Całe święta chodził jak struty. Nic nie było w stanie poprawić mu humoru. Zastanawiał się co zrobić z Eweliną oraz informacją, którą od niej otrzymał. Była w ciąży i temu nie dało się zaprzeczyć. Ale czy to on był ojcem? Czy to jego geny? Czy byłby w stanie wrócić do kobiety dla dobra dziecka?
Od myślenia o swojej sytuacji rozbolała go głowa. Nie potrafił wysiedzieć na miejscu dłużej niż dwie minuty. Kręcił się nerwowo po biurze. Jak na złość nie miał żadnego zajęcia, a jego myśli wciąż krążyły wokół kobiety, z którą jeszcze kilka miesięcy temu był szczęśliwy. Dlaczego go zdradzała? Przecież dobrze się dogadywali, była między nimi namiętność, poświęcał jej każdą wolną chwilę. Nigdy nie poznał odpowiedzi na to pytanie. Tak naprawdę chyba nie chciał wiedzieć.
Spojrzał na ekran telefonu. Rzadko mu się zdarzało, ale poczuł że potrzebuje chwili rozmowy, towarzystwa. Ale tak naprawdę nie miał nikogo. Żadnej osoby, z którą mógłby się podzielić swoim ciężarem. Żadnej osoby, która by go zrozumiała. Jedynym kandydatem był Sebastian, lecz nie chciał mu przeszkadzać w święta.
Nie wiedząc czemu wybrał numer do Eweliny. To był impuls. Nie zdawał sobie do końca sprawy co właśnie robi. Wsłuchiwał się w powtarzany co chwila sygnał połączenia, zastanawiając się czy po jego reakcji w ogóle będzie chciała z nim rozmawiać.
- Halo? Maciek? - usłyszał zdumiony głos kobiety w słuchawce
- Cześć – westchnął – Przepraszam za ostatnie.
- Czyli za co? Miałeś prawo się zdenerwować.
Pokiwał głową, przełykając ślinę. Nie wiedział co właściwie chce jej powiedzieć. Pocieszyć ją? Zadeklarować wsparcie? Przyznać się do swoich słabości?
- Jak się czujesz? - wypalił, byle przerwać myślenie
- W porządku, odpoczywam. A ty?
- Siedzę w pracy. Wiesz, myślę o tym co powiedziałaś...
- O dziecku? Maciek, ja naprawdę chciałabym żeby ono było twoje, chciałabym ci to teraz powiedzieć... Ale nie mogę cię okłamywać. Już nie.
- Chciałem ci tylko powiedzieć – westchnął ciężko – Jeśli to ja będę ojcem to na pewno będę obecny w jego życiu. Ale nie dawałbym dużych szans na to że wrócimy do siebie – starał się delikatnie dobrać słowa, by nie urazić dziewczyny
- Jasne, rozumiem.
Zamilkli oboje. Maciek zrozumiał że zachował się nietaktownie. Nie powinien był mówić tego przez telefon. Zganił się w myślach i postanowił zakończyć tę rozmowę, by się już bardziej nie pogrążać.
- Przepraszam. Także odpoczywaj i... miłego dnia.
- Dzięki, cześć.
Rozłączyła się. Był zły na samego siebie. Co prawda nie pokłócili się, lecz ta rozmowa nie pomogła żadnemu z nich.
- Kretyn – skwitował krótko, ukrywając twarz w dłoniach
Trzy dni później Maciek wracając z pracy zauważył coś niepokojącego. Jego uwagę przykuł jadący za nim samochód. Wydawało mu się że już poprzedniego dnia widział go w swoich lusterkach. Skręcił w boczną uliczkę i przyspieszył. Srebrne Audi pozostało nieco z tyłu, ale wciąż podążało jego tropem.
- Nie no, Maciek, masz zbyt bujną wyobraźnię – uśmiechnął się pod nosem – Za dużo amerykańskich filmów.
Zajechał pod supermarket. Nie planował zakupów, mimo wszystko chciał się upewnić że nie jest śledzony. Rozejrzał się uważnie i dostrzegł ten pojazd parkujący nieco dalej. Zastanowił się co zrobić. Wysiąść, podejść dyskretnie i dopaść kierowcę czy może zabawić się nieco i mu zwiać? A co jeśli ten ktoś wiedział gdzie mieszka? Ale czy wtedy musiałby go śledzić? A może po prostu jest przewrażliwiony i dorabia sobie teorię do swojej własnej rzeczywistości?
Powoli odjechał. Przez moment pomyślał że jest sam, ale chwilę później Audi znów pojawiło się w niedużej odległości za nią.
- O ty suko – mruknął pod nosem – Zaraz cię załatwię.
Zatrzymał się na światłach, mimo zielonego, włączył światła awaryjne. Pozostali kierowcy omijali go drugim pasem. Z wyjątkiem jednego. Tuż za nim stał srebrny samochód. Czarnowłosy upewnił się że ma ze sobą broń. Jednak zanim wyskoczy do kierowcy, chciał spróbować jeszcze jednej sztuczki. Wciąż stał przed skrzyżowaniem, uważnie obserwując lusterka i światła. Kiedy tylko zapaliło się żółte, odliczył dwie sekundy, wrzucił bieg i wyrwał gwałtownie do przodu. Był przekonany że Audi zostanie tam na czerwonym. Nic bardziej mylnego! Kierowca pojazdu nic sobie nie robił z sygnalizacji i pojechał za nim.
- Koniec zabawy – pomyślał Maciek – Niech no cię tylko dorwę gnoju.
Przyspieszył znacząco, ale wciąż nie mógł zgubić ogona. Zjechał w jakieś boczne uliczki, szukając możliwości zastawienia pułapki na kierowcę srebrnego wozu. W końcu zatrzymał się za jednym z budynków, wyskoczył z samochodu i wyjął broń.
Oddychał głęboko, oczekując na rozwój wydarzeń. Każda kolejna sekunda trwała niczym wieczność. W końcu zza budynku wypadło Audi, zatrzymało się z piskiem opon. Kierowca natychmiast wrzucił bieg wsteczny i zaczął cofać. Zapewne dostrzegł broń i postanowił się wycofać.
- Stój! Stój bo strzelam! - krzyczał, lecz na marne. Pojazd natychmiast odjechał na kilka metrów, by następnie zawrócić i odjechać, zostawiając za sobą jedynie intensywny zapach spalin.
- Niech cię szlag – pomyślał. Wrócił do samochodu i natychmiast zapisał sobie numery z tablicy rejestracyjnej, które zdążył odczytać. Niestety, nie widział twarzy kierowcy. Miał na głowie kaptur, więc kiedy odwrócił głowę by patrzeć przez tylną szybę, Maciek nie mógł nic zobaczyć.
- Gdańskie blachy – mruknął pod nosem. To mogło sugerować tylko jedno – przeszłość się o niego upominała...
Do domu wrócił już spokojnym tempem, uważnie obserwując swoje otoczenie. Obiecał sobie że jeśli znów zobaczy że ktoś go śledzi, nie będzie bawił się w żadne pościgi tylko od razu zatrzymuje kierowcę. Otworzył piwo, by się zrelaksować i odreagować po wydarzeniach sprzed kilku minut. Przygotowywał kanapki, kiedy usłyszał dźwięk telefonu.
- Cześć Seba – odezwał się od razu po odebraniu połączenia
- Jesteś w domu?
- No tak, a gdzie miałbym być?
- To włącz telewizor. Nie pytaj dlaczego, po prostu włącz.
Zaskoczony Maciek spełnił polecenie. Od razu na pasku, czerwoną czcionką rzucił mu się w oczy napis „Samobójstwo szczecińskiego prokuratora Zbigniewa K.”
- O kurwa – wyrwało mu się, kiedy rozpoznał w telewizji dom swoich teściów – Oddzwonię do ciebie za chwilę.
Uważnie oglądał prezentowany materiał. Ujęcia z kamery nie pokazywały nic poza domem i okolicą. Ze słów reportera dowiedział się iż według ustaleń tamtejszej policji prokurator zabił swoją żonę z zazdrości, a chwilę później sam popełnił samobójstwo. Nie wierzył w tę teorię. Owszem, mężczyzna był typem dominatora i zdarzało mu się być zaborczym, ale nie byłby zdolny do morderstwa. Przecież to silna osobowość, charakter. Doskonały taktyk, strateg, potrafił trzymać nerwy na wodzy. To właśnie psychika była jego wielkim atutem, właśnie psychologicznymi zagrywkami łamał przestępców podczas przesłuchań. Nie wierzył w to co mówiły media, nawet jeśli były przesłanki ku takiej wersji zdarzeń.
Zrobiło mu się słabo, kiedy skojarzył fakty. Jego teściowie nie żyją, a tego samego dnia on jest obserwowany przez samochód na gdańskich rejestracjach. To nie mógł być przypadek.
Następnego dnia podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Sebastianem. Według niego rodzice Marty zostali zamordowani, lecz nie rozumiał jaki związek on ma z tą sprawą. Dlaczego go jedynie śledzili? Dlaczego nie skończył tak jak oni?
- Więc uważasz że to było morderstwo? - Sebastian chciał się upewnić że jego przyjaciel podważa wszystkie zebrane poszlaki i ewentualne dowody, nie znając nawet sprawy
- Ktoś koncertowo spieprzył robotę – stwierdził, po czym napotkał pytające spojrzenie bruneta – No błagam, ale facet morduje żonę i potem popełnia samobójstwo? Przecież to brzmi idiotycznie!
- Zdarzają się takie przypadki.
- Owszem, ale że prokurator? Facet sprytny, przebiegły, potrafiący grać psychologicznie nagle w afekcie rzuca się na żonę z nożem albo strzela do niej z własnej broni? Chyba że... - zamyślił się przez moment – Samobójstwo to częsty sposób na pozbycie się takiej osoby. Żona mogła być przypadkową ofiarą.
- Maciek, ty chyba nie chcesz się angażować w tę sprawę? - spytał z nutką niepokoju
- Nie mam zamiaru. Zastanawiam się jedynie o co w tym do cholery chodzi.
- To że ktoś cię śledził nie musi oznaczać że obie sprawy są ze sobą powiązane.
- Gdańskie blachy, ten sam dzień. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.
- Mogłeś być śledzony wcześniej, tylko dopiero wczoraj to zauważyć. Maciek, nie daj się zwariować. Przecież ty z teściem nie miałeś żadnych wspólnych spraw.
- No tak, jedyne co nas łączyło to przecież Marta... - westchnął ciężko
Wiedział że zbierają się nad nim czarne chmury. Czuł że zbliżają się spore kłopoty, a zło czai się za każdym rogiem. Najpierw ta ciąża Eweliny, a teraz to. A co tam, niech go zabiją, jeśli chcą. Dla niego życie skończyło się trzy lata temu, kiedy stracił dwie najważniejsze osoby. Próbował iść dalej, poukładać swoje sprawy, ale gdy już wszystko musiało zmierzać ku dobremu, znów wszystko się potłukło niczym porcelanowy talerz upadający na podłogę.
Niemal do końca roku miał spokój, ale to była jedynie cisza przed burzą. Kończył drugą zmianę w Sylwestra i wracał do domu, by w samotności powitać nowy, może wreszcie normalny dla niego rok. Otworzył drzwi mieszkania, wszedł do środka, lecz kiedy chciał je za sobą zamknąć, napotkał opór.
- Nie odwracaj się – rozkazał mu półszeptem głos. Poczuł że jakiś przedmiot dotyka jego pleców. Prawdopodobnie broń. Przeszedł go zimny dreszcz. Zdał sobie sprawę że sytuacja jest beznadziejna. Jeszcze niedawno myślał że życie mu zbrzydło i jest mu obojętne, jednak wobec zagrożenia był gotów bronić się za wszelką cenę.
poniedziałek, 28 maja 2018
poniedziałek, 21 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 8
Sebastian próbował wyciągnąć przyjaciela gdzieś na miasto, pogadać przy piwie, lecz on tego wieczoru wybrał samotność. Oglądał pierwszy lepszy serial, na który trafił w telewizji, popijając ciepłą herbatę. Sam nie mógł uwierzyć że zrezygnował z piwa i towarzystwa na rzecz kiczowatych telenoweli.
- Chyba się starzeję – uśmiechnął się pod nosem – Stary, ogarnij się! Masz 32 lata, najlepszy wiek dla faceta!
Wewnętrzny głos ani trochę nie podniósł go na duchu. Przecież ostatnie lata to pasmo trudnych przeżyć i porażek. Ustatkował się, założył rodzinę i co? Stracił ją. Teściowie cały czas mieli do niego żal. Obwiniali go za śmierć córki i wnuczki. Odciął się od przeszłości, choć nie potrafił zapomnieć. Układał sobie życie od nowa. Poznał Ewelinę, spróbował zaangażować się w tę relację, znów się zakochał. To nie było tak silne uczucie jak do Marty, ale wystarczające by planować z nią jakąkolwiek przyszłość. Okazało się że na marne – nie był dla niej jedynym ważnym mężczyzną. O ile w ogóle coś znaczył.
Czasem miał ochotę po prostu zapaść się pod ziemię i wycofać z życia. Ale musiał być twardy. Nie wiedział dla kogo, nie wiedział po co. Być może gdzieś w podświadomości żyła niewielka namiastka nadziei że jeszcze czeka go coś dobrego. Że zła passa kiedyś się skończy i znów poczuje jak to jest być naprawdę szczęśliwym. Nie przejmować się niczym, nie myśleć o jutrze, żeby wszystko co trudne schowało się gdzieś za ścianą i o sobie nie przypominało. Tylko przy Marcie było to możliwe. Tylko ona dawała mu takie poczucie lekkości, swobody, radości z życia, z każdej chwili, którą spędzali ze sobą. Cokolwiek by się nie stało, nic nie było w stanie tego zepsuć. A jednak, nieprawda. Przecież się stało.
Być może tak miał pisane. Że miał zostać sam ze sobą. Ale coś poszło nie tak i spotkał bratnią duszę. Trzeba było więc naprawić ten błąd i ta postać musiała zniknąć. A mogło być tak pięknie! Mówią że życie to nie bajka. Ale z nią była. Nawet każda kłótnia, każdy foch, każdy rozbity talerz. Musiało jej zabraknąć, by to zrozumiał. Wciąż tęsknił, wciąż kochał, ale wiedział że to nigdy nie wróci. Ten rozdział został definitywnie zamknięty. Nie chciał wracać to przeszłości, lecz to było silniejsze od niego.
Teraźniejszość dała o sobie znać za sprawą dzwonka do drzwi. Niechętnie podniósł się z wygodnej kanapy, porzucając wspomnienia i tęsknotę. Podejrzewał że to Sebastian mimo wszystko postanowił dotrzymać mu towarzystwa. No tak, nie chciał Maciek iść na piwo, to piwo przyszło do Maćka... Dopiero gdy otworzył drzwi, zrozumiał jak bardzo się mylił. Zmierzył wzrokiem niewysoką szatynkę. Podniosła głowę, poprawiła opadającą na czoło grzywkę i spojrzała błagalnie na mężczyznę.
- Ewelina? - wykrztusił zdumiony – Myślałem że już sobie wszystko wyjaśniliśmy.
- Jak wy to mówicie? Pojawiły się nowe okoliczności? - rzuciła cicho – Mogę?
- Skoro musisz – wzruszył ramionami, wpuszczając kobietę do środka – Napijesz się czegoś?
- Wody, jeśli można.
- O ile mam – zaśmiał się nieco ironicznie pod nosem. Podczas gdy on zniknął na chwilę w kuchni, zajęła miejsce na kanapie. Położyła dłonie na kolanach, przegryzając nerwowo wargę. Jak zareaguje? Wyśmieje ją, wścieknie się czy od razu wyrzuci z mieszkania? Na jego miejscu nie chciałaby tego usłyszeć.
- Proszę – postawił na stole szklankę wody – Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę? Niech zgadnę: twój fagas cię pogonił – nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości
- Nie, to ja jego zostawiłam.
Maciek skinął głową. Wiedział że dziewczyna kłamie. Pozostało mu jedynie udać że uwierzył, choć nie łatwo było ukryć satysfakcję.
- I co? Przyszłaś błagać o drugą szansę? - rozbawienie mieszało się z irytacją
- Nie, Maciek. Bo to nic nie da.
- Wreszcie do ciebie to dotarło.
- Ja naprawdę cię kochałam. Znaczy nadal kocham... Ale okej, nic na siłę. Rozumiem że jesteś wściekły. Też bym była. Nie wiem co mi odbiło...
- Czekaj, czekaj – Maciek uśmiechnął się sarkastycznie – Przyszłaś do mnie się wyżalić? Wybacz, zły adres.
Wzięła głęboki oddech. Zrozumiała że odwlekanie tego momentu tylko ją pogrąża. Czuła że nie będzie łatwo, a po każdym wypowiedzianym zdaniu było coraz trudniej. Maciek jej nienawidził. Dziwiła się dlaczego jeszcze jej nie wyprosił. Chciał się nieco wyładować? Zabawić jej kosztem?
- Przyszłam bo... jestem w ciąży.
Brunet parsknął śmiechem. Nie potraktował tego poważnie. W pierwszej chwili przyszło mu na myśl że to kolejna żałosna próba wzbudzenia współczucia, poszukiwania litości. Ewelina nagle odzyskała wigor, pochyliła się do przodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Jestem w ciąży, rozumiesz? - powtórzyła głośno i wyraźnie. Dotarło do niego że to nie są żarty. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, na czole natychmiast pojawił się pot. Skoro mówiła to właśnie jemu to musiało oznaczać tylko jedno.
- Który tydzień? - wydusił przerażony
- Siódmy.
Szybkie obliczenia nie pozwoliły Maćkowi na wykluczenie swojego ojcostwa. Ale też nie dawały mu gwarancji że ten drugi nim nie jest.
- Jesteś pewna?
- Byłem u lekarza.
Maciek westchnął ciężko. Nie chciał pytać tak całkiem wprost, lecz Ewelina nie zrozumiała jego intencji.
- Czy jesteś pewna że to moje dziecko?
Przedłużająca się cisza doprowadzała go do szału. Jego serce biło bardzo szybko. Czuł się trochę jak maturzysta, który za chwilę ma odebrać wyniki swojego egzaminu, jak sportowiec, który za chwilę ma się dowiedzieć czy jego morderczy wysiłek pozwoli mu na zdobycie medalu, jak zwierzyna, w którą myśliwy wycelował swoją strzelbę.
- Nie – odparła cicho, splatając drżące dłonie
Wbrew oczekiwaniom, wcale nie poczuł ulgi. Perspektywa bycia na zawsze związanym z Eweliną poprzez dziecko była przerażająca, ale niepewność chyba jeszcze gorsza. Zacisnął zęby, powstrzymując potok cisnących mu się na usta wulgarnych słów.
- Wyjdź – wycedził ze wzrokiem wbitym podłogę. Trwał w bezruchu, słuchając jej kroków. Dopiero po trzaśnięciu drzwiami zerwał się jak oparzony, zrzucił wszystko ze stołu i zaczął walić w niego zaciśniętą pięścią jak oszalały. Musiał wyładować złość, musiał pozbyć się emocji.
- Dobra, stół nie jest niczemu winny – pomyślał zdyszany, kiedy po dłuższej chwili zdołał się opanować – Muszę zapalić.
Od rana chodził rozdrażniony i podenerwowany. Żarty traktował jako zaczepki, unikał rozmów, ignorował uśmiechy na twarzach innych policjantów. W jego głowie wciąż siedziały słowa Eweliny. Nie mógł uwierzyć że miałby mieć z nią dziecko. Nie mógł uwierzyć że tak bardzo się wściekł. Przecież kiedy Marta mówiła mu o ciąży, oszalał z radości. Ale to była Marta. Zupełnie inna osoba, zupełnie inne geny, zupełnie inna sytuacja.
Korzystając z nieobecności pozostałych komisarzy w biurze, zaczął czytać o badaniach DNA. Przecież nie wytrzyma do porodu. Potrzebował jednoznacznej odpowiedzi – dziecko jest jego albo i nie. Nawet nie zauważył kiedy Sebastian pojawił się za jego plecami.
- Badania DNA w ciąży? - usłyszał za sobą głos przyjaciela. Omal nie podskoczył przestraszony, natychmiast zamknął przeglądarkę i obrócił się na krześle.
- A co ty się tak skradasz? Nie można mieć ani trochę prywatności na służbowym komputerze?
- No właśnie, na służbowym – zauważył w żarcie – Widzę że coś cię gryzie, a skoro nic nie mówisz...
- Dobra, dobra – westchnął – Ale nie tutaj. Idziemy na fajkę.
Wyszli na podwórko, za komendę. Przysiedli na ławce, odpalili w milczeniu po papierosie.
- Ewelina do mnie wczoraj przyszła – oznajmił, wyjaśniając już niemal wszystko jednym zdaniem. Sebastian szybko skojarzył fakty.
- Jest w ciąży, prawda? - rzucił retorycznie – Masz wątpliwości co do ojcostwa.
- Lepiej – odparł sarkastycznie – Ona sama nie wie kto jest ojcem tego dziecka.
- No to kanał – wzruszył ramionami, nie wiedząc co powiedzieć
- Kanał, kanał – powtórzył zmartwiony Maciek – Ja nawet nie jestem na nią zły. Ja po prostu się nią brzydzę. Że tak mogła na dwa fronty... Zwykła szmata – podsumował
- Nie za ostro?
- Takie mam o niej zdanie. I jak pomyślę że mogę mieć z nią dziecko to mnie szlag trafia.
- Nie musisz z nią być.
- Nie muszę i nie zamierzam. Ale że będzie miało taką matkę. Okej, ludzie się zmieniają. Ale ja już zawsze będę na nią patrzył przez pryzmat tego że puszczała się z innym, kiedy była ze mną. Zraniła, okej, było, minęło – westchnął – Ale okazała się dwulicową, podłą żmiją. Perfidnie grała na dwa fronty. Nawet jej powieka nie drgnęła, kiedy kłamała. Nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego, a tu nagle...
- Może kiedyś jej wybaczysz.
- Może – odparł machinalnie, jakby nie on.
- Chyba się starzeję – uśmiechnął się pod nosem – Stary, ogarnij się! Masz 32 lata, najlepszy wiek dla faceta!
Wewnętrzny głos ani trochę nie podniósł go na duchu. Przecież ostatnie lata to pasmo trudnych przeżyć i porażek. Ustatkował się, założył rodzinę i co? Stracił ją. Teściowie cały czas mieli do niego żal. Obwiniali go za śmierć córki i wnuczki. Odciął się od przeszłości, choć nie potrafił zapomnieć. Układał sobie życie od nowa. Poznał Ewelinę, spróbował zaangażować się w tę relację, znów się zakochał. To nie było tak silne uczucie jak do Marty, ale wystarczające by planować z nią jakąkolwiek przyszłość. Okazało się że na marne – nie był dla niej jedynym ważnym mężczyzną. O ile w ogóle coś znaczył.
Czasem miał ochotę po prostu zapaść się pod ziemię i wycofać z życia. Ale musiał być twardy. Nie wiedział dla kogo, nie wiedział po co. Być może gdzieś w podświadomości żyła niewielka namiastka nadziei że jeszcze czeka go coś dobrego. Że zła passa kiedyś się skończy i znów poczuje jak to jest być naprawdę szczęśliwym. Nie przejmować się niczym, nie myśleć o jutrze, żeby wszystko co trudne schowało się gdzieś za ścianą i o sobie nie przypominało. Tylko przy Marcie było to możliwe. Tylko ona dawała mu takie poczucie lekkości, swobody, radości z życia, z każdej chwili, którą spędzali ze sobą. Cokolwiek by się nie stało, nic nie było w stanie tego zepsuć. A jednak, nieprawda. Przecież się stało.
Być może tak miał pisane. Że miał zostać sam ze sobą. Ale coś poszło nie tak i spotkał bratnią duszę. Trzeba było więc naprawić ten błąd i ta postać musiała zniknąć. A mogło być tak pięknie! Mówią że życie to nie bajka. Ale z nią była. Nawet każda kłótnia, każdy foch, każdy rozbity talerz. Musiało jej zabraknąć, by to zrozumiał. Wciąż tęsknił, wciąż kochał, ale wiedział że to nigdy nie wróci. Ten rozdział został definitywnie zamknięty. Nie chciał wracać to przeszłości, lecz to było silniejsze od niego.
Teraźniejszość dała o sobie znać za sprawą dzwonka do drzwi. Niechętnie podniósł się z wygodnej kanapy, porzucając wspomnienia i tęsknotę. Podejrzewał że to Sebastian mimo wszystko postanowił dotrzymać mu towarzystwa. No tak, nie chciał Maciek iść na piwo, to piwo przyszło do Maćka... Dopiero gdy otworzył drzwi, zrozumiał jak bardzo się mylił. Zmierzył wzrokiem niewysoką szatynkę. Podniosła głowę, poprawiła opadającą na czoło grzywkę i spojrzała błagalnie na mężczyznę.
- Ewelina? - wykrztusił zdumiony – Myślałem że już sobie wszystko wyjaśniliśmy.
- Jak wy to mówicie? Pojawiły się nowe okoliczności? - rzuciła cicho – Mogę?
- Skoro musisz – wzruszył ramionami, wpuszczając kobietę do środka – Napijesz się czegoś?
- Wody, jeśli można.
- O ile mam – zaśmiał się nieco ironicznie pod nosem. Podczas gdy on zniknął na chwilę w kuchni, zajęła miejsce na kanapie. Położyła dłonie na kolanach, przegryzając nerwowo wargę. Jak zareaguje? Wyśmieje ją, wścieknie się czy od razu wyrzuci z mieszkania? Na jego miejscu nie chciałaby tego usłyszeć.
- Proszę – postawił na stole szklankę wody – Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę? Niech zgadnę: twój fagas cię pogonił – nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości
- Nie, to ja jego zostawiłam.
Maciek skinął głową. Wiedział że dziewczyna kłamie. Pozostało mu jedynie udać że uwierzył, choć nie łatwo było ukryć satysfakcję.
- I co? Przyszłaś błagać o drugą szansę? - rozbawienie mieszało się z irytacją
- Nie, Maciek. Bo to nic nie da.
- Wreszcie do ciebie to dotarło.
- Ja naprawdę cię kochałam. Znaczy nadal kocham... Ale okej, nic na siłę. Rozumiem że jesteś wściekły. Też bym była. Nie wiem co mi odbiło...
- Czekaj, czekaj – Maciek uśmiechnął się sarkastycznie – Przyszłaś do mnie się wyżalić? Wybacz, zły adres.
Wzięła głęboki oddech. Zrozumiała że odwlekanie tego momentu tylko ją pogrąża. Czuła że nie będzie łatwo, a po każdym wypowiedzianym zdaniu było coraz trudniej. Maciek jej nienawidził. Dziwiła się dlaczego jeszcze jej nie wyprosił. Chciał się nieco wyładować? Zabawić jej kosztem?
- Przyszłam bo... jestem w ciąży.
Brunet parsknął śmiechem. Nie potraktował tego poważnie. W pierwszej chwili przyszło mu na myśl że to kolejna żałosna próba wzbudzenia współczucia, poszukiwania litości. Ewelina nagle odzyskała wigor, pochyliła się do przodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Jestem w ciąży, rozumiesz? - powtórzyła głośno i wyraźnie. Dotarło do niego że to nie są żarty. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, na czole natychmiast pojawił się pot. Skoro mówiła to właśnie jemu to musiało oznaczać tylko jedno.
- Który tydzień? - wydusił przerażony
- Siódmy.
Szybkie obliczenia nie pozwoliły Maćkowi na wykluczenie swojego ojcostwa. Ale też nie dawały mu gwarancji że ten drugi nim nie jest.
- Jesteś pewna?
- Byłem u lekarza.
Maciek westchnął ciężko. Nie chciał pytać tak całkiem wprost, lecz Ewelina nie zrozumiała jego intencji.
- Czy jesteś pewna że to moje dziecko?
Przedłużająca się cisza doprowadzała go do szału. Jego serce biło bardzo szybko. Czuł się trochę jak maturzysta, który za chwilę ma odebrać wyniki swojego egzaminu, jak sportowiec, który za chwilę ma się dowiedzieć czy jego morderczy wysiłek pozwoli mu na zdobycie medalu, jak zwierzyna, w którą myśliwy wycelował swoją strzelbę.
- Nie – odparła cicho, splatając drżące dłonie
Wbrew oczekiwaniom, wcale nie poczuł ulgi. Perspektywa bycia na zawsze związanym z Eweliną poprzez dziecko była przerażająca, ale niepewność chyba jeszcze gorsza. Zacisnął zęby, powstrzymując potok cisnących mu się na usta wulgarnych słów.
- Wyjdź – wycedził ze wzrokiem wbitym podłogę. Trwał w bezruchu, słuchając jej kroków. Dopiero po trzaśnięciu drzwiami zerwał się jak oparzony, zrzucił wszystko ze stołu i zaczął walić w niego zaciśniętą pięścią jak oszalały. Musiał wyładować złość, musiał pozbyć się emocji.
- Dobra, stół nie jest niczemu winny – pomyślał zdyszany, kiedy po dłuższej chwili zdołał się opanować – Muszę zapalić.
Od rana chodził rozdrażniony i podenerwowany. Żarty traktował jako zaczepki, unikał rozmów, ignorował uśmiechy na twarzach innych policjantów. W jego głowie wciąż siedziały słowa Eweliny. Nie mógł uwierzyć że miałby mieć z nią dziecko. Nie mógł uwierzyć że tak bardzo się wściekł. Przecież kiedy Marta mówiła mu o ciąży, oszalał z radości. Ale to była Marta. Zupełnie inna osoba, zupełnie inne geny, zupełnie inna sytuacja.
Korzystając z nieobecności pozostałych komisarzy w biurze, zaczął czytać o badaniach DNA. Przecież nie wytrzyma do porodu. Potrzebował jednoznacznej odpowiedzi – dziecko jest jego albo i nie. Nawet nie zauważył kiedy Sebastian pojawił się za jego plecami.
- Badania DNA w ciąży? - usłyszał za sobą głos przyjaciela. Omal nie podskoczył przestraszony, natychmiast zamknął przeglądarkę i obrócił się na krześle.
- A co ty się tak skradasz? Nie można mieć ani trochę prywatności na służbowym komputerze?
- No właśnie, na służbowym – zauważył w żarcie – Widzę że coś cię gryzie, a skoro nic nie mówisz...
- Dobra, dobra – westchnął – Ale nie tutaj. Idziemy na fajkę.
Wyszli na podwórko, za komendę. Przysiedli na ławce, odpalili w milczeniu po papierosie.
- Ewelina do mnie wczoraj przyszła – oznajmił, wyjaśniając już niemal wszystko jednym zdaniem. Sebastian szybko skojarzył fakty.
- Jest w ciąży, prawda? - rzucił retorycznie – Masz wątpliwości co do ojcostwa.
- Lepiej – odparł sarkastycznie – Ona sama nie wie kto jest ojcem tego dziecka.
- No to kanał – wzruszył ramionami, nie wiedząc co powiedzieć
- Kanał, kanał – powtórzył zmartwiony Maciek – Ja nawet nie jestem na nią zły. Ja po prostu się nią brzydzę. Że tak mogła na dwa fronty... Zwykła szmata – podsumował
- Nie za ostro?
- Takie mam o niej zdanie. I jak pomyślę że mogę mieć z nią dziecko to mnie szlag trafia.
- Nie musisz z nią być.
- Nie muszę i nie zamierzam. Ale że będzie miało taką matkę. Okej, ludzie się zmieniają. Ale ja już zawsze będę na nią patrzył przez pryzmat tego że puszczała się z innym, kiedy była ze mną. Zraniła, okej, było, minęło – westchnął – Ale okazała się dwulicową, podłą żmiją. Perfidnie grała na dwa fronty. Nawet jej powieka nie drgnęła, kiedy kłamała. Nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego, a tu nagle...
- Może kiedyś jej wybaczysz.
- Może – odparł machinalnie, jakby nie on.
poniedziałek, 14 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 7
Potrzebował czegoś w rodzaju resetu, zostawić za sobą to co było i zacząć wszystko od nowa. Nie miał już czasu na smutki i rozpacze. Nie chciał by nim zawładnęły. Po dłuższym namyśle postanowił zostać w Krakowie. Znał miasto, miał tu przyjaciół, podjęcie pracy było jedynie formalnością wymagającą dwóch podpisów. Idealne warunki by nie rzucać sobie kłód pod nogi po trudnych przeżyciach.
Szybko zdecydował się na powrót na Pomorską, jednak odwlekał go ze względu na inne priorytety – potrzebował mieszkania. Nie wyobrażał sobie siedzieć w nieskończoność na głowie Joasi i Sebastiana. Odpowiadając na ogłoszenia, jeździł po całym mieście by na własne oczy zobaczyć oferowane lokale. Choć nie miał dużych wymagań, błyskawicznie pojawiały się mankamenty, które dyskwalifikowały je z dalszych poszukiwań.
Niewyremontowana łazienka – gołe ściany pokryte jedynie farbą i gumowa wykładzina. Kto w dzisiejszych czasach pozostawia coś takiego? Przecież łazienka to podstawa!
Nieszczelne okna. Wieczny chłód w pokojach i kolosalne koszty ogrzewania w zimie. Oczywiście właściciel skąpi na wymianę i liczy że znajdzie frajera, który przymknie na to oko. Niedoczekanie!
Mała kuchnia. Dwa rzędy szafek i wąski przedział między nimi na jakieś trzy kroki długości. Choć Maciek nie był wielbicielem gotowania, zdawał sobie sprawę że tutaj też będzie spędzał trochę czasu i chciałby się czuć komfortowo. W tak małej przestrzeni w najlepszym wypadku mógł sobie zrobić krzywdę.
Stare skrzypiące deski na podłodze. Wyobraził sobie że wraca późno z pracy i mimo wszelkich starań nie udaje mu się przejść bezszelestnie. Pies sąsiada zaczyna ujadać budząc pół kamienicy, zaś na pozór sympatyczni starsi państwo z dołu uderzają kijem od miotły o sufit domagając się spokoju.
Wrócił wieczorem zrezygnowany. Nie oczekiwał że już pierwszego dnia znajdzie dla siebie lokum, ale wszystkie cztery mieszkania nie zachęcały go do dalszych poszukiwań. Czy naprawdę w całym Krakowie nie ma normalnego mieszkania na wynajem? Czy naprawdę żaden z właścicieli nie dba o tych kilka ścian i to tylko dlatego że to nie on tam zamieszka? A może to on źle szukał? Może powinien sprawdzić coś droższego, o ile będzie to jeszcze na miarę jego możliwości?
Tego wieczora potrzebował jedynie dwóch rzeczy. Zimnego piwa i dobrego snu. To pierwsze nie było trudne do osiągnięcia. Wypili po dwa piwa z Sebastianem, przy okazji wymieniając kilka słów na temat przyszłości.
- Rozumiem że się zdecydowałeś – zasugerował Sebastian, wnioskując po poszukiwaniach mieszkania
- Nie mam nic lepszego na oku – wzruszył ramionami – A tutaj wcale nie było źle. Tylko muszę najpierw znaleźć sobie jakiś kąt do spania.
- Wiesz, u nas możesz zostać tak długo jak potrzebujesz.
- Wiem – pokiwał głową – Ale wiem też że dwójka zakochanych w sobie ludzi potrzebuje swojej własnej przestrzeni, takiej wspólnej prywatności. Nie zamierzam nadużywać waszej gościnności.
- Masz coś ciekawego?
- Katastrofa – pokręcił głową – Ja nie wiem, ci ludzie myślą że mogą mieć w dupie to mieszkanie, bo i tak będzie tam mieszkała obca osoba. Ale kurde, jak chcesz coś dobrze sprzedać to powinieneś zadbać o jakość.
- Nie przejmuj się – starał się go pocieszyć – To dopiero pierwszy dzień.
- Takiego mieszkania jak to w Gdańsku to już nie znajdę – westchnął
Następnego dnia z nową energią zabrał się za poszukiwanie mieszkania. Tym razem rozszerzył zakres poszukiwań, głównie za sprawą ceny. Jedno nawet mu się spodobało, lecz okazało się niestety poza jego zasięgiem finansowym. Może gdyby nie mieszkał sam, byłaby możliwość tego wyboru. Nie tracił jednak zapału i już dwie godziny później pojechał obejrzeć kolejne lokum.
- Marcie by się spodobało – stwierdził, przechadzając się po salonie. Nieduży przedpokój, po prawej łazienka, po lewej mniejszy pokój, w sam raz na sypialnię, zaś na wprost salon z aneksem kuchennym. Mieszkanie w dobrym stanie, umeblowane. Maciek z trudem ukrywał zainteresowanie. Najpierw chciał poznać cenę i wynegocjować nieco niższą. Jedyną przeszkodą do zawarcia umowy mogła być właśnie ta kwota.
Pół godziny później pojawił się na komendzie. Przede wszystkim chciał pochwalić się Sebastianowi swoim małym sukcesem, lecz pomyślał że może od razu przekazać mu dwie dobre wiadomości. Skierował swe kroki do gabinetu komendanta, by porozmawiać z nim o pracy. Znali się już z dawnych lat, dlatego stary ucieszył się gdy usłyszał że czarnowłosy rozważa powrót.
- Proszę! - zabrzmiał niski, donośny głos w odpowiedzi na pukanie. Maciek przywitał się ze swoim byłym szefem i zajął miejsce naprzeciw niego.
- Miło cię widzieć – przyznał z uśmiechem na twarzy, który za chwilę zniknął – Słyszałem co się stało. Jest mi bardzo przykro z powodu Marty.
Strzewiński skinął głową. Co miał powiedzieć? Że to wciąż boli? Że wybrał Pomorską tylko dlatego że chciał wyjechać jak najdalej?
- Sebastian wspominał mi że chciałbyś wrócić – kontynuował – Nie mam nikogo na miejsce po Ani, więc jeśli chcesz...
- Właśnie po to tu jestem – przyznał otwarcie – Chcę tu pracować.
- Nie widzę żadnych przeszkód. To co? W poniedziałek podpisujemy umowę i zaczynasz?
Mężczyźni przypieczętowali słowne postanowienie uściskiem dłoni. A więc miał cztery dni. Dziewięćdziesiąt sześć godzin, w których będzie musiał się czymś zająć by nie myśleć, nie wspominać, nie tęsknić, nie cierpieć. Najbardziej obawiał się momentu, kiedy zostanie sam. Obecność innych jakby dodawała mu sił, gdzieś podświadomie czuł że nie może pokazać swojej słabości. Nie chciał znów wpaść w to błędne koło złości i rozpaczy, z którego dopiero co zdołał się wydostać.
Zajrzał do biura. Był tam Sebastian i dwójka policjantów, których nie miał okazji poznać. Zapewne zaczęli tu pracę, kiedy jego już nie było. Jeszcze zanim zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Po raz pierwszy od zaginięcia Marty był on szczery, mimowolny, niewymuszony. Sebastian szybko skojarzył fakty i zaczął się domyślać co takiego ma do powiedzenia czarnowłosy.
- Chciałem żebyś poznał swojego nowego partnera – poklepał go po ramieniu, zaś drugą ręką sięgnął do kieszeni po klucze – I mam jeszcze coś. Jutro się wyprowadzam.
3 lata później.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pogoda ani trochę nie przypominała zimy, za oknami wciąż dominowała późna jesień. Krótkie, pochmurne dni i częste opady deszczu nie przeszkadzały jednak w przygotowaniach. Ludzie, jak co roku, dali się ponieść szałowi zakupów, do których markety zachęcały różnymi przecenami i promocjami. Nie każdy jednak miał ochotę na spędzanie godzin w sklepach, a jednym z nich był Maciek. Coraz to dłuższe kolejki i oblężenia w sklepach irytowały policjanta. Nie miał nic lepszego do roboty tylko wymijać plotkujące starsze panie, który niby to przypadkiem spotkały się między sklepowymi półkami albo czekać w nieskończoność aż jakiś bogaty jegomość wyłoży na taśmę całą zawartość wypełnionego po brzegi wózka, a kasjerka skasuje każdy jeden produkt.
- Masakra – podsumował, dzieląc się z Sebastianem swoimi przemyśleniami – Zawinąłbyś gówno w papierek po cukierku, a ludzie i tak by się na to rzucili, bo przecież promocja!
- Magia świąt – rzucił ironicznie – Jakie masz plany na te święta?
- To znaczy? - uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem
- To znaczy że jeśli chcesz, możesz przyjść do nas. Zostajemy z Asią w Krakowie więc...
- Dzięki – natychmiast uciął temat. Doceniał że przyjaciele po raz kolejny wyciągali do niego pomocną dłoń, lecz nie chciał nadużywać ich dobroci. W końcu mieli swoje życie i powinni pomyśleć czasem przede wszystkim o sobie.
- A może... - zaczął niepewnie Sebastian, uważnie obserwując reakcję przyjaciela
- A może co?
- Wiesz, święta to dobry czas żeby się pogodzić, wybaczyć...
Maciek uśmiechnął się szyderczo. Jeśli myśleli o tej samej osobie, propozycja była zbyt absurdalna by brać ją pod uwagę.
- Chyba nie masz na myśli Eweliny? Już widzę jak padamy sobie w ramiona ze łzami w oczach, wzruszeni i zaczynamy wszystko od nowa – mówił z sarkazmem – Nigdy w życiu.
- Nie byłeś z nią szczęśliwy?
- Seba, o czym my w ogóle rozmawiamy? Gdyby to był jeden raz, okej, chwila zapomnienia, nie wiem, była pijana czy coś, mógłbym rozważyć drugą szansę. Ale ona miała romans! Regularnie mnie zdradzała, rozumiesz?
- Przepraszam – czuł się głupio że w ogóle poruszył ten temat – Nie wiedziałem że zrobiła to więcej niż raz.
- W porządku – westchnął, odwracając się w stronę okna – Jeszcze raz dzięki, ale nie potrzebuję towarzystwa. Biorę dyżur na komendzie.
- Gdybyś jednak zmienił zdanie... po prostu powiedz.
- Jasne – odparł zrezygnowany, po czym zasiadł przy biurku by zająć się kolejnymi raportami.
Szybko zdecydował się na powrót na Pomorską, jednak odwlekał go ze względu na inne priorytety – potrzebował mieszkania. Nie wyobrażał sobie siedzieć w nieskończoność na głowie Joasi i Sebastiana. Odpowiadając na ogłoszenia, jeździł po całym mieście by na własne oczy zobaczyć oferowane lokale. Choć nie miał dużych wymagań, błyskawicznie pojawiały się mankamenty, które dyskwalifikowały je z dalszych poszukiwań.
Niewyremontowana łazienka – gołe ściany pokryte jedynie farbą i gumowa wykładzina. Kto w dzisiejszych czasach pozostawia coś takiego? Przecież łazienka to podstawa!
Nieszczelne okna. Wieczny chłód w pokojach i kolosalne koszty ogrzewania w zimie. Oczywiście właściciel skąpi na wymianę i liczy że znajdzie frajera, który przymknie na to oko. Niedoczekanie!
Mała kuchnia. Dwa rzędy szafek i wąski przedział między nimi na jakieś trzy kroki długości. Choć Maciek nie był wielbicielem gotowania, zdawał sobie sprawę że tutaj też będzie spędzał trochę czasu i chciałby się czuć komfortowo. W tak małej przestrzeni w najlepszym wypadku mógł sobie zrobić krzywdę.
Stare skrzypiące deski na podłodze. Wyobraził sobie że wraca późno z pracy i mimo wszelkich starań nie udaje mu się przejść bezszelestnie. Pies sąsiada zaczyna ujadać budząc pół kamienicy, zaś na pozór sympatyczni starsi państwo z dołu uderzają kijem od miotły o sufit domagając się spokoju.
Wrócił wieczorem zrezygnowany. Nie oczekiwał że już pierwszego dnia znajdzie dla siebie lokum, ale wszystkie cztery mieszkania nie zachęcały go do dalszych poszukiwań. Czy naprawdę w całym Krakowie nie ma normalnego mieszkania na wynajem? Czy naprawdę żaden z właścicieli nie dba o tych kilka ścian i to tylko dlatego że to nie on tam zamieszka? A może to on źle szukał? Może powinien sprawdzić coś droższego, o ile będzie to jeszcze na miarę jego możliwości?
Tego wieczora potrzebował jedynie dwóch rzeczy. Zimnego piwa i dobrego snu. To pierwsze nie było trudne do osiągnięcia. Wypili po dwa piwa z Sebastianem, przy okazji wymieniając kilka słów na temat przyszłości.
- Rozumiem że się zdecydowałeś – zasugerował Sebastian, wnioskując po poszukiwaniach mieszkania
- Nie mam nic lepszego na oku – wzruszył ramionami – A tutaj wcale nie było źle. Tylko muszę najpierw znaleźć sobie jakiś kąt do spania.
- Wiesz, u nas możesz zostać tak długo jak potrzebujesz.
- Wiem – pokiwał głową – Ale wiem też że dwójka zakochanych w sobie ludzi potrzebuje swojej własnej przestrzeni, takiej wspólnej prywatności. Nie zamierzam nadużywać waszej gościnności.
- Masz coś ciekawego?
- Katastrofa – pokręcił głową – Ja nie wiem, ci ludzie myślą że mogą mieć w dupie to mieszkanie, bo i tak będzie tam mieszkała obca osoba. Ale kurde, jak chcesz coś dobrze sprzedać to powinieneś zadbać o jakość.
- Nie przejmuj się – starał się go pocieszyć – To dopiero pierwszy dzień.
- Takiego mieszkania jak to w Gdańsku to już nie znajdę – westchnął
Następnego dnia z nową energią zabrał się za poszukiwanie mieszkania. Tym razem rozszerzył zakres poszukiwań, głównie za sprawą ceny. Jedno nawet mu się spodobało, lecz okazało się niestety poza jego zasięgiem finansowym. Może gdyby nie mieszkał sam, byłaby możliwość tego wyboru. Nie tracił jednak zapału i już dwie godziny później pojechał obejrzeć kolejne lokum.
- Marcie by się spodobało – stwierdził, przechadzając się po salonie. Nieduży przedpokój, po prawej łazienka, po lewej mniejszy pokój, w sam raz na sypialnię, zaś na wprost salon z aneksem kuchennym. Mieszkanie w dobrym stanie, umeblowane. Maciek z trudem ukrywał zainteresowanie. Najpierw chciał poznać cenę i wynegocjować nieco niższą. Jedyną przeszkodą do zawarcia umowy mogła być właśnie ta kwota.
Pół godziny później pojawił się na komendzie. Przede wszystkim chciał pochwalić się Sebastianowi swoim małym sukcesem, lecz pomyślał że może od razu przekazać mu dwie dobre wiadomości. Skierował swe kroki do gabinetu komendanta, by porozmawiać z nim o pracy. Znali się już z dawnych lat, dlatego stary ucieszył się gdy usłyszał że czarnowłosy rozważa powrót.
- Proszę! - zabrzmiał niski, donośny głos w odpowiedzi na pukanie. Maciek przywitał się ze swoim byłym szefem i zajął miejsce naprzeciw niego.
- Miło cię widzieć – przyznał z uśmiechem na twarzy, który za chwilę zniknął – Słyszałem co się stało. Jest mi bardzo przykro z powodu Marty.
Strzewiński skinął głową. Co miał powiedzieć? Że to wciąż boli? Że wybrał Pomorską tylko dlatego że chciał wyjechać jak najdalej?
- Sebastian wspominał mi że chciałbyś wrócić – kontynuował – Nie mam nikogo na miejsce po Ani, więc jeśli chcesz...
- Właśnie po to tu jestem – przyznał otwarcie – Chcę tu pracować.
- Nie widzę żadnych przeszkód. To co? W poniedziałek podpisujemy umowę i zaczynasz?
Mężczyźni przypieczętowali słowne postanowienie uściskiem dłoni. A więc miał cztery dni. Dziewięćdziesiąt sześć godzin, w których będzie musiał się czymś zająć by nie myśleć, nie wspominać, nie tęsknić, nie cierpieć. Najbardziej obawiał się momentu, kiedy zostanie sam. Obecność innych jakby dodawała mu sił, gdzieś podświadomie czuł że nie może pokazać swojej słabości. Nie chciał znów wpaść w to błędne koło złości i rozpaczy, z którego dopiero co zdołał się wydostać.
Zajrzał do biura. Był tam Sebastian i dwójka policjantów, których nie miał okazji poznać. Zapewne zaczęli tu pracę, kiedy jego już nie było. Jeszcze zanim zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Po raz pierwszy od zaginięcia Marty był on szczery, mimowolny, niewymuszony. Sebastian szybko skojarzył fakty i zaczął się domyślać co takiego ma do powiedzenia czarnowłosy.
- Chciałem żebyś poznał swojego nowego partnera – poklepał go po ramieniu, zaś drugą ręką sięgnął do kieszeni po klucze – I mam jeszcze coś. Jutro się wyprowadzam.
3 lata później.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pogoda ani trochę nie przypominała zimy, za oknami wciąż dominowała późna jesień. Krótkie, pochmurne dni i częste opady deszczu nie przeszkadzały jednak w przygotowaniach. Ludzie, jak co roku, dali się ponieść szałowi zakupów, do których markety zachęcały różnymi przecenami i promocjami. Nie każdy jednak miał ochotę na spędzanie godzin w sklepach, a jednym z nich był Maciek. Coraz to dłuższe kolejki i oblężenia w sklepach irytowały policjanta. Nie miał nic lepszego do roboty tylko wymijać plotkujące starsze panie, który niby to przypadkiem spotkały się między sklepowymi półkami albo czekać w nieskończoność aż jakiś bogaty jegomość wyłoży na taśmę całą zawartość wypełnionego po brzegi wózka, a kasjerka skasuje każdy jeden produkt.
- Masakra – podsumował, dzieląc się z Sebastianem swoimi przemyśleniami – Zawinąłbyś gówno w papierek po cukierku, a ludzie i tak by się na to rzucili, bo przecież promocja!
- Magia świąt – rzucił ironicznie – Jakie masz plany na te święta?
- To znaczy? - uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem
- To znaczy że jeśli chcesz, możesz przyjść do nas. Zostajemy z Asią w Krakowie więc...
- Dzięki – natychmiast uciął temat. Doceniał że przyjaciele po raz kolejny wyciągali do niego pomocną dłoń, lecz nie chciał nadużywać ich dobroci. W końcu mieli swoje życie i powinni pomyśleć czasem przede wszystkim o sobie.
- A może... - zaczął niepewnie Sebastian, uważnie obserwując reakcję przyjaciela
- A może co?
- Wiesz, święta to dobry czas żeby się pogodzić, wybaczyć...
Maciek uśmiechnął się szyderczo. Jeśli myśleli o tej samej osobie, propozycja była zbyt absurdalna by brać ją pod uwagę.
- Chyba nie masz na myśli Eweliny? Już widzę jak padamy sobie w ramiona ze łzami w oczach, wzruszeni i zaczynamy wszystko od nowa – mówił z sarkazmem – Nigdy w życiu.
- Nie byłeś z nią szczęśliwy?
- Seba, o czym my w ogóle rozmawiamy? Gdyby to był jeden raz, okej, chwila zapomnienia, nie wiem, była pijana czy coś, mógłbym rozważyć drugą szansę. Ale ona miała romans! Regularnie mnie zdradzała, rozumiesz?
- Przepraszam – czuł się głupio że w ogóle poruszył ten temat – Nie wiedziałem że zrobiła to więcej niż raz.
- W porządku – westchnął, odwracając się w stronę okna – Jeszcze raz dzięki, ale nie potrzebuję towarzystwa. Biorę dyżur na komendzie.
- Gdybyś jednak zmienił zdanie... po prostu powiedz.
- Jasne – odparł zrezygnowany, po czym zasiadł przy biurku by zająć się kolejnymi raportami.
wtorek, 1 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 6
Kolejnych kilka dni było niezwykle wyczerpujące psychicznie dla Maćka. Z dostarczonych przez niego materiałów pobrano próbki DNA i potwierdzili najgorsze – w samochodzie zginęła jego żona i córka. Dotychczas to wszystko krążyło po jego głowie, ale gdzieś w pewnym zakątku tlił się płomyczek nadziei że to nie one, że to tylko przypadek, że Marta żyje, a on znajdzie sposób by do niej dotrzeć.
Policjanci powiadomili rodziców brunetki. Maciek nie był w stanie im tego przekazać. Kiedy został sam, nie musiał być już silny. Przed samym sobą nie mógł uciec. Własne słabości wreszcie go dopadły. Tamtego wieczora, kiedy potwierdzono tożsamość kobiety z wypadku, sięgnął po alkohol i rozkleił się całkowicie. Nie miał już żadnego celu w życiu, nie miał rodziny, nie miał nikogo ani niczego, na czym by mu zależało.
Jego i tak już niespokojny sen przerwał jakiś hałas z kuchni. Jakby dźwięk tłuczonego szkła lub porcelany. W pierwszej chwili pomyślał że się przesłyszał, ale chwilę później odniósł wrażenie że usłyszał jak ktoś zamyka szafkę. Sięgnął do szuflady po broń i powoli przemknął z jednego pomieszczenia do drugiego. Jeśli ktoś był w mieszkaniu, to musiał być złodziej. Ile jeszcze nieszczęść mogło na niego spaść? Najpierw zaginięcie żony i córki, ich śmierć, teraz włamanie? Tego było zbyt wiele. Sunąc ręką po ścianie natrafił na włącznik. Zaświeciło się światło, wpadł w tym momencie z bronią do kuchni, ale poza nim nie było nikogo. Tylko rozbity kubek, który stał na krawędzi stołu. Ale w jaki sposób spadł? Sam z siebie? Zrezygnowany mężczyzna oparł się o ścianę, przymknął oczy i osunął powoli na podłogę.
W dniu pogrzebu Marty został wezwany do komendanta. Domyślał się czego ma dotyczyć rozmowa i był do niej przygotowany, o ile można to było tak nazwać. Podjął decyzję i nie zamierzał zmienić zdania. Pozostało jedynie poinformować o tym przełożonego.
- Wejdź proszę – przywitał go w progu swojego gabinetu – Kawy, herbaty?
- Dziękuję – odparł obojętnym tonem – Nie mam zbyt wiele czasu.
- Jest mi przykro z powodu twojej żony i córki. Chciałem tylko zapewnić cię że dostaniesz tyle wolnego ile potrzebujesz... i przeprosić za wcześniej. Ale to miało być dla twojego dobra.
Maciek uśmiechnął się ironicznie. Nagła zmiana w postawie szefa wydawała mu się podejrzana, choć nie interesowały go żadne motywy. Przyszedł tu tylko po to by zamknąć pewien rozdział swojego życia.
- Co to jest? - zapytał komendant, kiedy Maciek podał mu tekturową teczkę – Wypowiedzenie? Nie żartuj.
- Od kilku dni jakoś nie mam nastroju do żartów – rzucił ponuro – Proszę jedynie o zaakceptowanie mojej decyzji.
- Jesteś bardzo dobrym policjantem. Przydałbyś się tutaj.
- To ciekawe, bo jeszcze niedawno sugerował pan że się pożegnamy – nie mógł się powstrzymać by nie wypomnieć wcześniej rozmowy
- To był blef. Chciałem żebyś choć przez chwilę spróbował zostawić swoje problemy i skupił się na pracy.
- To nie ma znaczenia – westchnął ciężko – Bez niej nic mnie tu nie trzyma.
- Przemyśl to jeszcze.
- Przemyślałem – odparł, po czym opuścił biuro komendanta. Nie zależało mu na tej pracy, nie wyobrażał sobie dalszego życia bez Marty. Nie wyobrażał sobie że wróci do ich mieszkania, a jej tam nie będzie. Przecież razem je kupili, ona wybierała kolor ścian, ona pomagała mu malować, ona wybierała meble. To mieszkanie miało jej duszę! Dlatego też przebywanie w nim sprawiało mu tyle bólu. Ona była w nim cały czas obecna, a on w żaden sposób nie mógł się do niej zbliżyć.
Prosto z komendy wyruszył w drogę do Szczecina. Rodzice Marty postanowili że pochowają ją wraz z córką w jej rodzinnym mieście. Maciek nie rozmawiał z nimi odkąd znaleziono ciało kobiety. Wiedział że teść mimo wszystko obwinia go za jej śmierć. Sam też czuł się winny. Dlaczego nie zauważył że dzieje się coś złego? Dlaczego pozwolił jej na ucieczkę? Dlaczego nie powiedziała mu prawdy?
Na cmentarzu czuł się nieswojo i obco. Każde spojrzenie wydawało mu się złowrogie. Jakby ci ludzie nie chcieli jego obecności na pogrzebie. W końcu byli to bliscy Marty i nie mogli pogodzić się z jej odejściem. Ale on też nie.
Starał się zachować spokój. Do pewnego momentu nawet nie zdawał sobie sprawy że jest na pogrzebie własnej żony, a także córki. Przez całą mszę zachowywał kamienną twarz, jakby nic go nie obchodziło. W głębi czuł że skręca mu żołądek, gardło puchnie, serce bije nierówno, a płuca jakby w ogóle nie nabierają powietrza. Myślał że w każdej chwili to wszystko może się skończyć, że za chwilę upadnie, straci przytomność i nie będzie go w tym najważniejszym momencie. Musiał je pożegnać. Musiał, choć tak bardzo tego nie chciał.
Coś w nim pękło dopiero w momencie, gdy urnę przysypywano ziemią. Do oczu napłynęły mu łzy i choć próbował je powstrzymać, to nie był w stanie. Wyobraźnia roztaczała przed nim obraz jak Marta przytula córkę, a z nieba pojawia się świetlny korytarz. Światło świeciło coraz mocniej, do tego stopnia, że musiał przymknąć oczy. Kiedy znów spojrzał przed siebie, ich już nie było. Zobaczył jedynie cień znikający w chmurach. Zacisnął zęby, tłumiąc w sobie krzyk. Nie mógł nic zrobić. Wydawało się że nic ich nie rozdzieli, ale tym razem śmierć wygrała. Maciek dotkliwie odczuwał porażkę.
Nie wiedział jak długo stoi przy grobie. Został sam, nawet rodzice Marty już poszli. Przykucnął, dotknął palcami wciąż świeżej ziemi.
- Marta... - wyszeptał drżącym głosem – Marta...
Ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł mówić, choć bardzo chciał. Pragnął zrzucić z siebie ten ciężar, podzielić się swoim bólem. Ona była jedyną osobą, której powiedziałby o wszystkim. Była jedyną, która mogła mu pomóc.
- Bardzo cię kocham, wiesz? - kontynuował ze łzami w oczach – Obie was kocham... Nie wiem, nie rozumiem dlaczego tak się stało... Zawsze będziecie dla mnie najważniejsze. Zawsze.
Zacisnął pięść. Trwał w błędnym kole złości, bezsilności i rozpaczy. Te trzy uczucia dominowały nad nim wymiennie, a on nie wiedział jak się z tym uporać. Czy czas będzie dla niego lekarstwem? Czy musi się z tym pogodzić? Czy jest to w ogóle możliwe? A może konieczna jest zmiana otoczenia?
- Wiem że już nie muszę się o was martwić, że już nigdy nic złego was nie spotka – kontynuował wewnętrzny monolog – Jak sobie pomyślę że powinienem być spokojny to mnie szlag trafia. Owszem, powinnyście być bezpieczne, ale ze mną. A ja już nic dla was nie mogę zrobić. Bez was jestem nikim, nie mam przyszłości.
Pomyślał że Marta nie chciałaby jego cierpienia. W tej chwili nie potrafił jednak inaczej. Rany były zbyt świeże, wydarzenia były zbyt bolesne by mógł do nich już teraz podejść na chłodno.
- Tak, powinienem być silny. Ale wybacz Marta, ciebie tu nie ma. Nie powiesz mi co mam robić, nie możesz mi pomóc – zakończył ze złością. Zerwał się nagle na równe nogi i dziarsko ruszył przed siebie. Jakby nagle odzyskał siły, jakby miał coś jeszcze do zrobienia.
Kilka dni później przyjechał do Krakowa w odwiedziny do Sebastiana i Joasi. Obiecał to przyjacielowi, jeszcze gdy ten był z nim w Gdańsku. Miał dość samotności, lecz z drugiej strony pozwalała mu ona na wiele przemyśleń. Wniosek niestety pozostawał taki sam – najlepsze miał już za sobą.
- Przestań Maciek, masz dwadzieścia dziewięć lat, wciąż jesteś młody – rzucił Sebastian, kiedy czarnowłosy podzielił się z nim swoimi przemyśleniami
- Ale się tak nie czuje – westchnął – Po śmierci Marty... ja właściwie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Rzuciłem pracę, sprzedaje mieszkanie... Moje życie straciło sens.
- Zobaczysz, jeszcze ci się wszystko poukłada od nowa.
- Zawsze tak mówicie – pokręcił głową
- Mówicie? Kto?
- Wszyscy. Jak tylko coś się stanie to zawsze na pocieszenie leci tekst „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży” - mówił lekko podniesionym głosem – Czy to rodzice, czy rodzeństwo, czy przyjaciele, bez wyjątku. Zawsze ma być dobrze, a życie i tak sprzeda ci kopa w dupę.
Sebastian milczał. Dotychczas myślał że Maciek nieco mniej przeżywa ostatnie wydarzenia, że czas zaczął robić swoje, ale zdał sobie sprawę iż jest w błędzie. Czarnowłosy stwarzał jedynie pozory, nie chciał przyznać wprost że nie radzi sobie w nowej sytuacji, lecz zdradzały go aktualne poglądy na niektóre tematy.
- Co dalej? - spytał niepewnym tonem
- Wiesz, codziennie zadaję sobie to pytanie. I nie potrafię znaleźć odpowiedzi.
- To ja ci podpowiem – klepnął go w ramię – Życie toczy się dalej, szkoda żebyś to zmarnował.
Maciek tylko prychnął. Kolejny pusty slogan. Kiedy wreszcie do kogokolwiek dotrze że nie potrzebuje pustej gadki bez pokrycia?
- Stary nadal nikogo nie znalazł na miejsce po Ance.
Sugestia Sebastiana była wystarczająco jasna. Wydawało mu się że długo by się nie zastanawiał nad możliwością powrotu na Pomorską, ale to była ta komenda, na której poznał Martę. Czy nie będzie zbyt wiele bolesnych wspomnień? Przecież to przed nimi uciekał z Gdańska. Powinien zacząć od nowa, a nie cofać się w czasie.
- Zastanowię się.
Policjanci powiadomili rodziców brunetki. Maciek nie był w stanie im tego przekazać. Kiedy został sam, nie musiał być już silny. Przed samym sobą nie mógł uciec. Własne słabości wreszcie go dopadły. Tamtego wieczora, kiedy potwierdzono tożsamość kobiety z wypadku, sięgnął po alkohol i rozkleił się całkowicie. Nie miał już żadnego celu w życiu, nie miał rodziny, nie miał nikogo ani niczego, na czym by mu zależało.
Jego i tak już niespokojny sen przerwał jakiś hałas z kuchni. Jakby dźwięk tłuczonego szkła lub porcelany. W pierwszej chwili pomyślał że się przesłyszał, ale chwilę później odniósł wrażenie że usłyszał jak ktoś zamyka szafkę. Sięgnął do szuflady po broń i powoli przemknął z jednego pomieszczenia do drugiego. Jeśli ktoś był w mieszkaniu, to musiał być złodziej. Ile jeszcze nieszczęść mogło na niego spaść? Najpierw zaginięcie żony i córki, ich śmierć, teraz włamanie? Tego było zbyt wiele. Sunąc ręką po ścianie natrafił na włącznik. Zaświeciło się światło, wpadł w tym momencie z bronią do kuchni, ale poza nim nie było nikogo. Tylko rozbity kubek, który stał na krawędzi stołu. Ale w jaki sposób spadł? Sam z siebie? Zrezygnowany mężczyzna oparł się o ścianę, przymknął oczy i osunął powoli na podłogę.
W dniu pogrzebu Marty został wezwany do komendanta. Domyślał się czego ma dotyczyć rozmowa i był do niej przygotowany, o ile można to było tak nazwać. Podjął decyzję i nie zamierzał zmienić zdania. Pozostało jedynie poinformować o tym przełożonego.
- Wejdź proszę – przywitał go w progu swojego gabinetu – Kawy, herbaty?
- Dziękuję – odparł obojętnym tonem – Nie mam zbyt wiele czasu.
- Jest mi przykro z powodu twojej żony i córki. Chciałem tylko zapewnić cię że dostaniesz tyle wolnego ile potrzebujesz... i przeprosić za wcześniej. Ale to miało być dla twojego dobra.
Maciek uśmiechnął się ironicznie. Nagła zmiana w postawie szefa wydawała mu się podejrzana, choć nie interesowały go żadne motywy. Przyszedł tu tylko po to by zamknąć pewien rozdział swojego życia.
- Co to jest? - zapytał komendant, kiedy Maciek podał mu tekturową teczkę – Wypowiedzenie? Nie żartuj.
- Od kilku dni jakoś nie mam nastroju do żartów – rzucił ponuro – Proszę jedynie o zaakceptowanie mojej decyzji.
- Jesteś bardzo dobrym policjantem. Przydałbyś się tutaj.
- To ciekawe, bo jeszcze niedawno sugerował pan że się pożegnamy – nie mógł się powstrzymać by nie wypomnieć wcześniej rozmowy
- To był blef. Chciałem żebyś choć przez chwilę spróbował zostawić swoje problemy i skupił się na pracy.
- To nie ma znaczenia – westchnął ciężko – Bez niej nic mnie tu nie trzyma.
- Przemyśl to jeszcze.
- Przemyślałem – odparł, po czym opuścił biuro komendanta. Nie zależało mu na tej pracy, nie wyobrażał sobie dalszego życia bez Marty. Nie wyobrażał sobie że wróci do ich mieszkania, a jej tam nie będzie. Przecież razem je kupili, ona wybierała kolor ścian, ona pomagała mu malować, ona wybierała meble. To mieszkanie miało jej duszę! Dlatego też przebywanie w nim sprawiało mu tyle bólu. Ona była w nim cały czas obecna, a on w żaden sposób nie mógł się do niej zbliżyć.
Prosto z komendy wyruszył w drogę do Szczecina. Rodzice Marty postanowili że pochowają ją wraz z córką w jej rodzinnym mieście. Maciek nie rozmawiał z nimi odkąd znaleziono ciało kobiety. Wiedział że teść mimo wszystko obwinia go za jej śmierć. Sam też czuł się winny. Dlaczego nie zauważył że dzieje się coś złego? Dlaczego pozwolił jej na ucieczkę? Dlaczego nie powiedziała mu prawdy?
Na cmentarzu czuł się nieswojo i obco. Każde spojrzenie wydawało mu się złowrogie. Jakby ci ludzie nie chcieli jego obecności na pogrzebie. W końcu byli to bliscy Marty i nie mogli pogodzić się z jej odejściem. Ale on też nie.
Starał się zachować spokój. Do pewnego momentu nawet nie zdawał sobie sprawy że jest na pogrzebie własnej żony, a także córki. Przez całą mszę zachowywał kamienną twarz, jakby nic go nie obchodziło. W głębi czuł że skręca mu żołądek, gardło puchnie, serce bije nierówno, a płuca jakby w ogóle nie nabierają powietrza. Myślał że w każdej chwili to wszystko może się skończyć, że za chwilę upadnie, straci przytomność i nie będzie go w tym najważniejszym momencie. Musiał je pożegnać. Musiał, choć tak bardzo tego nie chciał.
Coś w nim pękło dopiero w momencie, gdy urnę przysypywano ziemią. Do oczu napłynęły mu łzy i choć próbował je powstrzymać, to nie był w stanie. Wyobraźnia roztaczała przed nim obraz jak Marta przytula córkę, a z nieba pojawia się świetlny korytarz. Światło świeciło coraz mocniej, do tego stopnia, że musiał przymknąć oczy. Kiedy znów spojrzał przed siebie, ich już nie było. Zobaczył jedynie cień znikający w chmurach. Zacisnął zęby, tłumiąc w sobie krzyk. Nie mógł nic zrobić. Wydawało się że nic ich nie rozdzieli, ale tym razem śmierć wygrała. Maciek dotkliwie odczuwał porażkę.
Nie wiedział jak długo stoi przy grobie. Został sam, nawet rodzice Marty już poszli. Przykucnął, dotknął palcami wciąż świeżej ziemi.
- Marta... - wyszeptał drżącym głosem – Marta...
Ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł mówić, choć bardzo chciał. Pragnął zrzucić z siebie ten ciężar, podzielić się swoim bólem. Ona była jedyną osobą, której powiedziałby o wszystkim. Była jedyną, która mogła mu pomóc.
- Bardzo cię kocham, wiesz? - kontynuował ze łzami w oczach – Obie was kocham... Nie wiem, nie rozumiem dlaczego tak się stało... Zawsze będziecie dla mnie najważniejsze. Zawsze.
Zacisnął pięść. Trwał w błędnym kole złości, bezsilności i rozpaczy. Te trzy uczucia dominowały nad nim wymiennie, a on nie wiedział jak się z tym uporać. Czy czas będzie dla niego lekarstwem? Czy musi się z tym pogodzić? Czy jest to w ogóle możliwe? A może konieczna jest zmiana otoczenia?
- Wiem że już nie muszę się o was martwić, że już nigdy nic złego was nie spotka – kontynuował wewnętrzny monolog – Jak sobie pomyślę że powinienem być spokojny to mnie szlag trafia. Owszem, powinnyście być bezpieczne, ale ze mną. A ja już nic dla was nie mogę zrobić. Bez was jestem nikim, nie mam przyszłości.
Pomyślał że Marta nie chciałaby jego cierpienia. W tej chwili nie potrafił jednak inaczej. Rany były zbyt świeże, wydarzenia były zbyt bolesne by mógł do nich już teraz podejść na chłodno.
- Tak, powinienem być silny. Ale wybacz Marta, ciebie tu nie ma. Nie powiesz mi co mam robić, nie możesz mi pomóc – zakończył ze złością. Zerwał się nagle na równe nogi i dziarsko ruszył przed siebie. Jakby nagle odzyskał siły, jakby miał coś jeszcze do zrobienia.
Kilka dni później przyjechał do Krakowa w odwiedziny do Sebastiana i Joasi. Obiecał to przyjacielowi, jeszcze gdy ten był z nim w Gdańsku. Miał dość samotności, lecz z drugiej strony pozwalała mu ona na wiele przemyśleń. Wniosek niestety pozostawał taki sam – najlepsze miał już za sobą.
- Przestań Maciek, masz dwadzieścia dziewięć lat, wciąż jesteś młody – rzucił Sebastian, kiedy czarnowłosy podzielił się z nim swoimi przemyśleniami
- Ale się tak nie czuje – westchnął – Po śmierci Marty... ja właściwie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Rzuciłem pracę, sprzedaje mieszkanie... Moje życie straciło sens.
- Zobaczysz, jeszcze ci się wszystko poukłada od nowa.
- Zawsze tak mówicie – pokręcił głową
- Mówicie? Kto?
- Wszyscy. Jak tylko coś się stanie to zawsze na pocieszenie leci tekst „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży” - mówił lekko podniesionym głosem – Czy to rodzice, czy rodzeństwo, czy przyjaciele, bez wyjątku. Zawsze ma być dobrze, a życie i tak sprzeda ci kopa w dupę.
Sebastian milczał. Dotychczas myślał że Maciek nieco mniej przeżywa ostatnie wydarzenia, że czas zaczął robić swoje, ale zdał sobie sprawę iż jest w błędzie. Czarnowłosy stwarzał jedynie pozory, nie chciał przyznać wprost że nie radzi sobie w nowej sytuacji, lecz zdradzały go aktualne poglądy na niektóre tematy.
- Co dalej? - spytał niepewnym tonem
- Wiesz, codziennie zadaję sobie to pytanie. I nie potrafię znaleźć odpowiedzi.
- To ja ci podpowiem – klepnął go w ramię – Życie toczy się dalej, szkoda żebyś to zmarnował.
Maciek tylko prychnął. Kolejny pusty slogan. Kiedy wreszcie do kogokolwiek dotrze że nie potrzebuje pustej gadki bez pokrycia?
- Stary nadal nikogo nie znalazł na miejsce po Ance.
Sugestia Sebastiana była wystarczająco jasna. Wydawało mu się że długo by się nie zastanawiał nad możliwością powrotu na Pomorską, ale to była ta komenda, na której poznał Martę. Czy nie będzie zbyt wiele bolesnych wspomnień? Przecież to przed nimi uciekał z Gdańska. Powinien zacząć od nowa, a nie cofać się w czasie.
- Zastanowię się.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)