W piątej grupie jego czas poprawiło tylko dwóch kierowców, a w ostatniej tylko jeden. Oznaczało to, że zakwalifikował się do drugiego wyścigu, tego w którym startowała ta lepsza dwunastka. Miał do niego wystartować z ósmego pola, ponieważ ósme miejsce zajął w łącznej tabeli wyników.
- Nie no, gratulacje – Rafał przybił mu piątkę, choć najważniejsza część zmagań była dopiero przed nim
- Ładnie, ładnie – wtórowała koledze Joasia, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Sama nie wiedziała czy to dobry wynik, czy średni, ale skoro Maciek był z niego zadowolony, to oznaczało że o lepszy nie byłoby łatwo.
- Dobra, dobra, w seriach wyścigowych punkty się dostaje przede wszystkim za wyścig – zaznaczył brunet – Kwalifikacje to nawet nie połowa sukcesu. Bardzo łatwo to roztrwonić na długim dystansie, ale potem ciężko nadrobić. Ale równie dobrze ktoś może zyskiwać podczas wyścigu.
- A tobie jak lepiej idzie? Wyścig czy kwalifikacje?
- Kiedyś zdecydowanie byłem kierowcą na jedno szybkie kółko, ale kiedy nauczyłem się tej właściwej koncentracji, odpowiedniego zarządzania maszyną na dystansie, to gdzieś mi trochę tej szybkości ubyło.
- No tak, ale żaden będzie pożytek z szybkości, jeśli kierowca będzie się rozbijał.
- Otóż to – Maciek uśmiechnął się, kiedy usłyszał uwagę Rafała.
Kwestii ustawień samochodu postanowił im nie przybliżać, choć w gokarcie i tak wiele nie było do ustawiania. Uznał to za zbyt skomplikowane, by tak pokrótce wytłumaczyć im o co w tym wszystkim chodzi. Po prostu powiedział że w wyścigu będzie czuł się pewniej niż podczas kwalifikacji.
W pierwszym wyścigu nie brakowało emocji, ku uciesze zgromadzonych na hali. Walka o zwycięstwo trwała niemal od startu do samego końca, a kierowcy na niższych pozycjach także nie odpuszczali rywalom. Drugi wyścig zapowiadał się jeszcze lepiej, choćby dlatego że startowali w nim kierowcy, którzy w kwalifikacjach byli szybsi.
Maciek uważnie przyjrzał się najbliższym rywalom. Trzymali już ręce na kierownicy, gotowi do startu. Serce zabiło mu mocniej, jak zawsze w takim momencie. Nie często miał okazję brać udział w wyścigu, jeśli już z kimś się ścigał, był to tylko jeden rywal. Tutaj było ich aż jedenastu.
Wszystkie dwanaście par oczu zza wizjerów kasków wpatrzonych było w jeden punkt. Czerwone światło, które zdawało się świecić coraz mocniej, choć w rzeczywistości cały czas było takie samo. W końcu zgasło, a w pobliżu rozbrzmiał ryk silników. Strzewiński startu nie mógł zaliczyć do udanych. Przez problemy ze sprzęgłem ruszył trochę wolniej i spadł na 9. miejsce. Był jednak bardzo blisko kierowcy przed nim, dzieliły ich centymetry. Lepsze wyjście na prostą pozwoliło mu na atak. Jechali do następnego zakrętu bok w bok, Maciek zahamował trochę później, ale zdołał zmieścić się w zakręcie. Odrobił jedną z dwóch straconych pozycji.
O ile Rafał obserwował walkę czołówki, kilka nieudanych, a także udanych prób wyprzedzania, Joasia skupiała się tylko na gokarcie Maćka. Cieszyła się z każdej zyskanej pozycji, ale tylko na początku wyścigu miała ku temu okazję. Policjant awansował na szóste miejsce, ale o więcej było trudno. Strata do kierowców przed nim powoli rosła, zaś z tyłu jeden z rywali przymierzał się do ataku. W pewnym momencie znacząco opóźnił hamowanie, skręcił w bok, aby nie uderzyć w tył pojazdu przed nim, ale to i tak na niewiele się zdało. Gokarty zetknęły się kołami i oba pojechały na wprost, kończąc jazdę na barierze z opon.
Maciek bezradnie podniósł ręce ku górze, po czym odpiął pasy i wysiadł z pojazdu. Natychmiast przeskoczył przez opony i zaczekał na rywala, który chwilę później zrobił to samo. Obaj zdjęli swoje kaski i spojrzeli sobie ze złością w oczy.
- Mogłeś mnie puścić, byłem szybszy – rzucił jadowicie tamten
- Puścić? - powtórzył z niedowierzaniem – Chłopie, to jest walka, jak nie umiesz wyprzedzić to się za to nie bierz.
Tamten jeszcze coś mruknął pod nosem, ale brunet już go nie słuchał. Pokręcił tylko głową i wrócił do swoich, czyli do Asi i Rafała. W międzyczasie wyścig został wstrzymany, aby zabrać gokarty po kolizji.
- Co za idiota – skomentował Korzyński całe zajście – Na co on liczył? Że magicznym sposobem jego hamulce w jedną sekundę wytracą całą prędkość?
- Dobra, mniejsza z tym – Maciek machnął ręką, choć widać było po nim smutek i niezadowolenie – Wiele i tak bym nie ugrał.
- Jasne, tylko tak mówisz. Zyskałeś trzy pozycje w trzy okrążenia, byłeś już na szóstym miejscu i niewykluczone że mógłbyś być wyżej.
- Gdybanie nie ma sensu. Fakty są takie, że nie ukończyłem wyścigu i tylko to się liczy. Takie są wyścigi.
Poszedł do toalety. Joasia i Rafał wymienili w tym czasie kilka zdań, ale żadne nie miało pomysłu jak pomóc koledze pogodzić się z porażką. Doszli do wniosku, że najlepszym lekarstwem na jego zepsuty humor będzie po prostu czas.
Ku ich zaskoczeniu, kiedy po wyścigu opuszczali tor kartingowy, zaprosił ich na piwo. Blondynka nie miała ochoty, więc postanowiła odwieźć ich do pubu i wrócić do domu.
- Czyli co? Jedno popołudnie poszalałeś i powrót do normalnego życia?
- No a co zrobisz? - westchnął brunet – Zarabiać na życie trzeba...
- No tak – pokiwał głową – Ale żeby chociaż było to życie z kim dzielić...
- Widzisz, ja po ostatnim mam trochę inne zdanie na ten temat.
- To znaczy?
- To znaczy, przypomniałem sobie co to takiego wolność. Nikt mi nic nie każe, nikt mi nie truje że coś robię nie tak, nie mam wobec nikogo żadnych zobowiązań...
- Fakt, są jakieś plusy – Rafał znów przyznał mu rację – Ale popatrz na to z drugiej strony. Wracasz po robocie do domu, nikt na ciebie nie czeka, jakoś tak pusto i cicho, jeszcze sam musisz to wszystko ogarnąć... Wiesz, zakupy, jedzenie, sprzątanie. Nie ma do kogo się odezwać...
Maciek zamilkł na chwilę. Upił spory łyk piwa ze swojego kufla, żeby trochę dogonić kolegę, który miał już mniej niż połowę początkowej zawartości.
- Aśka mi mówiła że spotkałeś jakąś znajomą na torze.
- Martę – rzucił krótko – No i co z tego?
- No jak to co? Macie takie same zainteresowania, to już coś.
- Zainteresowania? - parsknął śmiechem – Ona tam była tylko dlatego, że jej współlokatorka ją wyciągnęła, żeby nie siedziała sama w domu.
- No chyba że tak.
Panowie stuknęli się kuflami i znów wypili po solidnym łyku złocistego napoju.
- Ale... - dodał po chwili – Co z nią właściwie nie tak?
- Nie rozumiem.
- Nie umówisz się z nią? No chyba że już próbowałeś i nie wyszło.
- Nie no, z nią wszystko w porządku. Ładna jest, sympatyczna nawet, trochę gadatliwa, tylko to mi czasem przeszkadza. Niby taka inteligentna, ale czasem potrafi wyskoczyć z dupy z takim pytaniem, że ręce opadają.
- I tylko dlatego?
- Nie, ja po prostu mam dość – wyjaśnił niezbyt dokładnie – Mam dość pustych relacji z kobietami, nie chcę się z nimi spotykać tylko po to, żeby iść do łóżka. Przecież równie dobrze można iść do burdelu, co nie? A zakochać się... jakoś nie potrafię.
- Może ty nie masz szczęścia do kobiet, jak ja.
- Jeszcze zachowałem się dzisiaj jak idiota wobec tej Marty – kontynuował jakby wcale nie słyszał uwagi Rafała – Powiedziałem jej wprost, sory, nie chce mi się gadać, spadaj mała bo mnie wkurwiasz.
Korzyński wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
- Naprawdę tak do niej powiedziałeś?
- Nie dosłownie, ale tak to mogła odebrać.
- To dowaliłeś. Ale może jeszcze da się to odkręcić...
- Niby jak? - prychnął – Powiem że kłamałem, bo co? Bo może chciałem żeby poświęciła ten czas kumpeli zamiast mnie? Idiotyczna wymówka, nie sądzisz?
- Od sądzenia jest sąd – wypalił dla rozluźnienia atmosfery. Przynajmniej na chwilę na ich twarzach zagościły uśmiechy.
- A na poważnie, co byś radził?
- Moich doświadczeń z małżeństwa raczej nie polecam, bo happy endu to tam nie było. Napisz jutro do niej, wymyśl jakiś ból głowy czy ból dupy, że na wszystkich dookoła plułeś jadem i chodziłeś poirytowany, po prostu gorszy dzień. Przeproś ją, zaproś na jakiś spacer i kawę, może się nie będzie gniewać.
- Najlepiej od razu nagram filmik jak się biczuję – powiedział to takim tonem, że Rafał nie miał pewności czy to był żart
- Oj tam, jak raz spróbujesz to nic się nie stanie.
- Oby to nie był ten jeden raz za dużo.
- A jest ci głupio, co?
Brunet zastanowił się przez chwilę.
- No jest – przyznał
- No to przynajmniej będzie ci trochę lżej na duszy.
„W sumie czemu nie?” - pomyślał. Faktycznie jest za co przeprosić. Ale zrobi to tylko jeden raz, nie będzie się płaszczył przed nią, byle wymusić od niej przebaczenie. Jak się zgodzi to okej, może nie będzie miała mu tego za złe...
- A jak nie to niech spada – zakończył swoje rozważania
wtorek, 30 września 2014
poniedziałek, 29 września 2014
VII. Scen nr 48
W sobotnie popołudnie, 21 czerwca, punktualnie o godzinie 15:00 rozpoczęły się zawody kartingowe. Na tor zjechało ponad 60 kierowców „amatorów” bądź „pół-amatorów” z Krakowa i okolic, by rywalizować między sobą o zwycięstwo, o każdą pozycję, o każdy centymetr toru. Wśród nich był także Maciek. Z każdym kierowcą przyjeżdżał ktoś bliski – przyjaciele czy rodzina, by dopingować swoich. Niektórzy nie mieli bladego pojęcia o wyścigach, dla nich było to tylko bezsensowne jeżdżenie w kółko. Ale przychodzili, by wspierać najbliższych, by pokazać im że są z nimi.
Maciek, choć nie miał rodziny, miał jednak dwoje „swoich” ludzi. Byli to Asia oraz Rafał, przyjaciele z komendy. Jako że byli samotni, nie mieli planów na weekend, postanowili że w ten sposób spędzą sobotnie popołudnie. Maciek nie miał za złe pozostałym, że woleli ten czas poświęcić rodzinie. Doskonale ich rozumiał, sam na ich miejscu postąpiłby tak samo. Tylko że on nie miał z kim dzielić wolnego czasu... Może właśnie dlatego całkowicie oddawał się swojej pasji, jaką były wyścigi?
Pierwszym punktem zawodów były kwalifikacje. Ponieważ 63 zawodników to zbyt dużo na tak krótki i wąski tor, podzielono ich na 6 grup – trzy po 11 osób oraz trzy po 10 kierowców każda. Składy rozlosowano. Maciek trafił do czwartej, która startowała punktualnie o 16:00. Przejazd jednej grupy trwał nieco ponad 10 minut. Sesja trwała dokładnie jedną szóstą godziny, ale jeśli ktoś rozpoczął mierzone okrążenie przed upływem regulaminowego czasu, mógł je dokończyć, dlatego też jeszcze przez jedną czy dwie minuty po wywieszeniu flagi w szachownicę na torze miał miejsce ruch. Potem kilka minut przerwy i ruszała kolejna grupa – dokładnie 20 minut po starcie poprzedniej.
Maciek w międzyczasie starał się zainteresować Joasię i Rafała tematem, a jednocześnie przyglądał się rywalom. Wszystkie czasy miały się znaleźć w jednej tabeli, a tylko najlepszych 24 kierowców premiowanych było startem w jednym z wyścigów. W pierwszym udział mieli wziąć kierowcy z miejsc 13 – 24, natomiast w drugim najlepsza dwunastka. Rywalizacje zostały zaplanowane kolejno na godzinę 17:30 oraz 18:15.
- Masz szansę wygrać? - zagaił w pewnym momencie Rafał
- Szczerze? Nie mam pojęcia
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Spojrzał na tabelę z czasami jeżdżącej w tej chwili drugiej grupy kwalifikacji. Czas lidera był nieznacznie gorszy od zwycięzcy pierwszej grupy, do którego Maciek miał niewielki zapas. Póki co, gdyby startował w jednej z tych grup, mógłby ją nawet wygrać. Ale nie mógł mieć pewności, że silniejsi rywale startowali właśnie tutaj. Wszystko będzie jasne, kiedy wszyscy kierowcy uzyskają już czasy okrążeń.
- Mam jednak pewną przewagę – dodał po chwili – Dobrze znam ten tor, przyjezdni nie trenowali tutaj tyle co ja.
- Są jakieś nagrody? - wtrąciła Joasia
- Owszem, dobra zabawa.
Dziewczyna uniosła brwi, licząc na to iż mężczyzna żartuje. Sześćdziesiąt trzy osoby zjechały się tutaj na jeden termin tylko po to by trochę pojeździć? Przecież to mogli robić niemal codziennie, kiedy tylko chcieli i kiedy tylko tor był otwarty.
- A na poważnie, na zwycięzcę czeka trzy tysiące złotych. Drugi dostaje dwa, trzeci tysiąc. Wiesz, to nie są jakiejś wysokiej rangi zawody, żeby sponsor znacząco się wykosztowywał.
W trzeciej grupie stało się to, czego Maciek się spodziewał. Pojawili się silniejsi rywale. Trzech kierowców poprawiło jego najlepszy czas, jaki udało mu się kiedykolwiek uzyskać na tym torze. To jednak wciąż dawało mu szansę na zajęcie miejsca w najlepszej dwunastce po wszystkich grupach.
Na kilkanaście minut musiał opuścić Joasię i Rafała, ponieważ przyszła jego kolej. Na pierwszym okrążeniu był trochę blokowany przez innego kierowcę, na drugim popełnił błąd, przez co jego czas nie należał do najlepszych. Na jakiś czas zjechał z toru i obserwował przez dłuższą chwilę sytuację. Udało mu się wyznaczyć miejsce, w którym powinien wyjechać, by mieć przed sobą czysty tor, idealne warunki do wykonania szybkiego okrążenia. Odczekał jeszcze, by rywale przejechali przez pierwszy zakręt i ruszył na tor, nim ktokolwiek pojawił się z tyłu, na prostej startowej.
Był całkowicie skupiony na tym co się dzieje przed nim, ale nie zastanawiał się nad tym co i kiedy ma robić. Znał tor na tyle dobrze, że jadąc sprawdzonym stylem jazdy, sprawdzoną linią, automatycznie wciskał hamulec w odpowiednim miejscu, automatycznie wykonywał ruchy kierownicą, automatycznie zmieniał biegi, nie wsłuchując się nawet w dźwięk silnika. Czas okrążenia okazał się być gorszy tylko o kilka setnych w porównaniu z jego osobistym rekordem. Wykonał jeszcze kilka okrążeń toru, ale żadne nie było szybsze. Rezultat zapewnił mu drugie miejsce w grupie i piąte w ogólnej klasyfikacji po przejazdach 43 kierowców. Pozostała jeszcze dwudziestka... w najgorszym wypadku mógł być pierwszym, który nie zakwalifikuje się do żadnego z wyścigów. Ale czy na pewno cała dwudziestka zdołałaby poprawić jego czas? Prawdopodobieństwo wylosowania takich składów grup, by wszyscy najmocniejsi znaleźli się w tej samej grupie nie było duże. A tym bardziej, gdyby dwie takie grupy miały się trafić. Teoretycznie możliwe, ale mało prawdopodobne. Raczej mógł cieszyć się z awansu do wyścigu, nie wiedział tylko którego.
- Co ty tak ciągle patrzysz w tą tablicę? Chyba nie wierzysz że wszyscy cię wyprzedzą...
- Wolę poczekać do końca, wtedy będę miał stuprocentową pewność.
- Ty to zawsze taki dokładny – pokręciła głową Joasia
- Pójdę po coś do jedzenia – postanowił Rafał – Chcecie coś?
- Weź dla mnie frytki – odparła blondynka
- Dla mnie wodę, koniecznie gazowaną – rzucił Maciek
Kiedy brunet odprowadzał go wzrokiem, wypatrzył znajomą postać. Przynajmniej tak mu się wydawało że ją zna. Ponieważ nie miał ochoty na dyskusję, zdecydował się ulotnić pod pretekstem wyjścia do toalety, ale pech chciał że kobieta odwróciła się i zauważyła go. Natychmiast ruszyła w jego stronę.
- Niech to szlag – zaklął pod nosem
- O co ci chodzi, przecież tylko dwóch cię w tej chwili wyprzedza? - Joasia usłyszała co powiedział. Dopiero kiedy zobaczyła że czarnowłosa dziewczyna podchodzi do niego, zrozumiała że w tej chwili wyniki ani trochę go nie interesują.
- Cześć – odezwała się Marta
- Cześć. Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
- Wiesz, chłopak mojej współlokatorki też tu startuje. Zabrała mnie ze sobą, uparła się że po co mam siedzieć sama w domu i się dołować... W ogóle nie rozumiem dlaczego od razu miałabym się dołować.
Joasia zmierzyła ją wzrokiem, a potem przeniosła wzrok na Maćka. Mężczyzna przez chwilę nie wiedział o co jej chodzi, minęła chwila nim zorientował się, iż dziewczyny nie miały okazji się poznać.
- Ach, no tak – uderzył się dłonią w czoło – Asiu, to jest Marta, moja znajoma, Marta, to jest Asia, moja koleżanka z pracy – przedstawił je sobie
Dziewczyny podały sobie ręce, po czym blondynka zakomunikowała że idzie do Rafała, w razie gdyby nie umiał poradzić sobie z zamówieniem. Lepszej wymówki by zostawić ich samych nie znalazła.
- Co u ciebie? - spytała
- Nic nadzwyczajnego. Praca, praca i tylko praca.
- No nie tylko – uśmiechnęła się – Dzisiaj jesteś tutaj, nie w pracy.
- Wyjątek.
- Widziałam cię na liście startowej, ale myślałam że w tym tłumie to ciężko będzie cię znaleźć... A tu proszę, jednak się spotkaliśmy.
- Jednak – wycedził przez zęby, niezbyt zadowolony z tego przypadkowego spotkania. Co w ogóle ona sobie wyobrażała? Najpierw się obraziła, a teraz rozmawia jakby nic się nie stało. Żadnego wyjaśnienia, żadnego przepraszam czy czegoś w stylu „było minęło”. Czyżby dwulicowość?
- Wiesz co... Ostatnio trochę nam nie wyszło z tym spotkaniem – jakby przeczytała w jego myślach, że musi podjąć ten temat
- Trochę – zaśmiał się ironicznie – Kompletnie nie wyszło.
- Chyba niepotrzebnie się uniosłam – przyznała, ku jego zaskoczeniu – Powinnam liczyć się z tym że masz taką odpowiedzialną... i nieprzewidywalną pracę. Powinnam wiedzieć że się nie wykręcasz tylko naprawdę nie możesz przyjść. Przepraszam.
Kiwnął głową z uznaniem. Jednak potrafiła przyznać się do błędu i przeprosić, czym trochę poprawiła swój wizerunek w oczach bruneta.
- Jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie ci do głowy by się ze mną umówić, na kawę czy na obiad, czy jeszcze gdzieś to wiedz jedno. Jeśli nie mam ochoty, mówię wprost.
Właśnie zdał sobie sprawę, że w tej chwili skłamał. Przecież jeszcze chwilę wcześniej chciał szukać wymówki by zakończyć tę rozmowę, a teraz przyznał że takie rzeczy mówi bez ogródek.
- Hipokryzja... - powiedział sobie w myślach
- Hej, wszystko w porządku? - zapytała czarnowłosa, kiedy nie zareagował na jej pytanie
- Tak, przepraszam, zamyśliłem się.
- Czy... - zaczęła ponownie, ale jej przerwał
- Wybacz, ale nie chcę teraz gadać. Muszę się skupić na wyścigu.
- Aha, rozumiem – rzuciła krótko, choć tak naprawdę wcale nie rozumiała – Przepraszam, już ci nie przeszkadzam.
Zrobiło mu się trochę głupio, kiedy zobaczył że posmutniała. Te kobiety... Dlaczego one tak na niego działały? Dlaczego nie potrafił ułożyć sobie z nimi relacji? Poza Aśką i Anką, z którymi łączyła go głównie więź zawodowa, z żadną kobietą nie potrafił znaleźć wspólnego języka. Nie chodziło tylko o związki, ale także o przyjaźń. A może po prostu przyjaźń damsko-męska nie istnieje i dlatego nie może być dobrym kumplem dla kobiety? Mimo wszystko w sprawach sercowych wciąż pozostawał problem. Nie potrafił się zakochać, co najwyżej przytrafiało mu się zauroczenie, które po pewnym czasie mijało. A jakby tego było mało, nie miał wyczucia. Mógł jakoś delikatniej spławić Martę. Mógł, ale mu nie wyszło.
Maciek, choć nie miał rodziny, miał jednak dwoje „swoich” ludzi. Byli to Asia oraz Rafał, przyjaciele z komendy. Jako że byli samotni, nie mieli planów na weekend, postanowili że w ten sposób spędzą sobotnie popołudnie. Maciek nie miał za złe pozostałym, że woleli ten czas poświęcić rodzinie. Doskonale ich rozumiał, sam na ich miejscu postąpiłby tak samo. Tylko że on nie miał z kim dzielić wolnego czasu... Może właśnie dlatego całkowicie oddawał się swojej pasji, jaką były wyścigi?
Pierwszym punktem zawodów były kwalifikacje. Ponieważ 63 zawodników to zbyt dużo na tak krótki i wąski tor, podzielono ich na 6 grup – trzy po 11 osób oraz trzy po 10 kierowców każda. Składy rozlosowano. Maciek trafił do czwartej, która startowała punktualnie o 16:00. Przejazd jednej grupy trwał nieco ponad 10 minut. Sesja trwała dokładnie jedną szóstą godziny, ale jeśli ktoś rozpoczął mierzone okrążenie przed upływem regulaminowego czasu, mógł je dokończyć, dlatego też jeszcze przez jedną czy dwie minuty po wywieszeniu flagi w szachownicę na torze miał miejsce ruch. Potem kilka minut przerwy i ruszała kolejna grupa – dokładnie 20 minut po starcie poprzedniej.
Maciek w międzyczasie starał się zainteresować Joasię i Rafała tematem, a jednocześnie przyglądał się rywalom. Wszystkie czasy miały się znaleźć w jednej tabeli, a tylko najlepszych 24 kierowców premiowanych było startem w jednym z wyścigów. W pierwszym udział mieli wziąć kierowcy z miejsc 13 – 24, natomiast w drugim najlepsza dwunastka. Rywalizacje zostały zaplanowane kolejno na godzinę 17:30 oraz 18:15.
- Masz szansę wygrać? - zagaił w pewnym momencie Rafał
- Szczerze? Nie mam pojęcia
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Spojrzał na tabelę z czasami jeżdżącej w tej chwili drugiej grupy kwalifikacji. Czas lidera był nieznacznie gorszy od zwycięzcy pierwszej grupy, do którego Maciek miał niewielki zapas. Póki co, gdyby startował w jednej z tych grup, mógłby ją nawet wygrać. Ale nie mógł mieć pewności, że silniejsi rywale startowali właśnie tutaj. Wszystko będzie jasne, kiedy wszyscy kierowcy uzyskają już czasy okrążeń.
- Mam jednak pewną przewagę – dodał po chwili – Dobrze znam ten tor, przyjezdni nie trenowali tutaj tyle co ja.
- Są jakieś nagrody? - wtrąciła Joasia
- Owszem, dobra zabawa.
Dziewczyna uniosła brwi, licząc na to iż mężczyzna żartuje. Sześćdziesiąt trzy osoby zjechały się tutaj na jeden termin tylko po to by trochę pojeździć? Przecież to mogli robić niemal codziennie, kiedy tylko chcieli i kiedy tylko tor był otwarty.
- A na poważnie, na zwycięzcę czeka trzy tysiące złotych. Drugi dostaje dwa, trzeci tysiąc. Wiesz, to nie są jakiejś wysokiej rangi zawody, żeby sponsor znacząco się wykosztowywał.
W trzeciej grupie stało się to, czego Maciek się spodziewał. Pojawili się silniejsi rywale. Trzech kierowców poprawiło jego najlepszy czas, jaki udało mu się kiedykolwiek uzyskać na tym torze. To jednak wciąż dawało mu szansę na zajęcie miejsca w najlepszej dwunastce po wszystkich grupach.
Na kilkanaście minut musiał opuścić Joasię i Rafała, ponieważ przyszła jego kolej. Na pierwszym okrążeniu był trochę blokowany przez innego kierowcę, na drugim popełnił błąd, przez co jego czas nie należał do najlepszych. Na jakiś czas zjechał z toru i obserwował przez dłuższą chwilę sytuację. Udało mu się wyznaczyć miejsce, w którym powinien wyjechać, by mieć przed sobą czysty tor, idealne warunki do wykonania szybkiego okrążenia. Odczekał jeszcze, by rywale przejechali przez pierwszy zakręt i ruszył na tor, nim ktokolwiek pojawił się z tyłu, na prostej startowej.
Był całkowicie skupiony na tym co się dzieje przed nim, ale nie zastanawiał się nad tym co i kiedy ma robić. Znał tor na tyle dobrze, że jadąc sprawdzonym stylem jazdy, sprawdzoną linią, automatycznie wciskał hamulec w odpowiednim miejscu, automatycznie wykonywał ruchy kierownicą, automatycznie zmieniał biegi, nie wsłuchując się nawet w dźwięk silnika. Czas okrążenia okazał się być gorszy tylko o kilka setnych w porównaniu z jego osobistym rekordem. Wykonał jeszcze kilka okrążeń toru, ale żadne nie było szybsze. Rezultat zapewnił mu drugie miejsce w grupie i piąte w ogólnej klasyfikacji po przejazdach 43 kierowców. Pozostała jeszcze dwudziestka... w najgorszym wypadku mógł być pierwszym, który nie zakwalifikuje się do żadnego z wyścigów. Ale czy na pewno cała dwudziestka zdołałaby poprawić jego czas? Prawdopodobieństwo wylosowania takich składów grup, by wszyscy najmocniejsi znaleźli się w tej samej grupie nie było duże. A tym bardziej, gdyby dwie takie grupy miały się trafić. Teoretycznie możliwe, ale mało prawdopodobne. Raczej mógł cieszyć się z awansu do wyścigu, nie wiedział tylko którego.
- Co ty tak ciągle patrzysz w tą tablicę? Chyba nie wierzysz że wszyscy cię wyprzedzą...
- Wolę poczekać do końca, wtedy będę miał stuprocentową pewność.
- Ty to zawsze taki dokładny – pokręciła głową Joasia
- Pójdę po coś do jedzenia – postanowił Rafał – Chcecie coś?
- Weź dla mnie frytki – odparła blondynka
- Dla mnie wodę, koniecznie gazowaną – rzucił Maciek
Kiedy brunet odprowadzał go wzrokiem, wypatrzył znajomą postać. Przynajmniej tak mu się wydawało że ją zna. Ponieważ nie miał ochoty na dyskusję, zdecydował się ulotnić pod pretekstem wyjścia do toalety, ale pech chciał że kobieta odwróciła się i zauważyła go. Natychmiast ruszyła w jego stronę.
- Niech to szlag – zaklął pod nosem
- O co ci chodzi, przecież tylko dwóch cię w tej chwili wyprzedza? - Joasia usłyszała co powiedział. Dopiero kiedy zobaczyła że czarnowłosa dziewczyna podchodzi do niego, zrozumiała że w tej chwili wyniki ani trochę go nie interesują.
- Cześć – odezwała się Marta
- Cześć. Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
- Wiesz, chłopak mojej współlokatorki też tu startuje. Zabrała mnie ze sobą, uparła się że po co mam siedzieć sama w domu i się dołować... W ogóle nie rozumiem dlaczego od razu miałabym się dołować.
Joasia zmierzyła ją wzrokiem, a potem przeniosła wzrok na Maćka. Mężczyzna przez chwilę nie wiedział o co jej chodzi, minęła chwila nim zorientował się, iż dziewczyny nie miały okazji się poznać.
- Ach, no tak – uderzył się dłonią w czoło – Asiu, to jest Marta, moja znajoma, Marta, to jest Asia, moja koleżanka z pracy – przedstawił je sobie
Dziewczyny podały sobie ręce, po czym blondynka zakomunikowała że idzie do Rafała, w razie gdyby nie umiał poradzić sobie z zamówieniem. Lepszej wymówki by zostawić ich samych nie znalazła.
- Co u ciebie? - spytała
- Nic nadzwyczajnego. Praca, praca i tylko praca.
- No nie tylko – uśmiechnęła się – Dzisiaj jesteś tutaj, nie w pracy.
- Wyjątek.
- Widziałam cię na liście startowej, ale myślałam że w tym tłumie to ciężko będzie cię znaleźć... A tu proszę, jednak się spotkaliśmy.
- Jednak – wycedził przez zęby, niezbyt zadowolony z tego przypadkowego spotkania. Co w ogóle ona sobie wyobrażała? Najpierw się obraziła, a teraz rozmawia jakby nic się nie stało. Żadnego wyjaśnienia, żadnego przepraszam czy czegoś w stylu „było minęło”. Czyżby dwulicowość?
- Wiesz co... Ostatnio trochę nam nie wyszło z tym spotkaniem – jakby przeczytała w jego myślach, że musi podjąć ten temat
- Trochę – zaśmiał się ironicznie – Kompletnie nie wyszło.
- Chyba niepotrzebnie się uniosłam – przyznała, ku jego zaskoczeniu – Powinnam liczyć się z tym że masz taką odpowiedzialną... i nieprzewidywalną pracę. Powinnam wiedzieć że się nie wykręcasz tylko naprawdę nie możesz przyjść. Przepraszam.
Kiwnął głową z uznaniem. Jednak potrafiła przyznać się do błędu i przeprosić, czym trochę poprawiła swój wizerunek w oczach bruneta.
- Jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie ci do głowy by się ze mną umówić, na kawę czy na obiad, czy jeszcze gdzieś to wiedz jedno. Jeśli nie mam ochoty, mówię wprost.
Właśnie zdał sobie sprawę, że w tej chwili skłamał. Przecież jeszcze chwilę wcześniej chciał szukać wymówki by zakończyć tę rozmowę, a teraz przyznał że takie rzeczy mówi bez ogródek.
- Hipokryzja... - powiedział sobie w myślach
- Hej, wszystko w porządku? - zapytała czarnowłosa, kiedy nie zareagował na jej pytanie
- Tak, przepraszam, zamyśliłem się.
- Czy... - zaczęła ponownie, ale jej przerwał
- Wybacz, ale nie chcę teraz gadać. Muszę się skupić na wyścigu.
- Aha, rozumiem – rzuciła krótko, choć tak naprawdę wcale nie rozumiała – Przepraszam, już ci nie przeszkadzam.
Zrobiło mu się trochę głupio, kiedy zobaczył że posmutniała. Te kobiety... Dlaczego one tak na niego działały? Dlaczego nie potrafił ułożyć sobie z nimi relacji? Poza Aśką i Anką, z którymi łączyła go głównie więź zawodowa, z żadną kobietą nie potrafił znaleźć wspólnego języka. Nie chodziło tylko o związki, ale także o przyjaźń. A może po prostu przyjaźń damsko-męska nie istnieje i dlatego nie może być dobrym kumplem dla kobiety? Mimo wszystko w sprawach sercowych wciąż pozostawał problem. Nie potrafił się zakochać, co najwyżej przytrafiało mu się zauroczenie, które po pewnym czasie mijało. A jakby tego było mało, nie miał wyczucia. Mógł jakoś delikatniej spławić Martę. Mógł, ale mu nie wyszło.
piątek, 26 września 2014
VII. Scen nr 47
Mężczyzna natychmiast puścił Anię i wykonał dwa kroki w tył. Podniósł do góry ręce w geście niewinności, podczas gdy ona tylko spuściła głowę zawstydzona.
- To nie tak – zaczął się tłumaczyć – Ona mnie sprowokowała. Specjalnie się wypinała, kręciła tyłeczkiem, żeby tylko...
- Nieprawda! - natychmiast zaprotestowała – To pan tu przyszedł i zaczął mnie obmacywać.
Maciek oczywiście uwierzył swojej partnerce. Już wcześniej przecież mówiła mu o swoich obawach. Przymknął drzwi i podszedł do wizytatora. Postanowił przycisnąć go, skoro nadarzyła się już taka okazja.
- Wiadomo, będziesz się wypierał – rzucił mu prosto w twarz – Ale ona ma świadka, mnie. Dwa głosy przeciw jednemu... Zapewne powiesz że to spisek, że ustawiliśmy to aby cię skompromitować. I tylko co chwilę będziemy się ciągać po sądach, komisjach dyscyplinarnych... A chyba tego nie potrzebujemy, prawda?
Mężczyzna z trudem przełknął ślinę. Nie wiedział jeszcze co Maciek zamierza zaproponować.
- Proszę kontynuować – ponaglił go, kiedy aspirant wciąż milczał
- Ładnie pan nas obsmarował w tym raporcie, co? Powiedzmy że w ramach rekompensaty koleżanka będzie mogła dokonać kilku korekt w pańskim sprawozdaniu, a to co się tutaj stało pójdzie w niepamięć. To chyba dobry układ?
- No nie wiem, nie wiem... - podjął próbę negocjacji
- Proszę się zastanowić, byle niedługo.
Maciek wskazał na drzwi. Mężczyzna od razu zrozumiał o co chodzi i zostawił go samego z Anką. Kobieta nie wyglądała na zachwyconą. Nie tylko z powodu tego co tu zaszło, ale także z rozwiązania tej sprawy przez bruneta.
- No co? - spytał, kiedy wciąż patrzyła na niego z ukosa
- Nie no, gratuluję – rzuciła ironicznie – Nie dość że mam mu odpuścić molestowanie to jeszcze chcesz fałszować raport...
- Anka, na jakim świecie ty żyjesz? Myślisz że tak łatwo z nim byś wygrała? Może masz świadka, ale to jeszcze nie znaczy że sprawa byłaby nasza. Lepiej załatwić to jak najszybciej i obyśmy go więcej nie spotkali.
- No dobra, dobra – odpuściła trochę – Ale żeby od razu przerabiać ten jego raport?
- A co, masz lepszy pomysł? Musi nam dać coś w zamian, poza tym... Chyba nie chcesz zostawać po godzinach i wysłuchiwać pretensji starego przez najbliższy miesiąc.
- No... nie – odparła po chwili namysłu
Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, Asia i Sebastian wrócili do mieszkania ofiary. Ponownie przeszukiwali wszystkie szafki i zakamarki, licząc na znalezienie drugiego telefonu, o którym miał nie wiedzieć mąż. Niestety, nie udało się. Blondynka wyglądała na rozczarowaną. Liczyła że jej pomysł pomoże im ruszyć śledztwo z miejsca, a tymczasem na nic się to zdało.
- Jeśli miała kochanka to musiała się z nim jakoś kontaktować. Jeśli facet się o tym dowiedział i nie znalazł nic w telefonie żony...
- To domyślił się że ma drugi telefon – dokończyła za partnera
Sytuacja wydawała się być beznadziejna. Ani śladu syna, ani śladu ojca, ani śladu kochanka. Asystenci rozsyłali zdjęcia do hoteli na terenie Krakowa i w okolicy – nie pomogło. Samochód mężczyzny wciąż stał pod domem. Wiedział że jeśli będzie nim uciekał, to policja go namierzy. Telefon nie odpowiadał, najprawdopodobniej pozbył się karty sim już po zabójstwie. O ile to on zabił żonę, bo choć wszystko na to wskazywało, ostatecznie nie było dowodów przeciwko niemu.
Ponieważ zbliżała się już godzina siedemnasta, komisarze rozdzielili się i pojechali do swoich domów – Joasia do pustego mieszkania, w którym nikt na nią nie czekał, zaś Sebastian do Doroty i swojej córeczki. Nie wyobrażał sobie, by on mógł zastrzelić kobietę, zabrać dziecko ze sobą, po czym gdzieś wyjechać, żyć jakby nic się nie stało. Mężczyzna musiał nie mieć sumienia, skoro uprowadził własnego syna, odebrał mu matkę i naraził nie tylko na ogromny stres, ale także niebezpieczeństwo.
Po powrocie do domu policjant wziął prysznic, zjadł obiad, a resztę czasu poświęcił córce. Dorota z uśmiechem na twarzy obserwowała przez chwilę jak bardzo oddany tej czynności jest Sebastian, jak wiele radości sprawia to jemu i dziecku. Żałowała tylko, że już cztery lata temu nie dała mu szansy. Na szczęście nie było zbyt późno i udało się naprawić ten błąd, choć jeszcze nie do końca. O ile mężczyzna miał dobrze ukształtowaną więź z córką, między nim a Dorotą dopiero niedawno wszystko się zaczęło – i to od podstaw.
Po kolacji relaksował się w salonie przed telewizorem. W odpoczynku przeszkodził mu dźwięk telefonu. Sebastian tylko westchnął i sięgnął po aparat. Miał nadzieję, że nie będzie musiał teraz jechać do pracy.
- Aśka? Tylko nie mów mi że musimy gdzieś jechać.
- Nie, już nie musimy. We Wrocławiu zatrzymali Mariusza Jaśnieckiego. Dziecko było z nim.
- Całe i zdrowe?
- Tak.
Mężczyzna przymknął oczy i wypuścił powietrze z płuc. Ulżyło mu.
- Co teraz?
- Przesłuchują go. Tomek przefaksował im wszystkie akta sprawy.
- Czyli niejako przejęli to od nas?
- Tak jakby – potwierdziła – Czyli weekend mamy wolny.
- Świetnie – ucieszył się, w przeciwieństwie do swojej partnerki – Idziesz jutro na te zawody kartingowe?
Zupełnie zapomniała. Maciek rzeczywiście coś wspominał, dlatego właśnie już wcześniej uzgodnił ze starym, że choćby się waliło czy paliło, on musi mieć wolne. Tylko niesamowicie ekstremalna sytuacja mogła go ściągnąć do pracy, zamiast na tor.
- Wiesz, chyba pójdę.
- To przeproś ode mnie Maćka, ale wiesz, zamierzam spędzić ten czas z rodziną.
- Na pewno zrozumie. Trzymaj się, do poniedziałku!
- Cześć.
Choć w piątkowy wieczór na torze kartingowym zwykle był spory ruch, tym razem był on większy niż zwykle, a związane to było z jutrzejszymi zawodami. Każdy z zawodników chciał zapoznać się z trasą, trochę potrenować, bo w oficjalnych eliminacjach nie będzie na to wiele czasu. Miejscowi mieli niewielką przewagę – znali już dobrze ten tor, ale i tak nie odpuszczali – mimo wszystko trenowali. Wśród nich był także Maciek. Choć zmęczony po pracy, niewyspany po całym tygodniu, nie mógł nie ulec pokusie kilkunastu okrążeń za kierownicą gokarta.
- No i co, forma jest? - zaśmiał się zaprzyjaźniony z brunetem właściciel toru
- Jutro się okaże – rzucił tajemniczo – Dzisiaj nie ma co cisnąć na sto procent, może ktoś z rywali podgląda...
- Brakuje ci tylko panny, która by ci kibicowała.
- Proszę cię – westchnął ciężko, opuszczając pojazd – Pamiętasz tą całą Martę, co ją tu kiedyś przyprowadziłem?
- No pamiętam. Coś z nią nie tak?
- Zaprosiła mnie na kawę ostatnio.
- Nie mów że odmówiłeś...
Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.
- Musiałem. Wiesz jak to jest z moją pracą, niby mam czas, ale w każdej chwili mogę go nie mieć...
- No i co? Odpuściłeś tylko dlatego że musiałeś zostać w robocie?
- Nie no, tylko że ona nie chce mi wierzyć że naprawdę byłem w pracy i uważa że po prostu stchórzyłem i powinienem powiedzieć jej wprost że nie chcę się spotkać. A potem to strzeliła focha i nie odpisuje na smsy, a telefonu nie odbiera.
Na chwilę przerwali rozmowę, ponieważ Maciek poszedł do szatni się przebrać. Kiedy wyszedł kilka minut później, miał na sobie skórzaną kurtkę, dżisnowe spodnie i przerzuconą przez ramię torbę, w której spakowany miał „sprzęt” do jazdy, czyli kombinezon, rękawice czy też kask.
- A nie myślałeś żeby jeszcze raz spróbować? - zagadnął
- Ja jestem tylko prostym facetem – odparł Maciek – Jak nie to nie. Jak ktoś mnie olewa, to się nie będę naprzykrzał.
- Ale wiesz, kobiety czasem specjalnie...
- Mam w dupie te ich gierki – powiedział ostrym tonem – Raz mówi jedno, raz drugie, do tego zawsze co innego ma na myśli... Zwariować idzie. Ta cała Anita, moja była, to tak mi dała popalić, że teraz to nawet się cieszę że jestem sam. Mam spokój i mogę cieszyć się wolnością.
- No ale wiesz, trochę się pomęczysz, za to w łóżku masz przyjemniej – puścił do niego oczko
- O ile nie trafisz na ból głowy, ból dupy... - zaczął wyliczać – pełnię księżyca, smutne zakończenie odcinka telenoweli, niedoprawioną kolację, za gorący lub za zimny prysznic, niewyprane skarpetki czy cholera wie jeszcze jaki powód.
- No tak, każdy pretekst dobry – zaśmiał się
- Poza tym łóżko jest od spania i ja właśnie w tym celu wracam do domu, żeby się w końcu wyspać. Cześć!
- To nie tak – zaczął się tłumaczyć – Ona mnie sprowokowała. Specjalnie się wypinała, kręciła tyłeczkiem, żeby tylko...
- Nieprawda! - natychmiast zaprotestowała – To pan tu przyszedł i zaczął mnie obmacywać.
Maciek oczywiście uwierzył swojej partnerce. Już wcześniej przecież mówiła mu o swoich obawach. Przymknął drzwi i podszedł do wizytatora. Postanowił przycisnąć go, skoro nadarzyła się już taka okazja.
- Wiadomo, będziesz się wypierał – rzucił mu prosto w twarz – Ale ona ma świadka, mnie. Dwa głosy przeciw jednemu... Zapewne powiesz że to spisek, że ustawiliśmy to aby cię skompromitować. I tylko co chwilę będziemy się ciągać po sądach, komisjach dyscyplinarnych... A chyba tego nie potrzebujemy, prawda?
Mężczyzna z trudem przełknął ślinę. Nie wiedział jeszcze co Maciek zamierza zaproponować.
- Proszę kontynuować – ponaglił go, kiedy aspirant wciąż milczał
- Ładnie pan nas obsmarował w tym raporcie, co? Powiedzmy że w ramach rekompensaty koleżanka będzie mogła dokonać kilku korekt w pańskim sprawozdaniu, a to co się tutaj stało pójdzie w niepamięć. To chyba dobry układ?
- No nie wiem, nie wiem... - podjął próbę negocjacji
- Proszę się zastanowić, byle niedługo.
Maciek wskazał na drzwi. Mężczyzna od razu zrozumiał o co chodzi i zostawił go samego z Anką. Kobieta nie wyglądała na zachwyconą. Nie tylko z powodu tego co tu zaszło, ale także z rozwiązania tej sprawy przez bruneta.
- No co? - spytał, kiedy wciąż patrzyła na niego z ukosa
- Nie no, gratuluję – rzuciła ironicznie – Nie dość że mam mu odpuścić molestowanie to jeszcze chcesz fałszować raport...
- Anka, na jakim świecie ty żyjesz? Myślisz że tak łatwo z nim byś wygrała? Może masz świadka, ale to jeszcze nie znaczy że sprawa byłaby nasza. Lepiej załatwić to jak najszybciej i obyśmy go więcej nie spotkali.
- No dobra, dobra – odpuściła trochę – Ale żeby od razu przerabiać ten jego raport?
- A co, masz lepszy pomysł? Musi nam dać coś w zamian, poza tym... Chyba nie chcesz zostawać po godzinach i wysłuchiwać pretensji starego przez najbliższy miesiąc.
- No... nie – odparła po chwili namysłu
Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, Asia i Sebastian wrócili do mieszkania ofiary. Ponownie przeszukiwali wszystkie szafki i zakamarki, licząc na znalezienie drugiego telefonu, o którym miał nie wiedzieć mąż. Niestety, nie udało się. Blondynka wyglądała na rozczarowaną. Liczyła że jej pomysł pomoże im ruszyć śledztwo z miejsca, a tymczasem na nic się to zdało.
- Jeśli miała kochanka to musiała się z nim jakoś kontaktować. Jeśli facet się o tym dowiedział i nie znalazł nic w telefonie żony...
- To domyślił się że ma drugi telefon – dokończyła za partnera
Sytuacja wydawała się być beznadziejna. Ani śladu syna, ani śladu ojca, ani śladu kochanka. Asystenci rozsyłali zdjęcia do hoteli na terenie Krakowa i w okolicy – nie pomogło. Samochód mężczyzny wciąż stał pod domem. Wiedział że jeśli będzie nim uciekał, to policja go namierzy. Telefon nie odpowiadał, najprawdopodobniej pozbył się karty sim już po zabójstwie. O ile to on zabił żonę, bo choć wszystko na to wskazywało, ostatecznie nie było dowodów przeciwko niemu.
Ponieważ zbliżała się już godzina siedemnasta, komisarze rozdzielili się i pojechali do swoich domów – Joasia do pustego mieszkania, w którym nikt na nią nie czekał, zaś Sebastian do Doroty i swojej córeczki. Nie wyobrażał sobie, by on mógł zastrzelić kobietę, zabrać dziecko ze sobą, po czym gdzieś wyjechać, żyć jakby nic się nie stało. Mężczyzna musiał nie mieć sumienia, skoro uprowadził własnego syna, odebrał mu matkę i naraził nie tylko na ogromny stres, ale także niebezpieczeństwo.
Po powrocie do domu policjant wziął prysznic, zjadł obiad, a resztę czasu poświęcił córce. Dorota z uśmiechem na twarzy obserwowała przez chwilę jak bardzo oddany tej czynności jest Sebastian, jak wiele radości sprawia to jemu i dziecku. Żałowała tylko, że już cztery lata temu nie dała mu szansy. Na szczęście nie było zbyt późno i udało się naprawić ten błąd, choć jeszcze nie do końca. O ile mężczyzna miał dobrze ukształtowaną więź z córką, między nim a Dorotą dopiero niedawno wszystko się zaczęło – i to od podstaw.
Po kolacji relaksował się w salonie przed telewizorem. W odpoczynku przeszkodził mu dźwięk telefonu. Sebastian tylko westchnął i sięgnął po aparat. Miał nadzieję, że nie będzie musiał teraz jechać do pracy.
- Aśka? Tylko nie mów mi że musimy gdzieś jechać.
- Nie, już nie musimy. We Wrocławiu zatrzymali Mariusza Jaśnieckiego. Dziecko było z nim.
- Całe i zdrowe?
- Tak.
Mężczyzna przymknął oczy i wypuścił powietrze z płuc. Ulżyło mu.
- Co teraz?
- Przesłuchują go. Tomek przefaksował im wszystkie akta sprawy.
- Czyli niejako przejęli to od nas?
- Tak jakby – potwierdziła – Czyli weekend mamy wolny.
- Świetnie – ucieszył się, w przeciwieństwie do swojej partnerki – Idziesz jutro na te zawody kartingowe?
Zupełnie zapomniała. Maciek rzeczywiście coś wspominał, dlatego właśnie już wcześniej uzgodnił ze starym, że choćby się waliło czy paliło, on musi mieć wolne. Tylko niesamowicie ekstremalna sytuacja mogła go ściągnąć do pracy, zamiast na tor.
- Wiesz, chyba pójdę.
- To przeproś ode mnie Maćka, ale wiesz, zamierzam spędzić ten czas z rodziną.
- Na pewno zrozumie. Trzymaj się, do poniedziałku!
- Cześć.
Choć w piątkowy wieczór na torze kartingowym zwykle był spory ruch, tym razem był on większy niż zwykle, a związane to było z jutrzejszymi zawodami. Każdy z zawodników chciał zapoznać się z trasą, trochę potrenować, bo w oficjalnych eliminacjach nie będzie na to wiele czasu. Miejscowi mieli niewielką przewagę – znali już dobrze ten tor, ale i tak nie odpuszczali – mimo wszystko trenowali. Wśród nich był także Maciek. Choć zmęczony po pracy, niewyspany po całym tygodniu, nie mógł nie ulec pokusie kilkunastu okrążeń za kierownicą gokarta.
- No i co, forma jest? - zaśmiał się zaprzyjaźniony z brunetem właściciel toru
- Jutro się okaże – rzucił tajemniczo – Dzisiaj nie ma co cisnąć na sto procent, może ktoś z rywali podgląda...
- Brakuje ci tylko panny, która by ci kibicowała.
- Proszę cię – westchnął ciężko, opuszczając pojazd – Pamiętasz tą całą Martę, co ją tu kiedyś przyprowadziłem?
- No pamiętam. Coś z nią nie tak?
- Zaprosiła mnie na kawę ostatnio.
- Nie mów że odmówiłeś...
Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.
- Musiałem. Wiesz jak to jest z moją pracą, niby mam czas, ale w każdej chwili mogę go nie mieć...
- No i co? Odpuściłeś tylko dlatego że musiałeś zostać w robocie?
- Nie no, tylko że ona nie chce mi wierzyć że naprawdę byłem w pracy i uważa że po prostu stchórzyłem i powinienem powiedzieć jej wprost że nie chcę się spotkać. A potem to strzeliła focha i nie odpisuje na smsy, a telefonu nie odbiera.
Na chwilę przerwali rozmowę, ponieważ Maciek poszedł do szatni się przebrać. Kiedy wyszedł kilka minut później, miał na sobie skórzaną kurtkę, dżisnowe spodnie i przerzuconą przez ramię torbę, w której spakowany miał „sprzęt” do jazdy, czyli kombinezon, rękawice czy też kask.
- A nie myślałeś żeby jeszcze raz spróbować? - zagadnął
- Ja jestem tylko prostym facetem – odparł Maciek – Jak nie to nie. Jak ktoś mnie olewa, to się nie będę naprzykrzał.
- Ale wiesz, kobiety czasem specjalnie...
- Mam w dupie te ich gierki – powiedział ostrym tonem – Raz mówi jedno, raz drugie, do tego zawsze co innego ma na myśli... Zwariować idzie. Ta cała Anita, moja była, to tak mi dała popalić, że teraz to nawet się cieszę że jestem sam. Mam spokój i mogę cieszyć się wolnością.
- No ale wiesz, trochę się pomęczysz, za to w łóżku masz przyjemniej – puścił do niego oczko
- O ile nie trafisz na ból głowy, ból dupy... - zaczął wyliczać – pełnię księżyca, smutne zakończenie odcinka telenoweli, niedoprawioną kolację, za gorący lub za zimny prysznic, niewyprane skarpetki czy cholera wie jeszcze jaki powód.
- No tak, każdy pretekst dobry – zaśmiał się
- Poza tym łóżko jest od spania i ja właśnie w tym celu wracam do domu, żeby się w końcu wyspać. Cześć!
czwartek, 25 września 2014
VII. Scen nr 46
Następnego dnia. Komisarze, aby nie zdradzać szczegółów śledztwa wizytatorowi, uciekli do kuchni pod pretekstem robienia kawy. Oczywiście mężczyzna zaraz sięgnął po długopis i zanotował tę czynność, dokładnie zapisując godzinę, którą wskazywał zegar, kiedy Joasia i Sebastian opuścili biuro.
- Rozmawiałam z wychowawczynią Rafała Jaśnieckiego.
- No i co? - mruknął bez zainteresowania
- Chłopca nie ma dzisiaj w szkole, wczoraj też go nie było.
- Tak myślałem.
Podczas gdy Sebastian krzątał się przy stole i przygotowywał kawę, Joasia oparła się o blat i kontynuowała.
- Powiem ci więcej. Wczoraj do szkoły przyszła babcia chłopca. Chciała go odebrać ze szkoły.
- Czyli nie wiedziała że go nie było... - dopowiedział sobie mężczyzna
- A z tego wynika że chłopca nie ma u babci – podsumowała blondynka.
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Oboje podejrzewali, że ojciec zabrał ze sobą chłopca. Pytanie tylko dlaczego to zrobił... Czy grozi im niebezpieczeństwo i dlatego postanowił się ukryć wraz z synem, czy... czy to on stwarza zagrożenie? Tak czy inaczej, położenie dziecka nie wyglądało najlepiej.
- A co się dowiedziałeś w tym magazynie?
- Niejaki Mariusz Jaśniecki był dość nerwowym człowiekiem. Łatwo było go sprowokować, zdarzały mu się już napady agresji. O ile to próbowali tolerować, to kiedy przyszedł pijany, wyrzucili go. Zgadnij kiedy to się stało.
- Dwa dni temu.
- Najpierw jego wyrzucają z roboty, potem ginie jego żona, a na koniec on sam i jego syn znikają... Coś tu śmierdzi.
Joasia skrzywiła się lekko i pociągnęła nosem.
- Zapomniałeś wziąć prysznic? - rzuciła z szatańskim uśmiechem
- Łahahaha, łahahaha – skomentował ironicznie – Się uśmiałem.
- Dobra – klepnęła go w ramię – Idę do Tomka, może już ustalił adres matki ofiary.
Marianna Wolicz, bowiem tak nazywała się matka Magdaleny Jaśnieckiej, wstrząśnięta była wieścią o śmierci córki. Przyznała że po tym jak nie zastała syna w szkole, próbowała skontaktować się z córką, lecz bezskutecznie.
- Dlaczego pani nie pojechała do jej mieszkania? - spytała Joasia
- Bałam się. Ten jej mąż to był potwór! Kiedyś mnie o mało ze schodów nie zepchnął, a raz to mi nożem nawet groził!
- Nic z tym pani nie zrobiła?
- Chciałam. Ale Magda mnie prosiła, a wręcz błagała żebym odpuściła. Powiedziałam tylko że moja noga więcej tego progu nie przekroczy.
Kiedy tylko skończyła mówić, zadzwonił telefon Joasi. Policjantka przeprosiła gospodynię, zerwała się z kanapy i przeszła do kuchni. W tym czasie Sebastian kontynuował rozmowę.
- Codziennie pani odbierała wnuka ze szkoły?
- Tak. Pomagałam mu odrabiać lekcje i dawałam porządny obiad, bo ta bestia głodziła i jego, i moją córkę. Dawał jakieś grosze na zakupy i z tego miała nakarmić siebie i Rafałka. Ona nie chciała mojej pomocy, to chociaż dziecko do siebie na trochę brałam...
- Pani córka została zamordowana, kiedy szykowała się do wyjścia na jakieś wieczorne spotkanie. Nie wie pani z kim mogłaby się umówić do jakiejś restauracji czy do kina.
- Co pan sugeruje! - oburzyła się kobieta – Może i Mariusz był okropnym mężem, ale Magda nigdy by nie umówiła się z innym facetem. Ona miała swój honor i nawet takiej świni potrafiła dochować wierności.
- Przepraszam, ja nie to miałem na myśli... - chciał się jakoś wytłumaczyć – Po prostu pani córka była elegancko ubrana i umalowana tuż przed śmiercią. A po domu raczej by tak nie chodziła.
- No nie wiem, może faktycznie chciała gdzieś wyjść... - spuściła trochę z tonu – Ale nie mam pojęcia z kim, nie wiem czy w ogóle miała jakichś znajomych. Mariusz był o nią bardzo zazdrosny i to nie tylko o mężczyzn.
- Słucham?
- No tak, denerwował się kiedy wychodziła z przyjaciółkami, wrzeszczał że są dla niej ważniejsze niż rodzina... W końcu prawie wcale nie wychodziła z domu, tyle co do sklepu.
- Ten mąż to jakiś tyran – stwierdził Sebastian, kiedy wychodził z partnerką z kamienicy – Ja rozumiem że można być trochę zazdrosnym, ale żeby całkiem trzymać żonę pod kluczem? Żeby na każdym kroku widzieć okazję do zdrady?
- Wariat jakiś – przyznała Aśka – Myślisz że to on ją zabił?
- Jeśli zobaczył że zamierza gdzieś wyjść, mógł wpaść w szał... a z tego co wiemy to łatwo go było wyprowadzić z równowagi.
- Cholera – zaklęła – Jeśli zabrał ze sobą dziecko...
- Nawet nie mów – rzekł łamiącym się głosem – Oby tylko nie zrobił mu krzywdy. A kto tam do ciebie dzwonił? Kochanek?
- Ta, kochanek – odparła drwiąco – Nigdy w życiu bym tak nie nazwała starego.
- Stary? Osobiście? - Sebastian szeroko otworzył oczy ze zdumienia – Czego chciał?
- Jest zgoda na ukazanie wizerunku Mariusza Jaśnieckiego i jego syna w telewizji. Może ktoś ich widział...
- Na granicy w Zgorzelcu – rzucił bez namysłu
- Nawet tak nie mów! - zdenerwowała się – Musimy być dobrej myśli, trzeba mieć nadzieję że nie wywiózł syna za granicę.
- Na jego miejscu zrobiłbym to jak najszybciej.
- Czekaj, czekaj... - nagle ją olśniło – Co ty, jako zazdrosny mąż, zrobiłbyś gdyby żona cię zdradzała?
- Zostawiłbym ją, wybaczył... Nie wiem, cholera, nie byłem w takiej sytuacji.
- No to załóżmy że w przypływie złości zabiłeś niewierną żonę. Co dalej?
- Spieprzam jak najdalej.
- Seba... - Joasia była bliska załamania – A kochanek? Zostanie bez kary?
- No jasne! - z wrażenia aż przycisnął pedał gazu mocniej niż to było konieczne – Tylko jak my go znajdziemy, skoro mamy bilingi z telefonu ofiary i nic...
- No i widzisz, słabo znasz kobiety. Bo ja, jako taka zaszufladkowana małżonka, którą mąż cały czas kontroluje, sprawdza telefon...
- Zaraz, zaraz, daj mi chwilę! Wiem! Drugi telefon.
- Musiała gdzieś go mieć – Joasia była tego pewna jak podatków i śmierci – Coś przegapiliśmy w ich mieszkaniu, trzeba tam wrócić.
Znaleźli klucz do sprawy. Jeśli odnajdą potencjalnego kochanka ofiary zanim to zrobi jej mąż, będą mogli zastawić pułapkę.
Tymczasem w biurze wizytator wciąż sporządzał notatki, uważnie przyglądając Ani, partnerce Maćka. Kobieta była wystarczająco spostrzegawcza, by zauważyć że to na niej najczęściej zatrzymuje się wzrok mężczyzny. Do tego odniosła wrażenie, że jego uwagę najbardziej przykuwa jej dekolt.
- Cholera – powiedziała w myślach – Dlaczego nie mogłam wybrać bluzki z jakimś mniejszym wcięciem?
Na szczęście miała też cienki sweterek. Rano było dość chłodno, dlatego na wszelki wypadek wzięła go ze sobą. Choć w biurze było zbyt ciepło na długi rękaw, zdecydowała się go założyć. Wolała już się męczyć niż żeby obcy facet cały czas obserwował jej biust.
- Zimno ci? - zdziwił się Maciek, kiedy zobaczył co robi jego partnerka
- Trochę.
Kiedy wróciła na swoje miejsce, przysunęła się do Maćka i szepnęła mu na ucho:
- On cały czas gapi się na mój dekolt.
- No i co z tego? Powinnaś się cieszyć że podobasz się facetom.
- Wy nic nie rozumiecie – pokręciła głową zrezygnowana. Ale miała rację, Maciek tego nie rozumiał. Po co brać bluzkę z dekoltem, skoro nie chce się, żeby ktoś na niego patrzył? Nie było w tym żadnej logiki.
- Może za to przychylniej cię opisze w swoim raporcie – uśmiechnął się do niej
- Dzięki, ty to wiesz jak pocieszyć...
Przerwali rozmowę, bowiem wizytator wstał i podszedł do biurka Ani. Podniosła wzrok żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Uśmiechał się tajemniczo. W jej oczach pojawiło się poirytowanie. Z czego on się tak cieszy? Że gapił się na jej biust, aż oczy mu się zrobiły duże jak pięciozłotówki i ona się zorientowała? To sprawiło mu tyle radości?
- Mam do pani prośbę – powiedział najspokojniej jak potrafił – Czy może pani pójść do kuchni i zrobić mi kawy, ewentualnie pójdzie pani ze mną i mnie poinstruuje, bo nie wiem co gdzie jest...
Ania zawahała się przez chwilę. Czy to jakaś nowa metoda na podryw? Specjalnie podniosła prawą rękę, tak by widać było obrączkę na palcu, po czym przesunęła nią po czole.
- No dobrze, zrobię panu kawę.
Ominęła go szerokim łukiem, licząc na to że nie opuści biura. Miałaby przynajmniej chwilę spokoju, pewność że nie jest przez cały czas obserwowana. W głębi duszy modliła się, by te ostatnie godziny minęły jak najszybciej, bo z każdą kolejną obecność tego mężczyzny coraz bardziej ją irytowała.
Niestety, mężczyzna odczekał chwilę i poszedł za nią. Zamknął drzwi, po cichu podszedł do niej i objął w pasie.
- Co pan robi?! - krzyknęła oburzona, próbując się uwolnić. On natomiast jedną ręką zatkał jej usta, a drugą mocniej zacisnął w pasie.
- Nie krzycz, bo tylko zrobisz niepotrzebne zamieszanie. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia... - szepnął jej do ucha
Przestała się szarpać, wiedząc już że to nic nie da.
- Mam na ciebie ochotę. Zostaniesz dłużej po pracy i dasz się przelecieć albo tak ci dowalę w raporcie, że w policji będziesz już na zawsze skończona.
Nie mógł się opanować i wsunął jej rękę pod bluzkę. W tym momencie otworzyły się drzwi i w progu stanął Maciek.
- Anka, twój telefon... - przerwał kiedy zobaczył co się dzieje.
- Rozmawiałam z wychowawczynią Rafała Jaśnieckiego.
- No i co? - mruknął bez zainteresowania
- Chłopca nie ma dzisiaj w szkole, wczoraj też go nie było.
- Tak myślałem.
Podczas gdy Sebastian krzątał się przy stole i przygotowywał kawę, Joasia oparła się o blat i kontynuowała.
- Powiem ci więcej. Wczoraj do szkoły przyszła babcia chłopca. Chciała go odebrać ze szkoły.
- Czyli nie wiedziała że go nie było... - dopowiedział sobie mężczyzna
- A z tego wynika że chłopca nie ma u babci – podsumowała blondynka.
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Oboje podejrzewali, że ojciec zabrał ze sobą chłopca. Pytanie tylko dlaczego to zrobił... Czy grozi im niebezpieczeństwo i dlatego postanowił się ukryć wraz z synem, czy... czy to on stwarza zagrożenie? Tak czy inaczej, położenie dziecka nie wyglądało najlepiej.
- A co się dowiedziałeś w tym magazynie?
- Niejaki Mariusz Jaśniecki był dość nerwowym człowiekiem. Łatwo było go sprowokować, zdarzały mu się już napady agresji. O ile to próbowali tolerować, to kiedy przyszedł pijany, wyrzucili go. Zgadnij kiedy to się stało.
- Dwa dni temu.
- Najpierw jego wyrzucają z roboty, potem ginie jego żona, a na koniec on sam i jego syn znikają... Coś tu śmierdzi.
Joasia skrzywiła się lekko i pociągnęła nosem.
- Zapomniałeś wziąć prysznic? - rzuciła z szatańskim uśmiechem
- Łahahaha, łahahaha – skomentował ironicznie – Się uśmiałem.
- Dobra – klepnęła go w ramię – Idę do Tomka, może już ustalił adres matki ofiary.
Marianna Wolicz, bowiem tak nazywała się matka Magdaleny Jaśnieckiej, wstrząśnięta była wieścią o śmierci córki. Przyznała że po tym jak nie zastała syna w szkole, próbowała skontaktować się z córką, lecz bezskutecznie.
- Dlaczego pani nie pojechała do jej mieszkania? - spytała Joasia
- Bałam się. Ten jej mąż to był potwór! Kiedyś mnie o mało ze schodów nie zepchnął, a raz to mi nożem nawet groził!
- Nic z tym pani nie zrobiła?
- Chciałam. Ale Magda mnie prosiła, a wręcz błagała żebym odpuściła. Powiedziałam tylko że moja noga więcej tego progu nie przekroczy.
Kiedy tylko skończyła mówić, zadzwonił telefon Joasi. Policjantka przeprosiła gospodynię, zerwała się z kanapy i przeszła do kuchni. W tym czasie Sebastian kontynuował rozmowę.
- Codziennie pani odbierała wnuka ze szkoły?
- Tak. Pomagałam mu odrabiać lekcje i dawałam porządny obiad, bo ta bestia głodziła i jego, i moją córkę. Dawał jakieś grosze na zakupy i z tego miała nakarmić siebie i Rafałka. Ona nie chciała mojej pomocy, to chociaż dziecko do siebie na trochę brałam...
- Pani córka została zamordowana, kiedy szykowała się do wyjścia na jakieś wieczorne spotkanie. Nie wie pani z kim mogłaby się umówić do jakiejś restauracji czy do kina.
- Co pan sugeruje! - oburzyła się kobieta – Może i Mariusz był okropnym mężem, ale Magda nigdy by nie umówiła się z innym facetem. Ona miała swój honor i nawet takiej świni potrafiła dochować wierności.
- Przepraszam, ja nie to miałem na myśli... - chciał się jakoś wytłumaczyć – Po prostu pani córka była elegancko ubrana i umalowana tuż przed śmiercią. A po domu raczej by tak nie chodziła.
- No nie wiem, może faktycznie chciała gdzieś wyjść... - spuściła trochę z tonu – Ale nie mam pojęcia z kim, nie wiem czy w ogóle miała jakichś znajomych. Mariusz był o nią bardzo zazdrosny i to nie tylko o mężczyzn.
- Słucham?
- No tak, denerwował się kiedy wychodziła z przyjaciółkami, wrzeszczał że są dla niej ważniejsze niż rodzina... W końcu prawie wcale nie wychodziła z domu, tyle co do sklepu.
- Ten mąż to jakiś tyran – stwierdził Sebastian, kiedy wychodził z partnerką z kamienicy – Ja rozumiem że można być trochę zazdrosnym, ale żeby całkiem trzymać żonę pod kluczem? Żeby na każdym kroku widzieć okazję do zdrady?
- Wariat jakiś – przyznała Aśka – Myślisz że to on ją zabił?
- Jeśli zobaczył że zamierza gdzieś wyjść, mógł wpaść w szał... a z tego co wiemy to łatwo go było wyprowadzić z równowagi.
- Cholera – zaklęła – Jeśli zabrał ze sobą dziecko...
- Nawet nie mów – rzekł łamiącym się głosem – Oby tylko nie zrobił mu krzywdy. A kto tam do ciebie dzwonił? Kochanek?
- Ta, kochanek – odparła drwiąco – Nigdy w życiu bym tak nie nazwała starego.
- Stary? Osobiście? - Sebastian szeroko otworzył oczy ze zdumienia – Czego chciał?
- Jest zgoda na ukazanie wizerunku Mariusza Jaśnieckiego i jego syna w telewizji. Może ktoś ich widział...
- Na granicy w Zgorzelcu – rzucił bez namysłu
- Nawet tak nie mów! - zdenerwowała się – Musimy być dobrej myśli, trzeba mieć nadzieję że nie wywiózł syna za granicę.
- Na jego miejscu zrobiłbym to jak najszybciej.
- Czekaj, czekaj... - nagle ją olśniło – Co ty, jako zazdrosny mąż, zrobiłbyś gdyby żona cię zdradzała?
- Zostawiłbym ją, wybaczył... Nie wiem, cholera, nie byłem w takiej sytuacji.
- No to załóżmy że w przypływie złości zabiłeś niewierną żonę. Co dalej?
- Spieprzam jak najdalej.
- Seba... - Joasia była bliska załamania – A kochanek? Zostanie bez kary?
- No jasne! - z wrażenia aż przycisnął pedał gazu mocniej niż to było konieczne – Tylko jak my go znajdziemy, skoro mamy bilingi z telefonu ofiary i nic...
- No i widzisz, słabo znasz kobiety. Bo ja, jako taka zaszufladkowana małżonka, którą mąż cały czas kontroluje, sprawdza telefon...
- Zaraz, zaraz, daj mi chwilę! Wiem! Drugi telefon.
- Musiała gdzieś go mieć – Joasia była tego pewna jak podatków i śmierci – Coś przegapiliśmy w ich mieszkaniu, trzeba tam wrócić.
Znaleźli klucz do sprawy. Jeśli odnajdą potencjalnego kochanka ofiary zanim to zrobi jej mąż, będą mogli zastawić pułapkę.
Tymczasem w biurze wizytator wciąż sporządzał notatki, uważnie przyglądając Ani, partnerce Maćka. Kobieta była wystarczająco spostrzegawcza, by zauważyć że to na niej najczęściej zatrzymuje się wzrok mężczyzny. Do tego odniosła wrażenie, że jego uwagę najbardziej przykuwa jej dekolt.
- Cholera – powiedziała w myślach – Dlaczego nie mogłam wybrać bluzki z jakimś mniejszym wcięciem?
Na szczęście miała też cienki sweterek. Rano było dość chłodno, dlatego na wszelki wypadek wzięła go ze sobą. Choć w biurze było zbyt ciepło na długi rękaw, zdecydowała się go założyć. Wolała już się męczyć niż żeby obcy facet cały czas obserwował jej biust.
- Zimno ci? - zdziwił się Maciek, kiedy zobaczył co robi jego partnerka
- Trochę.
Kiedy wróciła na swoje miejsce, przysunęła się do Maćka i szepnęła mu na ucho:
- On cały czas gapi się na mój dekolt.
- No i co z tego? Powinnaś się cieszyć że podobasz się facetom.
- Wy nic nie rozumiecie – pokręciła głową zrezygnowana. Ale miała rację, Maciek tego nie rozumiał. Po co brać bluzkę z dekoltem, skoro nie chce się, żeby ktoś na niego patrzył? Nie było w tym żadnej logiki.
- Może za to przychylniej cię opisze w swoim raporcie – uśmiechnął się do niej
- Dzięki, ty to wiesz jak pocieszyć...
Przerwali rozmowę, bowiem wizytator wstał i podszedł do biurka Ani. Podniosła wzrok żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Uśmiechał się tajemniczo. W jej oczach pojawiło się poirytowanie. Z czego on się tak cieszy? Że gapił się na jej biust, aż oczy mu się zrobiły duże jak pięciozłotówki i ona się zorientowała? To sprawiło mu tyle radości?
- Mam do pani prośbę – powiedział najspokojniej jak potrafił – Czy może pani pójść do kuchni i zrobić mi kawy, ewentualnie pójdzie pani ze mną i mnie poinstruuje, bo nie wiem co gdzie jest...
Ania zawahała się przez chwilę. Czy to jakaś nowa metoda na podryw? Specjalnie podniosła prawą rękę, tak by widać było obrączkę na palcu, po czym przesunęła nią po czole.
- No dobrze, zrobię panu kawę.
Ominęła go szerokim łukiem, licząc na to że nie opuści biura. Miałaby przynajmniej chwilę spokoju, pewność że nie jest przez cały czas obserwowana. W głębi duszy modliła się, by te ostatnie godziny minęły jak najszybciej, bo z każdą kolejną obecność tego mężczyzny coraz bardziej ją irytowała.
Niestety, mężczyzna odczekał chwilę i poszedł za nią. Zamknął drzwi, po cichu podszedł do niej i objął w pasie.
- Co pan robi?! - krzyknęła oburzona, próbując się uwolnić. On natomiast jedną ręką zatkał jej usta, a drugą mocniej zacisnął w pasie.
- Nie krzycz, bo tylko zrobisz niepotrzebne zamieszanie. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia... - szepnął jej do ucha
Przestała się szarpać, wiedząc już że to nic nie da.
- Mam na ciebie ochotę. Zostaniesz dłużej po pracy i dasz się przelecieć albo tak ci dowalę w raporcie, że w policji będziesz już na zawsze skończona.
Nie mógł się opanować i wsunął jej rękę pod bluzkę. W tym momencie otworzyły się drzwi i w progu stanął Maciek.
- Anka, twój telefon... - przerwał kiedy zobaczył co się dzieje.
czwartek, 11 września 2014
VII. Scen nr 45
Zgodnie z zapowiedzią komendanta, na początku tygodnia pojawił się wizytator. Był to mężczyzna w średnim wieku, wysoki, krótko ścięty blondyn o chłodnym spojrzeniu i nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Nikt z komisarzy nawet nie myślał by wchodzić mu w drogę. Po prostu udawali że go nie widzą, choć taką postawę też mógł zapisać w swoich notatkach jako ignorowanie. Ale to chyba lepsze to niż wdać się w jakąś dyskusję i stracić panowanie nad nerwami.
- Aśka, Seba – zawołał Tomek, pojawiwszy się w biurze – Chodźcie ze mną, macie sprawę.
Zbawienie. Anka i Maciek oraz Anka i Rafał zakończyli ostatnio swoje śledztwa i teraz zostało już im tylko wypełnianie papierów w biurze. Co gorsza, właśnie w obecności tego całego wizytatora. Sebastian nie krył zadowolenia, kiedy wraz z partnerką opuścili pomieszczenie, w którym znajdował się ten nieprzyjaźnie wyglądający człowiek. Blondynka natomiast odetchnęła z ulgą. Nie wzięli jednak pod uwagę, że jeśli nie będzie to łatwe śledztwo, to wtedy cała uwaga skupi się na nich.
Mimo wszystko trzeba być optymistą. Po co od razu zakładać że to będzie trudne dochodzenie? Może będzie dość podobne do pozostałych i nikt nie będzie się temu uważniej przyglądał?
- No co jest?
- Pojedziecie na Zieloną 13/4, znaleziono tam ciało martwej kobiety.
- Tomek, Tomek – Joasia pokręciła głową – Skoro znaleziono ciało, to chyba wiadomo że martwej, co nie?
- A skąd wiesz, może jednak dusza się znajdzie gdzieś za szafą – rzucił żartobliwie
- Bardzo śmieszne, bardzo – asystent pokręcił głową – No dobra, pośmiali się? Bo jak z takimi minami tam wejdziecie, to sąsiedzi raczej nie będą mieli o was dobrego zdania...
- Ty już się naszą reputacją nie przejmuj. Wystarczy że ze swoją masz problemy.
Sebastian z Asią znowu zachichotali. Tomek tylko westchnął cicho i wrócił do swojego biurka.
- Powiedzcie swoim dilerom żeby wam załatwili słabszy towar, no chyba że zamawiacie u tego samego.
- Dobra, dobra. To mówisz że Zielona 4/13?
- Trzy-naś-cie przez czte-ry – specjalnie mówił sylabami, aby zapadło im to w pamięć – Adam i technicy są już na miejscu.
Kilkadziesiąt minut później, ulica Zielona. Adam stał pod blokiem i kończył właśnie palić kolejnego papierosa. Zniecierpliwiony patolog spojrzał na zegarek, już chciał odejść, kiedy w końcu nadeszli Joasia i Sebastian.
- No co tak długo, ile można na was czekać? - spytał zniecierpliwiony – Wiecie ilu mam pacjentów?
- Nie przejmuj się, nigdzie ci nie uciekną – odparł komisarz
- No w sumie racja. Co chcecie wiedzieć?
- Wszystko – mruknęła Asia bez zastanowienia
- No więc mamy poniedziałek, 16 czerwca, godzina dziesiąta pięćdziesiąt trzy... - zaczął, ale za chwilę blondynka mu przerwała
- Wszystko na temat ciała.
- Niewysoka brunetka, gładka, śniada cera, szczupła, świeżo pomalowane paznokcie...
- Adam – wycedziła przez zęby
- No co? - rozłożył bezradnie ręce – Sama powiedziałaś że chcesz wszystko wiedzieć.
Sebastian tylko się zaśmiał z zaistniałej sytuacji, ale szybko się opanował, gdyż okoliczności w jakich się tu znaleźli nie sprzyjały takiemu zachowaniu. Chciał już zaproponować partnerce by poszła do techników, a on w tym czasie się podroczy z Adamem, lecz kobieta go uprzedziła.
- Dobra, wygrałeś. Będziesz miał to swoje zbędne przesłuchanie... Jak zginęła?
- Dwa strzały, jeden w brzuch, drugi w klatkę piersiową. Ale żaden nie był bezpośrednią przyczyną zgonu. Leżała tak na podłodze jakiś czas, trochę się przeczołgała, sami zresztą zobaczycie tę smugę krwi na dywanie. Nie miała siły by się podnieść i sięgnąć po telefon, aż w końcu się biedaczka wykrwawiła.
- Yhym – policjantka zginęła głową – Kiedy?
- Myślę że wczoraj wieczorem, między dwudziestą a dwudziestą trzecią. Dokładniej będę mógł to ustalić podczas sekcji.
- Jakieś ślady walki, obrony?
- Nic. Więcej...
- Tak, tak, więcej w raporcie po sekcji... - uprzedziła go policjantka
- Nie, chciałem powiedzieć że więcej powiedzą wam technicy.
Komisarze pożegnali się z Adamem. Oni weszli do bloku oznaczonego numerem trzynaście, on zaś poszedł na parking, do swojego samochodu. Już pod drzwiami czwartego mieszkania Asia i Sebastian natknęli się na kilku sąsiadów, pilnowanych przez mundurowego, aby żaden z nich nie wszedł do środka. Przeszli obojętnie wobec nich, nie zwracając uwagi nawet na swojego człowieka.
- Cześć – podszedł do nich szef techników i wyciągnął rękę na powitanie – Chodźcie, chodźcie. Tak jak tu widzicie, ofiara jest dość elegancko ubrana, prawdopodobnie szykowała się na jakieś wyjście. Dwa strzały, o tym słyszeliście już od Adama. Nie zauważyliśmy śladów włamania, więc prawdopodobnie ofiara znała sprawcę i sama wpuściła go do domu.
- Dość czysto tutaj – stwierdziła Joasia
- Taaa, to popatrz na dywan.
- Miałam na myśli całą resztę.
Sebastian dopiero teraz rozejrzał się po mieszkaniu. Faktycznie, panował tutaj porządek. Poza plamą krwi powstałą z oczywistych powodów, wszystko było idealnie czyste, co nawet wydało im się podejrzane.
- Jakieś dokumenty czy coś znaleźliście?
- No właściwie to jest wszystko – mężczyzna podrapał się po głowie – Portfel, dowód osobisty, komórka, kosmetyki, biżuteria...
- No dobra, a kim była ofiara?
- Magdalena Jaśniecka, urodzona w Bydgoszczy 12 stycznia 1980 roku. Mężatka, ma syna w wieku siedmiu lat.
- Gdzie jest teraz ten syn? W szkole? - Sebastian wyglądał za zaskoczonego
- Poczekaj chwilę – poprosiła Joasia – Skoro kobieta zginęła wczoraj to znaczy...
- …że syn nie nocował w domu – dokończył za nią – Sprawca najpierw zabił kobietę, a potem porwał jej syna?
- Możliwe. Ale gdzie mąż w tej układance?
- No właśnie, cholera... Dobra, chodź, popytamy sąsiadów. A wy tutaj wiecie co robić – wrócił się do techników, którzy właśnie zabezpieczali odciski palców na blacie stołu.
- Panie inspektorze – mówiła jedna staruszka
- Komisarzu – poprawił ją Sebastian
- Ja swoje lata mam, rozumie pan. To już nogi nie te, oczy słabiej widzą, człowiek się zmęczony czuje – ciągnęła niezrażona – Ale słuch to ja mam jeszcze dobry, a że mieszkam tu za ścianą...
- Coś pani usłyszała? - spytał z nadzieją w głosie
- Tylko że ja, panie inspektorze, nie chcę rozsiewać plotek.
- Proszę pani, bez obaw. Ta rozmowa zostanie w tajemnicy między nami – uspokoił ją
- No dobrze panie inspektorze, to ja powiem. Ostatnio często się kłócili, dużo krzyczeli, a ten ich synek cały czas płakał. On coś krzyczał na żonę że jest wyrodną matką, że nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci, oskarżał ją nawet o zdradę. Ja tam nie wiem czy ona naprawdę taka była, ale on też był nie lepszy. Wyrzucili go z pracy, bo przyszedł pijany. Do domu też wracał pijany, raz chyba nawet uderzył syna.
- Uderzył? Jest pani pewna?
- Tak, po jednej z awantur chodził z sinym okiem. Kiedy go spytałam co mu się stało, to powiedział że pokłócił się z kolegą w szkole i się pobili. Matko Bosko, takie małe dziecko, a już...
- Dobrze, dziękuję – pospiesznie zakończył dyskusję, zanim staruszka zacznie mówić o tym jak to teraz źle na tym świecie, jak niebezpiecznie, jaka znieczulica społeczna, że za jej czasów tak nie było, przywoła pewnie jakieś wspomnienia z dawnych lat... i nie wypuści go przez kolejne trzy godziny.
- A, jeszcze jedno. Wie pani gdzie pracował mąż pani Jaśnieckiej?
- Wiem tylko że gdzieś na magazynie na południu miasta.
- Dobrze, dziękuję.
Po dwóch i pół godziny przesłuchiwania sąsiadów Sebastian czekał już na Joasię przy samochodzie. Dziewczyna nie wyglądała na zachwyconą.
- I jak?
- Daj spokój – machnęła ręką zrezygnowana – Ile ludzi, tyle wersji wydarzeń.
- U mnie to samo... Nie wiadomo komu i w co wierzyć – pokręcił głową
- Najlepiej będzie jak sami sprawdzimy tego męża ofiary... I ustalimy do której szkoły chodzi syn.
Nie czekając już ani chwili dłużej zajęli miejsca w samochodzie – Sebastian za kierownicą, a jego partnerka na fotelu pasażera.
- Aśka, Seba – zawołał Tomek, pojawiwszy się w biurze – Chodźcie ze mną, macie sprawę.
Zbawienie. Anka i Maciek oraz Anka i Rafał zakończyli ostatnio swoje śledztwa i teraz zostało już im tylko wypełnianie papierów w biurze. Co gorsza, właśnie w obecności tego całego wizytatora. Sebastian nie krył zadowolenia, kiedy wraz z partnerką opuścili pomieszczenie, w którym znajdował się ten nieprzyjaźnie wyglądający człowiek. Blondynka natomiast odetchnęła z ulgą. Nie wzięli jednak pod uwagę, że jeśli nie będzie to łatwe śledztwo, to wtedy cała uwaga skupi się na nich.
Mimo wszystko trzeba być optymistą. Po co od razu zakładać że to będzie trudne dochodzenie? Może będzie dość podobne do pozostałych i nikt nie będzie się temu uważniej przyglądał?
- No co jest?
- Pojedziecie na Zieloną 13/4, znaleziono tam ciało martwej kobiety.
- Tomek, Tomek – Joasia pokręciła głową – Skoro znaleziono ciało, to chyba wiadomo że martwej, co nie?
- A skąd wiesz, może jednak dusza się znajdzie gdzieś za szafą – rzucił żartobliwie
- Bardzo śmieszne, bardzo – asystent pokręcił głową – No dobra, pośmiali się? Bo jak z takimi minami tam wejdziecie, to sąsiedzi raczej nie będą mieli o was dobrego zdania...
- Ty już się naszą reputacją nie przejmuj. Wystarczy że ze swoją masz problemy.
Sebastian z Asią znowu zachichotali. Tomek tylko westchnął cicho i wrócił do swojego biurka.
- Powiedzcie swoim dilerom żeby wam załatwili słabszy towar, no chyba że zamawiacie u tego samego.
- Dobra, dobra. To mówisz że Zielona 4/13?
- Trzy-naś-cie przez czte-ry – specjalnie mówił sylabami, aby zapadło im to w pamięć – Adam i technicy są już na miejscu.
Kilkadziesiąt minut później, ulica Zielona. Adam stał pod blokiem i kończył właśnie palić kolejnego papierosa. Zniecierpliwiony patolog spojrzał na zegarek, już chciał odejść, kiedy w końcu nadeszli Joasia i Sebastian.
- No co tak długo, ile można na was czekać? - spytał zniecierpliwiony – Wiecie ilu mam pacjentów?
- Nie przejmuj się, nigdzie ci nie uciekną – odparł komisarz
- No w sumie racja. Co chcecie wiedzieć?
- Wszystko – mruknęła Asia bez zastanowienia
- No więc mamy poniedziałek, 16 czerwca, godzina dziesiąta pięćdziesiąt trzy... - zaczął, ale za chwilę blondynka mu przerwała
- Wszystko na temat ciała.
- Niewysoka brunetka, gładka, śniada cera, szczupła, świeżo pomalowane paznokcie...
- Adam – wycedziła przez zęby
- No co? - rozłożył bezradnie ręce – Sama powiedziałaś że chcesz wszystko wiedzieć.
Sebastian tylko się zaśmiał z zaistniałej sytuacji, ale szybko się opanował, gdyż okoliczności w jakich się tu znaleźli nie sprzyjały takiemu zachowaniu. Chciał już zaproponować partnerce by poszła do techników, a on w tym czasie się podroczy z Adamem, lecz kobieta go uprzedziła.
- Dobra, wygrałeś. Będziesz miał to swoje zbędne przesłuchanie... Jak zginęła?
- Dwa strzały, jeden w brzuch, drugi w klatkę piersiową. Ale żaden nie był bezpośrednią przyczyną zgonu. Leżała tak na podłodze jakiś czas, trochę się przeczołgała, sami zresztą zobaczycie tę smugę krwi na dywanie. Nie miała siły by się podnieść i sięgnąć po telefon, aż w końcu się biedaczka wykrwawiła.
- Yhym – policjantka zginęła głową – Kiedy?
- Myślę że wczoraj wieczorem, między dwudziestą a dwudziestą trzecią. Dokładniej będę mógł to ustalić podczas sekcji.
- Jakieś ślady walki, obrony?
- Nic. Więcej...
- Tak, tak, więcej w raporcie po sekcji... - uprzedziła go policjantka
- Nie, chciałem powiedzieć że więcej powiedzą wam technicy.
Komisarze pożegnali się z Adamem. Oni weszli do bloku oznaczonego numerem trzynaście, on zaś poszedł na parking, do swojego samochodu. Już pod drzwiami czwartego mieszkania Asia i Sebastian natknęli się na kilku sąsiadów, pilnowanych przez mundurowego, aby żaden z nich nie wszedł do środka. Przeszli obojętnie wobec nich, nie zwracając uwagi nawet na swojego człowieka.
- Cześć – podszedł do nich szef techników i wyciągnął rękę na powitanie – Chodźcie, chodźcie. Tak jak tu widzicie, ofiara jest dość elegancko ubrana, prawdopodobnie szykowała się na jakieś wyjście. Dwa strzały, o tym słyszeliście już od Adama. Nie zauważyliśmy śladów włamania, więc prawdopodobnie ofiara znała sprawcę i sama wpuściła go do domu.
- Dość czysto tutaj – stwierdziła Joasia
- Taaa, to popatrz na dywan.
- Miałam na myśli całą resztę.
Sebastian dopiero teraz rozejrzał się po mieszkaniu. Faktycznie, panował tutaj porządek. Poza plamą krwi powstałą z oczywistych powodów, wszystko było idealnie czyste, co nawet wydało im się podejrzane.
- Jakieś dokumenty czy coś znaleźliście?
- No właściwie to jest wszystko – mężczyzna podrapał się po głowie – Portfel, dowód osobisty, komórka, kosmetyki, biżuteria...
- No dobra, a kim była ofiara?
- Magdalena Jaśniecka, urodzona w Bydgoszczy 12 stycznia 1980 roku. Mężatka, ma syna w wieku siedmiu lat.
- Gdzie jest teraz ten syn? W szkole? - Sebastian wyglądał za zaskoczonego
- Poczekaj chwilę – poprosiła Joasia – Skoro kobieta zginęła wczoraj to znaczy...
- …że syn nie nocował w domu – dokończył za nią – Sprawca najpierw zabił kobietę, a potem porwał jej syna?
- Możliwe. Ale gdzie mąż w tej układance?
- No właśnie, cholera... Dobra, chodź, popytamy sąsiadów. A wy tutaj wiecie co robić – wrócił się do techników, którzy właśnie zabezpieczali odciski palców na blacie stołu.
- Panie inspektorze – mówiła jedna staruszka
- Komisarzu – poprawił ją Sebastian
- Ja swoje lata mam, rozumie pan. To już nogi nie te, oczy słabiej widzą, człowiek się zmęczony czuje – ciągnęła niezrażona – Ale słuch to ja mam jeszcze dobry, a że mieszkam tu za ścianą...
- Coś pani usłyszała? - spytał z nadzieją w głosie
- Tylko że ja, panie inspektorze, nie chcę rozsiewać plotek.
- Proszę pani, bez obaw. Ta rozmowa zostanie w tajemnicy między nami – uspokoił ją
- No dobrze panie inspektorze, to ja powiem. Ostatnio często się kłócili, dużo krzyczeli, a ten ich synek cały czas płakał. On coś krzyczał na żonę że jest wyrodną matką, że nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci, oskarżał ją nawet o zdradę. Ja tam nie wiem czy ona naprawdę taka była, ale on też był nie lepszy. Wyrzucili go z pracy, bo przyszedł pijany. Do domu też wracał pijany, raz chyba nawet uderzył syna.
- Uderzył? Jest pani pewna?
- Tak, po jednej z awantur chodził z sinym okiem. Kiedy go spytałam co mu się stało, to powiedział że pokłócił się z kolegą w szkole i się pobili. Matko Bosko, takie małe dziecko, a już...
- Dobrze, dziękuję – pospiesznie zakończył dyskusję, zanim staruszka zacznie mówić o tym jak to teraz źle na tym świecie, jak niebezpiecznie, jaka znieczulica społeczna, że za jej czasów tak nie było, przywoła pewnie jakieś wspomnienia z dawnych lat... i nie wypuści go przez kolejne trzy godziny.
- A, jeszcze jedno. Wie pani gdzie pracował mąż pani Jaśnieckiej?
- Wiem tylko że gdzieś na magazynie na południu miasta.
- Dobrze, dziękuję.
Po dwóch i pół godziny przesłuchiwania sąsiadów Sebastian czekał już na Joasię przy samochodzie. Dziewczyna nie wyglądała na zachwyconą.
- I jak?
- Daj spokój – machnęła ręką zrezygnowana – Ile ludzi, tyle wersji wydarzeń.
- U mnie to samo... Nie wiadomo komu i w co wierzyć – pokręcił głową
- Najlepiej będzie jak sami sprawdzimy tego męża ofiary... I ustalimy do której szkoły chodzi syn.
Nie czekając już ani chwili dłużej zajęli miejsca w samochodzie – Sebastian za kierownicą, a jego partnerka na fotelu pasażera.
środa, 10 września 2014
VII. Scen nr 44
Dwa dni później, komenda przy Pomorskiej.
- Cześć wszystkim! - rzucił Maciek, wchodząc do biura. Ku jego zaskoczeniu, odpowiedziała mu cisza. W pomieszczeniu nie było ani jednej żywej duszy. Wzruszył tylko ramionami i poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. To nawet lepiej że będzie miał chwilę spokoju, tylko dla siebie...
- O, Maciek – w drzwiach pojawił się Tomek – A ty nie na zebraniu?
- Jakim zeb... Cholera jasna! - zostawił kawę i natychmiast wybiegł na korytarz. Komendant aż trzykrotnie wczoraj przypominał, że zamiast w biurze, punktualnie o ósmej. Będąc na schodach wyciągnął telefon i spojrzał na zegarek...
- Kuźwa – zaklął, widząc iż jest jeden po ósmej. Jednak w jego głowie błyskawicznie zrodziła się genialna myśl, która pomoże usprawiedliwić mu spóźnienie. Przystanął na chwilę, przestawił zegarek o trzy minuty w tył i zadowolony ruszył dalej, by pokonać resztę dystansu.
- Dzień dobry - wszedł, przerywając komendantowi wypowiadane właśnie słowo. Przełożony zmierzył go wzrokiem.
- A o której to się przychodzi? - spytał jadowicie
Maciek najpierw spojrzał na zegarek wiszący na ścianie, by potem wyciągnąć telefon i pokazać go staremu.
- Przepraszam, ale u mnie zostały jeszcze dwie minuty do ósmej. Nie wiedziałem że pański zegarek jest o trzy minuty do przodu w stosunku do mojego.
Rozłożył bezradnie ręce, po czym zajął miejsce na krześle między Sebastianem a Rafałem. Zbigniew Plackowski mruknął coś niezrozumiałego o synchronizacji zegarków, po czym chrząknął znacząco, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
- A więc powtórzę, bo nie wszyscy się dowiedzieli – rzekł z aluzją do Maćka – W przyszłym tygodniu, od poniedziałku do piątku, będzie u nas gościł wizytator z komendy wojewódzkiej. Przede wszystkim proszę państwa o panowanie nad sobą. Ja rozumiem że to może być irytujące, gdy ktoś ciągle was obserwuje, robi o was notatki, nie odstępuje na krok. Ale musimy to wytrzymać, w poprzednim raporcie nie wypadliśmy najlepiej, dlatego teraz pora się zrehabilitować.
- A co takiego było w poprzednim raporcie? - szepnął Maciek do Sebastiana
- Oj, wiele niedociągnięć. Wcale się nie dziwię że...
- Co to za rozmowy! - brutalnie przerwał stary – Wszelkie pytania proszę kierować do mnie i tylko do mnie, zrozumiano?
- Oczywiście – uśmiechnął się Maciek – W takim razie, czy mógłby pan pokrótce opowiedzieć mi, co to za niedociągnięcia zdarzyły się podczas poprzedniej wizytacji?
Komendant zmarszczył brwi i pogładził się po siwej brodzie.
- Skoro koniecznie chce pan wiedzieć... Pokrótce – wizytatorką była kobieta, jednego dnia przyszła w białej koszuli, miała dość spory dekolt. Być może chciała kogoś sprowokować, nie wiem, ale faktem jest że pański poprzednik, pan Kuba, zagapił się w ten dekolt, potknął się i wylał kawę na panią wizytatorkę.
Maciek skrzywił się nieznacznie, jednocześnie powstrzymując się od śmiechu. Za to na samo wspomnienie tego zdarzenia, Rafał i Sebastian, którzy to widzieli na własne oczy, zaczęli się śmiać.
- A wy panowie też święci nie byliście – przypomniał im – Ładnie żeście nad nią nabluzgali, kiedy stała za waszymi plecami i wszystkiego tego słuchała... A właśnie, skoro już o tym mowa, prosiłbym o kontrolowanie słownictwa. Proszę unikać wulgaryzmów...
- Postaramy się – zapewnił Rafał z szyderczym uśmiechem
- Poważnie mówię, panie Rafale. Kontynnując, pani Joasia wymieniała smsy o treści erotycznej z nieznanym nikomu numerem.
- Przepraszam bardzo – oburzyła się blondynka – Zabawimy się wieczorem to nie jest żadna treść erotyczna.
- No dobrze, dobrze. Przypomnę wam, żeby przekazać asystentom i pozostałym pracownikom wydziału informację o wizytacji. Nie chcę żeby oni też coś zepsuli jak ostatnio, już nawet nie będę wspominał, żeby nie przeciągać spotkania.
- To co, możemy już iść? - Maciek już zacierał ręce na myśl, że wydostanie się z gabinetu komendanta
- O nie, nie tak prędko. Teraz przypomnę wam kilka podstawowych zasad, które powinniście znać, i mam nadzieję, przestrzegacie.
Zrezygnowany brunet odchylił głowę do tyłu. Długi, nudny wykład o niczym. Gadanie żeby gadać. Normalnie jak w szkole. Czasem tęsknił za dawnymi czasami, ale nie aż tak bardzo, by znów przeżywać katusze na nudnych pogadankach.
- Alleluja, alleluuuuja! - podśpiewywał Maciek, kiedy wracali do biura po dwugodzinnym wykładzie komendanta – W końcu, już mi uszy spuchły od tego pierdzielenia...
- Ciszej, bo cię jeszcze usłyszy – upomniała go Anka, jego partnerka
- No to przynajmniej będzie wiedział co o tym myślę.
- Lepiej dla ciebie, żeby nie wiedział.
- Aniu, co ty się przejmujesz – wtrącił się Sebastian – Jak coś to on oberwie, nie ty.
- A ty co myślałeś? Że zostawię go samego z tą niezliczoną ilością raportów, którą dostanie za karę?
Maciek tylko się uśmiechnął pod nosem. On też by jej nie zostawił samej w takiej sytuacji. Na tym polegała przecież partnerska współpraca. Cieszył się, że to właśnie z nią pracuje i że znalazł z nią wspólny język, choć na początku nie było łatwo.
- Kto robi kawę? - wypaliła nagle druga Ania
Wszyscy zatrzymali się, każdy zaczął spoglądać jeden na drugiego, jakby czekali na ochotnika, który się wyrwie z tłumu. O dziwo, tak się właśnie stało. Maciek poruszył się, wyminął stojące przed nim osoby i oznajmił donośnym głosem że zrobi wszystkim kawę.
- To ja ci pomogę! - zawołała Anka, po czym ruszyła za nim
Pozostali poszli do biura.
- Maciek – zagadnęła w pewnej chwili kobieta
- Yhym? - mruknął, wsypując po dwie łyżeczki kawy do każdego kolejnego kubka podstawianego mu przez partnerkę
- Co ciebie tak ostatnio nosi?
Przestał sypać kawę, obrócił głowę w jej stronę i spojrzał na nią pytająco.
- Co robi?
- No wiesz, jakiś taki energiczny się ostatnio zrobiłeś, pewny siebie, uśmiechnięty...
- To chyba dobrze, co? - nie widział w tym nic nadzwyczajnego
- Dobrze, dobrze – przyznała mu rację – Ale zastanawiam się skąd ta zmiana. Wygrałeś w totka?
- Skąd, nawet nie grałem.
- Zacząłeś palić zioło? - strzeliła kolejny raz po chwili namysłu
- Anka, proszę cię – westchnął – Przecież to nielegalne.
- No tak, wzorowy policjant – rzuciła z przekąsem – To może mocniejsze fajki?
Pokręcił przecząco głową. Anka zamilkła na dłużej, zastanawiając się co takiego mogło sprawić sporo radości brunetowi, dodać mu energii, motywacji... On w tym czasie zdążył zalać kubki wrzątkiem, sięgnąć po cukier i wtedy...
- Wiem!
Zaskoczony policjant o mało nie upuścił cukiernicy. Nie przerywając czynności, posłał swojej partnerce naglące spojrzenie.
- Przespałeś się z Martą.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Z wrażenia wysypał cukier obok kubka, po czym parsknął śmiechem.
- Co zrobiłem? Z kim? - mówił przez śmiech
- No z Martą. Tą czarnowłosą, co jakiś czas u ciebie mieszkała.
- Tak, tak, ja wiem o kogo chodzi, tylko że... z Martą się dawno nie widziałem, nie rozmawialiśmy ostatnio.
- No to co do cholery cię tak cieszy? Nie wierzę że nic się nie stało, że tak po prostu samo z siebie zmieniło się twoje zachowanie.
- No dobra, jest taka jedna rzecz, ale nie wiem czy potraktujesz to poważnie.
- Mów – zachęciła go
- W przyszły weekend... odbywają się zawody kartingowe. Biorę w nich udział.
Anka przez chwilę stała z kamienną twarzą. Jakieś głupie zawody w jeżdżeniu w kółko wprowadziły go w euforię? I to jeszcze tego nawet nie wygrał, a on już się cieszy? Wydawało się to jej co najmniej dziwne.
- A widzisz, mówiłem – mimo to nie wyglądało na to, by miał zepsuty humor – Ja po prostu lubię jeździć, wiesz, ta rywalizacja, adrenalina, szukanie limitów... Yyy, dobra, nie nakręcam się.
- A może... może... może powiesz o tym wszystkim w biurze, przyjdziemy ci pokibicować? - zaproponowała nieśmiało
- Jeśli chcecie to czemu nie?
- Cześć wszystkim! - rzucił Maciek, wchodząc do biura. Ku jego zaskoczeniu, odpowiedziała mu cisza. W pomieszczeniu nie było ani jednej żywej duszy. Wzruszył tylko ramionami i poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. To nawet lepiej że będzie miał chwilę spokoju, tylko dla siebie...
- O, Maciek – w drzwiach pojawił się Tomek – A ty nie na zebraniu?
- Jakim zeb... Cholera jasna! - zostawił kawę i natychmiast wybiegł na korytarz. Komendant aż trzykrotnie wczoraj przypominał, że zamiast w biurze, punktualnie o ósmej. Będąc na schodach wyciągnął telefon i spojrzał na zegarek...
- Kuźwa – zaklął, widząc iż jest jeden po ósmej. Jednak w jego głowie błyskawicznie zrodziła się genialna myśl, która pomoże usprawiedliwić mu spóźnienie. Przystanął na chwilę, przestawił zegarek o trzy minuty w tył i zadowolony ruszył dalej, by pokonać resztę dystansu.
- Dzień dobry - wszedł, przerywając komendantowi wypowiadane właśnie słowo. Przełożony zmierzył go wzrokiem.
- A o której to się przychodzi? - spytał jadowicie
Maciek najpierw spojrzał na zegarek wiszący na ścianie, by potem wyciągnąć telefon i pokazać go staremu.
- Przepraszam, ale u mnie zostały jeszcze dwie minuty do ósmej. Nie wiedziałem że pański zegarek jest o trzy minuty do przodu w stosunku do mojego.
Rozłożył bezradnie ręce, po czym zajął miejsce na krześle między Sebastianem a Rafałem. Zbigniew Plackowski mruknął coś niezrozumiałego o synchronizacji zegarków, po czym chrząknął znacząco, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
- A więc powtórzę, bo nie wszyscy się dowiedzieli – rzekł z aluzją do Maćka – W przyszłym tygodniu, od poniedziałku do piątku, będzie u nas gościł wizytator z komendy wojewódzkiej. Przede wszystkim proszę państwa o panowanie nad sobą. Ja rozumiem że to może być irytujące, gdy ktoś ciągle was obserwuje, robi o was notatki, nie odstępuje na krok. Ale musimy to wytrzymać, w poprzednim raporcie nie wypadliśmy najlepiej, dlatego teraz pora się zrehabilitować.
- A co takiego było w poprzednim raporcie? - szepnął Maciek do Sebastiana
- Oj, wiele niedociągnięć. Wcale się nie dziwię że...
- Co to za rozmowy! - brutalnie przerwał stary – Wszelkie pytania proszę kierować do mnie i tylko do mnie, zrozumiano?
- Oczywiście – uśmiechnął się Maciek – W takim razie, czy mógłby pan pokrótce opowiedzieć mi, co to za niedociągnięcia zdarzyły się podczas poprzedniej wizytacji?
Komendant zmarszczył brwi i pogładził się po siwej brodzie.
- Skoro koniecznie chce pan wiedzieć... Pokrótce – wizytatorką była kobieta, jednego dnia przyszła w białej koszuli, miała dość spory dekolt. Być może chciała kogoś sprowokować, nie wiem, ale faktem jest że pański poprzednik, pan Kuba, zagapił się w ten dekolt, potknął się i wylał kawę na panią wizytatorkę.
Maciek skrzywił się nieznacznie, jednocześnie powstrzymując się od śmiechu. Za to na samo wspomnienie tego zdarzenia, Rafał i Sebastian, którzy to widzieli na własne oczy, zaczęli się śmiać.
- A wy panowie też święci nie byliście – przypomniał im – Ładnie żeście nad nią nabluzgali, kiedy stała za waszymi plecami i wszystkiego tego słuchała... A właśnie, skoro już o tym mowa, prosiłbym o kontrolowanie słownictwa. Proszę unikać wulgaryzmów...
- Postaramy się – zapewnił Rafał z szyderczym uśmiechem
- Poważnie mówię, panie Rafale. Kontynnując, pani Joasia wymieniała smsy o treści erotycznej z nieznanym nikomu numerem.
- Przepraszam bardzo – oburzyła się blondynka – Zabawimy się wieczorem to nie jest żadna treść erotyczna.
- No dobrze, dobrze. Przypomnę wam, żeby przekazać asystentom i pozostałym pracownikom wydziału informację o wizytacji. Nie chcę żeby oni też coś zepsuli jak ostatnio, już nawet nie będę wspominał, żeby nie przeciągać spotkania.
- To co, możemy już iść? - Maciek już zacierał ręce na myśl, że wydostanie się z gabinetu komendanta
- O nie, nie tak prędko. Teraz przypomnę wam kilka podstawowych zasad, które powinniście znać, i mam nadzieję, przestrzegacie.
Zrezygnowany brunet odchylił głowę do tyłu. Długi, nudny wykład o niczym. Gadanie żeby gadać. Normalnie jak w szkole. Czasem tęsknił za dawnymi czasami, ale nie aż tak bardzo, by znów przeżywać katusze na nudnych pogadankach.
- Alleluja, alleluuuuja! - podśpiewywał Maciek, kiedy wracali do biura po dwugodzinnym wykładzie komendanta – W końcu, już mi uszy spuchły od tego pierdzielenia...
- Ciszej, bo cię jeszcze usłyszy – upomniała go Anka, jego partnerka
- No to przynajmniej będzie wiedział co o tym myślę.
- Lepiej dla ciebie, żeby nie wiedział.
- Aniu, co ty się przejmujesz – wtrącił się Sebastian – Jak coś to on oberwie, nie ty.
- A ty co myślałeś? Że zostawię go samego z tą niezliczoną ilością raportów, którą dostanie za karę?
Maciek tylko się uśmiechnął pod nosem. On też by jej nie zostawił samej w takiej sytuacji. Na tym polegała przecież partnerska współpraca. Cieszył się, że to właśnie z nią pracuje i że znalazł z nią wspólny język, choć na początku nie było łatwo.
- Kto robi kawę? - wypaliła nagle druga Ania
Wszyscy zatrzymali się, każdy zaczął spoglądać jeden na drugiego, jakby czekali na ochotnika, który się wyrwie z tłumu. O dziwo, tak się właśnie stało. Maciek poruszył się, wyminął stojące przed nim osoby i oznajmił donośnym głosem że zrobi wszystkim kawę.
- To ja ci pomogę! - zawołała Anka, po czym ruszyła za nim
Pozostali poszli do biura.
- Maciek – zagadnęła w pewnej chwili kobieta
- Yhym? - mruknął, wsypując po dwie łyżeczki kawy do każdego kolejnego kubka podstawianego mu przez partnerkę
- Co ciebie tak ostatnio nosi?
Przestał sypać kawę, obrócił głowę w jej stronę i spojrzał na nią pytająco.
- Co robi?
- No wiesz, jakiś taki energiczny się ostatnio zrobiłeś, pewny siebie, uśmiechnięty...
- To chyba dobrze, co? - nie widział w tym nic nadzwyczajnego
- Dobrze, dobrze – przyznała mu rację – Ale zastanawiam się skąd ta zmiana. Wygrałeś w totka?
- Skąd, nawet nie grałem.
- Zacząłeś palić zioło? - strzeliła kolejny raz po chwili namysłu
- Anka, proszę cię – westchnął – Przecież to nielegalne.
- No tak, wzorowy policjant – rzuciła z przekąsem – To może mocniejsze fajki?
Pokręcił przecząco głową. Anka zamilkła na dłużej, zastanawiając się co takiego mogło sprawić sporo radości brunetowi, dodać mu energii, motywacji... On w tym czasie zdążył zalać kubki wrzątkiem, sięgnąć po cukier i wtedy...
- Wiem!
Zaskoczony policjant o mało nie upuścił cukiernicy. Nie przerywając czynności, posłał swojej partnerce naglące spojrzenie.
- Przespałeś się z Martą.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Z wrażenia wysypał cukier obok kubka, po czym parsknął śmiechem.
- Co zrobiłem? Z kim? - mówił przez śmiech
- No z Martą. Tą czarnowłosą, co jakiś czas u ciebie mieszkała.
- Tak, tak, ja wiem o kogo chodzi, tylko że... z Martą się dawno nie widziałem, nie rozmawialiśmy ostatnio.
- No to co do cholery cię tak cieszy? Nie wierzę że nic się nie stało, że tak po prostu samo z siebie zmieniło się twoje zachowanie.
- No dobra, jest taka jedna rzecz, ale nie wiem czy potraktujesz to poważnie.
- Mów – zachęciła go
- W przyszły weekend... odbywają się zawody kartingowe. Biorę w nich udział.
Anka przez chwilę stała z kamienną twarzą. Jakieś głupie zawody w jeżdżeniu w kółko wprowadziły go w euforię? I to jeszcze tego nawet nie wygrał, a on już się cieszy? Wydawało się to jej co najmniej dziwne.
- A widzisz, mówiłem – mimo to nie wyglądało na to, by miał zepsuty humor – Ja po prostu lubię jeździć, wiesz, ta rywalizacja, adrenalina, szukanie limitów... Yyy, dobra, nie nakręcam się.
- A może... może... może powiesz o tym wszystkim w biurze, przyjdziemy ci pokibicować? - zaproponowała nieśmiało
- Jeśli chcecie to czemu nie?
wtorek, 9 września 2014
VII. Scen nr 43
Ance pozostał już tylko jeden krok do wykonania. Spotkać się z kochankiem, poinformować go o swojej decyzji i raz na zawsze się pożegnać, skończyć ten romans. Umówieni byli na spotkanie na lotnisku. Jeśli kobieta zdecyduje się z nim wyjechać, przyniesie ze sobą walizkę. On miał na wszelki wypadek przygotowany bilet. Jeśli zechce zostać, po prostu przyjedzie, by ostatni raz się z nim zobaczyć...
Powoli położyła dłoń na kluczykach leżących na stole, chwyciła je mocno i wyszła z domu. Wsiadła w samochód, zapaliła silnik, ruszyła z piskiem opon. To wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Ile to, przytulić się, powiedzieć cześć, odprowadzić wzrokiem do bramki... To tylko tak na pozór prosto wygląda. W rzeczywistości człowiekowi towarzyszy tyle emocji, że mogą one nawet przejąć nad nim kontrolę. Tego chyba się obawiała – że nie wytrzyma i poleci z kochankiem do USA. Że nie będzie potrafiła się z nim rozstać. A najgorsze było to, że już poprzedniego wieczora spakowała swoje rzeczy i wrzuciła je do bagażnika. W każdej chwili mogła wyciągnąć bagaż, pójść z nim do samolotu... Jeszcze nie było za późno na zmianę decyzji.
- Panie prokuratorze – zwrócił się sędzia – Proszę.
- No cóż, dzisiaj spotkaliśmy się tutaj w dość rzadkiej i nietypowej sprawie – zaczął mowę końcową – Nie ma tu morderców, złodziei czy chuliganów. Na miejscu oskarżonego siedzi człowiek, który po prostu rozdarł rękaw koszuli. Skandaliczne zachowanie? Jeśli nie znamy szczegółów, można pomyśleć że tak. Że to przejaw agresji, bądź wyraz buntu. I to ze strony osoby, która jest funkcjonariuszem publicznym, pracuje w policji. Ale spójrzmy na okoliczności tego zdarzenia. Wypadek, zagrożenie życia ludzkiego, sytuacja kryzysowa. Nie można zaprzeczyć, że oskarżony miał dobre intencje, nie chciał zaszkodzić poszkodowanemu, a wręcz przeciwnie – utrzymał go przy życiu do czasu przyjazdu karetki. Drodzy państwo, wysoki sądzie! Czy można stawiać znak równości pomiędzy życiem ludzkim a jakąkolwiek wartością materialną? Czy można mieć pretensje do człowieka, który tak naprawdę, nie bójmy się użyć tego słowa, jest tu bohaterem, tylko dlatego że zniszczył coś, co było wiele warte, lecz po to by uratować życie człowiekowi? Ja osobiście jestem głęboko poruszony postawą oskarżonego, jestem pełen podziwu że po tym wszystkim jeszcze jest w stanie normalnie spojrzeć na tego człowieka, bez obrzydzenia, bez oburzenia i że jest w stanie panować nad nerwami w obecnej sytuacji. Ale oczywiście, pan Wicenty miał prawo wnieść oskarżenie przeciw panu Barańskiemu i z tego prawa skorzystał. Ja jednak nie popieram tej praktyki i choć pan Barański faktycznie zniszczył mienie oskarżyciela, przyznał się do tego, to jednak wnoszę o uniewinnienie. Za to co zrobił oskarżony nie należy mu się żadna kara, bowiem postąpił właściwie. Wyrok skazujący pana Barańskiego byłby jedynie przestrogą dla ludzi, że nie warto pomagać, a nie tak chyba powinien wyglądać ten świat. Powtórzę jeszcze raz: wnoszę o uniewinnienie.
Prokurator zakończył swoją mowę, po czym usiadł.
- Czy obrona oskarżonego chce coś dodać?
- Dziękuję, pan prokurator powiedział już chyba wszystko – oznajmił adwokat, uprzednio wstając
- Czy strona wnosząca oskarżenie chce coś dodać?
- Owszem – prawnik pana Wicentego wstał i wyprostował się dumnie – Pan Barański podczas feralnego zdarzenia wykazał się totalną ignorancją i brakiem poszanowania dla cudzej własności. Jechał on samochodem, powinien mieć apteczkę, jednak zamiast z niej skorzystać wolał pójść na skróty, na łatwiznę. Nie przyłożył się on do tej pomocy, skoro nawet przez chwilę nie pomyślał o apteczce. A ktoś taki, policjant przecież, powinien znać podstawowe zasady pierwszej pomocy, prawda?
Sebastian nie mógł tego słuchać. Z trudem milczał, miał ochotę wykrzyczeć wszystko, co zbierało się w nim od samego początku rozprawy. Ale wiedział, że strona przeciwna właśnie na to liczy – na wyprowadzenie go z równowagi, na wciągnięcie go w bezsensowną dyskusję, która w niczym mu nie pomoże, a nawet pogrąży. Skoro wytrzymał już tyle czasu, wytrzyma jeszcze tę chwilę, do końca już wiele nie zostało...
- Co za farmazony – pomyślał Sebastian. Zapewne gdyby nie spore pieniądze klienta, adwokatowi takie słowa nie przechodziłyby przez gardło. Ale tak to jest tej branży, trzeba się chwytać każdej nitki, by w końcu dojść do kłębka.
- Tym razem wam się nie uda.
Kiedy adwokat skończył swoją przemowę, sąd ogłosił przerwę i udał się na naradę.
Kiedy Anka zaparkowała samochód przed lotniskiem, jeszcze przez kilka chwil siedziała nieruchomo w fotelu. Łatwiej byłoby jej, gdyby nie musiała tutaj przyjeżdżać. Ale głupio by wyszło, gdyby wcale się nie zjawiła, zostawiła go tak bez słowa, bez pożegnania. Musi tam iść. Narobiła bigosu, to teraz trzeba go zjeść.
Niepewnym krokiem szła przed siebie, do hali. Torbę zostawiła w samochodzie. Mężczyzna od razu będzie wiedział jaką decyzję podjęła, kiedy tylko zobaczy ją idącą w jego kierunku. Był akurat odwrócony tyłem. Zaklęła w myślach. Dowie się dopiero, kiedy będzie stała obok niego.
- To ja – powiedziała, stając tuż obok. Mężczyzna odwrócił się i zmierzył ją wzrokiem. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Więc jednak...
- Chciałabym, ale nie mogę – westchnęła – Mam dwójkę dzieci, pamiętasz? Nie robię tego dla Krystiana, ale właśnie dla nich. Znienawidzą mnie.
- Przejmujesz się? - rzucił z ignorancją w głosie
- Człowieku, jesteś pedagogiem, powinieneś zrozumieć. Naprawdę mi na nich zależy, kocham je...
- A ja?
- Ciebie też, ale to ty postawiłeś mnie przed takim wyborem – rozłożyła bezradnie ręce – Nie miej do mnie pretensji że podjęłam taką, a nie inną decyzję.
- Zastanów się jeszcze, zostało kilka minut... - próbował ją jeszcze przekonać
- Żegnaj – rzuciła, po czym natychmiast odwróciła się na pięcie. Chciała odejść, ale on złapał ją za rękę.
- Puść – jęknęła, nie mając ochoty przeciągać tego spotkania
- Aniu... - powiedział czule, lecz ona się nie odwróciła. Wiedziała, że jeśli ich spojrzenia się spotkają, ona kolejny raz mu ulegnie. A tego do końca życia by żałowała.
Stali tak przez chwilę. Ona gotowa by iść, on trzymający ją za nadgarstek. W końcu jednak dotarło do niego, że to koniec. Zwolnił uścisk i odprowadził ją wzrokiem do wyjścia. Niemal biegiem pokonała dystans dzielący ją od wejścia na halę do samochodu. Wskoczyła na fotel kierowcy, drżącą ręką wcisnęła kluczyk w stacyjkę, przekręciła go i zapaliła silnik. A potem tylko gaz, sprzęgło, pierwszy bieg i jazda.
- Proszę wstać, sąd idzie.
- Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej. Sąd, zapoznawszy się z wszystkimi okolicznościami zdarzenia, odstępuje od wymierzenia kary Sebastianowi Barańskiemu.
W tym momencie odetchnął z ulgą. Więc jednak nie stało się nic złego, wszystko poszło tak jak przewidywali. Co prawda trochę nerwów stracił podczas tej rozprawy... ale najważniejsze że wszystko dobrze się skończyło. Przynajmniej dla niego, bowiem mężczyzna naprzeciw nie wyglądał na zadowolonego.
Na polecenie sędziego wszyscy usiedli.
- Panie Barański, zachował się pan jak najbardziej prawidłowo – zwrócił się do policjanta – Podczas zdarzenia w pobliżu znajdowało się wiele osób, ale pan jako jeden z nielicznych zareagował, pan zachował zimną krew i pan uratował życie temu oto człowiekowi – wskazał na oskarżyciela – To niesprawiedliwe co pana spotkało z jego strony, ale mam nadzieję że mimo wszystko pan nie żałuje.
- Nie – odpowiedział cicho
- Pan za to panie Wicenty, powinien mieć pan więcej dystansu do rzeczy materialnych, mniej przywiązania. Gdyby nie postawa pana Barańskiego, pan by i tak nie miał żadnego pożytku z tej koszuli, bo zamiast być tutaj, pan leżałby zakopany pod ziemią, w trumnie. Jeśli pan nie chciał dziękować panu Barańskiemu, w porządku, nikt do tego pana nie zmuszał, ale żeby go jeszcze narażać na przykrości i stres? Panie Wicenty, no proszę się zastanowić – zakończył z politowaniem
- To wszystko, zamykam rozprawę – oznajmił sędzia.
- Nareszcie – pomyślał policjant. Co prawda to jeszcze nie był koniec tego rozdziału w jego życiu, gdyż za jakiś czas znów będzie musiał stawić się na innej rozprawie, dotyczącej spowodowania tego wypadku. Ale tam pojawi się już tylko jako świadek, nie będzie go to aż tyle kosztowało. Śmiało mógł powiedzieć, że najgorsze ma właśnie za sobą.
Powoli położyła dłoń na kluczykach leżących na stole, chwyciła je mocno i wyszła z domu. Wsiadła w samochód, zapaliła silnik, ruszyła z piskiem opon. To wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Ile to, przytulić się, powiedzieć cześć, odprowadzić wzrokiem do bramki... To tylko tak na pozór prosto wygląda. W rzeczywistości człowiekowi towarzyszy tyle emocji, że mogą one nawet przejąć nad nim kontrolę. Tego chyba się obawiała – że nie wytrzyma i poleci z kochankiem do USA. Że nie będzie potrafiła się z nim rozstać. A najgorsze było to, że już poprzedniego wieczora spakowała swoje rzeczy i wrzuciła je do bagażnika. W każdej chwili mogła wyciągnąć bagaż, pójść z nim do samolotu... Jeszcze nie było za późno na zmianę decyzji.
- Panie prokuratorze – zwrócił się sędzia – Proszę.
- No cóż, dzisiaj spotkaliśmy się tutaj w dość rzadkiej i nietypowej sprawie – zaczął mowę końcową – Nie ma tu morderców, złodziei czy chuliganów. Na miejscu oskarżonego siedzi człowiek, który po prostu rozdarł rękaw koszuli. Skandaliczne zachowanie? Jeśli nie znamy szczegółów, można pomyśleć że tak. Że to przejaw agresji, bądź wyraz buntu. I to ze strony osoby, która jest funkcjonariuszem publicznym, pracuje w policji. Ale spójrzmy na okoliczności tego zdarzenia. Wypadek, zagrożenie życia ludzkiego, sytuacja kryzysowa. Nie można zaprzeczyć, że oskarżony miał dobre intencje, nie chciał zaszkodzić poszkodowanemu, a wręcz przeciwnie – utrzymał go przy życiu do czasu przyjazdu karetki. Drodzy państwo, wysoki sądzie! Czy można stawiać znak równości pomiędzy życiem ludzkim a jakąkolwiek wartością materialną? Czy można mieć pretensje do człowieka, który tak naprawdę, nie bójmy się użyć tego słowa, jest tu bohaterem, tylko dlatego że zniszczył coś, co było wiele warte, lecz po to by uratować życie człowiekowi? Ja osobiście jestem głęboko poruszony postawą oskarżonego, jestem pełen podziwu że po tym wszystkim jeszcze jest w stanie normalnie spojrzeć na tego człowieka, bez obrzydzenia, bez oburzenia i że jest w stanie panować nad nerwami w obecnej sytuacji. Ale oczywiście, pan Wicenty miał prawo wnieść oskarżenie przeciw panu Barańskiemu i z tego prawa skorzystał. Ja jednak nie popieram tej praktyki i choć pan Barański faktycznie zniszczył mienie oskarżyciela, przyznał się do tego, to jednak wnoszę o uniewinnienie. Za to co zrobił oskarżony nie należy mu się żadna kara, bowiem postąpił właściwie. Wyrok skazujący pana Barańskiego byłby jedynie przestrogą dla ludzi, że nie warto pomagać, a nie tak chyba powinien wyglądać ten świat. Powtórzę jeszcze raz: wnoszę o uniewinnienie.
Prokurator zakończył swoją mowę, po czym usiadł.
- Czy obrona oskarżonego chce coś dodać?
- Dziękuję, pan prokurator powiedział już chyba wszystko – oznajmił adwokat, uprzednio wstając
- Czy strona wnosząca oskarżenie chce coś dodać?
- Owszem – prawnik pana Wicentego wstał i wyprostował się dumnie – Pan Barański podczas feralnego zdarzenia wykazał się totalną ignorancją i brakiem poszanowania dla cudzej własności. Jechał on samochodem, powinien mieć apteczkę, jednak zamiast z niej skorzystać wolał pójść na skróty, na łatwiznę. Nie przyłożył się on do tej pomocy, skoro nawet przez chwilę nie pomyślał o apteczce. A ktoś taki, policjant przecież, powinien znać podstawowe zasady pierwszej pomocy, prawda?
Sebastian nie mógł tego słuchać. Z trudem milczał, miał ochotę wykrzyczeć wszystko, co zbierało się w nim od samego początku rozprawy. Ale wiedział, że strona przeciwna właśnie na to liczy – na wyprowadzenie go z równowagi, na wciągnięcie go w bezsensowną dyskusję, która w niczym mu nie pomoże, a nawet pogrąży. Skoro wytrzymał już tyle czasu, wytrzyma jeszcze tę chwilę, do końca już wiele nie zostało...
- Co za farmazony – pomyślał Sebastian. Zapewne gdyby nie spore pieniądze klienta, adwokatowi takie słowa nie przechodziłyby przez gardło. Ale tak to jest tej branży, trzeba się chwytać każdej nitki, by w końcu dojść do kłębka.
- Tym razem wam się nie uda.
Kiedy adwokat skończył swoją przemowę, sąd ogłosił przerwę i udał się na naradę.
Kiedy Anka zaparkowała samochód przed lotniskiem, jeszcze przez kilka chwil siedziała nieruchomo w fotelu. Łatwiej byłoby jej, gdyby nie musiała tutaj przyjeżdżać. Ale głupio by wyszło, gdyby wcale się nie zjawiła, zostawiła go tak bez słowa, bez pożegnania. Musi tam iść. Narobiła bigosu, to teraz trzeba go zjeść.
Niepewnym krokiem szła przed siebie, do hali. Torbę zostawiła w samochodzie. Mężczyzna od razu będzie wiedział jaką decyzję podjęła, kiedy tylko zobaczy ją idącą w jego kierunku. Był akurat odwrócony tyłem. Zaklęła w myślach. Dowie się dopiero, kiedy będzie stała obok niego.
- To ja – powiedziała, stając tuż obok. Mężczyzna odwrócił się i zmierzył ją wzrokiem. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Więc jednak...
- Chciałabym, ale nie mogę – westchnęła – Mam dwójkę dzieci, pamiętasz? Nie robię tego dla Krystiana, ale właśnie dla nich. Znienawidzą mnie.
- Przejmujesz się? - rzucił z ignorancją w głosie
- Człowieku, jesteś pedagogiem, powinieneś zrozumieć. Naprawdę mi na nich zależy, kocham je...
- A ja?
- Ciebie też, ale to ty postawiłeś mnie przed takim wyborem – rozłożyła bezradnie ręce – Nie miej do mnie pretensji że podjęłam taką, a nie inną decyzję.
- Zastanów się jeszcze, zostało kilka minut... - próbował ją jeszcze przekonać
- Żegnaj – rzuciła, po czym natychmiast odwróciła się na pięcie. Chciała odejść, ale on złapał ją za rękę.
- Puść – jęknęła, nie mając ochoty przeciągać tego spotkania
- Aniu... - powiedział czule, lecz ona się nie odwróciła. Wiedziała, że jeśli ich spojrzenia się spotkają, ona kolejny raz mu ulegnie. A tego do końca życia by żałowała.
Stali tak przez chwilę. Ona gotowa by iść, on trzymający ją za nadgarstek. W końcu jednak dotarło do niego, że to koniec. Zwolnił uścisk i odprowadził ją wzrokiem do wyjścia. Niemal biegiem pokonała dystans dzielący ją od wejścia na halę do samochodu. Wskoczyła na fotel kierowcy, drżącą ręką wcisnęła kluczyk w stacyjkę, przekręciła go i zapaliła silnik. A potem tylko gaz, sprzęgło, pierwszy bieg i jazda.
- Proszę wstać, sąd idzie.
- Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej. Sąd, zapoznawszy się z wszystkimi okolicznościami zdarzenia, odstępuje od wymierzenia kary Sebastianowi Barańskiemu.
W tym momencie odetchnął z ulgą. Więc jednak nie stało się nic złego, wszystko poszło tak jak przewidywali. Co prawda trochę nerwów stracił podczas tej rozprawy... ale najważniejsze że wszystko dobrze się skończyło. Przynajmniej dla niego, bowiem mężczyzna naprzeciw nie wyglądał na zadowolonego.
Na polecenie sędziego wszyscy usiedli.
- Panie Barański, zachował się pan jak najbardziej prawidłowo – zwrócił się do policjanta – Podczas zdarzenia w pobliżu znajdowało się wiele osób, ale pan jako jeden z nielicznych zareagował, pan zachował zimną krew i pan uratował życie temu oto człowiekowi – wskazał na oskarżyciela – To niesprawiedliwe co pana spotkało z jego strony, ale mam nadzieję że mimo wszystko pan nie żałuje.
- Nie – odpowiedział cicho
- Pan za to panie Wicenty, powinien mieć pan więcej dystansu do rzeczy materialnych, mniej przywiązania. Gdyby nie postawa pana Barańskiego, pan by i tak nie miał żadnego pożytku z tej koszuli, bo zamiast być tutaj, pan leżałby zakopany pod ziemią, w trumnie. Jeśli pan nie chciał dziękować panu Barańskiemu, w porządku, nikt do tego pana nie zmuszał, ale żeby go jeszcze narażać na przykrości i stres? Panie Wicenty, no proszę się zastanowić – zakończył z politowaniem
- To wszystko, zamykam rozprawę – oznajmił sędzia.
- Nareszcie – pomyślał policjant. Co prawda to jeszcze nie był koniec tego rozdziału w jego życiu, gdyż za jakiś czas znów będzie musiał stawić się na innej rozprawie, dotyczącej spowodowania tego wypadku. Ale tam pojawi się już tylko jako świadek, nie będzie go to aż tyle kosztowało. Śmiało mógł powiedzieć, że najgorsze ma właśnie za sobą.
poniedziałek, 8 września 2014
VII. Scen nr 42
Trzy tygodnie później. Rozprawa sądowa.
Choć Sebastian, jego najbliżsi i niemal wszyscy na sali wiedzieli że nie zrobił nic złego, niczego nie można było być pewnym. Wyrok wyda sąd, a nie ci, którzy go wspierają, którzy pomagają zachować mu spokój. A ten może wydać zgoła inne orzeczenie niż mogłoby się wcześniej wydawać.
Policjant siedział naprzeciw oskarżyciela, po drugiej stronie sali. Tuż obok, przy tym samym stoliku znajdował się jego adwokat. O ile Sebastian chciał sam się bronić, był pewien że to wystarczy, o tyle Dorota naciskała na niego, by na wszelki wypadek zatrudnić prawnika. Kto jak kto, ale ktoś taki z pewnością sobie poradzi, gdyby nastąpiła konieczność znalezienia luki w prawie.
- Denerwuje się pan? - zwrócił się do swojego klienta
- Nie. Chyba...
- Nie wierzę że możemy to przegrać. Ratował pan życie temu człowiekowi, a wobec tego żadna wartość finansowa nie ma znaczenia.
Sebastian tylko pokiwał głową. Liczył na to, że za kilkadziesiąt minut odetchnie z ulgą i zaplanuje sobie powrót do pracy.
- Proszę tylko pamiętać, by nad sobą panować. Nie możemy dać się wciągnąć w żadne dyskusje czy prowokacje przeciwnej strony. Z pewnością spróbują tego zagrania, bo ich szanse są nikłe.
Mężczyzna wysłuchał dokładnie słów swojego obrońcy, przeanalizował je, po czym przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Mimo wszystko, odczuwał jednak niewielki stres. Chwila ciszy, a potem już tylko „proszę wstać, sąd idzie”. Machinalnie wstał, nie zastanawiając się nad tym co robi. To było bardzo dziwne i nieprzyjemne uczucie – ta świadomość że teraz jego los leży w rękach innej osoby.
- Panie Barański... - zwrócił się do niego sędzia prowadzący rozprawę – Proszę opowiedzieć co zdarzyło się feralnego wieczora, 19 maja bieżącego roku.
Sebastian chrząknął, nadstawił ucha by wysłuchać wskazówki szeptanej mu przez adwokata, po czym wstał i dumnie się wyprostował.
- Był wieczór, chyba jakieś kilka minut po dziewiętnastej. Wracałem do domu po pracy tą samą drogą co zawsze. Zaobserwowałem, że kierowca przede mną nie zachowuje się normalnie.
- A jak się zachowywał?
- No nie wiem o co mu chodziło, ale jechał slalomem, to znaczy, od krawężnika do połowy drugiego pasa ruchu. Pomyślałem że może ten kierowca zasłabł, więc zacząłem trąbić, żeby zwrócić na niego uwagę.
- I co się wtedy stało?
- No nic, tamten kierowca nie zareagował.
- Co pan wtedy zrobił?
- Zdecydowałem się, że go wyprzedzę i zablokuję mu drogę, żeby go zatrzymać – kontynuował Sebastian – Ale kiedy zacząłem manewr to on przyspieszył. Musiałem odpuścić, ponieważ z naprzeciwka nadjeżdżał inny pojazd. Spróbowałem jeszcze raz, ale skończyło się tak samo. Dojeżdżaliśmy już do skrzyżowania i nie było czasu na przeprowadzenie kolejnej próby. Miałem nadzieję że się zatrzyma, ale on po prostu pojechał prosto i potrącił trzy osoby, w tym obecnego tu pana.
Sebastian spojrzał prosto w oczy oskarżycielowi. Ten z gniewem w oczach odwzajemnił spojrzenie. Wcale nie było mu wstyd, że sprawia problemy człowiekowi, który uratował mu życie. Gdyby nie szybka i odpowiednia reakcja policjanta, mężczyzna leżałby w trumnie, zamiast siedzieć tu z nogą w gipsie.
- Co pan zrobił po zdarzeniu? - odezwał się sędzia
- Wyskoczyłem z samochodu i uklęknąłem przed najbliżej leżącą mnie ofiarą potrącenia. Sprawdziłem oddech, a potem zauważyłem potężne krwawienie z uda. Nie zastanawiałem się długo, urwałem rękaw koszuli poszkodowanego i zastosowałem go jako opaskę uciskową, by powstrzymać krwotok.
- Zauważył pan elegancki ubiór potrąconego?
- Owszem, rzuciło mi się to w oczy – odparł, po czym zawahał się przez chwilę – Ale przede wszystkim zależało mi na udzieleniu pierwszej pomocy rannemu.
- Dziękuję, może pan usiąść.
Sebastian z lekkim niepokojem na twarzy osunął się na krzesło, po czym spojrzał na swojego adwokata. Ten mu skinął głową, że powiedział wszystko tak jak powinien, ale policjant wcale nie odetchnął. O ile dotychczas to on był w roli przesłuchującego, teraz, będąc niejako po drugiej stronie, nie potrafił zachować spokoju. Z każdą kolejną minutą rozprawy denerwował się coraz bardziej.
Ale nie tylko Sebastian miał problemy. Ania miała ostatni dzień na podjęcie decyzji – wyjazd z kochankiem do USA lub rozstanie. Gdyby chodziło tylko o Krystiana, nie miałaby żadnych wątpliwości. Ich małżeństwo już od jakiegoś czasu było fikcją. Nie rozmawiali zbyt dużo, bo każda dłuższa wymiana słów kończyła się kłótnią. Starali się tego unikać, nie chcieli stresować dzieci krzykami, wrzaskami czy podobnymi temu obrazkami. Tylko ze względu na nich mieszkali jeszcze razem i tylko ze względu na nich Ania nie chciała wyjeżdżać.
Poprosiła komendanta o dzień wolnego. Musiała to sobie wszystko przemyśleć na spokojnie, w ciszy, w samotności. Ale cisza niewiele jej w tym pomagała. Korzystając z okazji, że jest sama w domu, puściła dość głośno muzykę. Najpierw radio.
- Taa, jasne – prychnęła – Cały świat patrzy jak wstaję... Tiaaa
Kolejne dźwięki i kolejna piosenka. W pierwszej chwili jednak nie rozpoznała tej melodii, dopiero kiedy zaczął się refren i dotarły do niej słowa „zamknij na chwilę oczy, nie myśl o tym...” wyłączyła radio.
- Zagraliby coś porządnego, a nie takie gówno puszczają – mruknęła poirytowana. Nie zwlekając ani chwili, odnalazła na swoim telefonie folder z muzyką, a następnie ten zatytułowany „Queen”. Nie szukała czegoś konkretnego po tytule. Po prostu włączała jeden utwór za drugim – Heaven for everyone („ale nie dla mnie” - pomyślała, We are the champions (po którym powiedziała sobie, że ona wcale mistrzynią nie jest), Bohemian Rhapsody, We will rock you, aż w końcu doszła do Too much love will kill you. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła poruszać ustami i śpiewać:
Poczuła, jakby ta piosenka była o niej. Idealnie opisywała sytuację, w której obecnie się znajdowała. Rozdarta między kochankiem, a mężem, którego niegdyś darzyła wielką miłością. Chociaż tak naprawdę wcale jej już na mężu nie zależało, tylko na dzieciach, ale jednak wspomnienia z dawnych lat budziły w niej jakiś sentyment do Krystiana.
Kolejna piosenka – Show must go on. Tym razem tylko się w nią wsłuchała, nie śpiewała. On wyjdzie, a ona tu zostanie, a przedstawienie zwane życiem musi trwać. Tak, ona zostanie...
W ostatnim czasie zbyt wiele uwagi poświęcała kochankowi, zbyt mało dzieciom. Teraz miałaby je zostawić? Nigdy. Ani teraz, ani za kilka lat. Sumienie nie pozwoliłoby jej spać spokojnie, gdyby je porzuciła. Była bliska popełnienia wielkiego błędu, być może już go popełniła, ale jeszcze nie było zbyt późno. Jeszcze to można naprawić. Nie małżeństwo, ale relacje z dziećmi.
- Dobrze się stało – powiedziała sobie ze łzami w oczach – Jeszcze kilka miesięcy i dla dzieci nie byłabym mamą tylko gościem, który rano wychodzi do pracy, a wieczorem wraca tylko po to, by położyć się spać na kilka godzin i odpocząć... Nie mogę wyjechać, nie mogę ich zostawić.
Postanowione – zostaje.
Choć Sebastian, jego najbliżsi i niemal wszyscy na sali wiedzieli że nie zrobił nic złego, niczego nie można było być pewnym. Wyrok wyda sąd, a nie ci, którzy go wspierają, którzy pomagają zachować mu spokój. A ten może wydać zgoła inne orzeczenie niż mogłoby się wcześniej wydawać.
Policjant siedział naprzeciw oskarżyciela, po drugiej stronie sali. Tuż obok, przy tym samym stoliku znajdował się jego adwokat. O ile Sebastian chciał sam się bronić, był pewien że to wystarczy, o tyle Dorota naciskała na niego, by na wszelki wypadek zatrudnić prawnika. Kto jak kto, ale ktoś taki z pewnością sobie poradzi, gdyby nastąpiła konieczność znalezienia luki w prawie.
- Denerwuje się pan? - zwrócił się do swojego klienta
- Nie. Chyba...
- Nie wierzę że możemy to przegrać. Ratował pan życie temu człowiekowi, a wobec tego żadna wartość finansowa nie ma znaczenia.
Sebastian tylko pokiwał głową. Liczył na to, że za kilkadziesiąt minut odetchnie z ulgą i zaplanuje sobie powrót do pracy.
- Proszę tylko pamiętać, by nad sobą panować. Nie możemy dać się wciągnąć w żadne dyskusje czy prowokacje przeciwnej strony. Z pewnością spróbują tego zagrania, bo ich szanse są nikłe.
Mężczyzna wysłuchał dokładnie słów swojego obrońcy, przeanalizował je, po czym przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Mimo wszystko, odczuwał jednak niewielki stres. Chwila ciszy, a potem już tylko „proszę wstać, sąd idzie”. Machinalnie wstał, nie zastanawiając się nad tym co robi. To było bardzo dziwne i nieprzyjemne uczucie – ta świadomość że teraz jego los leży w rękach innej osoby.
- Panie Barański... - zwrócił się do niego sędzia prowadzący rozprawę – Proszę opowiedzieć co zdarzyło się feralnego wieczora, 19 maja bieżącego roku.
Sebastian chrząknął, nadstawił ucha by wysłuchać wskazówki szeptanej mu przez adwokata, po czym wstał i dumnie się wyprostował.
- Był wieczór, chyba jakieś kilka minut po dziewiętnastej. Wracałem do domu po pracy tą samą drogą co zawsze. Zaobserwowałem, że kierowca przede mną nie zachowuje się normalnie.
- A jak się zachowywał?
- No nie wiem o co mu chodziło, ale jechał slalomem, to znaczy, od krawężnika do połowy drugiego pasa ruchu. Pomyślałem że może ten kierowca zasłabł, więc zacząłem trąbić, żeby zwrócić na niego uwagę.
- I co się wtedy stało?
- No nic, tamten kierowca nie zareagował.
- Co pan wtedy zrobił?
- Zdecydowałem się, że go wyprzedzę i zablokuję mu drogę, żeby go zatrzymać – kontynuował Sebastian – Ale kiedy zacząłem manewr to on przyspieszył. Musiałem odpuścić, ponieważ z naprzeciwka nadjeżdżał inny pojazd. Spróbowałem jeszcze raz, ale skończyło się tak samo. Dojeżdżaliśmy już do skrzyżowania i nie było czasu na przeprowadzenie kolejnej próby. Miałem nadzieję że się zatrzyma, ale on po prostu pojechał prosto i potrącił trzy osoby, w tym obecnego tu pana.
Sebastian spojrzał prosto w oczy oskarżycielowi. Ten z gniewem w oczach odwzajemnił spojrzenie. Wcale nie było mu wstyd, że sprawia problemy człowiekowi, który uratował mu życie. Gdyby nie szybka i odpowiednia reakcja policjanta, mężczyzna leżałby w trumnie, zamiast siedzieć tu z nogą w gipsie.
- Co pan zrobił po zdarzeniu? - odezwał się sędzia
- Wyskoczyłem z samochodu i uklęknąłem przed najbliżej leżącą mnie ofiarą potrącenia. Sprawdziłem oddech, a potem zauważyłem potężne krwawienie z uda. Nie zastanawiałem się długo, urwałem rękaw koszuli poszkodowanego i zastosowałem go jako opaskę uciskową, by powstrzymać krwotok.
- Zauważył pan elegancki ubiór potrąconego?
- Owszem, rzuciło mi się to w oczy – odparł, po czym zawahał się przez chwilę – Ale przede wszystkim zależało mi na udzieleniu pierwszej pomocy rannemu.
- Dziękuję, może pan usiąść.
Sebastian z lekkim niepokojem na twarzy osunął się na krzesło, po czym spojrzał na swojego adwokata. Ten mu skinął głową, że powiedział wszystko tak jak powinien, ale policjant wcale nie odetchnął. O ile dotychczas to on był w roli przesłuchującego, teraz, będąc niejako po drugiej stronie, nie potrafił zachować spokoju. Z każdą kolejną minutą rozprawy denerwował się coraz bardziej.
Ale nie tylko Sebastian miał problemy. Ania miała ostatni dzień na podjęcie decyzji – wyjazd z kochankiem do USA lub rozstanie. Gdyby chodziło tylko o Krystiana, nie miałaby żadnych wątpliwości. Ich małżeństwo już od jakiegoś czasu było fikcją. Nie rozmawiali zbyt dużo, bo każda dłuższa wymiana słów kończyła się kłótnią. Starali się tego unikać, nie chcieli stresować dzieci krzykami, wrzaskami czy podobnymi temu obrazkami. Tylko ze względu na nich mieszkali jeszcze razem i tylko ze względu na nich Ania nie chciała wyjeżdżać.
Poprosiła komendanta o dzień wolnego. Musiała to sobie wszystko przemyśleć na spokojnie, w ciszy, w samotności. Ale cisza niewiele jej w tym pomagała. Korzystając z okazji, że jest sama w domu, puściła dość głośno muzykę. Najpierw radio.
The whole world is watching when you rise,
The whole world is beating for you right now,
Your whole life is flashing for your eyes,
It's all in this moment that changes all.
What are you waiting for?
What are you fighting for?
Cause time's always slipping away,
The whole world is watching,
Yeah, the whole world is watching,
You when you rise...
- Taa, jasne – prychnęła – Cały świat patrzy jak wstaję... Tiaaa
Kolejne dźwięki i kolejna piosenka. W pierwszej chwili jednak nie rozpoznała tej melodii, dopiero kiedy zaczął się refren i dotarły do niej słowa „zamknij na chwilę oczy, nie myśl o tym...” wyłączyła radio.
- Zagraliby coś porządnego, a nie takie gówno puszczają – mruknęła poirytowana. Nie zwlekając ani chwili, odnalazła na swoim telefonie folder z muzyką, a następnie ten zatytułowany „Queen”. Nie szukała czegoś konkretnego po tytule. Po prostu włączała jeden utwór za drugim – Heaven for everyone („ale nie dla mnie” - pomyślała, We are the champions (po którym powiedziała sobie, że ona wcale mistrzynią nie jest), Bohemian Rhapsody, We will rock you, aż w końcu doszła do Too much love will kill you. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła poruszać ustami i śpiewać:
I'm just the pieces of the man I used to be
Too many bitter tears are raining down on me
I'm far away from home
And I've been facing this alone for much too long
I feel like no one ever told the truth to me
About growing up and what a struggle it would be
In my tangled state of mind
I've been looking back to find where I went wrong
Too much love will kill you
If you can't make up your mind
Torn between the lover and the love you leave behind
You're headed for disaster 'cos you never read the signs
Too much love will kill you – everytime
Poczuła, jakby ta piosenka była o niej. Idealnie opisywała sytuację, w której obecnie się znajdowała. Rozdarta między kochankiem, a mężem, którego niegdyś darzyła wielką miłością. Chociaż tak naprawdę wcale jej już na mężu nie zależało, tylko na dzieciach, ale jednak wspomnienia z dawnych lat budziły w niej jakiś sentyment do Krystiana.
Kolejna piosenka – Show must go on. Tym razem tylko się w nią wsłuchała, nie śpiewała. On wyjdzie, a ona tu zostanie, a przedstawienie zwane życiem musi trwać. Tak, ona zostanie...
W ostatnim czasie zbyt wiele uwagi poświęcała kochankowi, zbyt mało dzieciom. Teraz miałaby je zostawić? Nigdy. Ani teraz, ani za kilka lat. Sumienie nie pozwoliłoby jej spać spokojnie, gdyby je porzuciła. Była bliska popełnienia wielkiego błędu, być może już go popełniła, ale jeszcze nie było zbyt późno. Jeszcze to można naprawić. Nie małżeństwo, ale relacje z dziećmi.
- Dobrze się stało – powiedziała sobie ze łzami w oczach – Jeszcze kilka miesięcy i dla dzieci nie byłabym mamą tylko gościem, który rano wychodzi do pracy, a wieczorem wraca tylko po to, by położyć się spać na kilka godzin i odpocząć... Nie mogę wyjechać, nie mogę ich zostawić.
Postanowione – zostaje.
czwartek, 4 września 2014
Utracona nadzieja cz. 11
Rok później. Kraków.
Sebastian odnalazł się w swoim nowym życiu bez alkoholu. Znalazł pracę – co prawda sprzątanie w hotelu po gościach nie było tak dobrze płatne jak jego poprzednia, biurowa praca, ale niespodziewanie zadowalała go, a płaca była wystarczająca by przeżyć. Wciąż jednak mieszkał u Maćka. Gdyby musiał się wyprowadzić, ciężko byłoby mu utrzymać się samemu z tak niskiej pensji, bowiem sporą część pochłaniałyby wtedy opłaty, a obecnie przeznaczał na ten cel o połowę mniej. Sam gospodarz także wyglądał na zadowolonego. W końcu nie mógł narzekać na brak towarzystwa i pustkę, które tak bardzo mu kiedyś doskwierały.
W relacjach z kobietami był trochę jakby wycofany. W ogóle nie w głowie były mu randki, a jeśli nawet jakaś panna mu się spodobała, to tylko dlatego, że choć trochę przypominała Joasię. Nie chciał się do tego przyznać, ale jednak tęsknił za nią. Pragnął przynajmniej ją zobaczyć, upajać się jej uśmiechem... To była ta jedyna, choć wmawiał sobie iż rzeczywistość jest inna.
Maciek także był ostrożny i nie angażował się już w żadne związki. Po ostatnim nieudanym sercowym podboju rany goiły się dość długo, choć on podobnie jak brunet, oszukiwał się że partnerka nie była dla niego aż tak ważna. Nie tęsknił już za nią, lecz po prostu nie chciał po raz drugi się „sparzyć”.
Któregoś razu wydarzyło się jednak coś dziwnego. Sebastian po powrocie do domu trzasnął drzwiami, wbiegł do łazienki, wsadził głowę pod kran i natychmiast odkręcił kurek z zimną wodą. Ciecz zmoczyła jego włosy, spływała mu po szyi, po całej twarzy. Kiedy Maciek wpadł tam chwilę później, złapał go za ramiona i mocno szarpnął, wyrywając go spod strumienia.
- Co ty robisz, człowieku?! Oszalałeś?! - wrzasnął, rzuciwszy mu ręcznik
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę – mówił, przecierając twarz drżącymi rękoma
- Co jest?
Na odpowiedź musiał poczekać aż brunet przetarł włosy. Dopiero kiedy wyszli do kuchni wyjaśnił co takiego się wydarzyło.
- Widziałem Aśkę.
- Co ty? Żartujesz?
- No skąd, poważnie mówię. Właśnie dlatego wsadziłem głowę pod kran, bo myślałem że jakieś zwidy mnie złapały. Ale teraz wydaje mi się, że to było naprawdę, że to była ona.
- Gdzie ją widziałeś?
- Na rynku, wychodziła ze sklepu z dość drogimi ciuchami. Miała też markową, skórzaną torebkę.
Maciek zamilkł na chwilę, podrapał się po brodzie.
- To do niej niepodobne – kontynuował Sebastian – Zawsze była skromną dziewczyną, nie ciągnęło ją do takich bajerów.
- No tak, też znałem ją z tej strony – mruknął zamyślony – Ale jesteś pewien że to była ona?
- Sylwetka i rysy twarzy jak najbardziej się zgadzały. No chyba że ma w Krakowie sobowtóra.
- Niby wyjechała... ale zawsze mogła wrócić.
- Trzeba to sprawdzić – postanowił, choć sam jeszcze nie wiedział jak odnaleźć Joasię – Zapytam o nią w tym sklepie, powiem że... że jestem taksówkarzem i wiozłem ją tutaj, a ona zostawiła bransoletkę w samochodzie i chcę jej to oddać.
- Wszystko fajnie, pomysł dobry – westchnął Maciek – Ale czy skuteczny?
- Się okaże.
Jak postanowił, tak też zrobił następnego dnia. Miał szczęście – mimo że nie znali adresu kobiety (albo po prostu nie chcieli go podać i skłamali), poinformowali go iż blondynka zjawi się tu w piątek, by odebrać suknię ślubną. Zasugerowali, by przekazał im własność kobiety, a oni ją zwrócą – wtedy udał że szuka owej bransoletki po kieszeniach, a chwilę później odparł iż zapewne zapomniał wziąć ją ze sobą i przywiezie ją na drugi dzień. Swoim odkryciem podzielił się z przyjacielem.
- Ślub? - spytał zdziwiony – No cholera, charakternie do niej to nie pasuje...
- Minęło trochę czasu, wiesz przecież że ludzie się zmieniają
- Musiałaby przejść sporą metamorfozę.
- Też mi się to nie zgadza, ale z wyglądu jest identyczna jak Aśka. To musi być ona.
O ile na początku miał wątpliwości, teraz był pewien że to ją widział na rynku. Nie rozumiał tylko skąd ta zmiana postępowania i stylu. Ta sprawa nie dawała mu spokoju...
W piątek po południu obserwował sklep. Wiedział że może minąć sporo czasu nim pojawi się ta kobieta, ale był na tyle zdeterminowany, że mógł czekać nawet całą wieczność. Musiał wyjaśnić tę sprawę, musiał się dowiedzieć czy to miłość jego życia wychodzi za mąż za tajemniczego, zapewne bogatego, mężczyznę.
Minęło jakieś półtorej godziny odkąd dotarł na rynek. Pojawiła się właśnie ona. Przyjrzał się jej uważnie.
- Aśka – wyszeptał pod nosem – Albo jej siostra bliźniaczka, o której istnieniu nic mi nie wiadomo.
Zaczekał aż wejdzie do sklepu. Zaczaił się przy drzwiach i cierpliwe stał, dopóki dziewczyna nie wyszła. O dziwo, bez sukni. Zapewne sklep miał ją dostarczyć do jej domu bądź hotelu – skoro nosiła torebkę z prawdziwej skóry i markowe ubrania, z pewnością było ją na to stać.
- Asia? - zapytał głośno, wciąż opierając się o ścianę. Kobieta przystanęła, gdy usłyszała jego głos, a następnie powoli się odwróciła. Kiedy zobaczył ją z bliska, serce zabiło mu mocniej, dawne uczucie powróciło, poczuł się tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wyznał jej miłość. Dogasający ogień tej miłości zapłonął na nowo, przynajmniej u niego.
- To ty... - powiedziała cicho – Trzeźwy?
Wciąż chyba miała do niego żal o to co się wydarzyło. Przynajmniej tak wywnioskował z tonu, jakim to wypowiedziała.
- Nie piję od dawna, byłem na leczeniu.
- To wspaniale. Radzisz sobie?
- Tak, pomieszkuję u Maćka – podrapał się po głowie, nie wiedząc za bardzo co mówić – Mam też pracę, kokosów nie zarabiam, ale na życie wystarczy.
- To dobrze – odparła obojętnie, jakby wcale jej to nie interesowało. A może tylko takie wrażenie sprawiała, może w głębi duszy była jednak ciekawa szczegółów.
- Słyszałem że wyjechałaś... Nie myślałem że spotkam cię w Krakowie
- Przyjechałam tylko wziąć ślub.
- Jutro?
- Tak, w kościele św. Krzyża – sama nie wiedziała dlaczego mu to powiedziała
- Piękny kościół – przyznał, zaciskając wargi. Zamiast się cieszyć, że jest szczęśliwa, żałował że dziewczyna bierze ślub. Żałował, że to nie on stanie obok niej przed ołtarzem.
- Sporo się zmieniłaś – dodał jeszcze, gdy ona milczała
- Ty też... Trochę się spieszę, wybacz.
- Jasne, nie zatrzymuję cię – podniósł do góry ręce, jakby w geście obronnym. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i pospiesznie ruszyła naprzód. Nawet się nie pożegnała.
Sebastian długo zastanawiał się nad dziwnym zachowaniem Joasi podczas rozmowy. Nie rozumiał dlaczego wydawała się być taka chłodna i tak bardzo chciała uciąć te dyskusję. Wyglądało to tak jakby wciąż miała do niego żal albo... albo chciała coś ukryć. A co mogłaby przed nim ukrywać? Chyba tylko to, że wspomnienia odżyły.
Najgorsze było to, że nie mógł mieć pewności iż przypomniała sobie te wszystkie piękne chwilę, które razem przeżyli, gdy byli kiedyś szczęśliwi. Bo on sobie o nich przypomniał. I wiedział że nie może tego tak zostawić.
- Przyjdę na ten ślub – powiedział sobie, leżąc w łóżku i patrząc w sufit – Przyjdę i dowiem się co jest w końcu grane. Jeśli jest jeszcze jakaś szansa... to nie przysięgnie mu w mojej obecności.
Miał właśnie taką nadzieję. Że Aśka odmówi, że nie wyjdzie za mąż. Jutro wszystko się wyjaśni, jutro się dowie czy dziewczyna jeszcze coś do niego czuje...
Pech chciał, że gdy jechał do kościoła taksówką, po drodze zdarzył się wypadek i utknęli w korku. Sebastian nerwowo spoglądając na zegarek co chwila, w końcu stracił zimną krew, zapłacił za kurs i postanowił resztę trasy pokonać o własnych siłach. Biegnąc omijał kolejne samochody stojące w korku, a potem ludzi przemierzających miasto własnym tempem, we własnym celu. DO kościoła wpadł cały spocony i zdyszany w ostatnim momencie – kiedy Joasia miała rozpoczynać przysięgę małżeńską.
Wszyscy obecni niemal jednocześnie odwrócili głowy w stronę wejścia. Para młoda także. Blondynka przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od byłego partnera. Wiedziała że pojawił się tutaj specjalnie dla niej, że ten morderczy wysiłek, którego efektem były te krople potu spływające po jego czole i ciężki oddech, też był specjalnie dla niej. Chwila zwłoki zdawała się trwać wieczność. Wydawało się jej, że są tu sami, że nikogo innego nie ma na świecie...
Choć dzieliło ich kilkanaście metrów, Sebastian dostrzegł smutny błysk w jej oczach, jakby mówiła „przepraszam, przykro mi”. Odwróciła głowę i powiedziała głośno, wyraźnie:
- Ja, Joanna... biorę ciebie Damianie za męża...
Dalej tego nie słuchał. Szybkim krokiem, ze spuszczoną głową wyszedł z kościoła. Nie, nie będzie pił. Już raz alkohol zrujnował mu życie. O jeden raz za dużo. Właśnie przez picie teraz kobieta jego życia stała na ślubnym kobiercu obok innego faceta. Cierpiał, jego serce krwawiło. Ale właśnie na tym polegało życie. Raz było się szczęśliwym, a raz się cierpiało. I nie ma na to żadnej recepty, żadnego sposobu.
Błąkał się bez celu po mieście przez kolejnych kilka godzin. Był zdezorientowany, wciąż w jego uszach dźwięczał głos Joanny. Nogi zaprowadziły go nad most, nad Wisłę. Przez chwilę oczyma wyobraźni zobaczył jak przechodzi przez barierkę, jedną nogą, potem drugą, rozkłada szeroko ręce leci do przodu, wpada do wody i... już nigdy nie wypływa na wierzch.
- To nic nie da. Nie warto.
Wziął głęboki oddech, ruszył dalej. Dotarł do domu. Jak gdyby nigdy nic zdjął buty, przebrał się i położył do łóżka. Sen mu dobrze zrobi... Ale i tak nie zmieni tego, że wrażenia z tego dnia jeszcze przez długi czas będą dawać mu się we znaki.
KONIEC
Sebastian odnalazł się w swoim nowym życiu bez alkoholu. Znalazł pracę – co prawda sprzątanie w hotelu po gościach nie było tak dobrze płatne jak jego poprzednia, biurowa praca, ale niespodziewanie zadowalała go, a płaca była wystarczająca by przeżyć. Wciąż jednak mieszkał u Maćka. Gdyby musiał się wyprowadzić, ciężko byłoby mu utrzymać się samemu z tak niskiej pensji, bowiem sporą część pochłaniałyby wtedy opłaty, a obecnie przeznaczał na ten cel o połowę mniej. Sam gospodarz także wyglądał na zadowolonego. W końcu nie mógł narzekać na brak towarzystwa i pustkę, które tak bardzo mu kiedyś doskwierały.
W relacjach z kobietami był trochę jakby wycofany. W ogóle nie w głowie były mu randki, a jeśli nawet jakaś panna mu się spodobała, to tylko dlatego, że choć trochę przypominała Joasię. Nie chciał się do tego przyznać, ale jednak tęsknił za nią. Pragnął przynajmniej ją zobaczyć, upajać się jej uśmiechem... To była ta jedyna, choć wmawiał sobie iż rzeczywistość jest inna.
Maciek także był ostrożny i nie angażował się już w żadne związki. Po ostatnim nieudanym sercowym podboju rany goiły się dość długo, choć on podobnie jak brunet, oszukiwał się że partnerka nie była dla niego aż tak ważna. Nie tęsknił już za nią, lecz po prostu nie chciał po raz drugi się „sparzyć”.
Któregoś razu wydarzyło się jednak coś dziwnego. Sebastian po powrocie do domu trzasnął drzwiami, wbiegł do łazienki, wsadził głowę pod kran i natychmiast odkręcił kurek z zimną wodą. Ciecz zmoczyła jego włosy, spływała mu po szyi, po całej twarzy. Kiedy Maciek wpadł tam chwilę później, złapał go za ramiona i mocno szarpnął, wyrywając go spod strumienia.
- Co ty robisz, człowieku?! Oszalałeś?! - wrzasnął, rzuciwszy mu ręcznik
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę – mówił, przecierając twarz drżącymi rękoma
- Co jest?
Na odpowiedź musiał poczekać aż brunet przetarł włosy. Dopiero kiedy wyszli do kuchni wyjaśnił co takiego się wydarzyło.
- Widziałem Aśkę.
- Co ty? Żartujesz?
- No skąd, poważnie mówię. Właśnie dlatego wsadziłem głowę pod kran, bo myślałem że jakieś zwidy mnie złapały. Ale teraz wydaje mi się, że to było naprawdę, że to była ona.
- Gdzie ją widziałeś?
- Na rynku, wychodziła ze sklepu z dość drogimi ciuchami. Miała też markową, skórzaną torebkę.
Maciek zamilkł na chwilę, podrapał się po brodzie.
- To do niej niepodobne – kontynuował Sebastian – Zawsze była skromną dziewczyną, nie ciągnęło ją do takich bajerów.
- No tak, też znałem ją z tej strony – mruknął zamyślony – Ale jesteś pewien że to była ona?
- Sylwetka i rysy twarzy jak najbardziej się zgadzały. No chyba że ma w Krakowie sobowtóra.
- Niby wyjechała... ale zawsze mogła wrócić.
- Trzeba to sprawdzić – postanowił, choć sam jeszcze nie wiedział jak odnaleźć Joasię – Zapytam o nią w tym sklepie, powiem że... że jestem taksówkarzem i wiozłem ją tutaj, a ona zostawiła bransoletkę w samochodzie i chcę jej to oddać.
- Wszystko fajnie, pomysł dobry – westchnął Maciek – Ale czy skuteczny?
- Się okaże.
Jak postanowił, tak też zrobił następnego dnia. Miał szczęście – mimo że nie znali adresu kobiety (albo po prostu nie chcieli go podać i skłamali), poinformowali go iż blondynka zjawi się tu w piątek, by odebrać suknię ślubną. Zasugerowali, by przekazał im własność kobiety, a oni ją zwrócą – wtedy udał że szuka owej bransoletki po kieszeniach, a chwilę później odparł iż zapewne zapomniał wziąć ją ze sobą i przywiezie ją na drugi dzień. Swoim odkryciem podzielił się z przyjacielem.
- Ślub? - spytał zdziwiony – No cholera, charakternie do niej to nie pasuje...
- Minęło trochę czasu, wiesz przecież że ludzie się zmieniają
- Musiałaby przejść sporą metamorfozę.
- Też mi się to nie zgadza, ale z wyglądu jest identyczna jak Aśka. To musi być ona.
O ile na początku miał wątpliwości, teraz był pewien że to ją widział na rynku. Nie rozumiał tylko skąd ta zmiana postępowania i stylu. Ta sprawa nie dawała mu spokoju...
W piątek po południu obserwował sklep. Wiedział że może minąć sporo czasu nim pojawi się ta kobieta, ale był na tyle zdeterminowany, że mógł czekać nawet całą wieczność. Musiał wyjaśnić tę sprawę, musiał się dowiedzieć czy to miłość jego życia wychodzi za mąż za tajemniczego, zapewne bogatego, mężczyznę.
Minęło jakieś półtorej godziny odkąd dotarł na rynek. Pojawiła się właśnie ona. Przyjrzał się jej uważnie.
- Aśka – wyszeptał pod nosem – Albo jej siostra bliźniaczka, o której istnieniu nic mi nie wiadomo.
Zaczekał aż wejdzie do sklepu. Zaczaił się przy drzwiach i cierpliwe stał, dopóki dziewczyna nie wyszła. O dziwo, bez sukni. Zapewne sklep miał ją dostarczyć do jej domu bądź hotelu – skoro nosiła torebkę z prawdziwej skóry i markowe ubrania, z pewnością było ją na to stać.
- Asia? - zapytał głośno, wciąż opierając się o ścianę. Kobieta przystanęła, gdy usłyszała jego głos, a następnie powoli się odwróciła. Kiedy zobaczył ją z bliska, serce zabiło mu mocniej, dawne uczucie powróciło, poczuł się tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wyznał jej miłość. Dogasający ogień tej miłości zapłonął na nowo, przynajmniej u niego.
- To ty... - powiedziała cicho – Trzeźwy?
Wciąż chyba miała do niego żal o to co się wydarzyło. Przynajmniej tak wywnioskował z tonu, jakim to wypowiedziała.
- Nie piję od dawna, byłem na leczeniu.
- To wspaniale. Radzisz sobie?
- Tak, pomieszkuję u Maćka – podrapał się po głowie, nie wiedząc za bardzo co mówić – Mam też pracę, kokosów nie zarabiam, ale na życie wystarczy.
- To dobrze – odparła obojętnie, jakby wcale jej to nie interesowało. A może tylko takie wrażenie sprawiała, może w głębi duszy była jednak ciekawa szczegółów.
- Słyszałem że wyjechałaś... Nie myślałem że spotkam cię w Krakowie
- Przyjechałam tylko wziąć ślub.
- Jutro?
- Tak, w kościele św. Krzyża – sama nie wiedziała dlaczego mu to powiedziała
- Piękny kościół – przyznał, zaciskając wargi. Zamiast się cieszyć, że jest szczęśliwa, żałował że dziewczyna bierze ślub. Żałował, że to nie on stanie obok niej przed ołtarzem.
- Sporo się zmieniłaś – dodał jeszcze, gdy ona milczała
- Ty też... Trochę się spieszę, wybacz.
- Jasne, nie zatrzymuję cię – podniósł do góry ręce, jakby w geście obronnym. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i pospiesznie ruszyła naprzód. Nawet się nie pożegnała.
Sebastian długo zastanawiał się nad dziwnym zachowaniem Joasi podczas rozmowy. Nie rozumiał dlaczego wydawała się być taka chłodna i tak bardzo chciała uciąć te dyskusję. Wyglądało to tak jakby wciąż miała do niego żal albo... albo chciała coś ukryć. A co mogłaby przed nim ukrywać? Chyba tylko to, że wspomnienia odżyły.
Najgorsze było to, że nie mógł mieć pewności iż przypomniała sobie te wszystkie piękne chwilę, które razem przeżyli, gdy byli kiedyś szczęśliwi. Bo on sobie o nich przypomniał. I wiedział że nie może tego tak zostawić.
- Przyjdę na ten ślub – powiedział sobie, leżąc w łóżku i patrząc w sufit – Przyjdę i dowiem się co jest w końcu grane. Jeśli jest jeszcze jakaś szansa... to nie przysięgnie mu w mojej obecności.
Miał właśnie taką nadzieję. Że Aśka odmówi, że nie wyjdzie za mąż. Jutro wszystko się wyjaśni, jutro się dowie czy dziewczyna jeszcze coś do niego czuje...
Pech chciał, że gdy jechał do kościoła taksówką, po drodze zdarzył się wypadek i utknęli w korku. Sebastian nerwowo spoglądając na zegarek co chwila, w końcu stracił zimną krew, zapłacił za kurs i postanowił resztę trasy pokonać o własnych siłach. Biegnąc omijał kolejne samochody stojące w korku, a potem ludzi przemierzających miasto własnym tempem, we własnym celu. DO kościoła wpadł cały spocony i zdyszany w ostatnim momencie – kiedy Joasia miała rozpoczynać przysięgę małżeńską.
Wszyscy obecni niemal jednocześnie odwrócili głowy w stronę wejścia. Para młoda także. Blondynka przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od byłego partnera. Wiedziała że pojawił się tutaj specjalnie dla niej, że ten morderczy wysiłek, którego efektem były te krople potu spływające po jego czole i ciężki oddech, też był specjalnie dla niej. Chwila zwłoki zdawała się trwać wieczność. Wydawało się jej, że są tu sami, że nikogo innego nie ma na świecie...
Choć dzieliło ich kilkanaście metrów, Sebastian dostrzegł smutny błysk w jej oczach, jakby mówiła „przepraszam, przykro mi”. Odwróciła głowę i powiedziała głośno, wyraźnie:
- Ja, Joanna... biorę ciebie Damianie za męża...
Dalej tego nie słuchał. Szybkim krokiem, ze spuszczoną głową wyszedł z kościoła. Nie, nie będzie pił. Już raz alkohol zrujnował mu życie. O jeden raz za dużo. Właśnie przez picie teraz kobieta jego życia stała na ślubnym kobiercu obok innego faceta. Cierpiał, jego serce krwawiło. Ale właśnie na tym polegało życie. Raz było się szczęśliwym, a raz się cierpiało. I nie ma na to żadnej recepty, żadnego sposobu.
Błąkał się bez celu po mieście przez kolejnych kilka godzin. Był zdezorientowany, wciąż w jego uszach dźwięczał głos Joanny. Nogi zaprowadziły go nad most, nad Wisłę. Przez chwilę oczyma wyobraźni zobaczył jak przechodzi przez barierkę, jedną nogą, potem drugą, rozkłada szeroko ręce leci do przodu, wpada do wody i... już nigdy nie wypływa na wierzch.
- To nic nie da. Nie warto.
Wziął głęboki oddech, ruszył dalej. Dotarł do domu. Jak gdyby nigdy nic zdjął buty, przebrał się i położył do łóżka. Sen mu dobrze zrobi... Ale i tak nie zmieni tego, że wrażenia z tego dnia jeszcze przez długi czas będą dawać mu się we znaki.
KONIEC
środa, 3 września 2014
Utracona nadzieja cz. 10
Co sobotę grupa alkoholików jeździła do oddalonego o czterdzieści kilometrów szpitala dziecięcego. Jako wolontariusze mieli za zadanie umilić czas chorym dzieciom i umocnić w nich wiarę, podtrzymać na duchu. Mieli pokazywać, że warto żyć, że trzeba walczyć. Sebastian się do nich przyłączył.
Podczas swoich cotygodniowych wizyt zaprzyjaźnił się z dwunastoletnim chłopcem chorym na białaczkę. Miał on niesamowity talent językowy. Bardzo łatwo przyswajał nowe słówka, miał dobrą pamięć do zasad gramatyki. Dwa lata temu był na dość zaawansowanym poziomie jak na swój wiek, ale choroba przerwała jego naukę. Do tego czasu zdążył także poznać podstawy włoskiego i hiszpańskiego. Sebastian, który potrzebował znajomości języka obcego do pracy, postanowił trochę podszkolić swojego młodego przyjaciela. „Lekcje” odbywały się w sali, ponieważ stan chłopca był na tyle poważny, że nie pozwalano mu wychodzić na zewnątrz. O ile sam nie miał na to siły, Sebastian mógł przewieźć go na wózku.
Aż w końcu którego razu...
- Panie doktorze, mogę zaczekać na Bartka w sali?
- Obawiam się, że to nie będzie konieczne – odpowiedział cichym głosem lekarz
W pierwszej chwili brunet nie zrozumiał co to może znaczyć. Myślał że zabrano chłopca na badania i dlatego łóżko było puste. Teraz jednak zaczęły docierać do niego czarne scenariusze, których wcześniej nawet nie brał pod uwagę.
- Przykro mi. Chłopiec zmarł w czwartek nad ranem – mężczyzna rozwiał wszelkie wątpliwości.
Sebastian znieruchomiał na chwilę, by potem zacisnąć pięści i ze łzami w oczach odwrócić się na pięcie. Szybkim krokiem pokonał korytarz, nawet nie zaczekał na windę, tylko od razu zbiegł po schodach. Pobiegł do przyszpitalnego parku, zboczył z alejki i schował się za jednym z drzew. Oparł się o nie, przymknął oczy i zakrył usta dłonią. Chciało mu się płakać, wręcz wyć z bezsilności. Życie było takie niesprawiedliwe! Ten chłopiec miał dopiero dwanaście lat, nawet nie zdążył nacieszyć się tym darem, nie zdążył spełnić swoich marzeń, poczuć w sobie siłę, która wynosiłaby go na same szczyty i czyniła szczęśliwym. Dlaczego właśnie on?! Dlaczego taki młody, który mógł sporo osiągnąć, daleko zajść, który mógł mieć jeszcze tyle lat przed sobą!
Sebastian zacisnął zęby, przegryzając wargę. Już dawno nie miał tak silnej chęci na alkohol. Znów chciałby poczuć ten błogi, beztroski stan upojenia, kiedy wszystko stawało się obojętne, z niczym nie trzeba było walczyć, po prostu się było, istniało na tym świecie. To było takie proste... Ale on już wybrał inną drogę, trudniejszą, bardziej krętą. Tylko że ona nie prowadziła do przepaści.
Nie był w stanie określić jak długo tam tak stał. Kiedy wrócił, terapeuta poprosił go na bok. Zapytał czy chce jeszcze przyjeżdżać do tego szpitala razem z nimi. Odmówił.
- Czy to z powodu tego chłopca? - zapytał spokojnie
- Właśnie coś do mnie dotarło. Prędzej czy później przestanę tu przyjeżdżać, bo wyjdę. Wyjdę z ośrodka, prawda?
- Nawet szybciej niż ci się wydaje – poklepał go po ramieniu
Do końca dnia nie mógł przestać myśleć, o tym czego dzisiaj doświadczył. Wciąż miał ochotę się napić, ale nie była ona już tak duża, jak w pierwszej chwili. Poczuł się silniejszy, kiedy zdał sobie sprawę, iż skutecznie stawia opór swojej słabości. W tej chwili z nią wygrywa, ale jeszcze jej nie pokonał. Był to dla niego jeden z najtrudniejszych momentów terapii, ale jednocześnie przyspieszył on proces wychodzenia z alkoholizmu.
Jego nadzieje spełniły się w piętnastym tygodniu pobytu na leczeniu. Na początku października lekarz poprosił go do siebie na rozmowę. Zanim powiedział mu o wypisie, przypomniał że już na zawsze pozostanie alkoholikiem i tylko od niego zależy czy wróci do nałogu. Zapewnił też że zawsze może przyjechać do ośrodka, nie tylko gdy będzie miał problemy – tak jak niektórzy, niepijący już od lat, którzy chcieli wesprzeć towarzyszy swojej niewoli. Chciał żeby zapamiętał te słowa, dlatego wstrzymał się z dobrą wiadomością – w euforii niewiele dotarłoby do Sebastiana. Na koniec przestrzegł go, że po wyjściu powrót do normalnego życia nie będzie łatwy, a pokusa będzie trudniejsza do pokonania niż tutaj. Poradził mu, by nie bał się szukać wsparcia u przyjaciół – wystarczyło żeby chociaż jeden towarzyszył mu w niepiciu podczas jakiejś imprezy czy wesela...
Nie polecał stosowania środków zastępczych – to mogłoby prowadzić do kolejnego, choć już niekoniecznie tak bolesnego w skutkach, uzależnienia. Potem w końcu powiedział o wypisie. O dziwo Sebastian nie wyglądał na zadowolonego. Choć bardzo chciał opuścić ośrodek, obawiał się jednak powrotu do normalnego życia. Obiecał sobie jednak, że już nigdy nie wróci do picia. Nie chciał drugi raz przechodzić przez to samo.
W ostatnią noc przed wyjściem Sebastiana jego kompanom z pokoju podano środki nasenne. To była standardowa procedura, stosowana w obawie że któryś z nich z zazdrości mógłby zrobić krzywdę wychodzącemu. Za to brunet z wrażenia nie mógł zmrużyć oka. Był jednocześnie szczęśliwy, ale też spięty. W końcu przez prawie cztery miesiące był tutaj, a o wiele dłużej jego życie nie wyglądało tak jak teraz będzie wyglądać. A nawet chyba nigdy tak nie żył. Wszystko musiał zbudować od nowa.
Dostał trochę pieniędzy, żeby móc wrócić do Krakowa. Oprócz biletu starczyło mu jeszcze na suchą bułkę i butelkę wody na podróż.
Nie miał dokąd pójść, nie miał co ze sobą zrobić. Nie miał nic, oprócz torby, z którą wyjechał ze stolicy małopolski piętnaście tygodni temu. W pamięci miał kilka adresów znajomych, którzy odwrócili się od niego, kiedy pił. Wytypował trójkę, która mogłaby mieć do niego najmniejszy żal i byliby skłonni pomóc mu w rozpoczęciu wszystkiego od nowa. Anka, Rafał, Maciek – w takiej kolejności zamierzał ich odwiedzać, o ile wcześniej nie uda się u kogoś z nich zatrzymać.
Pech chciał, że w mieszkaniu Anki nikt nie otwierał. Nikogo tam nie było, a siedzenie na schodach i czekanie nie wiadomo jak długo na jej pojawianie się nie miało ani trochę sensu. Od razu udał się pod drugi adres, ale tam dowiedział się że niejaki Rafał Korzyński nie mieszka tu od dwóch miesięcy. Ostatnia nadzieja pozostawała w Maćku...
- Sebastian – stwierdził lekko zdumionym głosem
Brunet poczuł ulgę, mimo że nic jeszcze nie zostało wyjaśnione. Gospodarz odsunął się na bok i ruchem ręki zaprosił go do środka. Sebastian od razu postawił torbę pod ścianą, po czym udał się do salonu. Maciek pojawił się tam chwilę później, z dwoma kubkami herbaty.
- Chłopie, co się z tobą działo... pięć miesięcy nie dawałeś znaku życia, a teraz nagle się pojawiasz...
- Trochę się wydarzyło – przyznał cicho, obracając kubek dookoła jego własnej osi – Ale mogę ci pokrótce opowiedzieć, jeśli chcesz.
- Mów, ja mam czas.
- Chlałem bez opamiętania, to chyba już wiesz. Któregoś razu wpadłem po pijaku pod samochód, przetrzymali mnie w szpitalu... W ogóle nie wiedziałem co się ze mną dzieje, nie panowałem nad sobą, ukradłem wódkę ze sklepu... Wtedy skierowali mnie na przymusowe leczenie. Tam dopiero zrozumiałem co poszło nie tak, gdzie popełniłem błędy i chyba... chyba wiem co robić, by znów do tego nie doszło.
- Dzisiaj wróciłeś?
Skinął głową. Nie trudno było się tego domyślić, przecież przyszedł z bagażem. Maciek, inteligenty przecież facet, od razu zgadł także, że brunet nie ma gdzie się podziać.
- Jeśli chcesz, możesz zostać u mnie tak długo jak chcesz – oznajmił bez zbędnych pytań
- Żartujesz – wypalił nagle, zaskoczony jego propozycją
- Chłopie, zapomniałeś już ile razem przeszliśmy, ile lat się znamy? To że kiedyś tam się popsuło, to nie znaczy że musimy skreślać naszą przyjaźń.
- Ty nawet nie wiesz... nie wiesz jak bardzo jestem ci wdzięczny – spuścił głowę onieśmielony
- Luz, trzeba sobie pomagać – uśmiechnął się do niego
- A co u reszty?
- No widzisz, na naszej paczce ciąży chyba jakieś fatum... Ty zniknąłeś, Rafał popadł w długi i wyjechał za granicę, a Anka...
- Co Anka? - spytał zaniepokojony nagłym milczeniem
- Anka nie żyje – westchnął ciężko, opierając głowę na łokciach – Została zamordowana przez swojego kochanka. Udusił ją.
Sebastian tylko przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Teraz już wiedział dlaczego nikt mu wtedy nie otworzył. Od śmierci kobiety mieszkanie zapewne stało puste.
- A co u ciebie?
- U mnie? - Maciek skrzywił się nieznacznie – Poza tym że mój związek nie wypalił to nic nadzwyczajnego się nie działo.
- Co się stało? Nie pasowaliście do siebie czy jak?
- Zdradziła mnie – rzucił krótko, nie ujawniając żadnych emocji – Może gdyby wykazała skruchę... Ale ona wcale nie żałowała, jakby zrobiła to z premedytacją.
- Współczuję.
- Bywa – rozłożył bezradnie ręce, po czym sięgnął po herbatę
- A... u Aśki? - spytał nieśmiało
- Nie odzywała się od jakichś trzech miesięcy, nie odbiera telefonu, nie odpowiada na smsy... Wygląda na to że odcięła się od dotychczasowego życia.
Sebastian tylko pokiwał głową. Wcale nie dziwił się swojej byłej partnerce, iż chciała zerwać ze wszystkim co przypominało jej złe chwile. Sam pragnął tego samego – zostawić przeszłość za sobą.
Podczas swoich cotygodniowych wizyt zaprzyjaźnił się z dwunastoletnim chłopcem chorym na białaczkę. Miał on niesamowity talent językowy. Bardzo łatwo przyswajał nowe słówka, miał dobrą pamięć do zasad gramatyki. Dwa lata temu był na dość zaawansowanym poziomie jak na swój wiek, ale choroba przerwała jego naukę. Do tego czasu zdążył także poznać podstawy włoskiego i hiszpańskiego. Sebastian, który potrzebował znajomości języka obcego do pracy, postanowił trochę podszkolić swojego młodego przyjaciela. „Lekcje” odbywały się w sali, ponieważ stan chłopca był na tyle poważny, że nie pozwalano mu wychodzić na zewnątrz. O ile sam nie miał na to siły, Sebastian mógł przewieźć go na wózku.
Aż w końcu którego razu...
- Panie doktorze, mogę zaczekać na Bartka w sali?
- Obawiam się, że to nie będzie konieczne – odpowiedział cichym głosem lekarz
W pierwszej chwili brunet nie zrozumiał co to może znaczyć. Myślał że zabrano chłopca na badania i dlatego łóżko było puste. Teraz jednak zaczęły docierać do niego czarne scenariusze, których wcześniej nawet nie brał pod uwagę.
- Przykro mi. Chłopiec zmarł w czwartek nad ranem – mężczyzna rozwiał wszelkie wątpliwości.
Sebastian znieruchomiał na chwilę, by potem zacisnąć pięści i ze łzami w oczach odwrócić się na pięcie. Szybkim krokiem pokonał korytarz, nawet nie zaczekał na windę, tylko od razu zbiegł po schodach. Pobiegł do przyszpitalnego parku, zboczył z alejki i schował się za jednym z drzew. Oparł się o nie, przymknął oczy i zakrył usta dłonią. Chciało mu się płakać, wręcz wyć z bezsilności. Życie było takie niesprawiedliwe! Ten chłopiec miał dopiero dwanaście lat, nawet nie zdążył nacieszyć się tym darem, nie zdążył spełnić swoich marzeń, poczuć w sobie siłę, która wynosiłaby go na same szczyty i czyniła szczęśliwym. Dlaczego właśnie on?! Dlaczego taki młody, który mógł sporo osiągnąć, daleko zajść, który mógł mieć jeszcze tyle lat przed sobą!
Sebastian zacisnął zęby, przegryzając wargę. Już dawno nie miał tak silnej chęci na alkohol. Znów chciałby poczuć ten błogi, beztroski stan upojenia, kiedy wszystko stawało się obojętne, z niczym nie trzeba było walczyć, po prostu się było, istniało na tym świecie. To było takie proste... Ale on już wybrał inną drogę, trudniejszą, bardziej krętą. Tylko że ona nie prowadziła do przepaści.
Nie był w stanie określić jak długo tam tak stał. Kiedy wrócił, terapeuta poprosił go na bok. Zapytał czy chce jeszcze przyjeżdżać do tego szpitala razem z nimi. Odmówił.
- Czy to z powodu tego chłopca? - zapytał spokojnie
- Właśnie coś do mnie dotarło. Prędzej czy później przestanę tu przyjeżdżać, bo wyjdę. Wyjdę z ośrodka, prawda?
- Nawet szybciej niż ci się wydaje – poklepał go po ramieniu
Do końca dnia nie mógł przestać myśleć, o tym czego dzisiaj doświadczył. Wciąż miał ochotę się napić, ale nie była ona już tak duża, jak w pierwszej chwili. Poczuł się silniejszy, kiedy zdał sobie sprawę, iż skutecznie stawia opór swojej słabości. W tej chwili z nią wygrywa, ale jeszcze jej nie pokonał. Był to dla niego jeden z najtrudniejszych momentów terapii, ale jednocześnie przyspieszył on proces wychodzenia z alkoholizmu.
Jego nadzieje spełniły się w piętnastym tygodniu pobytu na leczeniu. Na początku października lekarz poprosił go do siebie na rozmowę. Zanim powiedział mu o wypisie, przypomniał że już na zawsze pozostanie alkoholikiem i tylko od niego zależy czy wróci do nałogu. Zapewnił też że zawsze może przyjechać do ośrodka, nie tylko gdy będzie miał problemy – tak jak niektórzy, niepijący już od lat, którzy chcieli wesprzeć towarzyszy swojej niewoli. Chciał żeby zapamiętał te słowa, dlatego wstrzymał się z dobrą wiadomością – w euforii niewiele dotarłoby do Sebastiana. Na koniec przestrzegł go, że po wyjściu powrót do normalnego życia nie będzie łatwy, a pokusa będzie trudniejsza do pokonania niż tutaj. Poradził mu, by nie bał się szukać wsparcia u przyjaciół – wystarczyło żeby chociaż jeden towarzyszył mu w niepiciu podczas jakiejś imprezy czy wesela...
Nie polecał stosowania środków zastępczych – to mogłoby prowadzić do kolejnego, choć już niekoniecznie tak bolesnego w skutkach, uzależnienia. Potem w końcu powiedział o wypisie. O dziwo Sebastian nie wyglądał na zadowolonego. Choć bardzo chciał opuścić ośrodek, obawiał się jednak powrotu do normalnego życia. Obiecał sobie jednak, że już nigdy nie wróci do picia. Nie chciał drugi raz przechodzić przez to samo.
W ostatnią noc przed wyjściem Sebastiana jego kompanom z pokoju podano środki nasenne. To była standardowa procedura, stosowana w obawie że któryś z nich z zazdrości mógłby zrobić krzywdę wychodzącemu. Za to brunet z wrażenia nie mógł zmrużyć oka. Był jednocześnie szczęśliwy, ale też spięty. W końcu przez prawie cztery miesiące był tutaj, a o wiele dłużej jego życie nie wyglądało tak jak teraz będzie wyglądać. A nawet chyba nigdy tak nie żył. Wszystko musiał zbudować od nowa.
Dostał trochę pieniędzy, żeby móc wrócić do Krakowa. Oprócz biletu starczyło mu jeszcze na suchą bułkę i butelkę wody na podróż.
Nie miał dokąd pójść, nie miał co ze sobą zrobić. Nie miał nic, oprócz torby, z którą wyjechał ze stolicy małopolski piętnaście tygodni temu. W pamięci miał kilka adresów znajomych, którzy odwrócili się od niego, kiedy pił. Wytypował trójkę, która mogłaby mieć do niego najmniejszy żal i byliby skłonni pomóc mu w rozpoczęciu wszystkiego od nowa. Anka, Rafał, Maciek – w takiej kolejności zamierzał ich odwiedzać, o ile wcześniej nie uda się u kogoś z nich zatrzymać.
Pech chciał, że w mieszkaniu Anki nikt nie otwierał. Nikogo tam nie było, a siedzenie na schodach i czekanie nie wiadomo jak długo na jej pojawianie się nie miało ani trochę sensu. Od razu udał się pod drugi adres, ale tam dowiedział się że niejaki Rafał Korzyński nie mieszka tu od dwóch miesięcy. Ostatnia nadzieja pozostawała w Maćku...
- Sebastian – stwierdził lekko zdumionym głosem
Brunet poczuł ulgę, mimo że nic jeszcze nie zostało wyjaśnione. Gospodarz odsunął się na bok i ruchem ręki zaprosił go do środka. Sebastian od razu postawił torbę pod ścianą, po czym udał się do salonu. Maciek pojawił się tam chwilę później, z dwoma kubkami herbaty.
- Chłopie, co się z tobą działo... pięć miesięcy nie dawałeś znaku życia, a teraz nagle się pojawiasz...
- Trochę się wydarzyło – przyznał cicho, obracając kubek dookoła jego własnej osi – Ale mogę ci pokrótce opowiedzieć, jeśli chcesz.
- Mów, ja mam czas.
- Chlałem bez opamiętania, to chyba już wiesz. Któregoś razu wpadłem po pijaku pod samochód, przetrzymali mnie w szpitalu... W ogóle nie wiedziałem co się ze mną dzieje, nie panowałem nad sobą, ukradłem wódkę ze sklepu... Wtedy skierowali mnie na przymusowe leczenie. Tam dopiero zrozumiałem co poszło nie tak, gdzie popełniłem błędy i chyba... chyba wiem co robić, by znów do tego nie doszło.
- Dzisiaj wróciłeś?
Skinął głową. Nie trudno było się tego domyślić, przecież przyszedł z bagażem. Maciek, inteligenty przecież facet, od razu zgadł także, że brunet nie ma gdzie się podziać.
- Jeśli chcesz, możesz zostać u mnie tak długo jak chcesz – oznajmił bez zbędnych pytań
- Żartujesz – wypalił nagle, zaskoczony jego propozycją
- Chłopie, zapomniałeś już ile razem przeszliśmy, ile lat się znamy? To że kiedyś tam się popsuło, to nie znaczy że musimy skreślać naszą przyjaźń.
- Ty nawet nie wiesz... nie wiesz jak bardzo jestem ci wdzięczny – spuścił głowę onieśmielony
- Luz, trzeba sobie pomagać – uśmiechnął się do niego
- A co u reszty?
- No widzisz, na naszej paczce ciąży chyba jakieś fatum... Ty zniknąłeś, Rafał popadł w długi i wyjechał za granicę, a Anka...
- Co Anka? - spytał zaniepokojony nagłym milczeniem
- Anka nie żyje – westchnął ciężko, opierając głowę na łokciach – Została zamordowana przez swojego kochanka. Udusił ją.
Sebastian tylko przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Teraz już wiedział dlaczego nikt mu wtedy nie otworzył. Od śmierci kobiety mieszkanie zapewne stało puste.
- A co u ciebie?
- U mnie? - Maciek skrzywił się nieznacznie – Poza tym że mój związek nie wypalił to nic nadzwyczajnego się nie działo.
- Co się stało? Nie pasowaliście do siebie czy jak?
- Zdradziła mnie – rzucił krótko, nie ujawniając żadnych emocji – Może gdyby wykazała skruchę... Ale ona wcale nie żałowała, jakby zrobiła to z premedytacją.
- Współczuję.
- Bywa – rozłożył bezradnie ręce, po czym sięgnął po herbatę
- A... u Aśki? - spytał nieśmiało
- Nie odzywała się od jakichś trzech miesięcy, nie odbiera telefonu, nie odpowiada na smsy... Wygląda na to że odcięła się od dotychczasowego życia.
Sebastian tylko pokiwał głową. Wcale nie dziwił się swojej byłej partnerce, iż chciała zerwać ze wszystkim co przypominało jej złe chwile. Sam pragnął tego samego – zostawić przeszłość za sobą.
wtorek, 2 września 2014
Utracona nadzieja cz. 9
Znaczną część nocy nie przespał. Brunet przekręcał się z boku na bok co jakiś czas, zamykał oczy i leżał nieruchomo, ale to nie pomagało. Z każdą godziną narastał niepokój i podenerwowanie. O czwartej nad ranem zaobserwował pierwsze drżenia rąk. Wtedy zdecydował się przyjąć leki, które dano mu do spożycia wieczorem. Schował je do szafki, uznając że są mu niepotrzebne. Teraz dziękował niebiosom, że nie wyrzucił tabletek do kosza na śmieci bądź do toalety.
Od tamtej pory sypiał spokojnie i regularnie słuchał większości zaleceń. Nie do wszystkich chciał się dostosować – na przykład nie odpowiadała mu sztywno ustalona pora zakończenia dnia. O dwudziestej drugiej wszyscy musieli być już w łóżkach i przestrzegać ciszy nocnej. W przeciwnym razie delikwent dostawał zastrzyk nasenny i już do rana spał jak zabity. Sebastian był świadkiem takiego zdarzenia podczas czwartego dnia pobytu. Wieczorem jeden z pacjentów nie pozwolił się wyrzucić sprzed telewizora, który znajdował się w sali jadalnej. Drobnej kobiecie z pomocą przyszło dwoje pielęgniarzy. Siłą zaciągnęli pacjenta do sali zabiegowej, a po chwili ucichły dochodzące zza drzwi krzyki i wrzaski. Potem tylko po kilku minutach wywieziono go na łóżku do sali. Od tamtej pory Sebastian postanowił przynajmniej udawać że kładzie się spać, by nie znaleźć się na miejscu tego biedaka.
- Mam na imię Sebastian... - odezwał się w końcu podczas kolejnego spotkania grupy – Piję, bo... bo lubię, po prostu.
Nie przeszło mu przez gardło że jest alkoholikiem. Nie potrafił się jeszcze przyznać. Był już niemal świadomy swojej choroby, ale wciąż nie mógł się z nią pogodzić.
Z każdym kolejnym dniem coraz lepiej poznawał ośrodek, przebywających w nim ludzi, pracowników, a także częściej angażował się w wykonywane przez pacjentów prace. Część osób pomagała przy gotowaniu, część przy sprzątaniu, jeszcze inni zajmowali się ogrodem, niektórzy jeździli do miasta po zakupy z terapeutą, a pozostali organizowali sobie czas na swój sposób – oglądali telewizję, rozwiązywali krzyżówki, ucinali sobie drzemkę albo po prostu czytali.
Sebastian był w pokoju z trzema innymi alkoholikami. Krzysiek był mniej więcej w jego wieku, Henryk po pięćdziesiątce, zaś Jarosław po czterdziestce. Ci starsi palili, Jarek wychodził niemal co kwadrans na palarnię. Kiedy nie miał tytoniu, palił co tylko się dało – kiedyś nawet rozerwał worek z herbatą i wysypał zawartość do bibułki. Krzysiek natomiast nigdy nie miał papierosa w ustach i nie chciał spróbować. O ile tamci dwaj przez większość dnia wypoczywali w łóżkach, Sebastian poszedł wraz z Henrykiem popracować. Starszy z mężczyzn trafił do kuchni, brunet – z racji iż nie potrafił gotować – dostał za zadanie sprzątanie na korytarzu.
Przecierając pokrytą kaflami podłogę mopem i jednocześnie myśląc o nie wiadomo czym, usłyszał fragment rozmowy lekarza z jednym z pacjentów.
- Panie doktorze, pan musi mi dać przepustkę... Nie mogę opuścić pogrzebu żony – mówił błagalnym głosem
- A ja nie mogę pana wypuścić. Pan jest chory, nie patrzy pan racjonalnie na świat. Nie bez powodu trzymamy pana pod kluczem.
- Ale panie doktorze, to ważna uroczystość rodzinna...
W pierwszej chwili Sebastian pomyślał że lekarz nie ma serca i nie lubi alkoholików, mimo że ich leczy. Co mu szkodziło wypuścić pacjenta na dwa, może trzy dni? Przecież wróci (albo i nie) i będzie kontynuował leczenie. A może... może stąd już nie ma wyjścia?
Zmienił jednak swoje zdanie o bezdusznym doktorze, kiedy usłyszał dalszą część rozmowy.
- Pan już od dwóch lat się na ten pogrzeb wybiera i co jakiś czas to samo. Proszę wracać do sali.
- Ale panie doktorze...
- Przyjdę do pana później, to porozmawiamy, dobrze? Proszę już iść...
- Dobrze, dobrze – westchnął ciężko mężczyzna
Kiedy Sebastian usłyszał kroki, natychmiast opuścił głowę i udał że jest całkowicie skupiony na swoim zajęciu. Lekarz nawet nie zwrócił na niego uwagi, przeszedł obok niego obojętnie, jakby korytarz był pusty. Ciekawość jednak nie pozwoliła mu milczeć. Wyprostował się i zawołał mężczyznę w białym fartuchu.
- Przepraszam! - pan doktor odwrócił się na pięcie, po czym podszedł do bruneta – Co mu właściwie jest? Temu od pogrzebu.
- No cóż... - pogładził się po brodzie – Trafił do nas dwa lata temu, nie miał wcale kontaktu z rzeczywistością. Po śmierci żony całkowicie się załamał, zaczął pić. Potem poszedł do psychologa, dostał silne antydepresanty i zastrzeżenie by nie mieszać ich z alkoholem. Ale nie posłuchał... Na ile się dało, na tyle leki odwróciły zmiany w osobowości. Ciągle jednak wydaje mu się że jego żona zmarła całkiem niedawno i wkrótce odbędzie się pogrzeb.
- Straszne – wyszeptał pod nosem, kiwnąwszy głową
- A pan tutaj nowy?
- Tak, od pięciu dni – przyznał, powoli wracając do swojego zajęcia
- Pewnie chciałby pan stąd wyjść...
- Nie ukrywam, wolałbym być gdzie indziej. Ale skoro muszę tutaj...
- Pan nic nie musi, każdy może stąd wyjść kiedy chce. No chyba że jest skierowany na leczenie przez nakaz sądowy, wtedy musimy go trzymać dopóki nie stwierdzimy że został wyleczony.
Pokiwał głową ze smutkiem. On właśnie był tutaj przez nakaz, a wszystko to przez napad na sklep. Gdyby tego nie zrobił, mógłby zostać w Krakowie... Ale czy to na pewno byłoby dla niego dobre? Zastanowił się przez chwilę, zamyślił. Wyszło mu, że już ósmy dzień nie pije. Nie pamiętał już jak dawno temu miał tak długą przerwę.
- I jakoś tak jakbym więcej sił miał – zauważył reakcję swojego organizmu. Kiedy potrzebował się napić, nie był zdolny do zrobienia czegokolwiek, a kiedy już się napił, najzwyczajniej w świecie nic mu się nie chciało, bo czuł się spełniony i nie potrzebował nic więcej.
- Wracam do żywych? - zapytał nieśmiało, zaciskając wargi. Pokiwał głową – Wrócę.
Przez kolejne dni Sebastian także sprzątał korytarze, a także nawet zgodził czyścić się toalety, czego nie podejmowało się zbyt wielu ochotników. Zwykle to zadanie było przyznawane za karę, kiedy ktoś coś przeskrobał – choćby próbował uciec albo wyzywał personel bądź wszczynał bijatyki. Kiedy brunet przyznawał się przed kimś, że robi to jako ochotnik, niemal każdy mu się dziwił. Tylko nieliczni potrafili zrozumieć jego motywację. Wcale nie uważał tego za degradację czy upadek, na swój sposób to nawet sprawiało mu radość. Wiedział że wykonuje ogromną pracę, że walczy z samym sobą i jak na razie idzie mu to skutecznie.
- Jak to jest... - spytał któregoś razu na spotkaniu grupy – Że inni wciąż stoją w miejscu, nie potrafią sobie z tym poradzić, a ja cały czas robię postępy i to tak od razu, ledwo co tutaj przyszedłem...
- To zależy od silnej woli. Chcesz znów być szczęśliwy, ale teraz w inny sposób, bez alkoholu i to cię pcha do przodu – wyraził swoją opinię Marek
- Po prostu zacząłeś robić to co powinieneś, efekty widać – dodał Irek
- Miałeś chłopie sporo szczęścia, że twój los się tak potoczył. Ty jeszcze nie upadłeś, ty byłeś dopiero na kolanach i dlatego łatwiej jest ci się podnieść – wyjaśnił terapeuta
- Jak to nie upadłem? Przechlałem wszystko, ukradłem wódkę ze sklepu i zdemolowałem regał.
- Widzisz, i to jest dowód że jeszcze długa droga przed tobą. Przypomnij sobie jakichś ludzi tu spotkałeś, co zobaczyłeś. To jest dopiero upadek.
Oczami wyobraźni przywołał tych, którzy próbowali uciec, tych którym się udało, jak wracali totalnie zalani i nie byli w stanie iść po schodach, niemal czołgali się by dotrzeć do sal. Przypomniał też sobie tego co cały czas wybierał się na pogrzeb żony, tego co zachowywał się jak pięcioletnie dziecko, tego który śmiał się co chwila bez powodu, a także tego który buntował się że nie będzie jadł, dopóki nie dostanie wódki i jeszcze jednego, który bił swoją żonę i dzieci, gdy nie miał za co się napić. Popatrzył sobie na te smutne, zmarnowane, zmęczone twarze, które go otaczały. Wszystkiemu winien był alkohol, a konkretnie brak umiaru, który stopniowo przejmował nad nimi kontrolę, zamieniał w bydło, które traciło ludzkie cechy i stawiało sobie jeden nadrzędny cel – upolować zdobycz, w tym przypadku alkohol w jakiejkolwiek formie.
- Miałeś sporo szczęścia, że potrącił cię samochód. Gdybyś został na ulicy, kto wie czy nie skończyłbyś podobnie.
- Muszę wam coś powiedzieć – rzekł po chwili ciszy. Wstał, podniósł głowę i wziął głęboki oddech. To była istotna chwila dla niego i dla całej grupy. Pozostali także wstali, nie chcieli by robił to sam.
- Jestem alkoholikiem – wyznał donośnie jednym tchem
- Tak jak my wszyscy – odpowiedzieli chórem.
Wtedy po raz pierwszy przyznał się do swojej choroby. Nie tylko przed sobą, ale przed tymi ludźmi, których spotkał podobny los. Nie tylko przed nimi, ale także przed całym światem. Zdążył już dojrzeć by nie ukrywać tego dłużej, by nie wstydzić się tego. To był ważny krok, bez którego proces leczenia nie mógłby zakończyć się sukcesem.
Od tamtej pory sypiał spokojnie i regularnie słuchał większości zaleceń. Nie do wszystkich chciał się dostosować – na przykład nie odpowiadała mu sztywno ustalona pora zakończenia dnia. O dwudziestej drugiej wszyscy musieli być już w łóżkach i przestrzegać ciszy nocnej. W przeciwnym razie delikwent dostawał zastrzyk nasenny i już do rana spał jak zabity. Sebastian był świadkiem takiego zdarzenia podczas czwartego dnia pobytu. Wieczorem jeden z pacjentów nie pozwolił się wyrzucić sprzed telewizora, który znajdował się w sali jadalnej. Drobnej kobiecie z pomocą przyszło dwoje pielęgniarzy. Siłą zaciągnęli pacjenta do sali zabiegowej, a po chwili ucichły dochodzące zza drzwi krzyki i wrzaski. Potem tylko po kilku minutach wywieziono go na łóżku do sali. Od tamtej pory Sebastian postanowił przynajmniej udawać że kładzie się spać, by nie znaleźć się na miejscu tego biedaka.
- Mam na imię Sebastian... - odezwał się w końcu podczas kolejnego spotkania grupy – Piję, bo... bo lubię, po prostu.
Nie przeszło mu przez gardło że jest alkoholikiem. Nie potrafił się jeszcze przyznać. Był już niemal świadomy swojej choroby, ale wciąż nie mógł się z nią pogodzić.
Z każdym kolejnym dniem coraz lepiej poznawał ośrodek, przebywających w nim ludzi, pracowników, a także częściej angażował się w wykonywane przez pacjentów prace. Część osób pomagała przy gotowaniu, część przy sprzątaniu, jeszcze inni zajmowali się ogrodem, niektórzy jeździli do miasta po zakupy z terapeutą, a pozostali organizowali sobie czas na swój sposób – oglądali telewizję, rozwiązywali krzyżówki, ucinali sobie drzemkę albo po prostu czytali.
Sebastian był w pokoju z trzema innymi alkoholikami. Krzysiek był mniej więcej w jego wieku, Henryk po pięćdziesiątce, zaś Jarosław po czterdziestce. Ci starsi palili, Jarek wychodził niemal co kwadrans na palarnię. Kiedy nie miał tytoniu, palił co tylko się dało – kiedyś nawet rozerwał worek z herbatą i wysypał zawartość do bibułki. Krzysiek natomiast nigdy nie miał papierosa w ustach i nie chciał spróbować. O ile tamci dwaj przez większość dnia wypoczywali w łóżkach, Sebastian poszedł wraz z Henrykiem popracować. Starszy z mężczyzn trafił do kuchni, brunet – z racji iż nie potrafił gotować – dostał za zadanie sprzątanie na korytarzu.
Przecierając pokrytą kaflami podłogę mopem i jednocześnie myśląc o nie wiadomo czym, usłyszał fragment rozmowy lekarza z jednym z pacjentów.
- Panie doktorze, pan musi mi dać przepustkę... Nie mogę opuścić pogrzebu żony – mówił błagalnym głosem
- A ja nie mogę pana wypuścić. Pan jest chory, nie patrzy pan racjonalnie na świat. Nie bez powodu trzymamy pana pod kluczem.
- Ale panie doktorze, to ważna uroczystość rodzinna...
W pierwszej chwili Sebastian pomyślał że lekarz nie ma serca i nie lubi alkoholików, mimo że ich leczy. Co mu szkodziło wypuścić pacjenta na dwa, może trzy dni? Przecież wróci (albo i nie) i będzie kontynuował leczenie. A może... może stąd już nie ma wyjścia?
Zmienił jednak swoje zdanie o bezdusznym doktorze, kiedy usłyszał dalszą część rozmowy.
- Pan już od dwóch lat się na ten pogrzeb wybiera i co jakiś czas to samo. Proszę wracać do sali.
- Ale panie doktorze...
- Przyjdę do pana później, to porozmawiamy, dobrze? Proszę już iść...
- Dobrze, dobrze – westchnął ciężko mężczyzna
Kiedy Sebastian usłyszał kroki, natychmiast opuścił głowę i udał że jest całkowicie skupiony na swoim zajęciu. Lekarz nawet nie zwrócił na niego uwagi, przeszedł obok niego obojętnie, jakby korytarz był pusty. Ciekawość jednak nie pozwoliła mu milczeć. Wyprostował się i zawołał mężczyznę w białym fartuchu.
- Przepraszam! - pan doktor odwrócił się na pięcie, po czym podszedł do bruneta – Co mu właściwie jest? Temu od pogrzebu.
- No cóż... - pogładził się po brodzie – Trafił do nas dwa lata temu, nie miał wcale kontaktu z rzeczywistością. Po śmierci żony całkowicie się załamał, zaczął pić. Potem poszedł do psychologa, dostał silne antydepresanty i zastrzeżenie by nie mieszać ich z alkoholem. Ale nie posłuchał... Na ile się dało, na tyle leki odwróciły zmiany w osobowości. Ciągle jednak wydaje mu się że jego żona zmarła całkiem niedawno i wkrótce odbędzie się pogrzeb.
- Straszne – wyszeptał pod nosem, kiwnąwszy głową
- A pan tutaj nowy?
- Tak, od pięciu dni – przyznał, powoli wracając do swojego zajęcia
- Pewnie chciałby pan stąd wyjść...
- Nie ukrywam, wolałbym być gdzie indziej. Ale skoro muszę tutaj...
- Pan nic nie musi, każdy może stąd wyjść kiedy chce. No chyba że jest skierowany na leczenie przez nakaz sądowy, wtedy musimy go trzymać dopóki nie stwierdzimy że został wyleczony.
Pokiwał głową ze smutkiem. On właśnie był tutaj przez nakaz, a wszystko to przez napad na sklep. Gdyby tego nie zrobił, mógłby zostać w Krakowie... Ale czy to na pewno byłoby dla niego dobre? Zastanowił się przez chwilę, zamyślił. Wyszło mu, że już ósmy dzień nie pije. Nie pamiętał już jak dawno temu miał tak długą przerwę.
- I jakoś tak jakbym więcej sił miał – zauważył reakcję swojego organizmu. Kiedy potrzebował się napić, nie był zdolny do zrobienia czegokolwiek, a kiedy już się napił, najzwyczajniej w świecie nic mu się nie chciało, bo czuł się spełniony i nie potrzebował nic więcej.
- Wracam do żywych? - zapytał nieśmiało, zaciskając wargi. Pokiwał głową – Wrócę.
Przez kolejne dni Sebastian także sprzątał korytarze, a także nawet zgodził czyścić się toalety, czego nie podejmowało się zbyt wielu ochotników. Zwykle to zadanie było przyznawane za karę, kiedy ktoś coś przeskrobał – choćby próbował uciec albo wyzywał personel bądź wszczynał bijatyki. Kiedy brunet przyznawał się przed kimś, że robi to jako ochotnik, niemal każdy mu się dziwił. Tylko nieliczni potrafili zrozumieć jego motywację. Wcale nie uważał tego za degradację czy upadek, na swój sposób to nawet sprawiało mu radość. Wiedział że wykonuje ogromną pracę, że walczy z samym sobą i jak na razie idzie mu to skutecznie.
- Jak to jest... - spytał któregoś razu na spotkaniu grupy – Że inni wciąż stoją w miejscu, nie potrafią sobie z tym poradzić, a ja cały czas robię postępy i to tak od razu, ledwo co tutaj przyszedłem...
- To zależy od silnej woli. Chcesz znów być szczęśliwy, ale teraz w inny sposób, bez alkoholu i to cię pcha do przodu – wyraził swoją opinię Marek
- Po prostu zacząłeś robić to co powinieneś, efekty widać – dodał Irek
- Miałeś chłopie sporo szczęścia, że twój los się tak potoczył. Ty jeszcze nie upadłeś, ty byłeś dopiero na kolanach i dlatego łatwiej jest ci się podnieść – wyjaśnił terapeuta
- Jak to nie upadłem? Przechlałem wszystko, ukradłem wódkę ze sklepu i zdemolowałem regał.
- Widzisz, i to jest dowód że jeszcze długa droga przed tobą. Przypomnij sobie jakichś ludzi tu spotkałeś, co zobaczyłeś. To jest dopiero upadek.
Oczami wyobraźni przywołał tych, którzy próbowali uciec, tych którym się udało, jak wracali totalnie zalani i nie byli w stanie iść po schodach, niemal czołgali się by dotrzeć do sal. Przypomniał też sobie tego co cały czas wybierał się na pogrzeb żony, tego co zachowywał się jak pięcioletnie dziecko, tego który śmiał się co chwila bez powodu, a także tego który buntował się że nie będzie jadł, dopóki nie dostanie wódki i jeszcze jednego, który bił swoją żonę i dzieci, gdy nie miał za co się napić. Popatrzył sobie na te smutne, zmarnowane, zmęczone twarze, które go otaczały. Wszystkiemu winien był alkohol, a konkretnie brak umiaru, który stopniowo przejmował nad nimi kontrolę, zamieniał w bydło, które traciło ludzkie cechy i stawiało sobie jeden nadrzędny cel – upolować zdobycz, w tym przypadku alkohol w jakiejkolwiek formie.
- Miałeś sporo szczęścia, że potrącił cię samochód. Gdybyś został na ulicy, kto wie czy nie skończyłbyś podobnie.
- Muszę wam coś powiedzieć – rzekł po chwili ciszy. Wstał, podniósł głowę i wziął głęboki oddech. To była istotna chwila dla niego i dla całej grupy. Pozostali także wstali, nie chcieli by robił to sam.
- Jestem alkoholikiem – wyznał donośnie jednym tchem
- Tak jak my wszyscy – odpowiedzieli chórem.
Wtedy po raz pierwszy przyznał się do swojej choroby. Nie tylko przed sobą, ale przed tymi ludźmi, których spotkał podobny los. Nie tylko przed nimi, ale także przed całym światem. Zdążył już dojrzeć by nie ukrywać tego dłużej, by nie wstydzić się tego. To był ważny krok, bez którego proces leczenia nie mógłby zakończyć się sukcesem.
poniedziałek, 1 września 2014
Utracona nadzieja cz. 8
Od razu po wyjściu ze szpitala udał się na dworzec. Tak samo ubrany, z tą samą torbą w ręku, z tą samą ilością rzeczy. Dużo ich nie miał. Jedna bluza na zmianę, dwa t-shirty, dwie pary spodni, kilka par skarpet i bielizny. Powrót do mieszkania nie miał żadnego sensu. Samo lokum było zajęte przez komornika, a to dlatego że nie spłacał kolejnych rat kredytu. Nawet nie myślał o całym wyposażeniu mieszkania, meblach, sprzęcie AGD i RTV, komputerze... To też zabrali, jako odsetki. Dobrze że przynajmniej za te nieszczęsne szkody w sklepie nie musiał płacić.
Żałował że nie ma w kieszeni paru złotych. Mógłby podejść do sklepu, kupić sobie jeszcze jedno piwo i je wypić. Teraz przez długi czas nie będzie miał takiej okazji i bynajmniej nie dlatego, że nie miał na to środków. Po prostu w tym ośrodku nie pozwolą mu na to.
- Wytrzymam. Udowodnię im wszystkim, że nie jestem chory – powtarzał sobie w myślach – A nawet jeśli nie uwierzą... to niech sobie wtedy mówią że mnie wyleczyli. Bóg i tak zna prawdę.
Prawda była jednak zgoła inna. Tym razem nie miał racji, ale nie oznaczało to jeszcze że nie ma dla niego nadziei na wyjście na prostą i odzyskanie tego co stracił przez alkohol. A może przez brak silnej woli...
Bilet na pociąg dostał jeszcze w szpitalu. Choć lekarz zapierał się że to państwo opłaciło przejazd, Sebastian domyślił się że to mężczyzna wydał swoje własne pieniądze na ten bilet. Kogo to obchodzi w jaki sposób dotrze na miejsce? Ma się tam stawić i tyle – panu doktorowi jednak na tyle zależało na pacjencie, że nie żałował tych kilkunastu złotych. Wypadałoby oddać, kiedy odbije się od dna, ale...
- Jak chce to niech płaci. Ma swój rozum – tłumaczył to sobie Sebastian.
Nie uważał, żeby upadł tak nisko, że znalazł się już na dnie. I tu akurat miał rację. W jego zamroczonej pragnieniem alkoholu głowie nie pojawiło się żadne wyobrażenie jak daleko można zabrnąć w tej chorobie. A im dalej, tym trudniej potem zawrócić, choć niektórzy twierdzili że lepiej już spaść na samo dno, bo stamtąd można już tylko się odbić.
Podczas podróży nie mógł znaleźć sobie miejsca, choć miał wypisany na bilecie numer zarezerwowanego siedzenia. Często przechodził z jednego wagonu do drugiego, stawał przy oknie, uchylał je lekko i przymykał oczy, kiedy wytworzony przez pęd pociągu podmuch zatrzymywał się na jego twarzy. Czuł wtedy siłę i narastającą motywację, zyskiwał pewność że wszystko pójdzie po jego myśli i za kilka tygodni znów wszystko będzie jak dawniej. Znów będzie wiódł beztroskie życie...
Zanim jednak to nastąpi, czeka go ciężki okres. Sam nie wiedział ile dokładnie to potrwa, miał nadzieję że niezbyt długo. Wyobrażał sobie te wszystkie pogadanki o tym jak wiele złego może wyrządzić alkohol, jak niby sobie z tym radzić, czego unikać, kiedy zachować szczególną ostrożność. Potem pewnie jakiś spacer, a reszta dnia pod kluczem jak w więzieniu. Z tą różnicą, że spędzi tu kilkanaście razy mniej czasu niż spędziłby za kratkami.
Zgodne z jego wyobrażeniami okazało się otoczenie. Ze stacji przez jakiś kwadrans szedł przez nieduży lasek, a po jego pokonaniu jego oczom ukazało się kilkanaście domków w oddali. Tak jak mówili, nieduża wieś. Czyżby to miały być idealne warunki na leczenie? Wyciszyć to na pewno się tutaj można...
Bez problemu odnalazł ośrodek. Budynek rozmiarów dawnej szkoły, która obecnie była jedynie pustostanem, trochę na uboczu wsi, ogrodzony siatką. Przy furtce znajdował się dzwonek. Po chwili zastanowienia drżącą ręką wcisnął przycisk.
Po chwili wyszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, o zmęczonej lecz uśmiechniętej twarzy, smutnych zielonych oczach, lekko przygarbiony. Wyglądał jakby nie miał w życiu lekko. Otworzył bramę, wpuścił Sebastiana do środka i zaprowadził do budynku.
- Wie pan, ja też kiedyś piłem – przyznał, prowadząc bruneta do gabinetu terapeuty – Pan mi trochę przypomina siebie sprzed lat...
- Nie rozumiem – pokręcił głową
- Też byłem wtedy młody, wydawało się że miałem wszystko czego tylko dusza zapragnie. Dom, samochód, dobrze płatna praca, przyjaciele. I wszystko to straciłem przez wódkę.
- Skąd pan wie że to wszystko miałem?
- To widać. Jest pan zagubiony, sam pan właściwie nie wie po co tutaj przyjechał. Dokładnie tak jak ja przed laty.
- Nawet mnie pan nie zna, to porównanie nie ma sensu – uciął krótko. Starszy mężczyzna tylko wzruszył ramionami i nakazał zaczekać mu chwilę na korytarzu.
Wstępna rozmowa z terapeutą zamiast go uspokoić, jedynie rozzłościła. Poczuł się jakby próbowano wmówić mu poczucie winy za rozwój wypadków, że tak chciał los. Na siłę robiono z niego chorego. Przecież nic mu nie jest. Potrafi normalnie funkcjonować, biegać, skakać, pisać, rozmawiać, pracować. Tylko nie brał pod uwagę tego, że te wszystkie czynności był w stanie wykonywać po spożyciu pewnej dawki alkoholu, w przeciwnym razie dostawał drgawek. Ledwo trzymał się na nogach, a trzęsące się ręce uniemożliwiały jakiekolwiek, nawet najprostsze czynności.
W takim razie jak udało się tego uniknąć podczas pobytu w szpitalu? Nawet nie wiedział że już wtedy rozpoczęto terapię i podawano mu specjalne leki. Ale żeby to przyniosło skutek, pacjent sam musiał wykazać chęć do kontynuowania tej terapii, by ostatecznie pokonać chorobę i uwolnić się od alkoholu. To było pierwsze zadanie terapeutów z tego ośrodka – skutecznie uświadomić go o stanie zdrowia i obudzić w nim wolę walki. Mieli wielu trudnych pacjentów, ale do każdego z przypadków trzeba było podchodzić z osobna, w szczególny sposób, by udało się nad nim zapanować.
Dostał zaproszenie na wieczorne spotkanie jednej z grup. Na razie miał jedynie przyglądać się z boku, żeby zapoznać się z formułą i uczestnikami, by potem łatwiej było mu dołączyć do takiej grupy.
- Mariusz, dzisiaj ty zaczniesz.
- Mam na imię Mariusz, pochodzę z Poznania...
Pierwsza bezsensowna rzecz, która rzuciła mu się w oczy na mityngu. Po co za każdym razem powtarzać to samo zdanie? Kogo to obchodzi skąd jest, ile ma lat, kim jest z zawodu, z kim i gdzie wcześniej mieszkał...
- Jestem alkoholikiem. Nie piję od dwóch tygodni – kontynuował po chwili przerwy
I co jeszcze? Może odliczać godziny, a nawet minuty?
- Z czego jesteś dumny? - zapytał terapeuta, kiedy na dłuższy czas zapadła cisza
- Że ani razu nie pomyślałem dzisiaj o wódce. Ani razu nie miałem ochoty sięgnąć po kieliszek.
Sebastian tylko uśmiechnął się pod nosem. Nie widział w tym żadnego powodu do zadowolenia, a co dopiero do dumy. Co złego jest w jednym kieliszku, kilkudziesięciu mililitrach? Co złego jest w samej myśli o alkoholu?
- Mam na imię Feliks – odezwał się kolejny – Mam 38 lat, jestem alkoholikiem. Nie piję od trzech lat.
Zaraz, zaraz. Ten facet już trzy lata nie miał alkoholu w ustach i twierdzi że jest chory? Co oni mu zrobili?! Co to za pranie mózgu, po którym wygaduje się takie bzdury?!
- Przepraszam bardzo – tym razem Sebastian odważył się odezwać – Pan od trzech lat przebywa tu w ośrodku?
- Nie, ale przyjeżdżam tu co roku na urlop. Chcę wesprzeć tych oto obecnych tu ludzi, pomóc im w procesie trzeźwienia. Wie pan że im więcej osób coś robi, tym łatwiej jest się do nich przyłączyć? Jeśli wszyscy sięgają po kieliszek, to i pan to zrobi, ale jeśli w kilkuosobowym gronie nikt tego nie zrobi, będzie pan pił przy nich?
- Dlaczego nie?
- Czyli twierdzi pan że tutaj, teraz, byłby pan gotów otworzyć butelkę wódki i upić choć łyka? W naszym towarzystwie?
Chciał już odpowiedzieć że tak, ale głos uwiązł mu w gardle. Nie potrafił tak po prostu, tak lekko, z przekonaniem, rzucić tych słów. I nawet nie był pewien czy faktycznie byłby w stanie pić na ich oczach. Skazałby siebie na wieczne potępienie, gdyby coś takiego zrobił.
- Chyba nie – wyszeptał ze spuszczoną głową
Dostał pierwszą lekcję. Nie wszystko jest takie proste i nie wszystko wygląda tak jak mu się wydaje.
- Wie pan, kiedyś byłem na weselu, to było kilka miesięcy po tym jak rozstałem się z kieliszkiem. Zapewne nie muszę tłumaczyć jak tam jest... Kiedy wznosili toast... - wziął głęboki oddech, jednocześnie ocierając pot z czoła – Myślałem że nie wytrzymam. Gdyby ksiądz naprzeciw mnie nie odstawił kieliszka, prawdopodobnie bym się napił.
- A nawet jedna kropla może spowodować powrót do nałogu – przypominał terapeuta – Dziękuję, kto następny?
Jego wzrok zatrzymał się na Sebastianie. Pokręcił delikatnie głową, dając znak że nie jest jeszcze gotowy na takie „publiczne” zwierzenia. Tym bardziej po tym jak się wygłupił.
Żałował że nie ma w kieszeni paru złotych. Mógłby podejść do sklepu, kupić sobie jeszcze jedno piwo i je wypić. Teraz przez długi czas nie będzie miał takiej okazji i bynajmniej nie dlatego, że nie miał na to środków. Po prostu w tym ośrodku nie pozwolą mu na to.
- Wytrzymam. Udowodnię im wszystkim, że nie jestem chory – powtarzał sobie w myślach – A nawet jeśli nie uwierzą... to niech sobie wtedy mówią że mnie wyleczyli. Bóg i tak zna prawdę.
Prawda była jednak zgoła inna. Tym razem nie miał racji, ale nie oznaczało to jeszcze że nie ma dla niego nadziei na wyjście na prostą i odzyskanie tego co stracił przez alkohol. A może przez brak silnej woli...
Bilet na pociąg dostał jeszcze w szpitalu. Choć lekarz zapierał się że to państwo opłaciło przejazd, Sebastian domyślił się że to mężczyzna wydał swoje własne pieniądze na ten bilet. Kogo to obchodzi w jaki sposób dotrze na miejsce? Ma się tam stawić i tyle – panu doktorowi jednak na tyle zależało na pacjencie, że nie żałował tych kilkunastu złotych. Wypadałoby oddać, kiedy odbije się od dna, ale...
- Jak chce to niech płaci. Ma swój rozum – tłumaczył to sobie Sebastian.
Nie uważał, żeby upadł tak nisko, że znalazł się już na dnie. I tu akurat miał rację. W jego zamroczonej pragnieniem alkoholu głowie nie pojawiło się żadne wyobrażenie jak daleko można zabrnąć w tej chorobie. A im dalej, tym trudniej potem zawrócić, choć niektórzy twierdzili że lepiej już spaść na samo dno, bo stamtąd można już tylko się odbić.
Podczas podróży nie mógł znaleźć sobie miejsca, choć miał wypisany na bilecie numer zarezerwowanego siedzenia. Często przechodził z jednego wagonu do drugiego, stawał przy oknie, uchylał je lekko i przymykał oczy, kiedy wytworzony przez pęd pociągu podmuch zatrzymywał się na jego twarzy. Czuł wtedy siłę i narastającą motywację, zyskiwał pewność że wszystko pójdzie po jego myśli i za kilka tygodni znów wszystko będzie jak dawniej. Znów będzie wiódł beztroskie życie...
Zanim jednak to nastąpi, czeka go ciężki okres. Sam nie wiedział ile dokładnie to potrwa, miał nadzieję że niezbyt długo. Wyobrażał sobie te wszystkie pogadanki o tym jak wiele złego może wyrządzić alkohol, jak niby sobie z tym radzić, czego unikać, kiedy zachować szczególną ostrożność. Potem pewnie jakiś spacer, a reszta dnia pod kluczem jak w więzieniu. Z tą różnicą, że spędzi tu kilkanaście razy mniej czasu niż spędziłby za kratkami.
Zgodne z jego wyobrażeniami okazało się otoczenie. Ze stacji przez jakiś kwadrans szedł przez nieduży lasek, a po jego pokonaniu jego oczom ukazało się kilkanaście domków w oddali. Tak jak mówili, nieduża wieś. Czyżby to miały być idealne warunki na leczenie? Wyciszyć to na pewno się tutaj można...
Bez problemu odnalazł ośrodek. Budynek rozmiarów dawnej szkoły, która obecnie była jedynie pustostanem, trochę na uboczu wsi, ogrodzony siatką. Przy furtce znajdował się dzwonek. Po chwili zastanowienia drżącą ręką wcisnął przycisk.
Po chwili wyszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, o zmęczonej lecz uśmiechniętej twarzy, smutnych zielonych oczach, lekko przygarbiony. Wyglądał jakby nie miał w życiu lekko. Otworzył bramę, wpuścił Sebastiana do środka i zaprowadził do budynku.
- Wie pan, ja też kiedyś piłem – przyznał, prowadząc bruneta do gabinetu terapeuty – Pan mi trochę przypomina siebie sprzed lat...
- Nie rozumiem – pokręcił głową
- Też byłem wtedy młody, wydawało się że miałem wszystko czego tylko dusza zapragnie. Dom, samochód, dobrze płatna praca, przyjaciele. I wszystko to straciłem przez wódkę.
- Skąd pan wie że to wszystko miałem?
- To widać. Jest pan zagubiony, sam pan właściwie nie wie po co tutaj przyjechał. Dokładnie tak jak ja przed laty.
- Nawet mnie pan nie zna, to porównanie nie ma sensu – uciął krótko. Starszy mężczyzna tylko wzruszył ramionami i nakazał zaczekać mu chwilę na korytarzu.
Wstępna rozmowa z terapeutą zamiast go uspokoić, jedynie rozzłościła. Poczuł się jakby próbowano wmówić mu poczucie winy za rozwój wypadków, że tak chciał los. Na siłę robiono z niego chorego. Przecież nic mu nie jest. Potrafi normalnie funkcjonować, biegać, skakać, pisać, rozmawiać, pracować. Tylko nie brał pod uwagę tego, że te wszystkie czynności był w stanie wykonywać po spożyciu pewnej dawki alkoholu, w przeciwnym razie dostawał drgawek. Ledwo trzymał się na nogach, a trzęsące się ręce uniemożliwiały jakiekolwiek, nawet najprostsze czynności.
W takim razie jak udało się tego uniknąć podczas pobytu w szpitalu? Nawet nie wiedział że już wtedy rozpoczęto terapię i podawano mu specjalne leki. Ale żeby to przyniosło skutek, pacjent sam musiał wykazać chęć do kontynuowania tej terapii, by ostatecznie pokonać chorobę i uwolnić się od alkoholu. To było pierwsze zadanie terapeutów z tego ośrodka – skutecznie uświadomić go o stanie zdrowia i obudzić w nim wolę walki. Mieli wielu trudnych pacjentów, ale do każdego z przypadków trzeba było podchodzić z osobna, w szczególny sposób, by udało się nad nim zapanować.
Dostał zaproszenie na wieczorne spotkanie jednej z grup. Na razie miał jedynie przyglądać się z boku, żeby zapoznać się z formułą i uczestnikami, by potem łatwiej było mu dołączyć do takiej grupy.
- Mariusz, dzisiaj ty zaczniesz.
- Mam na imię Mariusz, pochodzę z Poznania...
Pierwsza bezsensowna rzecz, która rzuciła mu się w oczy na mityngu. Po co za każdym razem powtarzać to samo zdanie? Kogo to obchodzi skąd jest, ile ma lat, kim jest z zawodu, z kim i gdzie wcześniej mieszkał...
- Jestem alkoholikiem. Nie piję od dwóch tygodni – kontynuował po chwili przerwy
I co jeszcze? Może odliczać godziny, a nawet minuty?
- Z czego jesteś dumny? - zapytał terapeuta, kiedy na dłuższy czas zapadła cisza
- Że ani razu nie pomyślałem dzisiaj o wódce. Ani razu nie miałem ochoty sięgnąć po kieliszek.
Sebastian tylko uśmiechnął się pod nosem. Nie widział w tym żadnego powodu do zadowolenia, a co dopiero do dumy. Co złego jest w jednym kieliszku, kilkudziesięciu mililitrach? Co złego jest w samej myśli o alkoholu?
- Mam na imię Feliks – odezwał się kolejny – Mam 38 lat, jestem alkoholikiem. Nie piję od trzech lat.
Zaraz, zaraz. Ten facet już trzy lata nie miał alkoholu w ustach i twierdzi że jest chory? Co oni mu zrobili?! Co to za pranie mózgu, po którym wygaduje się takie bzdury?!
- Przepraszam bardzo – tym razem Sebastian odważył się odezwać – Pan od trzech lat przebywa tu w ośrodku?
- Nie, ale przyjeżdżam tu co roku na urlop. Chcę wesprzeć tych oto obecnych tu ludzi, pomóc im w procesie trzeźwienia. Wie pan że im więcej osób coś robi, tym łatwiej jest się do nich przyłączyć? Jeśli wszyscy sięgają po kieliszek, to i pan to zrobi, ale jeśli w kilkuosobowym gronie nikt tego nie zrobi, będzie pan pił przy nich?
- Dlaczego nie?
- Czyli twierdzi pan że tutaj, teraz, byłby pan gotów otworzyć butelkę wódki i upić choć łyka? W naszym towarzystwie?
Chciał już odpowiedzieć że tak, ale głos uwiązł mu w gardle. Nie potrafił tak po prostu, tak lekko, z przekonaniem, rzucić tych słów. I nawet nie był pewien czy faktycznie byłby w stanie pić na ich oczach. Skazałby siebie na wieczne potępienie, gdyby coś takiego zrobił.
- Chyba nie – wyszeptał ze spuszczoną głową
Dostał pierwszą lekcję. Nie wszystko jest takie proste i nie wszystko wygląda tak jak mu się wydaje.
- Wie pan, kiedyś byłem na weselu, to było kilka miesięcy po tym jak rozstałem się z kieliszkiem. Zapewne nie muszę tłumaczyć jak tam jest... Kiedy wznosili toast... - wziął głęboki oddech, jednocześnie ocierając pot z czoła – Myślałem że nie wytrzymam. Gdyby ksiądz naprzeciw mnie nie odstawił kieliszka, prawdopodobnie bym się napił.
- A nawet jedna kropla może spowodować powrót do nałogu – przypominał terapeuta – Dziękuję, kto następny?
Jego wzrok zatrzymał się na Sebastianie. Pokręcił delikatnie głową, dając znak że nie jest jeszcze gotowy na takie „publiczne” zwierzenia. Tym bardziej po tym jak się wygłupił.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)