiele, a odpowiedzi brak. Miał nadzieję, że cokolwiek dowie się od jej brata, którego Anka właśnie wiozła na komendę. Komisarz chciał osobiście do niego pojechać, lecz jego partnerka sama zaproponowała, by został w pogotowiu, podczas gdy ona pojedzie i przywiezie mężczyznę tutaj. Nie mogła się oprzeć pokusie spędzenia czasu w jego towarzystwie, mimo że tym razem miała dla niego złe wieści.
- Znaleźli samochód – kilka par oczu utkwiło pełen nadziei wzrok w postaci asystenta. Jego mina nie mówiła jednak nic dobrego.
- Pusty – dodał, smutno opuszczając głowę. Mimo to Maciek zabrał kurtkę z wieszaka i spojrzał znacząco na Rafała. Ten po chwili dołączył do kolegi.
- Chodź, zawieziesz nas tam – zwrócił się do Tomka. Nie spodziewał się znaleźć konkretnego tropu, lecz wolał osobiście rozejrzeć się w terenie. Potwierdziło się jednak najgorsze. Porywacze znali się na swoim fachu, co znacznie utrudni odnalezienie Joasi i Sebastiana.
Na komendzie zjawili się dopiero dwie godziny później, w jeszcze gorszych humorach niż przedtem. Nie dość, że mieli do czynienia z profesjonalistami, w dodatku pozwalali sobie oni szydzić z policjantów. W samochodzie znaleźli wiadomość, na której napisane było dokładnie tak:

„Krakowskie pieski, szkoda waszego trudu. I tak nas nie znajdziecie, bo jesteście na to za głupi! Ale skoro już tu jesteście, to może na coś się przydacie. Przekażcie kopertę bratu pani komisarz i najserdeczniejsze pozdrowienia od niej.”

Tekst pisany był na komputerze, a obok niego znajdował się list. Także drukowany. Maciek zaklął pod nosem i zabezpieczył materiał, zamierzając oddać go do analizy. Być może są tam jakieś odciski palców, choć ulegało to wątpliwości. Z kamienną twarzą wszedł do biura, rzucił na stół rękawiczki i kopertę.
- Ubieraj i czytaj – rozkazał, cały czas obserwując zaskoczoną minę Wojtka. Przez chwilę przyglądał się przedmiotom przyniesionym przez policjanta, po czym przeniósł na niego swój wzrok.
- Ten list jest otwarty – powiedział z wyraźną pretensją w głosie. Komisarz poczuł jak w środku narasta irytacja. Odwrócił głowę, lecz w końcu nie wytrzymał. Zrobił dwa kroki do przodu i wykrzyczał do mężczyzny:
- Człowieku, twoja siostra została porwana! Muszę bezzwłocznie sprawdzić każdy ślad, jeżeli chcę ją odnaleźć, a ty się będziesz przejmował otwartym listem?!
- Asia została porwana? - spytał wystraszony, rozglądając się po twarzach pozostałych osób obecnych w biurze. Smutne miny potwierdzały złą nowinę. Maciek załamał ręce, spoglądając na swoją partnerkę.
- Nic mu nie powiedziałaś? - kobieta poczuła się głupio. Nie miała odwagi zadać mu tego bólu. Wioząc go na komendę, powiedziała tylko, że kolega Asi chce się z nią zobaczyć. Nie powiedziała w jakiej sprawie. Nie potrafiła.

poniedziałek, 18 lutego 2013

VI. Scen nr 28


- Halo, proszę pani? Proszę otworzyć oczy! - słyszała drżący głos mężczyzny. Chyba niemal wszystko ją bolało. Nogi, plecy, ręce, głowa... O tak, głowa najbardziej. Choć nie uderzyła nią ani o maskę samochodu, ani o asfalt, to jednak zdawała się być największym problemem. Powoli podniosła powieki, jakby bała się tego zrobić?
- Słyszy mnie pani? Wszystko w porządku? - zobaczyła nad sobą pochylonego mężczyznę. Dopiero kiedy przechyliła głowę na bok i zobaczyła zatrzymany na przejściu dla pieszych samochód, zrozumiała co się wydarzyło.
- Co za oferma ze mnie – wyrzuciła sobie, nie zwracając uwagi na nieznajomego. Prawdopodobnie był to kierowca samochodu. Wcale nie będzie zdziwiona, jeśli będzie wściekły i solidnie ją opieprzy. Należało się jej. Po prostu wyszła na ulicę bez zastanowienia, jakby była księżniczką i każdy musiał ustępować jej miejsca.
- Przepraszam pana bardzo, na przyszłość będę uważać. Powinnam była patrzeć, gdzie idę.
- Nic się pani nie stało? - zapytał, pomagając jej wstać. Nie wyglądał na zdenerwowanego, raczej na zatroskanego. Zamiast wściekać się, że wyskoczyła mu przed koła, to on zmartwił się tym, że potrącił człowieka. Nie myślał o sobie, lecz o tej osobie, której mógł zrobić krzywdę. Naprawdę na tym świecie są jeszcze tacy ludzie? Nie mogła w to uwierzyć.
- Trochę tylko jestem poobijana.
- Odwiozę panią na pogotowie, lepiej będzie, jeśli lekarz to oceni.
- O nie, nie ma takiej potrzeby – potrząsnęła energicznie głową, co nie skończyło się dobrze. Zachwiała się i byłaby upadła, lecz oparła się o maskę samochodu.
- Tak, właśnie widzę. Będę spokojniejszy, jeśli lekarz potwierdzi, że nic pani nie jest.
- Przejdzie mi. Pięć, dziesięć minut – zapewniła, nie chcąc sprawiać kłopotu mężczyźnie. Nie chciała zabierać mu czasu, nie chciała go fatygować. Nie czuła się najlepiej, ale najgorzej też nie było. Wystarczy nie robić żadnych energicznych, gwałtownych ruchów.
- Nie mogę tak tutaj pani zostawić – rozłożył bezradnie ręce. Nie wiedział co robić. Do szpitala nie chciała jechać, a on nie miał mocnego argumentu, który przekonałby dziewczynę.
- To może do domu panią odwiozę? - przechyliła głowę, przyglądając się uważnie mężczyźnie. Czy można mu zaufać? Czy to nie jest jakaś gra, w której chce ją wykorzystać i porzucić? Nie wyglądał na kogoś, kto ma złe zamiary. Naprawdę się przejął i nie będzie spokojny, póki jej nie pomoże.
- Dobrze, niech będzie – westchnęła zrezygnowana. Mężczyzna otworzył przed nią drzwi, by po chwili przejść na drugą stronę samochodu i zasiąść za kierownicą.
W drodze dowiedziała się wielu ciekawych rzeczy na jego temat. Dawid, bo tak miał na imię mężczyzna, niemal przez cały czas opowiadał jej o swoim życiu prywatnym, że wciąż nie ma żony ani nawet dziewczyny, że lubi zwierzęta, a w domu, oprócz psa i chomika, ma także papugę. Studiował ekonomię i zarządzanie, by kilka miesięcy po studiach znaleźć pracę jako księgowy w jednej z wielkich korporacji. Uwielbiał chodzić ubrany elegancko, w koszulę bądź garnitur. Nie tylko w pracy, gdzie taki strój obowiązywał na jego stanowisku, lecz także w prawie każdym wyjściu z domu. Jedynie kiedy wyprowadzał psa na spacer, wkładał na siebie dres. Energiczne zwierzę, domagając się rozrywki, choćby poprzez rzucanie kija czy bieganie, zmuszało go do dbania o kondycję.
O sobie Joasia nie zdradziła wiele. Poza adresem, który podała na samym początku, powiedziała tylko że ma brata, mieszka w Krakowie od niedawna, lecz zdążyła poznać już sporą część miasta i jest młoda. Nie miała wiele okazji do mówienia. Nie przeszkadzało jej to, a nawet wręcz przeciwnie. Gadatliwość mężczyzny w tym przypadku jej odpowiadała, choć gdyby znali się już spory kawałek czasu, mogłoby to być uciążliwe.

          Następnego dnia Tomek ponownie spróbował porozmawiać z Sylwią. Skończyło się to ostrą kłótnią i tym, że dziewczyna bezzwłocznie postanowiła opuścić jego mieszkanie. Zamierzała jeszcze chwilę odpocząć, poukładać sobie wszystko na nowo, lecz w takiej atmosferze nie było to możliwe. Całe otoczenie wywierało na niej presję, żeby zmieniła zdanie. Dlaczego nie potrafią zrozumieć, że to jej życie i to ona podejmuje decyzje? Dlaczego nie mogą po prostu zaakceptować tego faktu i trzymać kciuków, żeby się udało? Nie potrafiła tego zrozumieć. Tak chyba nie postępują przyjaciele. Niby chcą dla niej dobrze, ale to nie znaczy, że wiedzą co jest dobre i mogą jej narzucać swoje zdanie.
- Przepraszam – powiedział cicho, stojąc w drzwiach pokoju. Dziewczyna nie zwracała na niego uwagi. Nie przerwała pakowania się, nawet nie odwróciła głowy. Tomek powtórzył głośniej, aby mieć pewność, że usłyszała słowo padające z jego ust. Ponownie spotkał się z brakiem odpowiedzi. Westchnął ciężko, podszedł bliżej i delikatnie złapał ją za dłonie. Gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Nagle ich twarze znalazły się na tyle blisko, że mogli poczuć swoje oddechy. Tomek poczuł, że jego serce przyspiesza. Przez chwilę pochylał się delikatnie, zmniejszając dystans między nimi. Nie protestowała, choć także zdawała sobie sprawę, na co się zanosi. A może też tego chciała, tylko pozwoliła mu przejąć inicjatywę? Choć z drugiej strony jest mężatką, nie powinna dawać nadziei żadnemu innemu mężczyźnie. Pozostawała bierna. Niech się dzieje co chce. Niech los zdecyduje. Przymknęła oczy, oczekując że już za chwilę będzie rozkoszować się smakiem ust mężczyzny, lecz w ostatniej chwili opanował się. Gdy podniosła powieki, stał pod oknem, odwrócony plecami. Zrozumiała, że to, do czego mogłoby dojść, niosłoby za sobą poważne, raczej nieprzyjemne konsekwencje. Ich relacje nie powinny wykroczyć za pewną granicę, na której przed chwilą się znaleźli. Naprawdę niewiele brakło, aby ją przekroczyć.
- Lepiej będzie, jeśli już pójdę – powiedziała, pospiesznie wrzucając do torby pozostałe ubrania. Nie myślała już o tym, że powinna je w jakikolwiek sposób ułożyć. Liczył się czas. Im szybciej stąd wyjdzie, tym lepiej. Nie wiadomo czy pożądanie nie powróci z taką siłą, której jej bądź jego umysł nie podoła.
- Będę trzymał kciuki – zatrzymała się, spoglądając pytająco w jego stronę – Żeby się udało – dodał, zwróciwszy uwagę, że kroki ucichły. Sylwia pokiwała głową, po czym bez słowa wyszła. Mężczyzna zacisnął zęby, tłumiąc jęk bólu. Choć mówił sobie, że dziewczyna jest tylko jego koleżanką i nic więcej nie znaczy, serce zdawało się odbijać te słowa niczym piłeczkę pingpongową. Mimowolnie czuł przeszywający całe ciało ból. Nie mógł nic na to zaradzić.

          Nikt nie wiedział, jak bardzo tęskni. Nawet chyba on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Minął już tydzień od wyjazdu Oli na stypendium do Paryża. Tylko albo aż tydzień. Siedem dni. Co to jest w porównaniu z sześcioma miesiącami, które musiał wytrzymać. Rafał wciąż powtarzał sobie, że da radę, że to wcale nie tak długo. Miłość, jaką darzył dziewczynę, sprawiała jednak, że czas niemiłosiernie się dłużył. O ile w pracy potrafił nie myśleć o ukochanej, w domu niemal wszystko przypominało mu o niej. Na szczęście były jeszcze telefony oraz internet. Dzięki nim mogli się kontaktować, co choć przez chwilę pozwalało zredukować dystans, zapomnieć o tęsknocie.
- Cześć kotku – powiedział radośnie. Każda chwila, w której słyszał jej głos, była balsamem na jego gorące serce, które pragnął jej oddać wraz z całym sobą. Ona także cieszyła się z każdej rozmowy. Dla Rafała nie było niczym nadzwyczajnym, że słyszał w jej głosie wzruszenie. Mógł się tego spodziewać. Bardziej zaskoczony, czy też rozczarowany, byłby naturalnym jego brzmieniem.
- Cześć kochany. Co u ciebie?
- Praca – wzruszył ramionami, jakby to miało ułatwić mu dalszą rozmowę – Dzięki temu zapominam, jak bardzo mi ciebie brakuje.
- Hej, przecież wciąż jestem! W każdej chwili możesz zadzwonić... No dobra, w prawie każdej.
- Najchętniej słuchałbym cię przez 24 godziny w ciągu dnia
- A spanie? - zaśmiała się, rozbawiona niewinnym flirtem Rafała
- Bez ciebie to nie to samo. Nie ma się do kogo przytulić...
- Za to jak wrócę to weźmiesz urlop i cały tydzień będziemy nadrabiać zaległości – puściłaby do niego oczko, gdyby tylko mógł ją teraz zobaczyć
- I tak nie nadrobimy tych pół roku.
- Uwierz mi, to nie będzie stracony czas. Nasz związek za pół roku będzie silniejszy – zapewniła, nie przewidując, że cokolwiek może stanąć im na drodze. Nie wiedziała
- A może uda ci się wyrwać wcześniej i przyjechać na kilka dni? - spytał z nadzieją w głosie. Oboje tego chcieli, zarówno on, jak i ona. Dlaczego więc nie wykorzystać okazji, gdyby się taka nadarzyła.
- Zobaczymy. Muszę kończyć, pa.
- Pa – rzucił, uśmiechając się do samego siebie. Chciał coś jeszcze dodać, lecz odłożyła słuchawkę. Nie zwrócił na to uwagi.
- Kocham cię.

- Wychodzisz? - zapytała Joasia, kiedy dostrzegła, że Wojtek wychodzi do przedpokoju i sięga po kurtkę. Mężczyzna posłał siostrze szczery uśmiech, podczas gdy sznurował buty. Zwlekał z odpowiedzią, co trochę irytowało blondynkę. Nie zawsze potrafiła być cierpliwa. A szczególnie wtedy, kiedy zadawała pytanie.
- Idę z Anią na spacer – oznajmił, prostując się dumnie
- Słucham? - mrugnęła oczami, wychylając lekko głowę do przodu
- Nie wiem kiedy wrócę, pa.
- Ale... - nie zdążyła powiedzieć nic więcej, gdyż jej brat zamknął za sobą drzwi – Mieliśmy to popołudnie spędzić razem – rzekła do siebie zawiedziona. Więc tak teraz będzie. Przez prawie cały dzień będzie na komendzie, a kiedy wróci do domu i będzie chciała pobyć z nim choć przez chwilę, to on będzie wymykał się do Ani. Nie tak wyobrażała sobie życie Wojtka w Krakowie. Nie sądziła, że tak szybko znajdzie sobie dziewczynę. A już na pewno nie przyszłoby jej na myśl, że może to być Ania. Poczuła się, jakby koleżanka odbierała jej brata. Ból po wczorajszym potrąceniu zdał się przybierać na sile. Położyła się na kanapie, aby trochę wypocząć. Skoro już została skazana na samotność, to dlaczego nie uciąć sobie krótkiej drzemki?

niedziela, 17 lutego 2013

VI. Scen nr 27


          Joasia już nie mogła się doczekać chwili, kiedy wyjdzie z pracy i pogna do domu, by wyjaśnić z bratem sprawę z popołudnia. Dlaczego nie powiedział wprost, że chce zaprosić Ankę na obiad?! Choć nie była zadowolona z faktu, że to właśnie ją upatrzył sobie Wojtek, to jednak teraz była bardziej zdenerwowana z powodu zatajenia tej wiadomości przed nią. Cwanie to sobie wymyślił. Ciekawe tylko skąd wiedział, kiedy przyjść do biura, żeby nie natknąć się na nią. A może niepotrzebnie się złościła? Może zamierzał jej powiedzieć i zrobi to zaraz po jej powrocie do domu? Westchnęła ciężko, nerwowo zaciskając ręce na kierownicy. Mimo wszystko, poczuła się oszukana. Wydawało się jej, że mężczyzna wcale nie zgubił telefonu. To nawet tłumaczyłoby jego niechęć do przyjęcia pożyczki. Właściwie to nie mogła mieć do niego pretensji o cele, na które przeznaczy gotówkę, ponieważ sama wcisnęła mu banknoty w rękę.
- Cześć braciszku – powiedziała sztywno, zamykając za sobą drzwi. Wojtek stanął przy niej, objął ramieniem i ucałował w policzek. W jego oczach pojawił się jakiś nienaturalny błysk, a uśmiech ani przez moment nie zniknął z jego twarzy. Joasia domyślała się już, jakie wydarzenie tak bardzo poprawiło mu humor, lecz postanowiła zaczekać aż on sam jej opowie. Do tego czasu zamierzała udawać, iż o niczym nie wie.
- Hej siostra. Jak w pracy?
- Średnio na jeża. Raporty, raporty i jeszcze raz raporty. Nic tylko wielogodzinne machanie długopisem, kreśląc przy tym ślady, przypominające litery. Reasumując: nuda.
- Ale chyba nie wszyscy tacy znudzeni, co? - spytał, wyraźnie zaciekawiony. Wiedziała, że chce usłyszeć o zachowaniu Ani, szczególnie po powrocie z obiadu, lecz blondynka specjalnie odwlekała temat.
- No cóż... Jak Sebastian wypił dwie kawy to od razu się ożywił, ale nie na długo – uśmiechnęła się, dostrzegając zniecierpliwioną minę brata. Aż w końcu pękła. Nie chciała dłużej go męczyć, więc nie czekając ani chwili dłużej przeszła do interesującego go wątku.
- Ale za to Ania jakby rozkwitała. Wiesz, przyszedł po nią jakiś facet, zabrał na obiad... A potem wróciła zupełnie odmieniona. Raczej nie było łatwo jej skupić się na pracy. W sumie to nie takie dziwne. Gdyby mnie tak z pracy porwał przystojny mężczyzna, spędził ze mną czas, a potem czekałaby na mnie szara rzeczywistość, to chyba też bym pozostała myślami w jego towarzystwie... - westchnęła rozmarzona. Wojtek złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął.
- Asiu – zaczął, lecz kiedy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem siostry, odjęło mu mowę. Spuścił głowę, chrząknął znacząco, wziął głęboki oddech i...
- Ja byłem tym mężczyzną – niepewnie podniósł głowę, by zobaczyć, że kobieta wcale nie wygląda na zaskoczoną. Wręcz przeciwnie, zdawała się być rozbawiona trudnością, z jaką przyszło mu o tym mówić. Wyglądał jak małe dziecko, które nabroiło i obawiało się bury od rodzica. Jego mina sprawiła, iż blondynka przestała powstrzymywać się od śmiechu. Nie mogła dłużej z tym walczyć.
- No co?
- Widziałam was przez okno – mówiła, starając się odzyskać powagę – Nie rozumiem czym tak bardzo się stresujesz.
- To znaczy, że nie masz nic przeciwko naszym spotkaniom?
- Szczerze? - przekrzywiła lekko głowę
- Oczywiście.
- Nie ufam jej. Nie wiem czego można się po niej spodziewać. Może to dlatego, że zbyt krótko ją znam... Ale to twoje życie i to ty podejmujesz decyzje. Chcesz, proszę bardzo, spotykaj się z nią. Nie będę się wtrącać, nawet jeśli nie będę zachwycona twoją wybranką.
- Dzięki siostra, ty to jesteś... no po prostu... - zabrakło mu odpowiedniego słowa, by mógł określić dziewczynę. A może nawet takie słowo, które doskonale by ją opisało, nie istnieje?
- No, jaka? - mruknęła zniecierpliwiona, zaintrygowana słowami mężczyzny. Wciąż nie mogąc dobrać określenia, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, przyciągnął ją ku sobie i wziął w ramiona.

          Tomek nie mógł pogodzić się z myślą, że Sylwia zdecydowała się wrócić do męża. Wystarczyło, aby tylko powiedział, iż zacznie regularnie chodzić do psychologa, rozpocznie leczenie, a ona już od razu wyraziła chęć bycia idealną żoną. Była na każde jego zawołanie, znów reagowała na każde skinienie palcem. To nawet nie była obietnica czy deklaracja! Ona sama się na to nakręciła. Uwierzyła, że znów może być z nim szczęśliwa. Lecz Tomek czuł, że to już nigdy nie nastąpi, że on się nigdy nie zmieni. Co najwyżej będzie stwarzał pozory, że jest kochającym mężem, aż pewnego dnia nie wytrzyma i dramat dziewczyny rozpocznie się na nowo. A może tylko mu się tak zdawało, gdyż chciał, żeby to z nim była szczęśliwa? Niemniej postanowił jeszcze raz spróbować odwieźć przyjaciółkę od zamiaru przeprowadzki do Kamila. Przy kolacji poruszył niewygodny dla niej temat. Sylwia podjęła już decyzję i nie zamierzała o tym dyskutować, a tym bardziej nie zamierzała ulegać naciskom z zewnątrz. Czy nie mogliby po prostu zaakceptować jej wyboru? Muszą wtrącać swoje trzy grosze? Rozumiała, że chcą dla niej jak najlepiej, że się martwią, ale to nie był powód, by traktować ją jak małe dziecko. Tak się czuła, kiedy próbowali jej wmówić, że popełnia błąd.
- Przemyślałaś to dokładnie? Przecież możesz zostać u mnie, ile chcesz - nagle odłożyła niedokończoną kanapkę na talerzyk, podniosła wzrok i spojrzała z ukosa na Tomka. No nie, znowu. Była pewna, że przerobili to już tyle razy i mają to za sobą... Najwidoczniej nie. Jeszcze do niego nie dotarło, iż decyzja jest niepodważalna i ostateczna. Bez słowa odeszła od stołu. Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem. Chwilę później przemknęła przez przedpokój, ubrana w dres, ze słuchawkami na uszach, nawet nie usłyszała wołającego ją Tomka. Poszła pobiegać. Często tak robiła, kiedy była zdenerwowana. Taki miała sposób na pozbycie się zbędnego napięcia. Nie zdołał jej zatrzymać. Odpowiedziało mu trzaśnięcie drzwiami. Westchnął ciężko, oparłszy się o ścianę. Pomyślał, że właśnie teraz jest dobry moment, aby wyjawić swoje uczucia, aby powiedzieć, jak bardzo mu na niej zależy, jak bardzo chce, żeby była szczęśliwa dzięki niemu, jak bardzo by o nią dbał, opiekował się, jak bardzo ją kocha. Choć sam nie do końca wiedział, czy to nie tylko zauroczenie, to jednak z góry założył, że jest to prawdziwa miłość. W przeciwnym razie chyba nie zależałoby mu tak bardzo na niej?

          Joasia postanowiła, że wyjdzie na spacer, aby się przewietrzyć przed snem. Pomyślała, że dobrze jej to zrobi. Kiedy wychodziła z klatki schodowej, nie wiedzieć czemu, zwróciła uwagę na srebrny samochód, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Wydawało się jej, że patrzyli w jej stronę, a kiedy odwróciła głowę, spuścili wzrok, nie chcąc się zdradzić. Postanowiła być czujna. Intuicja podpowiadała jej, że coś może się wydarzyć. Co chwilę nerwowo oglądała się za siebie, sprawdzając czy nikt jej nie obserwuje bądź też śledzi. Samochód, który przykuł jej uwagę pod blokiem, na pewno nie jechał za nią. Prawdopodobnie nadal stał pod blokiem, w tym samym miejscu, w którym znajdował się już kilka minut wcześniej.
Idąc tak przez park, poczuła suchość w gardle. Po drugiej stronie ulicy znajdował się sklep. Dlaczego nie pójść tam i kupić sobie butelkę wody? Wchodząc na przejście dla pieszych, obejrzała się jeszcze za siebie, sprawdzając czy nikt nie idzie za nią. Wciąż nie mogła pozbyć się czarnych myśli. Zrobiła zaledwie dwa kroki, kiedy usłyszała klakson, pisk opon, a zaraz po tym potężna siła zwaliła ją z nóg.

W tym samym czasie na osiedlu:
- Szefie, nasz kochany Wojtuś został sam w domu. Mamy iść z nim pogadać? - powiedział do telefonu jeden z mężczyzn, zasiadających w srebrnym pojeździe.
- Nie. Macie tylko pilnować, żeby nam nie uciekł. Nic nie róbcie, dopóki nie przyjadę do tego zasranego Krakowa. - odezwał się głos w słuchawce
- Ale wie szef, on ma taką ładną siostrę, że aż chciałoby się...
- Tylko spróbuj zrobić coś na własną rękę, głąbie! - zagroził, rozczarowując swojego podwładnego – Jak się z Wojtusiem rozliczymy to wtedy będziesz o tym myśleć. Myślał, że przede mną można tak po prostu uciec? Nie, przede mną nawet pod pieprzoną ziemią nie mógłby się ukryć.

czwartek, 14 lutego 2013

VI. Scen nr 26


          Około dziewiętnastej wyruszyli do parku. Tomek nerwowo krzątał się po mieszkaniu, jeszcze zanim wyszli, zostawiając go samego. Martwił się o Sylwię. Nie dlatego, że mąż mógłby zrobić jej krzywdę. Nie tym razem. Chyba nie odważy się uderzyć jej w miejscu publicznym, gdzie ktoś byłby w stanie to zauważyć. A nawet jeśli, to była z Sebastianem. On na to nie pozwoli. Obroni ją. Bardziej niepokoił go stan psychiczny dziewczyny. Nadal nie była w dobrej formie, w końcu minęło tylko kilka dni od próby samobójczej, a ona teraz ma spotkać się ze swoim oprawcą... Jakby tego mało, nie był on jej obojętny. Kochała go, pomimo że zadawał jej tyle bólu i cierpienia, że musiała przez tyle przejść. Nawet te krzywdy, które jej wyrządzał, nie potrafiły osłabić uczucia, jakim kobieta darzyła swojego męża. Tomek właśnie zdał sobie sprawę, że nie powinien sobie robić nadziei, aby między nim a Sylwią kiedykolwiek do czegoś doszło. Ona już znalazła tego jedynego, któremu pozostanie wierna, któremu będzie w stanie wybaczyć wszystko, z którym będzie na dobre i na złe. Choć dziewczyna bardzo mu się podobało, musiał się pogodzić z myślą, że los chce inaczej, że to nie ona jest mu pisana. Nie było to takie proste. Kolejny miłosny zawód.
Tymczasem Sylwia i Sebastian dotarli na umówione miejsce. Kamil siedział na ławce. Ujrzawszy żonę wraz z jej przyjacielem, wstał, ściągnął rękawiczkę i wyciągnął przed siebie dłoń. Sebastian tylko odwrócił głowę z szyderczym uśmiechem. Zastanawiał się, po co to całe przedstawienie.
- Ona i tak do ciebie nie wróci! Po co? Żeby za dwa, trzy dni znów została pobita i poniżona? Nie jest głupia, nie zrobi tego – mówił sobie w duchu
- Czego chciałeś? - powiedziała cicho kobieta. Widok ukochanego mężczyzny wywołał w niej mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyła się, że znów może go zobaczyć, lecz z drugiej strony czuła wstręt. Nie tylko do niego, ale także do samej siebie. Jak można kochać takiego potwora?! A on wciąż pozostawał w jej sercu. Miłość była dla niej nieuleczalną chorobą, która wyniszczała jej duszę. Niewiele zdołała się odbudować, odkąd znalazła się na granicy życia i śmierci, a już nastąpił kolejny atak. Chciałaby rzucić mu się na szyję, pocałować usta, przytulić się i poczuć bezpiecznie w jego ramionach. A jeszcze bardziej pragnęła, żeby pozwolił jej poczuć, że jest kochana. Na to jednak nie mogła liczyć. Co najwyżej kilka wyzwisk, na tyle było go stać. Dlaczego się zmienił?! Dlaczego nie może być taki jak kiedyś, gdy byli ze sobą szczęśliwi?! Wiele razy zadawała sobie to pytanie, które aż do dzisiaj nie dawało jej spokoju.
- Przeprosić.
- Przeprosić?! Co ty sobie myślisz?! Że jedno przepraszam wynagrodzi jej wszystkie krzywdy, które wyrządziłeś? - zakpił Sebastian – Liczysz na to, że po takim wyznaniu wróci do domu? Ty naprawdę masz ją za szmatę.
- Sebastian, nie wtrącaj się – poprosiła grzecznie, nie odrywając wzroku od męża
- To po jaką cholerę ciągnęłaś mnie ze sobą?! - warknął, wściekły na przyjaciółkę. Lecz nie dlatego, że prosiła go o pomoc, lecz dlatego, że uległa mężowi. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł. Widział już, że dziewczyna jest oczarowana postawą Kamila, nagłą przemianą. Ciekawe na jak długo. Może hamował się tylko ze względu na jego obecność? Teraz, kiedy zostali sami, nie będzie musiał się krępować. Nie zamierzał zostawić przyjaciółki samej. Schował się za najbliższym drzewem, obserwując zza niego sytuację.

- I co? - zapytał zniecierpliwiony Tomek, kiedy przyjaciele pojawili się u niego w mieszkaniu. Sylwia wyglądała na zadowoloną, za to Sebastian z trudem próbował ukryć swoją złość.
- On mnie jednak kocha! Zrobił to dla mnie, rozumiesz? Stary Kamil wreszcie powraca! - mówiła zachwycona, w drodze do pokoju. Już jutro zamierzała wrócić do swojego mieszkania. I do męża. Tomek odwrócił głowę zasmucony. Nie sądził, że ta rozmowa może się tak skończyć. Choć wraz z Sebastianem powinni się cieszyć, bo tak dawno szczęśliwej Sylwii nie widzieli, to jednak nie potrafili pogodzić się z jej decyzją. Szczególnie asystent. Chciałby zawalczyć, zaopiekować się nią, dać jej wszystko, co do szczęścia potrzebne. Ona jednak wybrała męża. Tak, tego samego mężczyznę, przez którego tyle wycierpiała i omal nie odebrała sobie życia. To naprawdę musiała być miłość. Żadne inne uczucie nie pozwoliłoby przebaczyć. A jemu pozostało tylko usunąć się w cień i mieć nadzieję, że tym razem skończy się to dobrze. Kto wie, może i on spotka w życiu cudowną kobietę, która pokocha go jak żadna inna?
- To nie skończy się dobrze – pokręcił przecząco głową Sebastian – On się nigdy nie zmieni. Mam nadzieję, że tym razem Sylwia jeśli komuś będzie musiała wyrządzić krzywdę to nie sobie, ale właśnie jemu.

          Kolejny dzień, kolejne filiżanki kawy i kolejne raporty. Tak wyglądał piątek na komendzie przy Pomorskiej. Żadnych spraw, jakby przestępcy zrobili sobie wolne, choć do ferii zimowych pozostał jeszcze tydzień. Późnym popołudniem do miasta wracał Maciek z rodziną, jednak w pracy komisarz miał zjawić się dopiero w poniedziałek. Czas nie ułatwiał życia pracującym, bowiem zdawał się płynąć znacznie wolniej niż zwykle. Tempo spadło zupełnie, komisarze czuli się zmęczeni psychicznie. Joasia uznała, że kawa dobrze im zrobi, więc wyszła zrobić dla wszystkich obecnych w biurze ich ulubiony napój. Ania natychmiast wykorzystała chwilę odpoczynku na marzenia o bracie blondynki. Zastanawiała się, jak spróbować nawiązać z nim kontakt, umówić się na kawę. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie przebieg takiego spotkania. Chwilę później, gdy uniosła powieki, ujrzała mężczyznę przed sobą.
- Anka, opanuj się! Twój mózg pracuje tak intensywnie, że zaczynasz mieć halucynacje – powiedziała sobie w myślach.
- Dzień dobry – powiedział do niej z uśmiechem, kierując to jednocześnie do Sebastiana. O ile komisarz szybko odpowiedział gościowi, to jednak minęła dobra chwila, nim dziewczyna zorientowała się, że to nie zwidy i omamy słuchowe, a Wojtek naprawdę stoi przed jej biurkiem i czeka na odpowiedź.
- Dzień dobry – natychmiast się podniosła, prostując się dumnie na krześle – Joasia jest w kuchni, parzy kawę.
- A ja tym razem do pani – puścił do niej oczko, co wywołało przyjemne odczucie w brzuchu kobiety. Więc to są pewnie te motyle, o których tyle razy czytała w rozmaitych książkach, kiedy bohaterka spotykała mężczyznę swoich marzeń. Nawet nie bardzo wiedziała co mówić. Chciała się śmiać i patrzeć na brata koleżanki bez końca.
- Do... do mnie? - spytała niepewnie. Kiwnął głową, potwierdzając wypowiedziane przed chwilą słowa. Ania aż podskoczyła z radości. Sebastian z uśmiechem patrzył na tę scenę. Nie musiał nawet ukrywać swojego zainteresowania, gdyż oboje byli zajęci tylko sobą i na nic innego nie zwracali uwagi. Zapewne gdyby Joasia tu weszła i upuściła filiżankę z kawą, widząc taką scenę, para nie oderwałaby wzroku od siebie. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek ujrzy Ankę w sytuacji, kiedy będzie szalała na punkcie jakiegoś faceta. Może i wcześniej Maciek się jej podobał, jednak tamto było niczym, w porównaniu z tym, co czuła teraz. Szybko zapomniała, że jeszcze kilka dni wcześniej miała nadzieję, że uda się jej uwieźć partnera.
- Czy miałaby pani ochotę zjeść ze mną obiad? To nie zajmie dużo czasu, najwyżej godzinkę. Proszę nie robić mi przykrości i nie odmawiać.
- Ależ skąd! Z chęcią wyjdę z panem na ten obiad! - z trudem pohamowała chęć rzucenia się na szyję. O swojej obecności przypomniał Sebastian, chrząkając znacząco. Natychmiast obie twarze obróciły się w jego stronę, patrząc wyczekująco.
- Dobra, idź. Jakoś damy sobie radę z Aśką – uśmiechnął się, nie trzymając ich dłużej w niepewności. W ramach podziękowania dziewczyna pocałowała go w policzek, a po chwili zniknęła z biura wraz ze swoim towarzyszem.
- A gdzie Anka? - zapytała zdumiona Joasia, kiedy wróciła z trzema filiżankami kawy. Dwie z nich zabrał Sebastian, z zamiarem wykorzystania z okazji i wypicia także tej przeznaczonej dla Ani. Joasia zatrzymała wzrok na partnerze, czekając na odpowiedź. Niespecjalnie mu się spieszyło, jakby blondynka miała wybiec za koleżanką i siłą przyciągnąć ją z powrotem do pracy.
- No? - mruknęła zniecierpliwiona
- Jakiś facet, jej znajomy, przyszedł i zabrał ją na obiad – popatrzyła podejrzliwie z ukosa w jego stronę – No nie patrz tak na mnie, miałem kazać jej zostać i ślęczeć nad raportami?
- Co to za facet? - uśmiechnęła się tajemniczo, domyślając się, iż to dzięki niemu Ania zmieniła swoje nastawienie do świata i stała się milsza.
- Wyjrzyj przez okno, może jeszcze ich zobaczysz – dziewczyna posłuchała rady partnera, rozejrzała się dokładnie... i ujrzała swojego brata idącego dumnie obok Ani! Im dłużej na nich patrzyła, tym bardziej wzmagała się w niej złość. Na szczęście zaraz zniknęli za rogiem.
- O żesz ty w mordę! - zaklęła głośno. Sebastian spojrzał na nią pytająco, lecz nie zwróciła najmniejszej uwagi na mężczyznę. - Więc to taki telefon sobie kupiłeś, co?

wtorek, 12 lutego 2013

Sam

  Życie nigdy nie było dla niego łatwe. Raczej rzucało mu kolejne kłody pod nogi, śmiejąc się szyderczo w twarz. Ile to już razy upadał, zaciskał zęby i próbował wstać, nie przejmując się kolejną porażką? Ból i cierpienie nie były już niczym nadzwyczajnym. Zawsze były obecne w jego życiu. Dla niego to chleb powszedni, choć nigdy nie zapomniał, jak mocno odczuwał je za pierwszym razem. Dlatego potrafił zrozumieć także tych ludzi, którzy przeżywali mniejsze trudności. Dla jednej osoby utrata paruset złotych może być tragedią, zaś na innej nawet utrata bliskiej osoby może nie zrobić już większego wrażenia. Każdy miał swoje osobiste dramaty, których nie można porównywać. Każdy jest inny i inaczej będzie to odczuwał.
  Tak było w przypadku Sebastiana. Kiedy miał 9 lat, zmarła jego mama. Był bardzo do niej przywiązany. Nie mógł przeboleć tej straty. Na szczęście był za mały, żeby myśleć o samobójstwie. Choć był bardzo przywiązany do kobiety, którą zawsze pamiętał jako życzliwą i uśmiechniętą, kochającą dzieci i zwierzęta, z czasem pogodził się z jej odejściem. Ale kiedy dwa lata później zmarł jego ojciec, nie zrobiło to na nim już tak większego wrażenia. Ból nie był już tak silny jak za pierwszym razem – organizm zdołał już częściowo przyswoić to uczucie. Ostatnią osobą, która mu pozostała, był młodszy braciszek. Trafili razem do domu dziecka, lecz już po kilku miesiącach został adoptowany. Sebastian został absolutnie sam. I tak dorastał. Zawsze z boku, nie miał kolegów, uważany był za innego, przez co nikt nie chciał się z nim zaprzyjaźnić.
  W domu dziecka pozostał aż do uzyskania pełnoletności. Na początku wielu ludzi przychodziło, niby się nim interesowali, odwiedzali go, obiecali wziąć do siebie, po czym znikali, nie pojawiając się więcej w ośrodku. Z każdym następnym pojawieniem się kolejnego, zatroskanego losem osamotnionego chłopca, małżeństwa, w jego duszy na nowo rozpalał się płomień nadziei. Lecz z każdą następną parą był on coraz słabszy. Za każdym razem kończyło się to bólem i rozczarowaniem. W końcu zainteresowanie jego osobą zmalało do zera. Nie ten wiek. Ludzie woleli adoptować młodsze dzieci, które można jeszcze wychować po swojemu. Sebastian zrozumiał, że jest już za stary, aby liczyć na nową rodzinę. Zdał sobie sprawę, że przez najbliższych kilka lat jego najlepszym przyjacielem będzie on sam.
  Po wejściu w dorosłe życie, opuścił rodzinne miasto, z którym jednak nie wiązał pięknych wspomnień, i wyruszył w świat. Wyjechał niemal na drugi koniec Polski, z Lublina aż pod Wrocław. Tam w jednym z małych miasteczek, położonych w promieniu kilkunastu bądź kilkudziesięciu kilometrów od stolicy Dolnego Śląska, znalazł pracę. Właściciel warsztatu samochodowego potrzebował pomocnika, który po pewnym czasie mógłby sam naprawiać samochody. Sebastian miał odbyć coś w rodzaju stażu, nauczyć się fachu, by zostać drugim mechanikiem. Firma rozwijała się w dobrym kierunku, dlatego konieczne było zwiększenie zatrudnienia. Z racji iż chłopak nie miał dachu nad głową, otrzymał pozwolenie na nocleg w miejscu pracy. Póki dni bywały upalne, a wieczory całkiem ciepłe, mógł nocować w warsztacie. Do zimy pozostało jeszcze kilka miesięcy, więc miał całkiem sporo czasu, by znaleźć sobie lokum.
  W październiku noce okazały się już zbyt chłodne, by mógł pozwolić sobie na nocleg w warsztacie. Wtedy podjął ostateczną decyzję o przeprowadzce. W ostatniej chwili znalazł tańszą ofertę najmu mieszkania, co pozwoliło mu zaoszczędzić 100 zł na miesiąc. Sebastian był bardzo zadowolony ze swojego życia. Miał pracę, dach nad głową, powoli mijały kolejne dni. Na pozór wszystko wyglądało dobrze, lecz w głębi duszy czegoś mu brakowało. Nie potrafił tego nazwać. Wydawało mu się, że wszystko zmierzało w dobrym kierunku, że nie ma powodów do narzekania, jednak z czasem to dziwne, nieznane dotychczas uczucie się pogłębiało. Potrzeba kochania i bycia kochanym dała o sobie znać. Przez tyle lat nie miał nikogo, ze wszystkim radził sobie sam, dlatego był niemal pewien, że nie potrzebuje innych osób do szczęścia. Nie wiedział jednak ile radości może dać sama obecność bliskiej osoby. Nie mógł tego pamiętać, zbyt wiele lat minęło.
  Dopiero podczas Świąt Bożego Narodzenia zdał sobie sprawę, co tak naprawdę mu doskwiera. Samotność. Kiedy inni zasiadali do stołu w towarzystwie swoich rodzin, śpiewali wspólnie kolędy, wybierali się na pasterkę, on nie miał nawet do kogo ust otworzyć. Jeszcze tego samego dnia, kiedy wyszedł wieczorem na spacer, wpadł w parku na szczupłą, niedużą blondynkę. Przeprosił ją za chwilę nieuwagi i potrącenie. Nawet nie wiedział jak to się stało, lecz rozmowa potoczyła się tak, że kontynuowali ją, spacerując między drzewami. Na koniec spotkania wymienili się numerami telefonów, po czym każde z nich odeszło w swoją stronę.
  Czy to mógł być przypadek, że tego samego dnia, kiedy zdaje sobie sprawę ze swojej samotności, poznaje dziewczynę, która tak po prostu, bez powodu zaczyna mu się zwierzać, a on jej? Czy to przeznaczenie? Zrobiła na nim ogromne wrażenie. Ale on nie potrafił kochać. Przynajmniej tak mu się wydawało. Życzył dziewczynie jak najlepiej, dlatego postanowił nie kontaktować się z nią. Kto chciałby przyjaźnić się z kimś, kogo świat zamyka się w czterech ścianach, z wyjątkiem pracy? Na koniec stwierdził, że po prostu łatwiej wyżalić się zupełnie komuś obcemu, dlatego powiedziała mu o wszystkim. On zaś nie miał komu wyznać prawdy o sobie, natomiast musiał w końcu wyrzucić to z siebie. Nic nadzwyczajnego.
  Wraz z rozpoczęciem roku obiecał sobie, że zmieni swoje życie i pozna kogoś, znajomych, przyjaciół, tę jedyną. Okazało się to jednak trudniejsze, niż mógłby się spodziewać. Lata samotności zrobiły swoje – nieśmiały i zamknięty w sobie, praktycznie nie miał szans na zawiązanie nowych kontaktów. Nie potrafił rozmawiać z dziewczynami, co odebrało mu wszelką nadzieję na zmiany w swoim życiu. Wtedy przypomniała o sobie dziewczyna z parku. Czekała na jego odzew, aż w końcu, utraciwszy resztki cierpliwości, sama postanowiła się z nim skontaktować. Nie wiedział dlaczego rozmowa z nią szła mu tak lekko, bez żadnych oporów. Nie potrafił zrozumieć jak to się dzieje, że gdy myśli o niej, wszystko nabiera barw. Jego życie nabierało sensu, roztaczały się przed nim nowe perspektywy i możliwości... Czuł, że ona jedyna naprawdę go rozumie, jakby była przy nim od lat, jakby była częścią jego samego... To nie była zwykła relacja między dwojgiem ludzi, kumpli czy nawet przyjaciół. To było coś, co zdarza się tylko raz w życiu, to była magia... To miłość.
  Tak, zakochał się. Był niemal pewien, że po tylu latach samotności nie będzie w stanie doświadczyć tego uczucia. Joasia, bo tak miała na imię dziewczyna, odgrywała coraz większą rolę w jego życiu, stawała się jego nieodłączną częścią. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła ich ku sobie. Zakochali się w sobie i pragnęli spędzić resztę życia razem, jednak żadne z nich nie miało na tyle odwagi, by o tym powiedzieć tej drugiej osobie. Pewnego pięknego wiosennego dnia, podczas spotkania, ich twarze znalazły się na tyle blisko, że dali się ponieść emocjom. Po chwili usta Sebastiana i Joasi połączyły się w namiętnym pocałunku. Słowa nie były potrzebne. Oboje wiedzieli, że ta miłość jest odwzajemniona i sprawia, że są szczęśliwi. Sebastian nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Po tylu latach samotności, kiedy miał tylko siebie, zaznał miłości, odnalazł bratnią duszę, naprawdę mu na kimś zależało. Jakież teraz życie było cudowne!
  Mijały dni, tygodnie, miesiące. Miłość Sebastiana i Joasi kwitła. Późną jesienią mężczyzna oświadczył się wybrance serca. Zgodziła się. Nie miała żadnych wątpliwości, że to on jest miłością jej życia. Na wiosnę zaplanowali ślub. Oboje doszli do wniosku, iż jest to najlepsza pora roku na taką uroczystość. Sielanka zdawała się nie mieć końca. Wszystko wyglądało jak w bajce. Przygotowania do ślubu z czasem nabrały tempa.
  Aż w końcu nadszedł ten dzień. Dokładnie w pierwszy dzień wiosny, 21 marca, zamierzali się pobrać. Sebastian nie dostrzegł, że jego ukochanej coś nie daje spokoju.
- Ja, Sebastian... biorę ciebie, Joanno, za żonę... i ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską... oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci – dumnie wyprostowany, powtarzał słowa przysięgi z radością i wzruszeniem. Za chwilę to samo usłyszy z jej ust. Będą połączeni węzłem małżeńskim na wieki, już na zawsze. Asia miała jednak problem z przełamianiem się.
- Ja... ja... ja nie mogę, przepraszam – wyszeptała cicho, odwracając głowę. Niewielka liczba ludzi, zgromadzonych w kościele, wstrzymała oddech. Czy to możliwe, żeby już teraz, kiedy wystarczy już tylko jeden mały kroczek, wycofała się? Czy naprawdę istniał powód, dla którego nie chciała go poślubić?
- Ale... dlaczego?! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nic do mnie nie czujesz?
- Nie. Oczywiście, że cię kocham – powiedziała mu prosto w oczy. Nogi się pod nią ugięły, a w głowie zakręciło. Upadłaby, gdyby nie Sebastian, który natychmiast zorientował się w sytuacji i złapał dziewczynę w ramiona.
- Nie wiesz... wszystkiego... – zdołała wyszeptać, zanim utraciła przytomność. Nie wiedział co się dzieje. Coraz bardziej martwił się o ukochaną. Miał nadzieję, że to tylko zwykłe zasłabnięcie z nadmiaru emocji, nic poważniejszego. I co miały znaczyć te słowa? Co było tak ważne, że musiał wiedzieć o tym przed zawarciem małżeństwa?
  Wszystko stało się jasne w szpitalu. Okazało się, że Joasia ma zaawansowaną białaczkę. Musiała wiedzieć o swojej chorobie, skoro zrezygnowała ze ślubu. Ale dlaczego nie powiedziała mu wcześniej, tylko w ostatniej chwili zareagowała? Przecież to niczego nie zmienia! Nadal będzie kochał ją tak samo jak przedtem, nie zostawi jej tylko dlatego, że jest chora. Wciąż była dla niego ważna i przez cały czas mu na niej zależało.
  Kiedy wyjaśnili sobie wszystko, poprosili księdza o udzielenie im sakramentu małżeństwa. Stan zdrowia Joasi nie pozwalał na opuszczenie szpitala, dlatego krótka uroczystość została ograniczona do minimum i odbyła się w szpitalnej kaplicy. Tym razem nic nie przeszkodziło im w zawarciu małżeństwa.
- Asiu, zobaczysz, wyjdziesz z tego. Jeszcze wiele szczęśliwych lat przed nami, wybudujemy dom, będziemy mieli dwójkę lub trójkę dzieci... – mówił do żony pewnego razu, kiedy zaraz po pracy przyjechał do szpitala. Jej stan wciąż się pogarszał i choć oboje zdawali sobie sprawę, że wygląda to bardzo źle, to jednak żadne z nich nie wypowiadało tego na głos. Gdyby to miały być jej ostatnie dni, nie chcieli stracić tego czasu na zamartwianie się.
- Ale pierwszy będzie chłopiec, prawda? – uśmiechnęła się lekko, kładąc głowę na ramieniu mężczyzny. Pogłaskał ją delikatnie po włosach.
- Oczywiście. A córeczki odziedziczą urodę po mamie.
- No już się tak nie podlizuj.
- Ja tylko mówię prawdę – zaśmiał się, obejmując ją ramieniem. Wystarczyła niezbyt długa chwila, by dziewczyna zasnęła. Potrzebowała coraz więcej czasu na odpoczynek, a to i tak przestało już wystarczać, by zregenerować siły. Wiedziała, że będzie coraz słabsza. Sebastian także zdawał sobie sprawę, iż nie będzie łatwo.
  Jej organizm nie reagował na leczenie, tak jak się tego spodziewano. Udało się tylko spowolnić rozwój choroby, lecz lekarze wciąż nie wiedzieli, jak ją zwalczyć. Wraz z początkiem czerwca Joasia przestała wychodzić na spacery. Samo wstawanie z łóżka było już nie lada wyzwaniem. Na wózek nie chciała się zgodzić. Pozostał jej tylko widok z okna. Szpitalny park, na który patrzyła z utęsknieniem, wydawał się być zupełnie innym, odległym światem. A jeszcze dwa tygodnie temu spacerowała pomiędzy drzewami z mężem. Wiedziała, że to już nigdy się nie powtórzy. Jeszcze trochę czasu i cały ten ból, cierpienie się skończy. Choć było warto walczyć, aby spędzić jeszcze te kilka godzin w towarzystwie ukochanego. Sebastian nie stracił jeszcze nadziei. Modlił się, prosił Boga o cud, o uzdrowienie żony. Ani przez chwilę nie przestał wierzyć. Nie przyjmował to wiadomości, że będzie musiał rozstać się z Joasią.
  Z każdym dniem stan kobiety się pogarszał. Modlitwa Sebastiana przerodziła się w rozpaczliwe błaganie. Wydawało się, że Bóg pozostawał głuchy na jego słowa. Czy naprawdę muszą przez to wszystko przechodzić? Czy naprawdę musiał drżeć o jej życie, traktować każdą chwilę, jakby była tą ostatnią? Wziął urlop w pracy, aby móc być przy niej przez cały czas. Lecz to i tak za mało. To i tak nie pozwoli nadrobić tych lat, które mogą stracić. Aż w końcu nadszedł ten moment. Kiedyś na każdego przyjdzie czas. Tej nocy przyszedł czas na Asię.
- Sebastian, śpisz? – zapytała słabym głosem, przechylając głowę w jego stronę. Choć mężczyzna zwykle miał twardy sen, tym razem się zbudził. Przeczuwał, że stanie się coś niedobrego. Obawiał się najgorszego.
- Wyjdź ze mną na dwór. Proszę. Zrób to dla mnie – spojrzała prosto w jego oczy. Nie mógł odmówić. Choć wiedział, co to oznacza, spełnił prośbę. To była jej ostatnia wola. Nie chciała umierać w szpitalu, wolała odejść na łonie natury, po raz ostatni wyjść na zewnątrz, zobaczyć niebo, gwiazdy... Mężczyzna wziął żonę na ręce i zgodnie z prośbą, wyszedł z nią do parku.
- Pamiętasz co ci ślubowaliśmy sobie kilka miesięcy temu?
- Ślubowałem ci, że pozostanę ci wierny, będę cię kochał i zostanę przy Tobie aż do śmierci.
- Kiedy odejdę... wciąż będę cię kochać. Mimo że nie będziesz mnie widział, pamiętaj że zawsze będę blisko – zapewniła, podnosząc drżącą dłoń. W końcu udało się jej sięgnąć policzka mężczyzny. Uśmiechnął się lekko, wpatrzony w jej bladą twarz.
- To ja powinienem być twoim aniołem stróżem, nie odwrotnie.
- Różnie bywa – jej powieki stawały cię coraz cięższe, traciła kontrolę nad ciałem. Walczyła do ostatniej chwili, chcąc jak najbardziej opóźnić ten bolesny dla niego moment.
- Kocham cię – wyznała w ostatniej chwili. Zdążył jeszcze pochylić się nad nią i delikatnie pocałować w usta. Kiedy odchylił głowę, Joasia już nie żyła.
- Ja ciebie też. Na zawsze pozostaniesz w moim sercu – choć opuściła już ciało, to wiedział, że usłyszała te słowa. Zacisnął powieki i upadł na kolana, trzymając bezwładne ciało ukochanej na rękach. Umarła. Umarła w jego ramionach.
  Choć minął już przeszło miesiąc, Sebastian wciąż nie mógł pogodzić się ze stratą. Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg po raz kolejny zabiera mu bliskich. Dlaczego chce, żeby znów był sam, żeby znów przechodził przez to cierpienie? Coraz częściej przyłapywał się na myślach samobójczych. Próbował wrócić do poprzedniego życia, kiedy wystarczała mu tylko jedna osoba – on sam. To już nie było możliwe. Potrzebował miłości, potrzebował kogoś bliskiego. Potrzebował jej, Joasi. Nie mógł tak dalej żyć. Nie mógł dłużej być sam. Pojechał nad rzekę, z zamiarem skoczenia z mostu.
Był już gotowy, stał za barierką, na krawędzi. Serce waliło mu jak oszalałe. Po drugiej stronie mostu zbierał się tłum gapiów, jednak nie zwracał on na nich uwagi. Wziął głęboki oddech. Jeden z ostatnich w jego życiu. Czy ma na tyle odwagi, aby to zrobić? Przymknął oczy. Może tak będzie łatwiej. I wtedy ujrzał zasmuconą twarz Joasi. Zdawała się mówić: „Nie skacz, proszę. Nie rób tego. Ty musisz żyć!” Zawahał się przez moment. Kiedy podniósł powieki, oślepiło go słońce. Chyba jeszcze nigdy nie świeciło tak jasno.
- Nie jestem sam – przemknęło mu przez myśl – Bóg mnie nie opuścił. I był ze mną przez ten cały czas! – zdał sobie sprawę z tego, że przez cały czas nie dostrzegał Jego obecności w swoim życiu. Dopiero teraz zrozumiał, jak głupio chciał postąpić, popełniając samobójstwo. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy postanowił się wycofać, jego ręka ześlizgnęła się z poręczy, a on sam stracił równowagę. Wpadł do wody. Ludzie natychmiast podbiegli do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stał Sebastian. Szukali go wzrokiem, lecz na marne. Żaden z nich nie zauważył jakichkolwiek śladów. Powierzchnia wody się uspokoiła. Utonął.
--------
Dokładnie dzisiaj mija trzecia rocznica powstania bloga (przeniesionego w maju na blogspot), mojego debiutu w pisaniu opowiadań. Dziękuję wam, czytelnikom, że wciąż jesteście ze mną i czytanie te moje "dzieła". Trzy lata to już sporo czasu, na początku nawet nie myślałem o roku, a tu proszę, już 3 lata. Jak ten czas leci... Przez te trzy lata napisałem 46 opowiadań (w tym 6 tzw. "długich"), które łącznie dają 654 części.  Zostawiliście po sobie 4234 komentarzy, zaś 74418 razy odwiedzaliście mój blog w serwisie blogspot, co w połączeniu z ok. 150000 wizyt na poprzednim blogu na onecie, daje ponad 220000 odwiedzin. Mam nadzieję, że będę mógł napisać jeszcze wiele świetnych opowiadań, których czytanie będzie dla was czystą przyjemnością.

niedziela, 10 lutego 2013

VI. Scen nr 25

          Mężczyzna wrócił do domu lekko podenerwowany. Nie umknęło to uwadze Joasi. No tak, zapomniał że siostra jest całkiem spostrzegawcza. Nie było sensu uciekać przed rozmową, teraz na pewno dziewczyna nie da mu spokoju, chcąc się dowiedzieć jak najwięcej informacji i pocieszyć brata, poprawić mu humor.
- Stało się coś? - zapytała, wychylając głowę z kuchni. Mężczyzna nawet nie podniósł wzroku, aby spojrzeć w jej stronę.
- Nic – rzucił wrogo, choć zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy do spławienia siostry. Najlepszym rozwiązaniem wydało mu się wymyślenie na szybko jakiejś bajeczki, w którą mogłaby uwierzyć blondynka. Coś, co zabrzmi wiarygodnie...
- Przecież widzę – podeszła do niego z kubkiem w ręku – Masz, napij się.
- Co to?
- Kakao. Jakoś nie mogłam sobie odmówić, to od razu zrobiłam dla nas dwojga – na jego twarzy natychmiast zagościł uśmiech. Taka siostra to skarb. Miła, troskliwa, wyrozumiała, pomocna... Mógł w nieskończoność wyliczać jej zalety. A wady? Wady ma każdy i trzeba je, po prostu, zaakceptować.
- Dzięki – podążył za nią do kuchni. Zasiadł przy stole, obserwując dookoła kubek, jakby miał na nim wypisane tłumaczenie dla siostry. Dopiero teraz dotarło do niego, że to będzie zwyczajne kłamstwo. Ona wychodzi mu naprzeciw z otwartymi ramionami, a on jej coś takiego... Źle się z tym czuł. Ale co mógł zrobić? Nie mógł powiedzieć siostrze o swoich problemach, nie pozwoliłaby mu zostać z tym samemu. Przez niego znalazłaby się w niebezpieczeństwie. To była sprawa, którą musi załatwić sam i to jak najszybciej. Ktokolwiek dowie się o jego problemach, sam może przez to znaleźć się w tarapatach.
- To co się stało? - spytała łagodnym tonem dziewczyna, znudzona oczekiwaniem na odzew Wojtka. Miała nadzieję, iż mężczyzna sam jej powie, co takiego się wydarzyło, lecz nic takiego nie nastąpiło. Musiała więc sama to z niego wyciągnąć. Choć wolałaby tego nie robić, to jednak nie mogła patrzeć jak brat dusi to w sobie i się męczy.
- Nic takiego. Głupota – machnął lekceważąco ręką, popijając kakao
- Ale powiedz mi co to jest?
- Jeju, Aśka... - skrzywił się z nadzieją, że dziewczyna odpuści. Nie chciał jej okłamywać, lecz ona sama zmierzała do tego, by musiał to zrobić. Z trudem przełknął ślinę, kiedy usłyszał kolejną prośbę blondynki.
- No przecież cię nie ugryzę. Skoro to nic, jak sam powiedziałeś, to chyba nie musisz robić z tego tajemnicy, co?
- Zawsze musisz wszystko wiedzieć? - uśmiechnął się zrezygnowany
- No ba. Jestem twoją siostrą, już dawno powinieneś zorientować się, że jestem wścibska.
- No cóż... Głupia sprawa, bo... Zgubiłem telefon – wyznał, opuszczając wzrok. Nie potrafił spojrzeć jej teraz w oczy. Nie po tym jak ją okłamał, nie tak od razu. Czuł jakby jego serce przygniótł ciężki kamień. Joasia na chwilę wyszła z kuchni, by po chwili wrócić tam z kilkoma banknotami w ręce.
- Masz, kupisz sobie nowy – niemal wcisnęła mu w dłoń pieniądze – No co? Mam trochę oszczędności z tego, co dawał mi ojciec. Nie przejmuj się, nie braknie mi do pierwszej wypłaty.
- Ale ja nie mogę. Strasznie mi głupio brać od ciebie kasę...
- Potraktuj to jako pożyczkę. Oddasz, kiedy będziesz miał – powiedziała tak, ponieważ tylko tak mogła nakłonić go do przyjęcia pieniędzy. W rzeczywistości nie oczekiwała żadnego zwrotu. Ani w całości, ani w ratach. A jeśli tylko spróbuje oddać po jakimś czasie, na pewno nie weźmie od niego ani złotówki. W końcu są rodziną, muszą sobie pomagać.
- No dobrze, ja idę spać. Jutro rano do pracy, a już trochę późno... Dobranoc
- Dobranoc – odpowiedział jej, wciąż z niedowierzaniem wpatrując się w pięć zielonych banknotów, które wręczyła mu siostra. Niemal natychmiast zniknęła za drzwiami sypialni, zostawiając go samego zanim się rozmyśli.

          Trzy dni później, Kraków. Sebastian cierpliwie wysłuchał relacji Maćka, wciąż korzystającego z uroków urlopu i górskich stoków. Przez cały czas nie mógł się nachwalić jak to jego żona świetnie radzi sobie na nartach, że jego córki duszę narciarza odziedziczyły raczej po mamie, przyznając przy tym, że trochę mu głupio, iż zaliczył więcej upadków niż one we trzy razem wzięte. Na szczęście skończyły się one tylko na drobnych potłuczeniach i siniakach. Gdyby tylko pozwolił sobie na złamanie którejkolwiek kończyny, stary z wściekłości połamałby mu drugą. Nawet sam komisarz nie brał od uwagę możliwości, że jego urlop mógłby się przedłużyć z dwóch do ośmiu tygodni albo i więcej.
Po rozmowie z przyjacielem postanowił sprawdzić co u jego przyjaciółki. Odkąd wyszła ze szpitala, nie odwiedził jej ani razu. Musiał nadrobić zaległości na komendzie, więc nawet gdyby znalazł chwilę czasu, byłby zbyt zmęczony, by wybierać się w gości. W końcu udało się dokonać tego dziś, po luźniejszym dniu w pracy. Do domu wpadł tylko wziąć szybki prysznic, przebrać się, porozmawiał jeszcze z Maćkiem i już był w drodze do mieszkania Tomka, gdzie zatrzymała się Sylwia. Asystent miał niebawem wrócić do pracy, a skoro nie poprosił o przedłużenie wolnego, to mogło tylko świadczyć o poprawie stanu psychicznego dziewczyny na tyle, by mogła zostać sama na dłuższy czas.
Kiedy wchodził do mieszkania, widział niepokój na twarzy Tomka. Wiedział już, że coś musiało się stać. Coś, co wybiło dziewczynę z równowagi i zakłóciło proces powrotu do normalnego życia. Obawiał się najgorszego: po kilku dniach milczenia Kamil przypomniał sobie o żonie.
Usiadł na łóżku obok Sylwii i pogłaskał ją po włosach. Odwróciła głowę w jego stronę, spojrzała smutno w jego oczy i niewiele myśląc zarzuciła mu ręce na szyję, przytulając się do niego.
- Dobrze, że jesteś – wyszeptała, przymykając oczy – Kiedyś nawet myślałam, że fajna byłaby z nas para, wiesz? Ale teraz wiem, że dobrze się stało. Oboje byśmy czuli się skrzywdzeni przez siebie, zamiast się przyjaźnić to wiecznie byśmy warczeli na siebie, a ja nie marzyłabym o niczym innym, tylko o tym, żeby w końcu cię znienawidzić. Tak jak teraz pragnę znienawidzić jego.
- Co się stało? - zapytał, delikatnie odsuwając się od niej. Nie płakała. Powiedziała cicho, że Kamil do niej zadzwonił. A więc potwierdziły się jego przypuszczenia.
- Czego chciał? - zmarszczył czoło, zacisnąwszy dłoń w pięść. Rozpoznała w nim bojowe nastawienie. Wcale mu się nie dziwiła. Sama najchętniej zmiażdżyłaby mu obcasem przyrodzenie, gdyby nie to, że nadal nie potrafiła przestać go kochać. Jakby tego było mało, nie wiedziała jak wyrzucić z pamięci te wszystkie chwile, kiedy była z nim szczęśliwa. To wszystko sprawiało, że wciąż miała do niego słabość.
- Poprosił o spotkanie.
- Poprosił?! Naprawdę czy sama z siebie to tak nazwałaś? On i prośba! No proszę, proszę, w życiu bym się nie spodziewał! - nie mógł powstrzymać się od ironicznych komentarzy – Ostatnio wciąż ci rozkazywał, a teraz nagle poprosił?!
- Tak. Widocznie musi mu bardzo zależeć.
- Albo po prostu wie, że jak kolejny raz wyda rozkaz, to tym razem nie przyjdziesz. Ej, ale ty chyba nie zamierzasz się zgodzić? - skinęła lekko głową – Sylwia, ja cię nie rozumiem!
- Nie musisz. Wystarczy że pójdziesz tam ze mną.
- A on nie może? - wskazał głową na drzwi, mając na myśli Tomka. Dziewczyna zrozumiała o kim mówi przyjaciel.
- Nawet go nie prosiłam. Lepiej będzie, jeśli Kamil nigdy mnie z nim nie zobaczy – Sebastian spojrzał podejrzliwie na Sylwię. Czyżby przez te dni coś się wydarzyło między nimi? Kobieta domyśliła się, co ma oznaczać to spojrzenie.
- Lepiej dla niego – dodała, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Komisarz jęknął cicho, lekko zawiedziony. Wciąż trwał w swojej opinii, że to tylko kwestia czasu, kiedy tych dwoje połączy coś więcej niż przyjaźń. Maciek tonował jego optymizm, zaznaczał, aby nie doszukiwał się czegoś, czego nie ma, lecz on i tak wierzył w swoją wersję.
- No dobrze... ale powiedz mi jedną rzecz. Dlaczego się zgodziłaś?
- Bo wciąż go kocham – odpowiedziała, wpatrując się w niewidoczny punkt gdzieś przed sobą.

sobota, 9 lutego 2013

VI. Scen nr 24


- W porządku – powiedziała obojętnym tonem, nie wierząc w nagłą przemianę Ani. Na pewno miała w tym jakiś interes. Pewnie zamierzała teraz udawać miłą i życzliwą koleżankę, a kiedy wykorzysta ją do osiągnięcia swojego celu, wróci do poprzedniego zachowania. Co w tej sytuacji można zrobić? Jeśli naprawdę nie chciała pogarszać sytuacji, najlepszym wyjściem było przyjęcie przeprosin. I tak też zrobiła. Nie zastanawiała się nad tym, czy są one szczere, czy to tylko dobry pokaz ze strony ciemnowłosej, po prostu je przyjęła. Zdawała sobie sprawę, że musi być ostrożna. Nie zamierzała tanio sprzedawać skóry.
- Naprawdę się nie gniewasz? - spytała z nadzieją w głosie, która zabrzmiała dość prawdziwie. Zależało jej na szczerym pojednaniu, gdyż wszelkie sztuczki mogłyby zostać odkryte przez Joasię, a to utrudniłoby drogę do jej brata. Nie zamierzała zrywać „pokoju” w przyszłości. Jeśli blondynka pomoże jej w zainteresowaniu swoją osobą Wojtka, z pewnością staną się dobrymi koleżankami. A może nawet kiedyś będą rodziną?
- Ach, gdybym miała takiego męża... - rozmarzyła się Ania, zapominając że rozmowa z Asią wciąż trwa. Na szczęście szybko zeszła na ziemię, karcąc się w myślach za bujanie w obłokach zamiast koncentrowaniu się na ważnych sprawach.
- Po prostu zapomnijmy o tym co było i zacznijmy od nowa. Aśka – wyciągnęła do niej rękę
- Ania – szczery uśmiech gościł na jej twarzy, kiedy podawała jej dłoń – Bo wiesz, strasznie mi głupio, że tak cały czas na ciebie naskakiwałam bez powodu...
- Już, wystarczy, wyluzuj – uspokoiła koleżankę – Puszczam to w niepamięć
- To może ja kawy zrobię? - znalazła pretekst, aby móc dać upust swej radości na osobności. Joasia kiwnęła twierdząco głową. Nie odezwała się ani słowem na temat zawartości kubka, która zniknęła w czasie jej nieobecności w biurze. Nie trudno było domyślić się, że stoi za tym Anka, ale skoro zaczęły wszystko od nowa, to pozostało przemilczeć sprawę.
- Uważaj, będę cię uważnie obserwować – dopowiedziała w myślach, kiedy kobieta zniknęła jej z pola widzenia. Westchnęła cicho, zasiadając przy biurku. Raporty same się nie wypełnią, a stary z pewnością nie będzie zachwycony, gdy nie zobaczy wyników kilkugodzinnej pracy w biurze.

          Kolejne godziny minęły Sylwii szybciej niż cały dotychczasowy pobyt w szpitalu. Rozważała słowa Sebastiana, który przedstawił jej obraz przyszłości, zapewnił że jest wystarczająco silna, by podołać wyzwaniu i może w końcu przeciwstawić się mężowi. Choć trudno było jej w to uwierzyć, to jednak wizja sprawy rozwodowej wyglądała kusząco. I tak już toczyła wojnę o przetrwanie, a jej przeciwnikiem był własny mąż. Żmija wyhodowana na własnej piersi, otoczona miłością i czułością przez te wszystkie lata ich małżeństwa... I tyle to dla niego znaczy. Tak nie wiele, że nie ma żadnych zahamowań by krzywdzić żonę, której wiele razy mówił o swojej miłości, o tym, jak bardzo jest dla niego ważna. Kłamał. Nie wierzyła, że cokolwiek dla niego znaczyła. Nie było tak ani przez chwilę. W przeciwnym razie powstrzymałby się, choćby ze względu na przeszłość czy szacunek do tej osoby, która się dla niego liczyła.
Skoro już walczy o przetrwanie i jak na razie, z pomocą przyjaciół, skutecznie, to dlaczego nie pójść krok dalej i nie zawalczyć o wolność? Ale rozwód to jeszcze nie wszystko. Przecież mieli dziecko. Kobieta nie była zadowolona z tego faktu. Nie, nie z tego że zostanie matką, lecz z tego, że ojcem tej małej, niewinnej, nienarodzonej jeszcze istoty był właśnie Kamil. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby kiedyś ten jej syn czy córka, znienawidził bądź znienawidziła ją za to, że ma takiego ojca. To ona była temu winna. Gdyby nie popełniła tego błędu, gdyby nie wiązała się z tym mężczyzną... Ale kiedyś go kochała i chyba wciąż nie potrafiła znaleźć sposobu na to uczucie. Za to pojawił się Tomek, który także nie był jej obojętny. Lecz czy to była miłość? Czy można kochać dwóch mężczyzn naraz? Nie wiedziała już czego chce. Żeby tylko ten Kamil był taki jak dawniej... nie potrafiłaby mu odmówić. Odpychał ją tylko swoją agresją wobec niej, zraził do siebie dziewczynę. Jest z nim związana na zawsze, nie będzie mogła zabronić mu kontaktów z własnym dzieckiem. Choć równie dobrze mógłby stwierdzić, iż dziecko to problem Sylwii i tylko jej, zrzekając się praw rodzicielskich. To chyba byłoby najlepsze rozwiązanie dla niej i dla dziecka, pomimo tego że pozbawienie go praw, nawet gdyby chciał je zachować, nie byłoby takie trudne. Mężczyzna był nieobliczalny i w każdej chwili mógłby wyrządzić krzywdę swojej żonie lub dziecku.
Rozmyślania przerwał jej dźwięk otwierających się drzwi. Wsparła się na łokciach, podnosząc głowę, z nadzieją że zobaczy Tomka. Ku swojemu niezadowoleniu, jej oczom ukazał się biały fartuch lekarza. Westchnęła smutno, opadając na poduszkę.
- No tak, spodziewałem się, że pani nie będzie zachwycona na mój widok. Ale spokojnie, nie mam tym razem żadnych niespodzianek – skomentował, widząc twarz wzburzonej pacjentki. Nawet nie miała zamiaru spojrzeć na niego. W swojej pracy spotykał się już z różnymi zachowaniami, dlatego nie wyglądał na zaskoczonego.
- Proszę się streszczać. Chciałabym zostać sama – zakomunikowała niezbyt uprzejmym tonem.
- Więc tak, konkrety: to jest pani wypis – mówił, kładąc kawałek papieru na szafce – Jeszcze dziś może pani opuścić szpital. Doszedłem do wniosku, iż szybciej dojdzie pani do siebie w domu niż tutaj. Z pani ciałem jest wszystko w porządku, nie ma sensu tutaj dłużej pani trzymać. Życzę zdrowia – ukłonił się grzecznie, po czym opuścił salę. Przechyliła głowę w stronę szafki, na której został wypis. Cóż, czas się pakować. Ale dokąd ma iść? Do Kamila, żeby wrócić tu za kilka dni z połamaną ręką bądź nogą, powybijanymi palcami lub innymi obrażeniami? Żeby znów przeżywać to samo, od czego próbowała uciec przez odebranie sobie życia? Usiadła na skraju łóżka, martwiąc się tym, co teraz będzie. Czy przyjaciele będą w stanie jej pomóc? Czy znów zacznie jej zależeć na życiu? Czy jeszcze kiedyś będzie mogła zaznać szczęścia? A co z Kamilem? Czyżby dał sobie wreszcie spokój? Ani razu nie odwiedził jej w szpitalu. Sebastian powiedział tylko tyle, że dzwonił aby się dowiedzieć co się stało, kiedy zastał w domu zakrwawioną wannę i ręczniki. Od tamtej pory ani śladu po nim. Nie dał żadnego znaku życia. Nie próbował się z nią kontaktować, nie próbował do niej dotrzeć. Sebastian i Tomek także nie mieli informacji od niego. Nie wiedziała co o tym myśleć. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Wtedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Przymknęła oczy, rozkoszując się tą chwilą. Sam dotyk wystarczył, aby mogła rozpoznać tę osobę. Czy to nie jest niezwykłe? To na pewno nie jest zwykła znajomość, to musi być coś więcej.

          Wojtek szedł wieczorem parkowymi alejkami, chcąc spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Idąc tak mijał rozmaite grupki osób, od trzy – czteroosobowych po liczące kilkanaście osób. W większości byli to nastolatkowie w różnym wieku: najmłodsi po czternaście lat aż do najstarszych grup składających się z maturzystów. Nie trudno było zauważyć, że spotkanie urozmaicili sobie paleniem tytoniu oraz spożywaniem alkoholu. Może i zachowywali się trochę zbyt głośno, jednak nie zaczepiali nikogo, dopóki nikt nie miał do nich pretensji.
W pewnej chwili zadzwonił jego telefon. Wyciągnął go z kieszeni i wcisnął zieloną słuchawkę, nie spoglądając nawet przez chwilę na wyświetlacz.
- Halo?
- Dobry wieczór – odpowiedział mu głos z rosyjskim akcentem. Zamarł. Że też musiał tak bardzo pospieszyć się z odbieraniem tego cholernego połączenia. Zaklął w myślach.
- A witam, witam – starał się zapanować nad głosem, aby brzmiał on jak najbardziej naturalnie. Nie łatwo było jednak ukryć strach. Musiał teraz zręcznie i mądrze przeprowadzić rozmowę, aby szybko ją zakończyć. Obawiał się, że może zostać namierzony.
- Jak tam nasze sprawy?
- Wszystko pod kontrolą, tak jak się umawialiśmy – zapewnił, powstrzymując się od dodania wymyślonych usprawiedliwień. Mogłyby one wzbudzić podejrzenia.
- No ja myślę. Wierzę, że mnie nie zawiedziesz. Do zobaczenia pojutrze – rozmówca rozłączył się. Wojtek odetchnął z ulgą. Nie szukali go. Przynajmniej na razie. Wiedział jednak, że wkrótce rozpoczną. A jeśli poznają miejsce jego pobytu, nie tylko on znajdzie się w niebezpieczeństwie, ale także Joasia. Drżącymi palcami wyciągnął kartę z telefonu, połamał ją i wyrzucił do najbliższego kosza na śmieci.
- Teraz sobie szukajcie – uśmiechnął się pod nosem z przekonaniem, że teraz już nic mu nie grozi. Może spokojnie zostać na dłużej u siostry, nie ściągając na nią problemów.

piątek, 8 lutego 2013

VI. Scen nr 23


- Sebastian, co ja mam robić? - zapytał załamany mężczyzna. Komisarz podrapał się po brodzie, zastanawiając się nad odpowiedzią. Sam nie bardzo wiedział, co poradzić koledze. Wiedział, że mu na niej zależy. Ale ona przecież miała męża, a jak by tego było mało, to miała z nim dziecko!
- Bądź przy niej. Po prostu. Niech czuje, że może w każdej chwili na ciebie liczyć – położył dłoń na jego ramieniu w geście wsparcia. Tomek pokiwał głową, opuszczając wzrok. Przecież nie tak łatwo oswoić się z myślą, że dziewczyna z którą chce być, jest już na zawsze związana z innym. Nawet gdyby dała mu szansę, nie mógłby zapobiec ich spotkaniom. Choć sama Sylwia raczej nie chciałaby się z nim widywać, to jednak ze względu na dziecko musiałaby na to przystać.
Sebastian wszedł do środka i przysiadł na skraju łóżka. Dziewczyna stała przy oknie, opierając się o parapet. Spoglądała gdzieś w dal, co jakiś czas zerkając na bandaże na rękach powyżej nadgarstków. Pewnie zostaną ślady. Blizny już zawsze będą przypominać jej o próbie samobójczej, a co gorsze, o jej przyczynach. To nie ona zadała sobie ten ból. To Kamil rozciął jej żyły. Nie bezpośrednio, lecz właśnie on doprowadził ją do takiego stanu. Choć nie odwróciła się ani razu, czuła że to Sebastian jest obecny w sali. Pozostali komisarze nie mogli przychodzić w godzinach pracy, gdyż stary był już wystarczająco niezadowolony z braków na komendzie. Maciek i Tomek wzięli wolne, Sylwia na zwolnieniu, zaś Sebastian pojawiał się tylko sporadycznie, a nawet jeśli już był, to niewiele potrafił zdziałać. Tomek także nie był osobą obecną w sali, rozpoznałaby go po krokach. Więc musiał być to Sebastian. Kiedy usłyszała głos mężczyzny, wiedziała że tym razem się nie pomyliła.
- Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć? Kilka minut temu dowiedziałam się, że już na zawsze będę miała coś wspólnego z mężczyzną, od którego chciałam się całkowicie odciąć. Biedne dziecko. Nie dość że ma ojca skurwiela, to jeszcze będzie miało taką matkę...
- Przestań. Będziesz dobrą matką, na pewno. Pomożemy ci, ja, Tomek, Asia, pozostali... Masz przyjaciół, masz nas – odwróciła się w jego stronę i zaśmiała się kpiąco – Tego nie kupisz za pieniądze, nie dostaniesz ot tak, bo chcesz. Na to trzeba sobie zasłużyć.
- Skończ pieprzyć i zacznij gadać do rzeczy. Jak to sobie wyobrażasz, co? Będzie robić za etatowych tatusiów? Ty osiem godzin, on osiem i wszyscy zadowoleni?
- Chodź, siadaj – zachęcił ją, wskazując miejsce obok siebie – No dalej, na co czekasz? Pogadamy.

          Tymczasem w biurze komisarzy panowała napięta atmosfera. Rafał i jego partnerka pojechali w teren, gdyż dostali wezwanie, co oznaczało że w pomieszczeniu zostają tylko Anka i Asia. To nie wróżyło nic dobrego, biorąc pod uwagę stosunek partnerki Maćka do młodej policjantki, która pracowała tutaj od niedawna. Większość twierdziła, że po prostu jest ona zazdrosna o kwalifikacje blondynki, jej inteligencję, charakter, umiejętności, o wygląd, a najprościej mówiąc o całokształt. Plotki na jej temat przestawały być atrakcyjne, wydział przestawał żyć każdym najdrobniejszym doniesieniem o nowej koleżance. Mimo to nastawienie Anki do niej się nie poprawiło, a może nawet wręcz przeciwnie. Po wyjściu Rafała i Ani, nie trzeba było długo czekać, aż dojdzie do kłótni. Na szczęście nie trwała ona długo, gdyż Joasia nie miała ani nastroju, ani zamiaru prowadzenia wojny i wyszła do kuchni po kawę. O ile ona myślała jak załagodzić konflikt, któremu wcale nie była winna, to jej rywalka zastanawiała się jak może jeszcze nawrzucać dziewczynie, by jeszcze jej dołożyć. Aż w końcu wpadła na coś genialnego, coś, co całkowicie podetnie jej skrzydła.
- Umiesz robić coś jeszcze oprócz parzenia kawy? - zapytała z ironicznym uśmiechem, kiedy Joasia wróciła do biura z kubkiem gorącego, czarnego napoju. Postawiła go na biurku, wróciła na swoje miejsce i spojrzała z politowaniem na przeciwniczkę. Choć nie dążyła do pogłębienia konfliktu, miała już dość nieprzyjemnych komentarzy z jej strony. Nie mogła się powstrzymać, aby choć jeden raz się jej odgryźć. Właśnie teraz, ten moment.
- Potrafię ignorować wredne, zakompleksione, szczekające zbyt głośno suki.
- Licz się ze słowami – zdenerwowana Anka aż wstała z fotela, grożąc jej palcem
- Taka jest prawda. Załóż kaganiec na pysk albo licz się z tym, że coraz więcej osób zacznie tak o tobie myśleć – nie czekając na odpowiedź, wróciła do pracy. Ania miała ochotę zrobić jej krzywdę. Oczami wyobraźni widziała już jak wymierza dziewczynie siarczysty policzek, jak spada ona z fotela i dotyka krew wypływającą z rozciętej skóry. Ach, to byłby piękny widok. Zrobiła już pierwszy krok, lecz opamiętała się, wiedząc że może atakować ją tylko słowami. W ten sposób także mogła wyrządzić jej krzywdę. Zapomniała, że słowa mogą ranić tak jak nóż...
- Tak się zastanawiam, jakim cudem zaraz po szkoleniu przyszłaś do nas. Zamiast gnić w jakiejś zabitej dechami wsi jako krawężnik, ty od razu idziesz na komisarza w Krakowie. Musisz mieć naprawdę dużo talentów... Pewnie prezentowałaś je w łóżku, co? - uśmiechnęła się szyderczo, patrząc na czerwieniejącą twarz dziewczyny. Blondynka zacisnęła zęby, utrzymując kontakt wzrokowy. Jej oczy się zaszkliły. Chciała pokazać rywalce, że jest silna, że takie słowa, choć krzywdzące, to jednak nie robią na niej większego wrażenia. Walczyła nie tylko z nią, ale teraz także z samą sobą, ze łzami. Trzech na jednego? Czy to fair? Nie miała szans, żeby wygrać ten nierówny pojedynek. Kiedy tylko poczuła, że łzy napływają jej do oczu, natychmiast odwróciła się na pięcie i wybiegła z biura. Nie chciała dać rywalce satysfakcji z takiego widoku. Nie chciała nikomu okazywać swej słabości.
- Znaj swoje miejsce w hierarchii – uśmiechnęła się pod nosem, patrząc jeszcze przez chwilę na miejsce, w którym stała Joasia. Zadowolona z wyniku potyczki, wzięła kubek z jej biurka i upiła spory łyk kawy.

- Dzień dobry – usłyszała męski głos kilka minut później. Niechętnie podniosła głowę znad papierów, lecz warto było dla takiego widoku. Nie mogła oderwać wzroku od przystojnego, wysokiego, szczupłego blondyna, stojącego w drzwiach. Mężczyzna podszedł bliżej, ku uciesze kobiety. Teraz mogła mu się dokładniej przyjrzeć. Blada, uśmiechnięta twarz, długa grzywka, zakrywająca całe czoło, szerokie barki i wspaniała sylwetka. Idealny. Marzenie każdej kobiety. No może przesadziła, stwierdzając że każda chciałaby go mieć, jednak ona zaliczała się do tych, które go pragnęły. Już od pierwszej chwili, kiedy go ujrzała, wiedziała że chce go bliżej poznać. Wpatrywała się w niego z lekko rozchylonymi ustami, zachwycona jego widokiem. Uśmiechnął się lekko do niej, co wywołało w niej niemal euforię.
- Szukam sierżant Joanny Borowieckiej.
- Wyszła kilka minut temu, nie wiem kiedy wróci – skłamała, dobrze wiedząc że Joasia skrywa się w toalecie i jeszcze popłakuje bądź stara się zatuszować ślady po łzach. Czego mógł chcieć od niej? Co mają ze sobą wspólnego? Nie potrafiła sobie wyobrazić, że taki facet i ona mogliby być parą! Był zdecydowanie zbyt przystojny, aby zadowalać się drobną blondynką, która myśli że jest na tyle dobra, by zawojować świat i zjednać sobie liczne grono przyjaciół. Choć na komendzie życzliwych nie brakowało – jedynie Anka zawsze miała jakiś problem. Tylko dlatego, że była miła i uprzejma, uznała ją za egoistkę, która wszystko robi pod publikę. Nie zamierzała nawet choć trochę jej poznać, żeby się przekonać, czy jej wyobrażenie jest słuszne. Przybysz milczał, ona także. Chciała zapytać go w jakiej sprawie szuka Aśki i już otwierała usta, kiedy dziewczyna pojawiła się w biurze.
- Wojtek? Ty tutaj? - uniosła brwi ze zdumienia na widok brata. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w policzek. Anka gwałtownie odwróciła się w drugą stronę, aby nie patrzeć na dalszą część czułego powitania. Zazdrość zżerała ją niczym wygłodniały pies kawałek mięsa.
- Zapomniałaś drugiego śniadania, no to pomyślałem że przywiozę, żebyś nie musiała głodna tutaj siedzieć.
- Kochany jesteś... - lekko przechyliła głowę, cały czas się uśmiechając. Przytuliła się do niego w ramach podziękowania.
- Zaraz zwymiotuję od tych czułości – pomyślała Anka. Chciała już opuścić biuro, lecz coś ją podkusiło, aby wytrzymać do samego końca. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że warto.
- No dobra, ja lecę. Do zobaczenia w domu, siostra – pomachał do niej w drzwiach
- Pa braciszku.
- Braciszku? - powtórzyła w myślach – Cholera, jaka ja jestem głupia! Wszystko muszę sprowadzać do jednego! Dobra, nieważne. Ja muszę go mieć! Przyjaźń z jego siostrą na pewno pomogłaby mi zbliżyć się do niego... Ale ja mam się z nią zaprzyjaźnić?! Chociaż... dla wyższych celów warto. A może nie jest taka zła, skoro ma tak zajebistego brata.
Wiedziała od czego zacząć. Podeszła do biurka blondynki, przełknęła ślinę, chrząknęła znacząco, aby zwrócić na siebie jej uwagę. Dziewczyna niechętnie podniosła wzrok.
- Asiu... - zaczęła drżącym głosem. Jej imię nie chciało przejść przez gardło, ale jednak się udało. - Jestem ci winna przeprosiny. Za wszystko, za całokształt. Źle cię traktowałam, nie wiem co ja sobie wyobrażałam, chyba coś w stylu że jestem jakąś pieprzoną królową. No tak czy inaczej, mogłam darować sobie te wszystkie złośliwości i komentarze, a szczególnie ten ostatni. Przepraszam, nie chciałam cię urazić. To naprawdę było nie na miejscu, zdałam sobie sprawę. Wybacz.