czwartek, 31 stycznia 2013
VI. Scen nr 17
- Jesteś cały? - pochyliła się nad Sebastianem, dokładnie przyglądając się jego twarzy. Po policzku spływała krew z rany na skroni, a na czole pojawiły się krople potu. Oddychał ciężko przez rozchylone usta. Joasia złapała mężczyznę za ramię i pomogła mu się podnieść.
- Jak widać, żyję – rzucił lekceważąco, nie okazując bólu. Minęło dobre kilka minut, zanim przyjechali mundurowi. Dopiero kiedy zgarnęli Kamila, zajęła się rannym partnerem.
- Trzeba to opatrzyć.
- Nie trzeba – machnął ręką – Obmyję, przyłożę chusteczkę i po problemie.
- Najlepiej, gdybyśmy pojechali do szpitala. Możesz mieć wstrząśnienie mózgu.
- Daj już spokój. A tak w ogóle to co ty tutaj robisz i skąd wiesz gdzie mieszkam?
- Rafał mi powiedział – urwała na chwilę, aby zastanowić się nad sensownym wyjaśnieniem – Tak jakoś dziwnie się dzisiaj zachowujesz, że... no po prostu chcę wiedzieć co stoi za twoją nagłą przemianą.
- Dziwnie? - powtórzył jak echo. Kiwnęła głową – Chodzi ci o to, że jestem dla ciebie miły? - ponownie potwierdziła skinieniem.
- Ehh, kobiety – załamał ręce – Byłem wredny, źle, staram się być miły, źle. I jak wam dogodzić?
- Nie no, całkiem dobrze było... tylko że w ogóle nie mogłeś skupić się na pracy i myślałam że coś się stało – podrapała się po głowie – Poza tym, takie przemiany nie zachodzą tak gwałtownie i bez powodu. Co takiego się stało, że zmieniłeś nastawienie?
- Yyy... - odwrócił głowę zakłopotany. Przecież nie powie jej, że całowali się w jego śnie! Musiał wymyślić coś innego. Obojętnie co, byleby Asia uwierzyła i nie czuła się przez to niekomfortowo w jego towarzystwie. Chrząknęła znacząco, sygnalizując swoje zniecierpliwienie.
- I tak nie uwierzysz – uśmiechnął się, grając na zwłokę. Potrzebował jeszcze chwili czasu, jego mózg na pewno nie zawiedzie i podsunie jakiś świetny pomysł.
- No dawaj, na co jeszcze czekasz?
- No bo... śniło mi się, że fajnie nam się współpracowało i chciałbym, żeby w rzeczywistości też tak było, bo to naprawdę wygodne i przyjemne – wyznał jednym tchem. To było jedyne, co na tą chwilę mógł powiedzieć. Po części było to zgodne z prawdą. Nie powiedział tylko, na czym ta ich współpraca polegała.
- Naprawdę? - uniosła brwi ze zdumienia – Brzmi trochę... abstrakcyjnie
- Mówiłem że nie uwierzysz
- Nie, ja wcale nie wątpię, nie mam podstaw żeby tak myśleć! - gorączkowo się broniła – Tylko że nie wyglądasz na kogoś tak wrażliwego – dodała, ujrzawszy jego zaciekawione spojrzenie
- Ty też nie wyglądasz na policjantkę. Przepraszam, że pochopnie cię oceniłem. Myślałem że jak jesteś taka mała i zgrabna to sobie nie poradzisz. Powinienem był cię lepiej poznać, a nie od razu skazywać na porażkę.
- W porządku, nie gniewam się. Mam nadzieję, że nasza współpraca w końcu zacznie się układać – przyznała, wyciągając do niego rękę. Podał jej swoją dłoń, mimowolnie unosząc kąciki ust.
- Hej, gołąbeczki! - dopiero kiedy usłyszeli głos Sylwii, przypomnieli sobie o jej obecności
- Jakie znowu gołąbeczki! - oburzył się Sebastian
- Dobra, nieważne – nagle spoważniała – Mogę mieć do was prośbę? Nie mówcie nikomu o tym, co się tutaj wydarzyło. Niech to pozostanie między nami, dobrze?
- Mundurowi tu byli – zauważyła Joasia. Tym jednak ani Sylwia, ani Sebastian się nie przejął, ponieważ nie znali osobiście męża asystentki, więc wiedzieli tylko tyle, że była bójka w mieszkaniu komisarza. W końcu blondynka skinęła głową.
- I jeszcze jedno. Sebastian, proszę cię, nie wnoś skargi o pobicie – mężczyzna wytrzeszczył oczy, kiedy dotarły do niego słowa przyjaciółki. Jak po tym wszystkim ona chciała jeszcze go bronić?! To jej najbardziej powinno zależeć na tym, aby Kamil poszedł do więzienia, to ona powinna tego dopilnować! Wtedy mogłaby się od niego uwolnić. Joasia była nie mniej zdumiona od swojego partnera.
- Słucham? - zapytał, przełknąwszy ślinę. Jego głos zabrzmiał sceptycznie, przez chwilę nie był pewien czy to dzieje się naprawdę. Sylwia nie zaprzeczyła.
- On i tak jest już wściekły, a jeśli spróbuję posadzić go za kratkami, to już na pewno mnie zabije! - powiedziała zrozpaczona
- Obronimy cię – zapewniła chłodno Joasia. Była na nią zła. Zamiast kierować się zdrowym rozsądkiem, ona z niewiadomych nikomu przyczyn chciała wręcz wystawić się swojemu mężowi na pożarcie. Żadne z nich nie miało wątpliwości, że wyładuje swoją złość na żonie przy pierwszej okazji. Ostatecznie jednak postanowiła odpuścić. W końcu to jej życie i ona o nim decyduje. Jeśli jej odpowiada bycie poniżaną i ciągłe tortury, proszę bardzo.
- Zrób to dla mnie. Nie pogarszaj mojej sytuacji, proszę – spojrzała błagalnym wzrokiem na przyjaciela. Nie mógł odmówić. Kolejny raz musiał jej ulec. Pozostało mu tylko mieć nadzieję, że dziewczyna wie co robi.
Następnego dnia Joasia pojawiła się na komendzie w świetnym humorze. Niemal wszyscy na wydziale, zaintrygowani jej pozytywnym nastawieniem do świata, plotkowali o możliwych przyczynach takiego stanu. Nikt nie wpadł na to, że najzwyczajniej w świecie na dobre zakopała topór wojenny z Sebastianem. Przynajmniej ona nie zamierzała wszczynać kolejnej wojny, a w jego zapewnienia i przeprosiny uwierzyła. Wyglądał dość przekonująco, a po wydarzeniach wczorajszego wieczora raczej nie miał głowy do udawania. Jeszcze przed jej wyjściem ustalili, że dziewczyna dalej poprowadzi śledztwo sama bądź weźmie kogoś do pomocy, a potem poinformuje go o postępach. Mężczyzna z samego rana zamierzał zadzwonić do starego z prośbą o dzień wolnego, aby zregenerować się po bójce.
Oczywiście komendant nie pozwolił Joasi na samodzielne działania, więc przydzielił jej do pomocy Tomka. Idąc do pokoju asystentów, na korytarzu minęła się z mężem Sylwii. Mężczyzna uśmiechał się chytrze w jej stronę. Wychodził na wolność. Zdała sobie sprawę, że wyjaśnienia zostały już złożone i nie było potrzeby dłużej go zatrzymywać. Trud, jaki zadała sobie wczoraj, aby go obezwładnić, poszedł na marne.
- Biedna Sylwia – przeszło jej przez myśl. Choć z drugiej strony sama jest sobie winna. Sama prosiła, aby nie składać przeciw niemu zeznań. Na co liczyła? Że wróci do domu, podejdzie do niej, pocałuje namiętnie, weźmie w ramiona i powie jak bardzo ją kocha? O nie moja droga, to nie ten facet.
W końcu dotarła do pokoju asystentów. Zawołała Tomka, który już wiedział, że dzisiaj będzie pomagał Asi w śledztwie. Oboje udali się do samochodu, aby sprawdzić ostatnio znaleziony trop. Przyjaciel ofiary, z którym spędziła ostatnie godziny swojego życia, był ostatnią nadzieją na odkrycie tożsamości zabójcy.
- Ty też od niedawna tu pracujesz? - zapytała, nie odrywając wzroku od drogi
- Wróciłem po roku. Pracowałem tu kiedyś, ale...
- Wypadek? - pokręcił głową. Wspomnienia z feralnej akcji znów powróciły. Przed oczyma pojawiły się obrazki z tamtego wieczora, który skończył się tragicznie dla ich koleżanki, Agi. Ale teraz był silniejszy. Nie mógł dać się złamać. Przezwyciężył to już raz, więc i z widmem przeszłości da sobie radę. Przełknął ślinę i zaczął mówić.
- Zaangażowani byli w to niemal wszyscy z wydziału. Maćka od razu odsunęli, bo ma przecież rodzinę. Nikogo zresztą nie chcieli narażać, każdy mógł się wycofać. Mieliśmy zgarnąć najbardziej niebezpiecznego przestępcę w mieście. Był na samym szczycie przestępczego półświatka. Nikt nie miał odwagi się mu postawić. Zorganizowaliśmy zasadzkę. Ale on musiał o tym wiedzieć. Ktoś mu podpowiedział. Podobno szukali wtyki, ale nigdy jej nie znaleziono. Akcja pochłonęła pięć ofiar. Ukrywał się w takiej chatce, w lesie. Uciekł tylnym wyjściem. Agnieszka, która pracowała tu przed tobą, poszła za nim i poprosiła mnie, abym ją osłaniał. No i poszliśmy za nim. W międzyczasie, kiedy atecy otworzyli drzwi, wybuchła bomba. Zginęły cztery osoby – wstrzymał oddech, aby zebrać sobie w siłę na dalszą część opowieści. Joasia domyśliła się, kto jest piątą ofiarą. Jeśli Tomek siedział tu, obok niej, to musiała nią być Agnieszka.
- Szedłem za Agą, aż w końcu poczułem broń przy skroni. Było ich trzech. Nie miałem szans. Jednego bym powstrzymał to drugi by mnie zabił. Zabrali Agę do samochodu, a mnie postrzelili. Nad ranem wyrzucili zmasakrowane ciało przed komendę. Jeszcze żyła. Gwałcili ją i znęcali się. Obrażenia były zbyt poważne. W szpitalu stwierdzili zgon.
- Przykro mi – rzekła cicho, nie bardzo wiedząc co powiedzieć
- Fizycznie byłem gotów do pracy już po dwóch miesiącach. Ale psychicznie nie czułem się na siłach. Chodziłem do psychologa, aby znów odzyskać równowagę. Obwiniałem się za jej śmierć, nie potrafiłem spojrzeć w oczy Sebastianowi. Ona była jego narzeczoną, mieli plany, chcieli wziąć ślub, mieć dzieci... W końcu dotarło do mnie, że nie mogłem nic zrobić. Wróciłem silniejszy i wierzę, że jeszcze kiedyś będę miał okazję do wyrównania rachunków – zakończył swą opowieść. Odwrócił głowę, wbijając wzrok w szybę.
środa, 30 stycznia 2013
VI. Scen nr 16
Tak jak zdecydował wcześniej, ten wieczór spędzi w klubie z zamiarem zawiązania krótkotrwałej znajomości, obejmującej tylko najbliższe kilka bądź kilkanaście dni. Mógł też po prostu od razu pójść do burdelu, jednak miał dwa powody, które powstrzymywały go od takiego kroku. Po pierwsze, funkcjonariuszowi policji nie wypada. Fakt, nie miał wypisane na twarzy, że jest policjantem, ale w różnych miejscach zdarzało się przeprowadzać akcje. Kto wie czy jedna z nich w przyszłości nie odbędzie się w takim lokalu? Gdyby go wtedy rozpoznano, nie miałby odwagi spojrzeć w oczy kolegom. Po drugie, był całkiem przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną. Na brak zainteresowania kobiet nie mógł narzekać. Po co ma iść do tzw. „domów publicznych” jeśli może zapoznać dziewczynę, zauroczyć ją i szybko skonsumować znajomość?
Nie mógł skupić się na przygotowaniach do wyjścia. Jego myśli wciąż uciekały w stronę partnerki. Weszła tym snem w jego głowę i za żadne skarby nie chciała jej opuścić. Sebastian wściekał się, że nic z tym nie może zrobić. To było silniejsze od niego. Choć z drugiej strony to było nawet trochę przyjemne, ale jednak bardziej uciążliwe. W pracy dzisiaj był tylko po obecność. Do niczego się nie przydał, Asia musiała zająć się wszystkim sama. Trochę czuł się głupio z tego powodu, choć powinien od czasu do czasu dawać jej wolną rękę, aby zbierała doświadczenie.
Ocknął się dopiero po kilkunastu minutach marzeń o dziewczynie. Skarcił się w myślach za kolejne chwile zapomnienia, zgarnął klucze z blatu stołu, już niemal gotowy był do wyjścia... i wtedy zadzwonił dzwonek. Przeklął w myślach osobę za drzwiami, spodziewając się że po ich otwarciu zobaczy natrętną sąsiadkę, która pod pozorem pożyczenia szklanki cukru lub mąki wpraszała się do środka i sprawdzała co nowego u sąsiadów, o czym można by było poplotkować z koleżankami. Niechętnie, z irytacją wypisaną na twarzy nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Rurki na nogach? To raczej nie ta sąsiadka. Podniósł wzrok i dostrzegł smutną twarz Sylwii. Asystentka trzymała niewielką torbę podróżną w ręce. Sebastian natychmiast sztucznie się uśmiechnął. Odsunął się w drzwiach i wpuścił ją do środka.
- No i postanowiłam, że przyjdę do ciebie. Mogę u ciebie zostać? Kilka dni, potrzebuję trochę czasu, żeby stanąć na nogi – położyła swoją rękę na jego dłoni, spoglądając z nadzieją w jego oczy. Nie potrafiła nic z niego wyczytać. Cały czas siedział z kamienną twarzą, może nawet jej nie słuchał. W końcu przymknął oczy i przejechał ręką po czole. Jakby mu ulżyło. Nie wiedziała co to ma znaczyć, mimo że znali się od podstawówki. Przyjaźnili się już tyle lat, ale jakby nie znali się dobrze. Jak twierdziła, jego całej osobowości nie da się poznać. Tylko jedna kobieta będzie wiedziała o nim wszystko, ale absolutnie wszystko, żeby móc zrozumieć go bez słów. Ta jedyna, która jest mu przeznaczona i z nią spędzi najpiękniejsze lata swojego życia.
- Wiedziałem że ten Kamil to sukinsyn. Nie zrobił ci nic więcej? - zapytał z troską, odwracając głowę w stronę kobiety. Chciał się upewnić, że wyszła z tego cało. Zaprzeczyła. Przez chwilę utkwił wzrok w bieli sufitu, dziękując niebiosom, że na tym się to skończyło.
- Przygarniesz mnie? - zrobiła minę pełną nadziei i błagania, taką że nikt nie potrafiłby odmówić.
- Mam dwa pokoje, więc jakoś się pomieścimy.
- Dzięki – wstała z kanapy i przytuliła się do przyjaciela. Tak naprawdę to na chwilę obecną jego mogłaby nazwać mężczyzną swojego życia, mimo iż nigdy nie łączyło ich coś więcej. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że związek mógłby tylko zniszczyć to co zbudowali przez tyle lat. Nie było między nimi chemii. Przyjacielem może być każdy, to tylko od niego i od nas zależy, lecz miłość jest już nam przeznaczona. „Ten na górze”, jak to często nazywała Boga w swoich rozmyślaniach, układa dla każdego człowieka misterny plan, którego on nie jest w stanie pojąć. Musi się biernie poddać woli Boga, nawet jeśli nie jest to takie proste.
Ledwie wypuścił ją z ramion, dobiegło go pukanie do drzwi. Oboje pomyśleli o tym samym: Kamil ją odnalazł i chce zabrać z powrotem do domu. Spojrzała przestraszona na Sebastiana. Nie wiedziała co robić, jedyna droga ucieczki była niedostępna.
- Schowaj się – szepnął, zachowując spokój. Niewiele myśląc weszła do szafy, zapominając o bagażu, który zostawiła obok stołu. Komisarz obejrzał się za siebie, upewniając się że wykonała jego polecenie. Jeśli to jej mąż, z pewnością będzie chciał się rozejrzeć. Przekręcił zamek w drzwiach, ledwie je uchylił, a mężczyzna od razu go pchnął i wszedł do środka.
- Gdzie jest Sylwia? - zapytał, dysząc ciężko. Widać było, że jest wściekły. Gdyby została z nim sam na sam, z pewnością nie zdołałaby się obronić. Co z tego że jest policjantką, skoro musi poradzić sobie z dwukrotnie silniejszym mężczyzną, motywowanym do użycia siły przez zdenerwowanie? Nawet Sebastian miał wątpliwości, czy zdołałby mu podołać i wolał tego nie sprawdzać.
- Nie ma jej w domu? - teatralnie uniósł brwi, demonstrując udawane zdziwienie. Nie udało mu się nabrać Kamila. Talent aktorski tym razem nie zadziałał albo mężczyzna był na tyle zły, że nawet gdyby naprawdę nie wiedział co się dzieje z dziewczyną, to i tak by mu nie uwierzył.
- Ona tu jest! Wiem to!
- Ta, i może jeszcze tańczy dla ciebie? - zakpił Sebastian, nie spodziewając się konsekwencji. Kamil wymierzył mu siarczysty policzek, a następnie rzucił go na ziemię i dwukrotnie kopnął w brzuch.
- Gadaj do kurwy nędzy albo cię zatłukę! - złapał za kołnierz i pociągnął do góry
- Nie wiem – wykrztusił, tracąc oddech
- A weź spierdalaj – podniósł go i rzucił na ścianę – Sam ją znajdę.
Skierował swe kroki do salonu. Sebastian pomyślał że pobiegnie teraz do sypialni, weźmie broń i z jej pomocą pokona okropnego tyrana swojej przyjaciółki, lecz kiedy tylko zrobił krok w przód, poczuł silny ból w podbrzuszu i osunął się na podłogę. Nagle usłyszał krzyk Sylwii. Znalazł ją. To koniec.
Joasia poprosiła Rafała o adres Sebastiana, nie zważając na jego złośliwe komentarze i śmiechy. Ostatecznie dowiedziała się, gdzie mieszka jej partner i udała się tam. W jego zachowaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dotychczas odnosił się do niej z większą lub mniejszą niechęcią i z ograniczonym, jeśli już, zaufaniem. I ta nagła zmiana. Nawet jeśli już wcześniej był jakiś postęp w ich relacjach, to skąd taki gwałtowny progres ze strony Sebastiana. Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. Musiało coś się stać, co popchnęło komisarza w jej stronę. Chciała się dowiedzieć co to takiego.
Kiedy weszła na piętro, dostrzegła uchylone drzwi, a jej uszu dobiegł jakiś hałas. Położyła rękę na broni, pchnęła lekko drzwi i wślizgnęła się do środka. Pod ścianą zauważyła leżącego Sebastiana. Patrzył w jej stronę. Przyłożyła palec do ust, dając mu znak, aby milczał. Lekko poruszył głową. Dziewczyna wyciągnęła broń, mocno zacisnęła na niej dłonie i wzięła głęboki oddech. Serce biło jej jak oszalałe. Pracowała ledwie kilka dni w policji, a już taka akcja. A do tego w domu Sebastiana. To akurat nie robiło jej różnicy, gdyż i tak była tu po raz pierwszy. W końcu zdecydowała się wejść. Stanęła u progu z szeroko rozstawionymi nogami, jakby próbowała utrzymać równowagę. Wycelowała w mężczyznę, który właśnie otwierał szafkę.
- Zostaw to, policja! - krzyknęła do niego. Wystraszony wzdrygnął się i odskoczył w bok. Jej głos naprawdę zabrzmiał stanowczo i groźnie. Nawet Sebastian był pod wrażeniem. Nie spodziewał się że drobna, na pozór spokojna, młoda dziewczyna może wydać z siebie potężny okrzyk, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Na kolana, ręce na kark! Na kark kurwa! - podeszła do niego i kopnęła w rękę, aby uniósł ją wyżej. Z szafy wyszła roztrzęsiona Sylwia, rozglądając się niepewnie po pomieszczeniu.
- Skuj go – napotkała uspokojone już spojrzenie Joasi, która w wyciągniętej ku asystentce ręce trzymała kajdanki. Drżącymi rękoma wzięła od niej przyrząd i ze strachem spojrzała na męża.
- Zrób to, a pożałujesz.
- Zamknij mordę bo będziesz zęby zbierał po całym Krakowie! - tym razem rozbawiła mężczyznę. Gdyby nie to, że Aśka celowała do niego z pistoletu, nauczyłby tę jej piękną, krzykliwą buzię milczenia, a Sylwię zabrał do domu i tam się z nią rozprawił. Tymczasem musiał odpuścić. Pozwolił skuć się swojej żonie, która dopiero po dłuższej chwili się przełamała. Czuła, że robi coś wbrew sobie, czuła, że gorzko będzie tego żałować. Kamil był zdolny do wszystkiego. Teraz się o tym przekonała. Nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jakie myśli przechodziły w tej chwili przez jego głowę, jaką zemstę obmyślał na niej i Joasi, jakie tortury wymyślał dla swojej żony, aby już nigdy nie przyszło jej do głowy uciekać od niego.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
VI. Scen nr 15
- Dzień dobry, jesteśmy z policji – powiedziała Joasia, kiedy starsza pani na pierwszym piętrze otworzyła drzwi od mieszkania. Kobieta podejrzliwie zmierzyła ich wzrokiem. Sebastian gdzieś bujał w obłokach, nie zwracając na nic uwagi. Blondynka dopiero po chwili doznała olśnienia. Nie tracąc więcej czasu, wyciągnęła odznakę i wprosiła się do środka, ciągnąc za sobą partnera. Musiało to wyglądać z lekka zabawnie, bowiem nieufny wyraz twarzy staruszki natychmiast został zastąpiony przez promienny uśmiech. Od razu z ponurej i niemiłej osoby stała się życzliwą, gościnną gospodynią. Zaproponowała komisarzom herbaty i choć Asia gorączkowo odmawiała, co chwilę powtarzając, że są w godzinach pracy i przyjechali tylko na krótką rozmowę, ostatecznie musiała ustąpić. Kobieta postawiła im ultimatum: jeśli nie spróbują ciasta i nie wypiją herbaty, nie uzyskają od niej żadnych informacji.
- Naprawdę, bardzo dobry ten sernik. Moja babcia taki piekła. To były czasy – wspominał Sebastian, który i bez tego był dzisiaj całkowicie rozkojarzony. Co jakiś czas posyłał szczery uśmiech do partnerki, co wprawiało ją w zakłopotanie. Dziwnie się czuła w jego towarzystwie. Zaczynała coś podejrzewać. Nigdy nie był tak spokojny i uprzejmy. Tak nagle by się zmienił? Mało prawdopodobne.
- A pani smakuje? - dopiero po chwili dotarły do niej słowa gospodyni
- Yyy, tak, rzeczywiście bardzo dobre
- To może po jeszcze jednym kawałku? - nie czekając na odpowiedź, wstała z sofy. Pomimo protestów Joasi starsza pani wyszła do kuchni. Spojrzała znacząco na partnera, oczekując reakcji z jego strony. Wzruszył tylko ramionami. Był bezradny, podobnie jak ona. Jęknęła cicho i opadła na oparcie fotela.
Wracając na komendę stwierdziła, iż sama wizyta u kobiety trwała niemal godzinę. Targały nią mieszane uczucia. Z jednej strony martwiła się, że stary może być wściekły, jednak musiała przyznać, że rozmowa z sympatyczną staruszką była całkiem przyjemna i mogłaby trwać jeszcze przez kilka godzin. Jedyne co ją powstrzymywało, to praca. Ostatnie pięć minut poświęcili sprawie zabójstwa nastolatki. Jak powiedziała kobieta „dziewczyna nie miała wrogów, była dobrze wychowana, co wśród dzisiejszej młodzieży nie zdarza się zbyt często. Być może właśnie przez to ktoś jej nie lubił, choć z takim charakterem nie powinna mieć wrogów. Kto mógł być na tyle bezduszny, żeby mordować tak dobre dziecko?” Asia też nie potrafiła pojąć. Nie zastanawiała się jednak długo nad tymi słowami, gdyż nie wnosiły nic do sprawy. Istotny faktem było to, iż tego wieczora wyszła z kolegą do kina. On musiał coś wiedzieć. Raczej nie zostawił jej w środku miasta, powinien ją odprowadzić do domu, jak na mężczyznę przystało. Mógł coś zauważyć, nawet jeśli rozstali się pod klatką schodową.
- Sebastian, skup się! - krzyknęła poirytowana, kiedy po raz kolejny próbowała zwrócić jego uwagę na sprawę. Popatrzył na nią pytającym wzrokiem, zupełnie nie zwracając uwagi na jej zdenerwowanie. Opuściła ręce i westchnęła ciężko.
- Jedź do domu, i tak mi się do niczego nie przydasz – pokręciła głową zrezygnowana. Obie Anie i Rafał, także obecni w biurze, z zaciekawieniem patrzyli na rozwój wydarzeń. Ku zaskoczeniu wszystkich nie protestował. Podniósł się z krzesła, zabrał kurtkę z wieszaka i udał się w kierunku drzwi.
- Do zobaczenia Asiu. Cześć wszystkim – rzucił w drzwiach
- Cześć – odpowiedzieli mu chórem. Spojrzeli znacząco na koleżankę. Choć stała plecami do nich, czuła na sobie ich wzrok. Uniosła brwi ze zdumienia. Nie spodziewała się, że zwróci się bezpośrednio do niej. Nigdy tego nie robił. Kiedy kończyli jako ostatni, wychodził bez słowa. Czekał na jej odpowiedź. Odwrócił głowę w jej stronę. Zobaczyła w jego oczach coś, czego jeszcze do tej pory w nich nie dostrzegła. Tak jakby od niej zależał jego los, jakby ona mogła go przed czymś uchronić.
- Do zobaczenia – wykrztusiła w końcu, odzyskując panowanie nad sobą. Kąciki jego ust mimowolnie się uniosły. Po chwili zniknął jej z pola widzenia.
- Co mu jest? Uderzył się w głowę czy co? - popatrzyła zaniepokojonym wzrokiem po komisarzach. Traktowała to poważnie. Przecież takie nagłe przemiany nie biorą się z nikąd! Była już pewna. Coś się stało. Nie wiedziała jeszcze coś takiego, lecz obiecała sobie, że się dowie. Nie uzyskała odpowiedzi na pytanie. Każdy był nie mniej zaskoczony niż ona. Postanowiła pojechać po pracy do niego do domu i porozmawiać.
Nerwowo przekładała ubrania z szafy do niewielkiej torby podróżnej. Co chwilę spoglądała na zegarek, w obawie że nie zdąży przed czasem. Podjęła decyzję: odchodzi od męża. Nie może dłużej się biernie poddawać jego rozkazom i zachciankom, nie może pozwolić, aby ją nadal krzywdził. Ale dlaczego uciekała potajemnie, skoro i tak prędzej czy później dojdzie do konfrontacji? Musiałaby być naiwna, żeby wierzyć że jeśli wyjdzie z domu pod jego nieobecność, to nigdy już go nie spotka. Nawet jeśli nie będzie wiedział gdzie poszła, nadal wie gdzie pracuje i tam się zjawi. Może jednak lepiej rozmówić się z nim w cztery oczy niż przy wszystkich... Z drugiej strony to przy świadkach raczej nie odważy się jej uderzyć.
Przecież on mnie nie bije.
Tak, tak, jest wymarzonym księciem z bajki i nie możesz już doczekać się jego powrotu.
Na początku tak było.
Szkoda, że tylko na początku. Było pięknie, dopóki cię nie usidlił. Potem już wiedział że z nim będziesz, więc bajka stopniowo się zmieniała, poprzez serial obyczajowy, opowieść z dreszczykiem emocji i dramat aż w końcu stała się koszmarem.
Nieprawda. Nie jest mi z nim tak źle.
To dlaczego uciekasz?
Zakończyła dyskusję. Chyba pora już przestać się oszukiwać. Wewnętrzny głos trafił teraz w sedno sprawy. Dlaczego zawsze próbowała przekonać samą siebie, że Kamil to facet jej marzeń i jest z nim szczęśliwa? Sama nie wiedziała już dlaczego wytrzymała z nim tak długo. Przyzwyczajenie, strach czy może nadzieja na powrót do tej chemii z pierwszych dni, tygodni, miesięcy? Na pewno to nie była miłość. Skończyła się już dawno, dawno temu.
Chwila zawahania i... wrzuciła ostatnie ubrania do torby i zapięła zamek. Rzuciła okiem w stronę zegara. Dochodziła dziewiętnasta. Musiała się pospieszyć. Za chwilę usłyszy dźwięk otwierających się drzwi, co będzie oznaczało kolejną noc spędzoną z nim, kolejną noc cierpienia i kolejne wylane łzy. Nigdy więcej. Kim on był, żeby zasługiwać na to, żeby z jego powodu płakać? Nikim. Facet, który bije kobietę, to tchórz. Nie potrafi z nią rozmawiać, nie potrafi jej zrozumieć, dlatego używa siły, aby podporządkować ją sobie. Wtedy wzrasta jego poczucie pewności siebie i życiowej stabilności.
Zarzuciła bagaż na ramię i wyszła z mieszkania. Pokonała zaledwie dwa stopnie i stanęła jak wryta. Serce biło jej jak oszalałe. Starała się uspokoić oddech, aby nie przeszkadzać sobie w nasłuchiwaniu. Nie pomyliła się. Słyszała kroki, coraz wyraźniej. To był mężczyzna. Zbyt ciężki chód na kobietę. Od razu na myśl przyszło jej, że to Kamil. Spanikowana pobiegła schodami w górę. Zaczekała do momentu, kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwiami. Zapadła cisza. Ktokolwiek to był, wszedł już do mieszkania. Niewiele myśląc puściła się biegiem w dół, przyspieszając jeszcze, kiedy mijała swoje drzwi. Nawet po opuszczeniu bloku nie zwalniała tempa. Dopiero kiedy budynek zniknął jej z oczu, zwolniła tempo. Bieg przemienił się w szybki marsz. Nadal nie czuła się bezpiecznie, lecz czuła się już spokojniejsza.
- I dokąd ja teraz pójdę? - przeszło jej przez głowę. No tak, opracowując swój plan zapomniała o jednej istotnej rzeczy. Nie miała się u kogo zatrzymać! Jak mogła to przeoczyć! Przez chwilę chciała zawrócić i udać przed mężem że nic się nie stało, lecz to nie było dobre wyjście. Nie był głupi, z pewnością zaraz po wejściu do domu zauważy jej nieobecność, a kiedy zobaczy puste meble, wpadnie w szał. Nie było już odwrotu.
- Do Maćka nie pójdę, on ma rodzinę, nie będę zwalać się im na głowę. Z tego samego powodu muszę odrzucić jeszcze kilka osób – analizowała w myślach. Po ostatecznych wykluczeniach poszczególnych znajomych zostały jej cztery osoby: Joasia, Sebastian, Tomek i taka jedna Magda. Asi nie znała jeszcze zbyt dobrze, nawet nie wiedziała gdzie mieszka. Odpada. Do Tomka też nie pójdzie, brakowało jej odwagi. Nie dlatego, że był mężczyzną, lecz dlatego, że w podświadomości wiedziała, iż się jej podoba, nawet jeśli nie przyznawała się do tego przed samą sobą. Postanowiła spróbować pójść do Sebastiana, a w ostateczności poprosić o pomoc Magdę.
---------
Następna część ukaże się jutro.
niedziela, 27 stycznia 2013
VI. Scen nr 14
Marta z mieszanymi uczuciami słuchała historii opowiadanej przez córkę. Z jednej strony nie potrafiła zrozumieć, co skłoniło dziewczynę do sięgnięcia po narkotyki i do takiego a nie innego zachowania. Nic ją nie obchodziło, chciała tylko wiecznie uciekać od zmartwień, żyć beztrosko ponad stan, lekceważąc przy tym poważne sprawy. A przecież wydawało się, że już dojrzała! Najwidoczniej jeszcze niezupełnie. Ostatecznie kobieta cieszyła się, iż jej córka w końcu zrozumiała swoje błędy i postanowiła się poprawić. Nastolatka nie miała odwagi podnieść wzroku. Dopiero kiedy brunetka objęła ją ramionami, spojrzała jej w oczy. Nie wyglądała na złą. Dostrzegła mijające zaniepokojenie wymieszane z ulgą i radością. Mogła liczyć na wsparcie rodziny. Bez Maćka nie poradziłaby sobie w trudnej sytuacji. Nie potrafiłaby uratować Ewy. To on zachował zimną krew i wydał wyraźne rozkazy. Tylko dzięki temu wiedziała jak postępować. A teraz czuła jeszcze to ze strony matki. Cokolwiek by się nie działo, nie zostawią jej. Zawsze będą obok, zawsze spróbują pomóc. Nic nie zrekompensuje tego uczucia. Żadne pieniądze, żadne sztuczne wspomagacze takie jak narkotyki czy alkohol. Obiecała sobie, że już nigdy nie będzie brała. Choć od słów do czynów droga daleka, wiedziała że nie jest z tym sama i da sobie radę.
Maciek w tym czasie siedział w kuchni z workiem lodu na głowie. Trochę odczuwał ból po uderzeniu, jednak nie chciał się do tego przyznawać. Kiedy usłyszał czyjeś kroki, pospieszenie rzucił worek do zamrażarki i odwrócił się w stronę okna, udając zamyślonego. Poczuł jak czyjeś ręce oplatają jego szyję. Delikatnie podniósł rękę i położył ją na policzku Marty.
- Więc to Karolina dzwoniła, a nie z pracy, prawda?
- Przepraszam. Nie chciałem cię martwić, myślałem że lepiej będzie jeśli dowiesz się po fakcie – wyjaśnił, opuszczając głowę. Nie czuł się dobrze z tym kłamstwem. Ale wtedy pojechałaby z nim, na pewno by nie odpuściła. Taka już była. Uparta. Jak coś postanowiła, to nawet Maciek miał problemy z przekonaniem jej do zmiany zdania.
- Nie gniewam się.
- Źle się czuję – wymamrotał, przymykając oczy – Pójdę się położyć.
- To pewnie zmęczenie – uśmiechnęła się krzepiąco do męża, odprowadzając go wzrokiem
- Pewnie tak.
Nadal stała pod prysznicem. Choć jej mąż, Kamil, wyszedł z łazienki dobre kilka minut temu, ona cały czas poddawała się kojącemu działaniu zimnej wody. Chociaż nie, to było dobre tylko na obrażenia fizyczne. A ona była rozbita psychicznie. Nie czuła zimna, nie czuła nic. Za bardzo bolało ją wnętrze. Dusza? Tak, to była dusza. To nie taki dosłowny ból, ale sprawiał, że czuła się źle. W końcu zakręciła kurek z wodą, oparła się o ścianę i osunęła na kolana. Po chwili usiadła i rozpłakała się. Po prostu się rozpłakała. Pozwoliła płynąć łzom, jakby miały z niej zmyć wszystkie troski i zmartwienia. Gdyby Tomek to widział, na pewno nie pozwoliłby na jej krzywdę. I znowu cholera Tomek! Nawet w takim momencie! Coś musiało być na rzeczy...
Kolejne minuty mijały. Dwukrotnie uderzyła głową w kolana, po czym podniosła się do pozycji stojącej. Koniec tego. Nic w życiu nie zrobiła, przez co miałaby nie zasługiwać na szczęście. Dlaczego inni mają mieć wszystko czego pragną, a ona nawet okruchów z pańskiego stołu nie otrzyma? Życie nie jest sprawiedliwe. I nigdy nie będzie. Sama musi zadbać o swoje interesy. Musi zawalczyć. Owinęła się szczelnie ręcznikiem i spojrzała w lustro. Przemoczone włosy, opuchnięte od płaczu oczy i lekko sine usta. Mizerny obraz swojej osoby natychmiast odebrał jej wszelkie chęci. Motywacja uleciała z niej szybko niczym powietrze z przebitej opony. Opuściła ręce, wciąż wpatrując się w swoje odbicie. Zdawało jej się, że postać poruszyła ustami, gdy usłyszała wewnątrz ciała swój głos.
Jesteś nikim.
Nieprawda! Przecież Kamil nie chciałby się kochać ze mną, gdybym nie była dla niego atrakcyjna!
Dziewczyno, kiedy ty wreszcie zmądrzejesz? Przestań okłamywać samą siebie! Ty wiesz i ja wiem, że potrzebuje cię tylko do łóżka i nie dlatego, że jesteś ładna i seksowna, ale dlatego, że musi jakoś zaspokoić swoje żądze i pragnienia.
Równie dobrze może to robić z inną.
Poczekaj aż znajdzie idiotkę, która będzie chciała tak wulgarnego i agresywnego faceta.
Wcale taki nie jest!
Nie? Chciałaś uniknąć stosunku, a on? Miał to gdzieś! Wiesz jak to się nazywa?
Daj mi wreszcie spokój! Dlaczego się ode mnie najzwyczajniej w świecie nie odczepisz?!
Bo beze mnie nie ma ciebie, a bez ciebie nie ma mnie. Oboje tworzymy jedną całość. Sylwię Kalecińską.
- Mam dość – jęknęła, odwracając się na pięcie. Czuła, że jeszcze dzień lub dwa, może trzy i to wszystko się skończy. Kamil zabije ją, gdy usłyszy z jej ust informację o odejściu albo sama odbierze sobie życie, jeśli nie zdoła uciec.
Stała pod ścianą, sącząc wino. Wpatrywała się w niego swoimi uroczymi, niewinnymi niebieskimi oczyma. Przyciągała go wzrokiem jak magnes. Uśmiechała się zalotnie. Nie wytrzymał i rzucił się na nią. Wyrwał jej lampkę wina z dłoni, cisnął ją o podłogę. Opadli na łóżko. Całowali się namiętnie, próbując zdjąć z siebie ubrania. Zdołał pozbyć się jej bluzki, sięgał już do zapięcia stanika i...
Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Aśki nigdzie nie było. Poszła sobie? Tak wcześnie? Zaraz, zaraz... nie mógł sobie przypomnieć, co wydarzyło się dalej. Niemożliwe, żeby nie pamiętał ich wspólnej nocy! A może do niczego nie doszło? Nie, na pewno nie skończyło się na zdejmowaniu ubrań.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to tylko był sen. Oddychał głęboko, ukrywając twarz w dłoniach. Jeszcze nigdy żadna dziewczyna nie podobała mu się tak bardzo jak Joasia ze snu. Wyidealizowana? Cóż, wyglądała niemal identycznie jak w rzeczywistości. Nie wiedział tylko czy naprawdę tak dobrze całuje i czy ma naprawdę tak piękne ciało.
- Seba, kurde, opanuj się. To nawet nie jest koleżanka z pracy. Po prostu partnerka, wspólniczka... Jak zwał tak zwał – powiedział sobie w duchu, idąc do łazienki. Jednak ani przez chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym. Żałował, że nie obudził się kilka minut później. Dla dalszej części takiego snu warto byłoby zaspać do pracy.
- A gdyby tak naprawdę to przeżyć... - rozmarzył się, goląc dwudniowy zarost – Nie, Asia to nie jest dziewczyna na jedną noc. Skrzywdziłbym ją, a ona na to nie zasługuje... - nie wierzył, że to powiedział. Jeszcze tak niedawno życzył jej wszystkiego najgorszego! Niesamowite było, jak kobiety potrafiły działać na mężczyzn. Ta słabość kiedyś doprowadzi ich do zguby.
Kiedy tylko pojawił się w pracy, nie potrafił oderwać wzroku od partnerki. Faktycznie, była identyczna jak we śnie. I co najgorsze, jak wczoraj jej wygląd nie robił na nim żadnego wrażenia, tak dzisiaj musiał przyznać, że jest naprawdę ładna.
- Ubrudziłam się czy coś? - zapytała, utkwiwszy zdumione spojrzenie w postaci Sebastiana. Dopiero po chwili zorientował się, że od jakiegoś czasu bezmyślnie wpatruje się w Joasię. Właściwie to można powiedzieć, iż gapił się na nią. Zapewne gdyby wiedziała co mu się śniło tej nocy, czułaby się jakby rozbierał ją wzrokiem.
- Nie, tak tylko...
- Wszystko w porządku? Może powinieneś wziąć sobie wolne? - zasugerowała, podejrzliwie mierząc się wzrokiem. Szybko odwrócił głowę, w obawie że może coś wyczytać z jego oczu. Postanowił być bardziej dyskretny, skoro już musi nacieszyć się jej widokiem.
- Tak, tak, po prostu...
- Po prostu co?
- Nie, nic – w odpowiedzi dziewczyna westchnęła ciężko i pokręciła głową. Wróciła do poprzedniego zajęcia. Na szczęście niczego się nie domyśliła. Przez kolejne minuty zerkał na nią ukradkiem, tak aby tego nie zauważyła. Musiałaby być niesamowicie spostrzegawcza, aby to dostrzec.
- Chłopie, weź się w garść – powiedział sobie w końcu – Niczym nie różni się od innych dziewczyn – tłumaczył sobie, próbując hamować swoje wizje. Postanowił, że dzisiejszego wieczora pójdzie do klubu, zabawi się i poderwie jakąś dziewczynę. Wtedy powinno mu przejść.
- Aśka, Seba, mam coś dla was – z zamyślenia wyrwał go głos Bartka – Jedna z sąsiadek ofiary coś sobie przypomniała, może naprowadzi was na jakiś trop.
- Jedziemy – natychmiast zerwała się z fotela, z nadzieją że uda im się ruszyć ze sprawą – No dalej, nie ociągaj się tak – pośpieszyła Sebastiana, który zupełnie nie miał dzisiaj głowy do pracy. Wyglądało na to, że pierwszy raz inicjatywę przejmie blondynka.
--------
Następna część ukaże się jutro.
sobota, 26 stycznia 2013
VI. Scen nr 13
Przymknęła oczy, marząc aby jakaś niewidzialna siła zabrała z niej podnieconego chłopaka. Każde kolejne muśnięcie szyi jego ustami, potęgowało w niej obrzydzenie. Była tak wystraszona, że nie usłyszała dźwięku otwierających się drzwi. Nagle poczuła lekkość, Damian nie przygniatał jej już swoim ciężarem. Wstał? Może właśnie teraz się rozbiera, aby potem zedrzeć z niej ubranie i ją zgwałcić. Niepewnie otworzyła oczy. Z początku nie poznała postaci, której jeszcze przed chwilą nie było w pokoju, ale wyglądało to tak, jakby ten ktoś jej bronił. Chyba że miał inny powód, aby atakować chłopaka. Na jej twarzy zagościł niewielki uśmiech. Z ulgą stwierdziła, że tą osobą jest Maciek. Zasypał gradem ciosów Damiana, który nawet nie miał okazji do wyprowadzenia kontrataku. Kątem oka spostrzegła, że do pokoju wbiega dwóch innych. Oni mieli pilnować, aby nikt tu nie wchodził. Widocznie komisarz okazał się sprytniejszy. Jakoś to jej nie zdziwiło.
- Tato, uważaj! - krzyknęła, sięgając po poduszkę. Rzuciła nią w jednego z chłopaków, aby o zatrzymać. Maciek w tym czasie puścił zakrwawionego Damiana i zajął się kolejnym napastnikiem. Unikał jego ciosów, wstrzymując atak. Postanowił najpierw go zmęczyć, a potem bez większych trudności pokonać. Karolina w tym czasie podbiegła do drugiego zamachnęła się ręką i... w ostatniej chwili ją wstrzymała, nim zdążył złapać ją za nadgarstek. Ojciec wiele razy powtarzał jej, że nie siła odgrywa najważniejszą rolę, lecz głowa. Trzeba uwierzyć w swoje możliwości i wykazać się sprytem. Tak też postąpiła. Spodziewała się, że spróbuje zatrzymać cios, lecz mimo to podniosła na niego rękę. Po co? Odwróciła jego uwagę, by spokojnie móc wyprowadzić cios w brzuch. Chłopak zgiął się w pół i upadł na podłogę. Dla pewności kopnęła go jeszcze dwukrotnie i odwróciła głowę w drugą stronę. Maciek właśnie spoglądał na leżącego na podłodze przeciwnika, gdy Damian, lekko się chwiejąc, rozbił na jego głowie butelkę po winie. Nie zdążyła go ostrzec. Otworzyła usta i z przerażeniem patrzyła jak jego ciała pada bezwładnie obok chłopaka. Rzuciła się w tamtą stronę, lecz kiedy brakowało już kilka centymetrów, poczuła jak czyjeś ręce łapią ją w pasie.
- Teraz mi nie uciekniesz – złapał jej głowę i zamknął usta pocałunkiem. Nie pozwalał jej się oderwać. Zaczęła delikatnie oddawać pocałunki, co spodobało mu się. Był niemal pewien że mu uległa, więc opuścił jedną rękę, żeby wsadzić ją pod sukienkę dziewczyny. Nie zdążył nawet podwinąć materiału, kiedy z całej siły ugryzła jego wargę, po czym odskoczyła w bok. Na szczęście pozostali dwaj nie byli już zdolni do walki. Nawet nie podnosili się z podłogi, postanowili w bezruchu przeczekać ból. W pojedynku sam na sam nie jest bez szans. Może się przed nim obronić.
- Ty suko! - krzyknął, łapiąc się ręką za usta. Drugą sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej scyzoryk. Karolina obejrzała się szybko za siebie. Uciekłaby, ale... ale nie mogła zostawić tutaj ojca. W drugim pokoju pozostała część młodzieży bawiła się w najlepsze, nieświadomi do czego dochodzi tuż za ścianą. Przynajmniej takie wnioski wysnuła z faktów, iż muzyka ani na chwilę nie przestała grać i do tej pory nikt inny nie zjawił się tutaj. Cofała się powoli, aż w końcu napotkała na ścianę. To koniec!
Czas upływał, a Sylwia wciąż siedziała w fotelu, wpatrując się w jeden i ten sam niewidoczny punkt. Sama nie wiedziała jak to się działo, ale ostatnio coraz częściej myślała o Tomku. Cokolwiek miała do rozważenia, zawsze kończyło się na nim. Był inny niż wszyscy faceci, których dotychczas spotkała. Od pierwszego dnia wywarł na niej duże wrażenie. Widać było, że naprawdę szanuje kobiety, jest sympatyczny i przyjazny. Potrafi wysłuchać i pocieszyć, zawsze stara się zrozumieć. Tego brakowało jej u płci przeciwnej. Z góry zakładali, że z kobietą nie można się dogadać, ponieważ różnice są zbyt wielkie. Małżeństwo to tylko partnerski układ, który ma na celu ułatwić życie obu stronom, a miłość to po prostu wybranie tej jednej osoby, która będzie miała u ciebie specjalne prawa, o których reszta może tylko pomarzyć. Mogła bez końca przypominać sobie jego wygląd, uśmiech, głos czy zachowanie. Chciałaby bliżej go poznać. Ale czy on też tego chce?
Dlaczego nie zaprosisz go na kawę?
Bo to facet umawia się na randki z kobietami a nie odwrotnie?
No i co z tego? Czy to już powód, aby rezygnować z faceta, który Ci się podoba?
Tomek mi się nie podoba. To fajny facet i dobry kumpel.
Przestań się okłamywać. Zawsze przed snem wyobrażasz sobie jakąś scenkę z wami w roli głównej i wszystko dąży do tego, żebyście byli razem.
To nic nie znaczy.
Nic? To co, książkę piszesz? Serial nagrywasz?
Zamknij się.
I znowu ten głos. Kiedy brakowało jej argumentów pozostawało niezbyt miłe „zamknij się”. Tylko tak mogła wtedy go uciszyć. Pragnęła zmian w swoim życiu, lecz jednocześnie się ich bała. Nie miała szczęścia z mężczyznami, a do bólu i cierpienia, jakie dostarczała jej obecna sytuacja, była już przyzwyczajona i potrafiła przełknąć jakoś tę gorzką pigułkę. Nie wiadomo dokąd prowadziła nowa droga. Co jeśli tam nie da rady? Co jeśli czeka ją prawdziwe piekło? Westchnęła ciężko i podniosła się do pozycji stojącej. Weszła do kuchni i aż podskoczyła, kiedy ujrzała w niej swojego męża. Szklanka wypadła jej z dłoni i rozbiła się na drobne kawałki o podłogę.
- Nie przywitasz się ze mną? - mruknął niespokojnie i podszedł do kobiety. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Nie wiedziała czego się spodziewać. Stanął przed nią i czekał. Wiedziała czego oczekuje. Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
- Teraz lepiej. Co ty taka... nieswoja?
- Ciężki dzień w pracy, nie najlepiej się czuję. Posprzątam to i pójdę wziąć prysznic.
- Dobrze, zaraz do ciebie dołączę – rzucił, ponownie zasiadając za stołem
- Nie! - wyrwało się jej, nim zdążyła ugryźć się w język. Spojrzał na nią znacząco. Zrozumiała, że nie zniesie sprzeciwu. Spuściła głowę i przymknęła oczy. Nie potrafiła ukryć swojej słabości. Potrzebowała mężczyzny, który okazałby jej wsparcie, obroniłby ją. Na próżno jej było szukać tego w ramionach męża. Kiedyś był inny. Kiedyś naprawdę mu na niej zależało. Teraz stała się dla niego nic nie znaczącą szmatą, której potrzebował tylko do łóżka lub kiedy musiał się na kimś wyżyć. Poczuła się jak dziwka. Musiała być na każde jego skinienie palcem i wykonywać wszystkie polecenia. Z tym że nie dostawała za to pieniędzy.
- Jeśli chcesz... będę czekać w łazience.
- Powiedz jak bardzo mnie pragniesz – cały czas postępował do przodu. Dziewczyna dostrzegła, że Maciek odzyskał przytomność i właśnie się podnosi. Nie dała nic po sobie poznać. Miała tylko nadzieję, że zdąży jej pomóc. Odległość między nią a Damianem zmniejszyła się już tylko do dwóch kroków. Musiała zagrać na czas. Niewiele myśląc machnęła nogą, jakby chciała go kopnąć. Nie przewidziała tylko jednego. Chłopak złapał ją za stopę i ani myślał puścić. Coraz trudniej było jej utrzymać równowagę, aż w końcu pociągnął za nogę do siebie, przez co dziewczyna upadła. Pochylił się nad nią. Nie bała się. Już nie, gdyż wiedziała że Damian nie zdąży jej skrzywdzić. Maciek mu na to nie pozwoli. Nie tylko z powinności zawodowej, ale dlatego, że jest jego córką. Naprawdę ją kochał i obroni ją, choćby sam miał zginąć. Na szczęście sytuacja nie była na tyle dramatyczna, żeby ważyły się losy czyjegoś życia. Chłopak wyciągnął już rękę, kiedy poczuł silny ból z prawej strony twarzy i stracił równowagę. Upadł obok dziewczyny. To Maciek go kopnął. Mężczyzna pomógł Karolinie wstać i wziął ją w ramiona.
- Cała jesteś? - zapytał z troską, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów
- Nic mi nie jest – zapewniła – Dzięki tobie – wyszeptała mu do ucha
- Chodźmy stąd – wyprowadził ją na zewnątrz. Zauważył że drży. Nic dziwnego, w końcu ten wieczór przeżyła tyle wrażeń, że wystarczy jej chyba na najbliższe pół roku albo i więcej. Objął ją ramieniem, idąc do samochodu.
- A ty jak się czujesz? Mocno oberwałeś
- E tam – machnął znudzony ręką – Nie pierwszy raz dostaję czymś w głowę. I zapewne nie ostatni.
- Trzeba to wszystko wyjaśnić mamie, prawda? - pokiwał twierdząco głową – Proszę, nie mów jej że próbowali mnie... skrzywdzić
- Też myślę, że powinniśmy jej oszczędzić trochę nerwów. Ona tylko udaje twardą, a w środku jest delikatna i wrażliwa. Nigdy się nie przyzna do swojej słabości, nawet jak po niej to widać, będzie iść w zaparte. Ty też. Masz to po niej.
- Cieszę się, że mam takiego ojca – wtuliła się mocno – Jesteś najlepszym tatą na świecie
- A ja się cieszę, że mogę nim być – powiedział wzruszony, mając w pamięci wydarzenia sprzed kilkunastu lat.
--------
Następna część ukaże się jutro.
czwartek, 24 stycznia 2013
VI. Scen nr 12
Maciek siedział na kanapie, rozkładając się wygodnie i upajając się wizją spędzenia miłego wieczoru w towarzystwie żony. Zamierzali obejrzeć wspólnie film, tak dawno tego nie robili. Po niedługiej dyskusji zdecydowali się na „Goldeneye”, czyli jedną z wielu przygód Jamesa Bonda. Kobieta krzątała się jeszcze po kuchni, przygotowując przekąski, kiedy w kieszeni komisarza zaczął wibrować telefon.
- Tylko nie to... – przeszło mu przez myśl. Nie patrząc na wyświetlacz, odebrał połączenie i natychmiast przystawił telefon do ucha.
- Tato, ona nie oddycha! - usłyszał rozpaczliwe wołanie córki. Aż zerwał się na równe nogi, kiedy dotarły do niego te słowa. Nie było czasu na przemyślenia czy pytania, co mogło się wydarzyć, co się dokładnie teraz dzieje.
- Sprawdziłaś dokładnie? Przystąp do resuscytacji krążeniowo-oddechowej – powiedział chłodnym tonem, nie okazując zdenerwowania. W środku był jednym wielkim kłębkiem nerwów, jednak nie mógł dać po sobie tego poznać. Co prawda zdarzało mu się znaleźć w sytuacji, kiedy musiał ratować czyjeś życie, ale nigdy nie była w to zamieszana jego córka. Nawet nie wiedział jeszcze w co.
- Przyjedź, błagam! - krzyknęła, szlochając
- Podaj adres – głęboko oddychał, starając się być cierpliwym. Czas grał jednak na jego niekorzyść.
- Karolina, podaj mi adres! - upomniał się po chwili milczenia
- Prusa 18.
- Będę za dziesięć minut. Wezwij karetkę, numer 112. Zrób jej sztuczne oddychanie. Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy. Zrób to! - rozkazał, po czym rozłączył się i wybiegł do przedpokoju.
- A ty dokąd? - Marta oparła się o ścianę, piorunując męża wzrokiem. Przecież jej obiecał, że ten wieczór spędzą razem! Ale nie mógł zostawić Karoliny samej. W jej głosie słyszał przerażenie i rozpacz, musiał tam jechać. Wiedział, że to co teraz powie, zaboli ukochaną, jednak nie chciał jej denerwować. Po prostu wybrał mniejsze zło. Gdy będzie już po wszystkim, przyzna się, przeprosi i wyjaśni.
- Idioci... potrzebują mnie na komendzie, bo coś schrzanili – udał zdenerwowanie, aby wyglądać wiarygodnie – Przepraszam, obiecuję że ci to wynagrodzę.
- O ile cię znowu nie ściągną... - Maciek puścił jej komentarz mimo uszu. Zarzucił na siebie kurtkę, włożył ręce do kieszeni, aby sprawdzić ich zawartość, po czym wybiegł z domu. Osiedle bloków przy ulicy Prusa znajdowało się nie tak daleko stąd. Jeśli nie będzie dużego ruchu, faktycznie dotrze tam w zapowiedziane dziesięć minut. Nie zastanawiał się, skąd Karolina tam się wzięła, co takiego się wydarzyło i o kim mówiła. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu, aby jej pomóc i wesprzeć.
W tym samym czasie u Sylwii w domu panowała ponura atmosfera. Od kilku dni nie potrafiła dogadać się z mężem. Cały czas się kłócili, mężczyzna bywał bardziej agresywny niż kiedykolwiek, zaś ona starała się unikać kontaktów z nim. Zaczynała się go obawiać. To już nie był ten sam człowiek, za którego wyszła za mąż przed laty, któremu ślubowała miłość i wierność przed ołtarzem. Nie wiedziała już czego można się po nim spodziewać, stał się jej zupełnie obcy, nie było już między nimi „chemii”. Siedziała w fotelu, popijając herbatę i rozmyślając o wielu sprawach. Przede wszystkim o tym, jak dalej potoczy się jej życie. Zastanawiała się, czy nie powinna odejść od męża, jednak ślub kościelny do czegoś zobowiązywał. Była z nim związana na całe życie, nie może go opuścić. Westchnęła ciężko i spuściła głowę. Mimowolnie jej wzrok powędrował na opatrunek na ręce. Nie, to nie było poparzenie, jak powiedziała kolegom w pracy. Po prostu nie chciała się przyznać do prawdy. Trudno jej samej było to zaakceptować, cały czas wmawiała sobie że to wypadek. Wyglądało to na celowe działanie ze strony męża, kiedy po kolejnej kłótni zaczęli się szarpać, a ona, zyskując przewagę, nagle została draśnięta nożem. To miało być ostrzeżenie.
- Nie próbuj się buntować! Żona ma słuchać męża! - słyszała jego surowy ton, jakby właśnie w tej chwili wypowiedział te słowa. Nie mogła uwierzyć, że jej ukochany aż tak bardzo się zmienił. Nie mogła uwierzyć, że byłby zdolny zrobić jej krzywdę. Pokręciła głową.
- Nie, on taki nie jest – wmawiała sobie, twierdząc że każdy czasem daje ponieść się emocjom. Nie zdawała sobie sprawy, że z każdym dniem wyglądało to coraz gorzej. Mężczyzna stawał się tyranem, a ona podświadomie czuła, że obecna sytuacja się jej nie podoba i nie czuje się dobrze w tym związku. Nie miała jednak na tyle odwagi, aby to zmienić.
- Karolina! - zawołał Maciek, wyskoczywszy z samochodu. Dostrzegł ją pod niewielkim krzewem, klęczała, pochylając się nad kimś. Podbiegł do niej, zdjął z siebie kurtkę i przykrył nią nieprzytomną dziewczynę.
- Musimy zapewnić jej utrzymanie temperatury ciała – wyjaśnił, czując na sobie wzrok nastolatki. Podniosła się z ziemi i wtuliła w ramiona ojca.
- Tak się cieszę że cię widzę – wyszeptała – Ja... po prostu...
- Już, spokojnie – delikatnie głaskał ją po włosach, czując jak drży ze strachu. Nie wiedział czego bardziej się bała: konsekwencji czy martwiła się o życie przyjaciółki?
- Później będziesz się tłumaczyć. Zrobiłaś tak ci poleciłem? - na chwilę odsunął się i spojrzał jej prosto w oczy. Pokiwała głową, powstrzymując łzy.
- No już, będzie dobrze. Karetka pewnie zaraz przyjedzie, zabiorą ją i tam się porządnie nią zajmą. Wyjdzie z tego, zobaczysz.
Zaprowadził Karolinę do samochodu, a sam zajął się poszkodowaną do czasu przyjazdu karetki. Krążył nerwowo dookoła, kiedy sanitariusze brali dziewczynę na nosze i przenieśli ją do pojazdu. Lekarz zadawał mu różne pytania, starał się na nie cierpliwie odpowiedzieć, lecz nie mógł wiele pomóc. Od Karoliny niewiele wyciągnął, roztrzęsiona dziewczyna musiała najpierw ochłonąć. Mógł tylko przypuszczać, że przedawkowała narkotyki. Taką wstępną diagnozę postawił lekarz.
- Uratowałaś jej życie – zwrócił się do córki, wsiadając do swojego samochodu. Dziewczyna siedziała ze spuszczoną głową, zupełnie nie reagując na słowa ojca. W głębi duszy cieszyła się, że udało się jej pomóc Ewie, lecz z drugiej strony była wściekła. Na siebie, że nie zatrzymała jej, kiedy obie dopiero zaczynały brać narkotyki. Miała więcej oporów niż ona, powinna nie ulegać tak łatwo. Potem obie ciągnęły siebie nawzajem w głąb tego bagna, raz jedna, raz druga przejmowała inicjatywę. Dzisiaj nastąpił punkt kulminacyjny. Ewa omal nie upadła na dno, omal nie umarła przez to świństwo. I jeszcze zachowanie chłopaków. Zamiast jej pomóc to wystawili ją na dwór, na niemal pewną śmierć. Nie była z siebie dumna, że jako jedyna zareagowała, bo przecież tak powinien postąpić normalny człowiek.
- Przepraszam – powiedziała cicho, nie mając odwagi podnieść wzroku – Brałam, cholera, przysparzając wam problemów. Chcieliście mnie chronić, ale nie, ja głupia musiałam wiedzieć lepiej i pchać się w to cholerstwo.
- Człowiek popełnia błędy po to, żeby wyciągnąć z nich wnioski i postępować mądrze w przyszłości. Najgorzej, kiedy ich nie widzisz.
- Poczekaj, muszę jeszcze coś załatwić – natychmiast wyprostowała się i zacisnęła dłonie w pięści. Nie mogła dłużej w sobie tego dusić. Musiała wygarnąć wszystko tym gówniarzom, którzy chcieli w najprostszy sposób pozbyć się kłopotu, narażając życie jej przyjaciółki. Chciała wykrzyczeć im prosto w twarz, jacy są głupi i beznadziejni.
Tam na górze, w mieszkaniu, impreza trwała najlepsze. W otwartych drzwiach od toalety stała półnaga dziewczyna, całująca się z chłopakiem. Nie zwróciła na nich uwagi. Szukała dalej. W salonie, gdzie balowała większość zaproszonych osób, także nie znalazła gospodarza. To on kazał wynieść Ewę z mieszkania. To on odmówił jej pomocy. Najchętniej kopnęłaby go w krocze. A może nawet to zrobi, jeśli zacznie ironicznie śmiać się jej prosto w twarz. Tego na pewno nie wytrzyma. Nacisnęła na klamkę drzwi od sypialni i pchnęła je mocno do przodu. Uderzyła nimi jednego z chłopaków. Nie przejęła się tym. Zmrużyła oczy, wzięła głęboki oddech i pewnym krokiem weszła do pomieszczenia.
Stanęła na środku, naprzeciw Damiana. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Na twarzy chłopaka pojawił się ironiczny uśmiech.
- Głupia jesteś. I naiwna – zamachnęła się, aby go uderzyć, lecz ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się w jego stronę. Próbowała się uwolnić, lecz nie dawała rady. W pewnej chwili poczuła jak czyjaś dłoń zaciska się na jej pośladku.
- Zostaw mnie! - wolną ręką uderzyła go w twarz. Trzeci z chłopaków złapał i natychmiast wykręcił jej rękę. Jęknęła z bólu. Przerażonymi oczyma obserwowała Damiana. Nie miała najmniejszych szans. Dwóch młodych i silnych, może trochę osłabionych po zażyciu narkotyków, trzymało ją za ręce, uniemożliwiając jej obronę. Wiedziała co się za chwilę stanie. Wiedziała że jest bezbronna. Że też musiała tutaj wrócić! Przeklinała w myślach swoją porywczość.
- Chcesz się bawić? Dobra! - uśmiechnął się szyderczo. Skinął lekko głową, dając znak swoim kumplom. Rzucili ją na łóżko. Zdążyła tylko przewrócić się na plecy. Damian natychmiast położył się na niej, przygniatając ją swoim ciężarem ciała. Oddychała niespokojnie, czując obrzydzenie wywołane bliskością chłopaka.
- Pilnujcie, aby nikt tu nie wchodził – rozkazał kompanom. Obaj wyszli z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Została sam na sam z napastnikiem. Starała się przypomnieć jak najwięcej chwytów, których uczył jej ojciec, lecz żaden z nich nie był teraz możliwy. Chłopak trzymał ją za nadgarstki.
- Puść...
- Nie tak szybko. Zabawa się dopiero zaczyna – zaśmiał się, po czym złożył pocałunek na jej szyi. Skrzywiła się, tracąc resztki nadziei na uratowanie się.
--------
Stary, wredny qwerty wie kiedy przerwać, co? Następna część w sobotę.
środa, 23 stycznia 2013
VI. Scen nr 11
Piątek, ósma piętnaście. Kolejny dzień śledztwa. Joasia i Sebastian po przesłuchaniu zatrzymanych, którzy gorączkowo zapewniali o swojej niewinności, stanęli w miejscu.
- Wiesz, mówiłem im że wspólnik wsypał, żeby zaczęli mówić wszystko, byle się ratowali. Taka podstawowa nasza sztuczka wykorzystywana w przesłuchaniach – wyjaśnił swojej partnerce.
- Rozumiem. Sprytne – uśmiechnęła się lekko w jego stronę. Zdawało się, że ustępował. Nie był już tak bardzo przekonany co do braku kompetencji Asi, wymaganych do pracy w policji. Może zmienił już zdanie? Może pogodził się z myślą, że będą razem pracować.
- Nadal uważasz, że się nie nadaję do pracy w policji? - postanowiła dowiedzieć się, pytając wprost. Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał zdumiony na blondynkę. Z każdym dniem nabierała pewności siebie. Jeszcze trzy dni temu nie odważyłaby się zadać takiego pytania.
- Jestem tylko człowiekiem, mam prawo do pomyłki. Być może jednak będzie z ciebie dobra policjantka – przyznał, o dziwo nie odwracając wzroku. W wyrazie jego twarzy nie dostrzegła zawodu ani ukłucia żalu. Raczej nie przejmował się swoją pomyłką, a po wczorajszej porażce już się pozbierał. W końcu to nie powód do zmartwień.
- Co nie znaczy, że nagle zacznę cię lubić – zaznaczył, przypominając o swej niechęci wobec dziewczyny. Nie była ona już tak bardzo widoczna, z zewnątrz zdawałoby się że wreszcie się dogadali. Po części tak, ale dopiero uczyli się współpracować ze sobą, poznawali siebie, żeby móc wiedzieć jak bardzo można liczyć na wsparcie partnera w trudnych akcjach, a w jakim stopniu trzeba poradzić sobie samemu.
- A może jeszcze raz porozmawiamy z rodziną ofiary? - zmieniła temat, nie chcąc doprowadzać do kolejnej kłótni.
- Myślisz że coś przeoczyliśmy? - popatrzył na nią z ukosa. Trochę się zlękła tego spojrzenia, jednak wzięła się w garść i wyjaśniła.
- Byli w szoku, nie mieli głowy do rozmów z policją. Może teraz, kiedy ochłonęli, coś sobie przypomną, powiedzą coś więcej... I tak stoimy w miejscu, nie mamy żadnego tropu. Stanęliśmy w miejscu, więc zamiast bezczynnie czekać na znak z niebios, możemy upewnić się że jak do tej pory zrobiliśmy wszystko.
- Intuicja? - rzucił kpiąco, odwracając głowę w stronę okna
- Nie, myślenie. Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby pójść naprzód.
- Dobra, weź sobie Tomka czy innego asystenta i się cofnij – rzucił w jej stronę. Otwierała już usta, aby zapytać o jego rolę w tym czasie, lecz zdołał ją uprzedzić.
- A ja pójdę w bok. Mianowicie, zamierzam pogadać z jej znajomymi. Może od nich się coś dowiem.
- Dobra. To do zobaczenia później – rzekła w drzwiach. Sebastian odkrzyknął jej coś na pożegnanie i przeciągnął się. Studenci zaczynali zajęcia dopiero około dziesiątej, jedenastej. Miał więc jeszcze dużo czasu, nim pojedzie na uczelnię. Postanowił wyskoczyć na chwilę do sklepu, kupić coś na drugie śniadanie, a potem wypić spokojnie kawę. Mógł sobie na to pozwolić, wypełnianie raportów nie było dzisiaj jego obowiązkiem.
Gdy wrócił kilka minut później na komendę, zdążył zjeść śniadanie, wypić kawę i solidnie odpocząć przed rozmową ze znajomymi ofiary. Kiedy już zamierzał wyjeżdżać, z korytarza „zgarnęła” go Ania. Podekscytowana kobieta wręcz wepchnęła bezbronnego i zaskoczonego Sebastiana do kuchni. Rozejrzała się dookoła, upewniając się iż nikogo nie ma na korytarzu, po czym zamknęła drzwi.
- Anka, do jasnej cholery, co to ma znaczyć? - nie ukrywał swojego zdenerwowania. Kobieta tryskała energią i dobrym humorem, który jakoś nie udzielał się pozostałym. Jemu także nie, ale to zapewne dlatego, że nie rozumiał zachowania dziewczyny i nie znał przyczyny. Zbliżyła się do niego, jedną ręką objęła za szyję, a drugą przysłoniła usta, jakby obawiała się, że ktoś może odczytać słowa z ruchu warg.
- Mam genialny pomysł – szepnęła mu na ucho
- A co ja mam do tego? - powiedział obojętnym tonem, nie zwracając uwagi na próby zachowania pozorów przez Ankę. Już zapomniał jak oboje dogadywali się w sprawie usunięcia Aśki z komendy, kiedy jeszcze tak bardzo mu przeszkadzała. Stało się tak jak przewidywał Maciek: z czasem się przyzwyczai. Może to nie było do końca tak jak myślał komisarz, bowiem rozmawiali ze sobą tylko o sprawach zawodowych, jednak lepsze to niż milczenie czy notoryczne kłótnie. Chociaż niewykluczone że to dopiero początek. Nie wiadomo jak ich relacje będą wyglądać za miesiąc, dwa czy za rok. Jak na razie ulegały poprawie, co wyszło na dobre im, ale także i otoczeniu.
- Wiem jak się pozbyć Aśki! - klasnęła w dłonie podekscytowana. Omal nie popadła w samozachwyt po wymyśleniu jakże chytrego planu, który miał na celu doprowadzić do przeniesienia lub nawet rezygnacji młodej policjantki. Ale nie przyszła mówić tu o geniuszu swojego umysłu. Nie miała przecież wiele czasu, w każdej chwili ktoś mógłby przyjść do kuchni i nie daj Boże usłyszeć mniej lub bardziej istotny fragment rozmowy.
- Udasz że ją polubiłeś, zaczniesz być dla niej miły i uprzejmy, staniesz się jej przyjacielem, bratnią duszą. Rozkochasz ją w sobie, będziesz facetem jej marzeń! A wtedy... - wzięła głęboki oddech – Wtedy ją porzucisz. Z czułego i kochającego narzeczonego staniesz się raniącym potworem. Każdego dnia będzie musiała patrzeć na ciebie, co będzie jej przypominać o ranach w jej sercu i potęgować ból. W końcu nie wytrzyma i ucieknie – zacierała ręce, na samą myśl o skutkach takiego postępowania. Spodziewała się aprobaty i pochwały ze strony Sebastiana. Tylko on mógł się na to zgodzić. Lecz nie tak zareagował mężczyzna. Nie tego oczekiwała. Ku jej zaskoczeniu pokręcił przecząco głową. Odmówił! Ale jak?! Dlaczego?! Przecież to taki świetny plan! Niemal gwarantował sukces, pod warunkiem że kontrolowałby swoje emocje.
- Nie jestem taki. Nie krzywdzę celowo innych... No może poza przestępcami.
- Co w tym złego? Cel uświęca środki! - złapała go za ramię, lecz natychmiast ją odepchnął
- Anka, chciałabyś żeby coś takiego ciebie spotkało? Na uczuciach się nie gra! To najgorsze świństwo, jakie komukolwiek można zrobić! Prędzej ją pobiję niż rozkocham i porzucę!
- Przecież ty nie podnosisz ręki na kobiety – zauważyła brunetka
- Więc nie zrobię także i tego.
- Kurde, Seba! Co z tobą?! Chcesz się jej pozbyć czy nie? - utkwiła wzrok w jego zagubionym spojrzeniu. Niepotrzebnie się w to wplątał. Po co mu to było? Wystarczyło trochę cierpliwości, poczekać kilka tych dni. Żałował pochopnie podjętej decyzji. Ale czasu nie można cofnąć. Jeśli wdepniesz w gówno, musisz je potem zdrapać z podeszwy. Nikt za ciebie tego nie zrobi.
- Nie przeszkadza mi już tak bardzo. Nie muszę jej lubić, aby móc z nią pracować. Potrzebuję partnerki a znaleźć nie jest łatwo. Stary pół roku czekał aż się pozbieram i kolejne pół szukał. Mam czekać jeszcze sześć miesięcy czy cholera wie ile? Nie chcę siedzieć cały czas w raportach albo być pomocnikiem. Kiedyś prowadziłem śledztwa i nadal chcę to robić. Bez partnerki to niemożliwe. Aśka okazała się być w porządku – urwał na chwilę, opuszczając głowę. Nie mówił tego tylko dlatego, aby wybrnąć ze spisku z Anką. Naprawdę tak myślał. Przekonał się, że jest w stanie z nią pracować. A że prywatnie ma coś do niej... To już nie ma znaczenia. Nie każdy kto pracuje na komendzie musi być jego przyjacielem.
- Nie wierzę w to co mówisz... - wykrztusiła zdumiona. Kto jak kto, ale Sebastian był chyba najbardziej uparty wśród komisarzy.
- Spróbuj tylko zrobić jej krzywdę... a będziesz miała do czynienia ze mną – bez mrugnięcia okiem odwrócił się na pięcie i ruszył ku drzwiom. Nacisnął klamkę, pociągnął do siebie... Zamarł. U progu z kwaśną miną stała Joasia. Domyślił się, że musiała słyszeć znaczną część ich rozmowy. Nie próbował się tłumaczyć. To nie miałoby sensu. Zawinił i nie będzie się wypierał. Nie będzie zmywał z siebie winy tanimi wymówkami.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie dowiedzieliśmy się nic nowego – rzuciła cicho, po czym natychmiast odeszła. Przez chwilę zawahał się czy nie pobiec za nią, lecz zrezygnował z tego pomysłu. Kiedy ochłonie po tym co usłyszała, będzie mogła dokładnie przemyśleć jak z nim rozmawiać, czy w ogóle rozmawiać. Zamierzał ją przeprosić, lecz teraz, mogłaby odrzucić przeprosiny pod wpływem emocji. Zrobi to później.
Wieczorem Marta wypuściła Karolinę z domu, po tym jak nastolatka powiedziała jej, że idzie do Ewy. Pozwoliła jej nawet zostać na noc. Ewa natomiast nie miała najmniejszych problemów z wyjściem na imprezę. Jej rodzice byli rozwiedzeni, wykorzystała sytuację że w ten weekend nocowała u ojca, który zbytnio nie przejmował się problemami córki. Zgadzał się niemal na wszystko, toteż tym razem także zgodził się zapewnić alibi Karolinie, gdyby Maćkowi czy Marcie przyszło do głowy zweryfikować jej słowa.
U Damiana miał pojawić się nowy towar. Jakaś mieszanka, nie znali dokładnie składu. Jak zapewniał gospodarz „Daje niezłego kopa i jest mocniejsza.” Choć Karolina dotychczas paliła tylko marihuanę, tym razem postanowiła spróbować czegoś silniejszego.
Już po pierwszej dawce Ewa zupełnie odpłynęła. Natomiast jej przyjaciółka jeszcze nie próbowała. Była dopiero po jednym skręcie, zamierzała się rozkręcić marihuaną, gdyż teraz brakowało jej jeszcze trochę odwagi. Dziewczyna wciąż chciała się bawić i tylko bawić. Nic innego ją nie interesowało. Tańczyła jak w transie, popijała alkohol, nie zważając na cały otaczający ją świat. To miał być cudowny wieczór. Takiego jeszcze nie przeżyła.
Po drugiej dawce zupełnie jej odbiło. Całkowicie straciła samokontrolę. Nic do niej nie docierało. Weszła na stół i zaczęła się rozbierać. Zdjęłaby z siebie wszystko, nawet bieliznę, gdyby Karolina nie ściągnęła ją stamtąd siłą.
Trochę poirytowana reakcją przyjaciółki sięgnęła po kolejną dawkę i znów poszła tańczyć. W pewnej chwili ręce jej opadły, a ona sama zaczęła słaniać się na nogach. Podparła się o ścianę, z trudem łapiąc oddech. Straciła wszystkie siły. Upadła na ziemię.
W półmroku rozległ się krzyk. Momentalnie muzyka ucichła, a wokół nieprzytomnej dziewczyny zebrali się niemal wszyscy obecni. Karolina klęczała przy niej i próbowała cucić, lecz bezskutecznie.
- Kurwa, co teraz? Ja pierdolę... Co jest do chuja? - różne głosy dobiegały jej uszu. W pewnej chwili obok Karoliny znalazło się trzech chłopaków. Wzięli nieprzytomną dziewczynę i wynieśli z mieszkania.
- Co wy robicie?! - krzyknęła zdruzgotana
- Nie rozumiesz? Jesteśmy pod wpływem, będą problemy – zauważył Damian
- Zostawicie ją tak?
- A mamy wyjście? Mogła idiotka tyle nie brać! Dobra chłopaki, wracamy – rozkazał, kiedy położyli nieprzytomną dziewczynę pod krzakiem. Karolina stała bezradnie i patrzyła ze łzami w oczach na twarz przyjaciółki, wypatrując jakiegokolwiek poruszenia. Odwróciła się za siebie. Chłopacy wchodzili już do klatki schodowej, zupełnie obojętni wobec losu koleżanki.
- Skurwysyny... - wycedziła przez zęby.
--------
Następna część ukaże się jutro.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
VI. Scen nr 10
Następnego dnia Joasia i Sebastian próbowali wykonać kolejny krok naprzód w sprawie zabójstwa młodej dziewczyny. Ku zaskoczeniu wszystkich, nie doszło jeszcze do żadnej kłótni komisarzy. Taktyka rozmów tylko o sprawach zawodowych jak na razie przynosiła skutek. Ale tylko do czasu. Około południa zadzwonił Tomek. Pod blok chłopaka ofiary przyjechali dwaj podejrzanie wyglądający mężczyźni. Komisarze jak najszybciej dołączyli do asystenta.
- Myślisz że to ludzie od Mosiądza? - Sebastian wymienił spojrzenie z Joasią. Mosiądz był to właściciel kilku burdeli w okolicy, jednak nie był on jednym z najbardziej wpływowych przestępców w mieście. W bazie widniał pod hasłem „wymuszenia, haracze, paserstwo”. Podejrzewano go także o handel żywym towarem, lecz tego już nie udało się udowodnić.
- Obstaw wyjście, my idziemy na górę – zadecydował. Ruszył z Joasią do klatki schodowej, ale tym razem nie musieli uciekać się do podstępu, aby wejść do środka. Jeden z mieszkańców właśnie wychodził. Dziewczyna miała już postawić nogę na pierwszym stopniu, kiedy przez uchylone drzwi do piwnicy ujrzała zapalone światło i przez chwilę przemykający cień. Ktoś tam na pewno był.
- Sebastian, sprawdźmy piwnicę – powiedziała cicho, niepewnie zerkając na partnera.
- Chcesz tracić czas na jakieś głupoty? Tam na górze mogą mu grozić, bić go, torturować, a my w tym czasie co? - rozłożył bezradnie ręce – Jak tak bardzo chcesz to idź sama.
- A żebyś kurde wiedział – odwróciła się na pięcie. Wślizgnęła się do środka przez uchylone drzwi i zeszła po schodach. Powoli wyciągnęła broń, mocno ściskając ją w dłoniach. Pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Sam na sam z przestępcą, o ile faktycznie tu był. Oddychała coraz szybciej. Zdała sobie sprawę, że jeśli w porę się nie uspokoi, może ją to zdradzić.
- Aśka, dasz sobie radę – mówiła sobie w myślach. Przymknęła na chwilę oczy, ostatni głęboki oddech i... czas stanąć do walki. Delikatnie wychyliła głowę zza rogu, lecz nikogo nie dostrzegła.
W tym samym czasie Sebastian zapukał do drzwi mieszkania na trzecim piętrze. Nie słyszał żadnych hałasów i nie dostrzegł nic niepokojącego. A może już się z nim rozprawili i zniknęli? Wydłużający się czas oczekiwania upewniał go w tych domniemaniach, by po chwili legły one w gruzach.
- Dobrze że pan jest. Byli tu, dobijali się, ale siedziałem cicho jak mysz pod miotłą. Ach, jak dobrze że już sobie poszli!
- Proszę na siebie uważać... I jakby coś się działo to dzwonić – zakończył komisarz, schodząc po schodach na niższe piętro. Nagle usłyszał jakiś huk.
- Piwnica – powiedział do samego siebie – Aśka... Cholera jasna! - natychmiast przyspieszył kroku. Mimo iż nie odczuwał sympatii w stosunku do jej osoby i przy pierwszej lepszej okazji bez mrugnięcia okiem pozbyłby się jej (no może teraz przy drugiej), czuł się za nią odpowiedzialny. Jeśli w tej piwnicy stanie się coś złego, to będzie jego wina. Nie powinien był jej puszczać samej. Jego uszu dobiegł czyjś głos. Gruby, niski. Na pewno należał do mężczyzny. Biegł w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Aż w końcu zatrzymał się i delikatnie wychylił, aby spostrzec co się dzieje. Joasia leżała na ziemi bez ruchu. Zacisnął zęby, z trudem przełknąwszy ślinę. Mężczyzna pochylił się nad nią i nagle zgiął w pół z bólu, opadając na ziemię. Natomiast blondynka natychmiast zerwała się, dosięgła pistoletu i wycelowała w niego.
- Spróbuj tylko wstać, a ci łeb rozwalę! - krzyknęła odważnie. Wygrany pojedynek sam na sam dodał jej pewności siebie i odwagi. Sebastian zanim wyszedł z ukrycia, odsapnął chwilę. Jak dobrze że od razu nie dołączył do partnerki! Nie minęło nawet pół minuty, kiedy usłyszał głos innego mężczyzny.
- Odłóż to panienko, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz – komisarz spojrzał w stronę Joasi i szybko ocenił sytuację. Mężczyzna stał bokiem do niego, mógłby spróbować go zaatakować. A jeśli zauważy go natychmiast? Nie, nie strzeli do niej. Prędzej do niego. Wydawało mu się to jedynym sensownym wyjściem. Nie zastanawiając się dłużej, postawił wszystko na jedną kartę. Wybiegł zza ściany i rzucił się na napastnika. Obaj upadli na ziemię. Gdzieś obok upadł pistolet. Przestępca już wyciągnął po niego rękę, kiedy czyjaś noga kopnęła broń pod ścianę. Podniósł głowę do góry i napotkał chytry uśmiech Joasi.
- Jesteście aresztowani – oznajmiła nienaturalnym tonem. Nie potrafiła opisać swojej radości. Jeszcze przed chwilą zatrzymała pierwszego przestępcę w swojej pracy zawodowej, by po chwili znaleźć się w niebezpieczeństwie, z którego ratuje ją partner. Ten sam, z którym nie ma najlepszych stosunków. Wspaniałe uczucie.
W drodze powrotnej Sebastian nie odezwał się ani słowem, toteż Joasia także nie wyrywała się przed szereg. Dopiero kiedy mieli wysiadać, złapał ją za rękę nim otworzyła drzwi. Posłała mu pytające spojrzenie.
- Wiesz co to było dzisiaj? - pokręciła głową – Współpraca.
- To że kazałeś mi iść samej do piwnicy? A może to nowa forma nauki? - zakpiła, próbując się wyrwać. Sebastian był jednak silniejszy i na to nie pozwolił.
- Spisałaś się świetnie. I miałaś rację, trzeba było sprawdzić piwnicę. – przyznał, odwracając głowę. Puścił jej rękę, pozwalając odejść. Powiedział tyle, ile miał do powiedzenia. To musiała usłyszeć z jego ust. Miał swój honor i właśnie tego nie mógł przemilczeć.
- Dzięki że po mnie wróciłeś – rzuciła, wysiadając z samochodu. Nie zamierzała go dobijać. Gorycz porażki wystarczająco przybiła komisarza. Nie było mu łatwo pogodzić się z faktem, że nowa policjantka okazała się lepsza.
Tymczasem w biurze komisarzy pojawiła się młoda, kilkunastoletnia dziewczyna. Grzecznym tonem przywitała pozostałe osoby obecne, natomiast zatrzymała się przy Maćku. Dopiero po chwili podniósł on głowę znad papierów i ujrzał stojącą obok nastolatkę.
- Kaja? Co ty tu...
- Musimy pogadać – oznajmiła stanowczo – Za ile kończysz?
- Dwadzieścia minut
- Poczekam. Mogę, prawda? - Maciek pokiwał twierdząco głową i wskazał jej krzesło. Odwiedziny córki bardzo go ucieszyły. Rzucił okiem w kierunku kuchni. Zastanawiał się czy nie zaproponować czegoś do picia, lecz uprzedziła go Ania.
- A może napijesz się herbaty?
- Nie chciałabym robić kłopotu
- Żaden kłopot. Dwie łyżeczki cukru, tak? - pokiwała głową – Zupełnie tak jak Maciek – z uśmiechem na twarzy wyszła do kuchni. Kai nikomu w biurze nie trzeba było przedstawiać. No może z wyjątkiem Joasi, która pracowała na tyle krótko, że nie miała jeszcze okazji poznać obu córek najstarszego z komisarzy. Dzisiaj właśnie trafiła się okazja, by spotkać tą młodszą. Zamieniły kilka słów, w czasie gdy Maciek kończył papierkową robotę. Kiedy wreszcie udało mu się skończyć, zaprowadził córkę do samochodu.
Obiecał odwieźć ją do domu. To była część planu dziewczyny. W drodze zamierzała przekonać ojca do pogodzenia się z mamą. Nie mogła dłużej patrzeć jak cierpi, kiedy płacze po nocach, ukrywając swoją słabość przed światem, jak zaistniała sytuacja wpływa niekorzystnie na całą rodzinę. Na szczęście nie było to takie trudne. Stęskniony za żoną mężczyzna sam rozważał spotkanie z nią i rozmowę.
- Kaja, no wreszcie jesteś. Gdzie ty się podziewasz, obiad na stole... - mówiła Marta, kiedy usłyszała dźwięk zamykanych drzwi. Zaniemówiła, kiedy obok córki dostrzegła Maćka.
- To ja pójdę umyć ręce – natychmiast zostawiła ich samych, ściskając kciuki za powodzenie wyjaśnień
- Cześć
- Cześć – odparła bez zawahania
- Tęskniłaś za mną? - spytał cicho. Patrzyli sobie prosto w oczy. Z trudem powstrzymywał się od rzucenia się na nią i obsypania pocałunkami. W takich momentach zdawał sobie sprawę jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest dla niego ważna.
- Zgadnij
- Tęskniłaś – stwierdził, robiąc krok do przodu, zmniejszając dystans między nimi
- A ty? - tym razem to ona podeszła
- Nawet nie wiesz jak bardzo
- Zgoda?
- No chodź tutaj do mnie – wyciągnął ręce, na co ona rzuciła mu się w ramiona
- Dobrze że jesteś – wyszeptała mu do ucha
- Spróbuję znaleźć więcej czasu dla was. Postaram się to zmienić, ale praca nigdy nie była dla mnie ważniejsza – pokiwała głową. On tego nie dostrzegł, kontynuował – Ale... masz rację, to przeze mnie wszystko.
- Nie, wcale nie, ja to wszystko mówiłam w nerwach, w złości.
- To jednak prawda. Gdyby miała wszystko czego jej trzeba, gdybym znalazł dla niej więcej czasu...
- Nie obwiniaj się – przerwała mu stanowczym, ale łagodnym tonem
- Nie chciałem stawać pomiędzy tobą a nią, ale musiałem powiedzieć o tych narkotykach
- Rozumiem – spuściła głowę, westchnąwszy ciężko – Co teraz zrobimy?
- Pogadanka nic nie da. Nie posłucha nas... Marek ją zatrzymał i to też nic nie dało. Na nic nie reaguje
- Moje dziecko się stacza...
- Postaram się coś wymyślić – zapewnił, choć sam się czuł nie mniej bezradny niż ona. Żadne z nich nie miało pojęcia jak wpłynąć na Karolinę, jak do niej dotrzeć, spróbować zrozumieć. Maciek wiedział, że to będzie bardzo trudne
- Dobrze.
- Nie martw się, będzie dobrze – pocałował ją w czoło i przytulił.
- Mam nadzieję.
--------
Następna część ukaże się w środę.
niedziela, 20 stycznia 2013
VI. Scen nr 9
- Co nowego? - zapytał cicho Sebastian, podchodząc wraz z Joasią do asystenta. Policjant rozejrzał się dookoła, po czym podszedł bliżej komisarzy.
- Chłopak ofiary wszedł do klatki schodowej jakieś dwadzieścia minut temu i od tamtej pory nie wyszedł. Tak, sprawdziłem to, nie ma żadnego innego wyjścia. Musiałby chyba wyskoczyć z okna, żeby uciec niezauważonym z drugiej strony, ale to mało prawdopodobne, żeby zdecydował się na skok z trzeciego piętra – dodał, uprzedzając pytanie, które miało paść ze strony jednego z komisarzy. Joasia stała przez chwilę z otwartymi ustami, natomiast Sebastian kiwał głową.
- Co robimy? - spytał w końcu swojej partnerki. Zaskoczona pytaniem, przez chwilę nie potrafiła wykrztusić ani słowa.
- No co? Jak z tobą nie gadam to jest źle, a jak daję ci szansę to też? - mruknął zniecierpliwiony
- Pogadajmy sobie z nim – rzuciła bez zastanowienia. Natychmiast skarciła samą siebie w myślach, za pochopną decyzję. Nawet nie pomyślała o innych możliwościach, tylko od razu rzuciła pierwsze lepsze z brzegu. Idiotka. Dostała szansę aby pokazać partnerowi, że wcale nie jest taka bezużyteczna, jak to sobie wyobraża. Nie wiadomo kiedy pojawi się taka druga okazja, czy w ogóle się pojawi, a ona tak po prostu, bez mrugnięcia okiem ją marnuje. Chciała uderzyć się otwartą dłonią w czoło, lecz od przyznania się do błędu powstrzymywała ją obecność Sebastiana i Tomka.
- Też tak sądzę – ku jej zaskoczeniu zgodził się z propozycją – Chodźmy, ciekawe czy ucieszy się na nasz widok.
Do klatki schodowej dostali się podając za kurierów. Na szczęście z okien nie było widać kto stoi pod drzwiami, więc nikt nie mógł zweryfikować prawdziwości tej informacji. Od razu udali się na trzecie piętro i zapukali do drzwi mieszkania chłopaka ofiary. Wiedzieli że jest w środku, lecz nikt im nie otwierał. Najwidoczniej się ukrywał.
- Panie Górniacki, mam dla pana bardzo ważną przesyłkę! - krzyknął Sebastian, pukając do drzwi. Joasia rozejrzała się dookoła, jakby mogła znaleźć gdzieś inne wejście do mieszkania. Pozostawało mieć nadzieję że mężczyzna da się nabrać albo wyważyć drzwi. Na szczęście ta druga opcja nie była konieczna. Usłyszeli dźwięk przekręcanego zamka. Mężczyzna wychylił głowę, lecz nim zdążył sprawdzić czy to naprawdę kurier, Sebastian pchnął go do środka i wszedł do mieszkania. Asia poszła za partnerem, zamykając za sobą drzwi.
- Ale nuda w tej szkole... - mruknęła znudzona Karolina, wspierając się na łokciu. Kolejna lekcja polskiego o wielkim dziele Adama Mickiewicza zatytułowanym „Pan Tadeusz”, epopei narodowej, pisanej we dwunastu księgach wierszem. Ale kogo to interesowało? Chyba tylko pilną uczennicę Monikę, której prawie nikt nie lubił ze względu na przesadnie wysokie mniemanie o sobie i miłośnika literatury, Kacpra. Poza nimi nikt nie potrafił zrozumieć treści książki, poprawnie określić sens wybranych fragmentów, toteż większość osób zajmowała się zupełnie czym innym: odrabiali zadania z matematyki, uczyli się na sprawdzian z geografii, natomiast największa grupa osób po prostu zasypiała lub odpływała myślami. Spojrzała na Ewę, swoją koleżankę z ławki, która rysowała coś na okładce zeszytu.
- Masz przy sobie działkę? - szepnęła jej na ucho, aby nikt oprócz niej nie usłyszał pytania. Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo i wymieniła się spojrzeniami z Karoliną.
- Ty chyba nie chcesz... - nim dokończyła, dziewczyna pokiwała twierdząco głową – A co jeśli nas złapią? Będziemy miały przejebane! Wywalenie ze szkoły, kurator, sprawa w sądzie... tego możesz być pewna.
- Mój stary to glina. To nasze zabezpieczenie.
- No nie wiem... - zawahała się przez chwilę. Nie była pewna czy chce dołączyć do przyjaciółki. Fakt, miała ochotę zażyć kolejną porcję narkotyków, lecz wolała wstrzymać się do skończenia lekcji, kiedy już opuszczą szkołę.
- Jak chcesz. Ja na przerwie idę do kibla i biorę, nie mam zamiaru zamulać tutaj kolejne 45 minut.
- Wczoraj cię złapali...
- No i co z tego? - mruknęła lekceważąco. Zatrzymanie nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. Zwyczajna przygoda, która czasem może się zdarzyć. I za każdym razem kończy się tak samo: postraszą, postraszą, a jak przyjdzie co do czego to wypuszczą.
- Drugim razem możesz nie mieć tyle szczęścia.
- To nie było szczęście, tylko miłość rodzicielska, rozumiesz? Mój kochany tatuś się zatroszczył o to, abym nie miała problemów. I gdyby musiał to zrobić drugi, a nawet trzeci czy czwarty raz to na pewno nie zawahałby się i rzucił na pomóc swojej ukochanej córeczce – wyjaśniła z szerokim uśmiechem na twarzy – Nie martw się, jeśli zajdzie taka potrzeba to ciebie też wyciągnie
- Dobra, przekonałaś mnie. Myślisz że na drugim polskim będzie odlot?
- No ba. A inni niech zamulają – zacierała ręce, nie mogąc się już doczekać dzwonka obwieszczającego koniec lekcji. Od tamtej pory dzień miał stać się lepszy. Co z tego, że dzięki sztucznym wspomagaczom, liczył się przede wszystkim efekt.
- Błagam, nie róbcie nic złego! Wszystko oddam, co do grosza, ale teraz nie mam kasy! - krzyczał rozpaczliwie chłopak, błagalnym wzrokiem patrząc na Sebastiana. Komisarz machnął ręką i spojrzał znacząco na partnerkę.
- Pogadaj z nim, wyglądasz łagodniej – rzucił, wychodząc do drugiego pomieszczenia. Sam zamierzał się rozejrzeć. Nawet dobrze wyszło, że to Asia będzie z nim gadać, gdyż nie miał do niej na tyle zaufania, by powierzyć jej to zadanie.
- Spokojnie, nic ci nie zrobimy. Jesteśmy z policji – pokazała mu odznakę, co jednak niewiele uspokoiło roztrzęsionego młodzieńca.
- Policja? Do mnie? Ale ja naprawdę oddam te długi, nie zamykajcie mnie!
- Nie wiemy nic o żadnych długach.
- To w jakiej sprawie jesteście? - od razu odzyskał pewność siebie. Joasia zrozumiała, że chłopak ma coś na sumieniu i dlatego się ukrywa. Musiała się dowiedzieć co. Sebastian byłby z niej zadowolony, gdyby udało się jej uzyskać dużo informacji.
- Twoja dziewczyna, Agata... nie żyje. Znaleźliśmy ją wczoraj, została zepchnięta ze schodów jak wracała do domu.
- Co? Nie, to niemożliwe! - zerwał się z miejsca i uderzył dłonią w ścianę. Przymknął oczy, opuszczając głowę w dół.
- Jest nam z tego powodu bardzo przykro. Staramy się ustalić kto jej to zrobił. Pomożesz nam? - przez chwilę czekała na odpowiedź, lecz jej nie uzyskała – Wiem że nie jest ci łatwo...
- Gówno wiesz! Straciłaś kiedyś kogoś bliskiego?!
- Nie, ale... ten kto jej to zrobił, musi ponieść karę. Potrzebuję twojej pomocy. Powiedz mi wszystko, czy miała jakieś problemy, jakichś wrogów, czy ktoś jej źle życzył... A może czegoś się obawiała, wiesz coś o tym?
- Mam długi u przestępców. Moja matka potrzebowała pieniędzy na leczenie, nie miałem innego wyjścia. Teraz domagają się zwrotu całej sumy, a ja nie mam tyle. Grozili że zrobią coś Agacie, dlatego pomyślałem że doprowadzę do rozstania, aby ją chronić – zacisnął rękę w pięść, oddychając głęboko – Mnie też to bardzo bolało, ale myślałem że to będzie najlepsze wyjście! To pewnie oni ją zabili!
- Nazwiska?
- O nie, nie liczcie na to. Ona nie żyje, ale ja mogę się jeszcze uratować. Teraz mnie nie zabiją, bo wtedy nie dostaną kasy, ale jak ich wydam to na pewno będę martwy! - rzekł rozpaczliwie
- Nazwiska – powtórzyła niewzruszona
- Nie ma mowy – odwrócił głowę, chcąc uniknąć kontaktu wzrokowego
- Dobrze, sami sobie poradzimy – wtrącił się Sebastian, nagle pojawiając się w pokoju. Joasia popatrzyła na niego zdumiona, lecz on uśmiechnął się lekko, dając jej do zrozumienia że wie co robi. Postanowiła mu zaufać. W końcu jest bardziej doświadczony od niej, sam to podkreślał dosyć często. Oboje wyszli z mieszkania i zeszli na dół
- Obserwujemy go, za dwie, trzy godziny przyślę kogoś do zmiany – rzucił do asystenta, kierując swe kroki do samochodu. Asia w ciszy podążała za nim. Dopiero w drodze na komendę odważyła się odezwać do partnera.
- Myślę, że jak byśmy go przycisnęli to wyśpiewałby te nazwiska – spojrzała niepewnie na mężczyznę. Ten wzruszył tylko obojętnie ramionami.
- Szkoda czasu. Rozmawiałaś z nim, a ja w tym czasie pogrzebałem gdzie trzeba i znalazłem w jego telefonie numery do tych przestępców.
- Skąd wiesz, że to ich numery?
- Wysyłali mu pogróżki smsami – wyjaśnił krótko. Joasia rzuciła tylko krótkie „aha” i odwróciła głowę w stronę okna. Przez pozostałą część drogi nie odzywali się ani słowem. Dopóki rozmawiali tylko na tematy służbowe, udawało się im uniknąć kłótni.
- No proszę, siedem godzin i czterdzieści trzy minuty bez kłótni? Czyżby nowy rekord? - spytał kpiąco Maciek, kiedy szykowali się do wyjścia z komendy. Oboje zignorowali tę złośliwą uwagę, aby nie wdawać się w dyskusję z poirytowanym komisarzem czy też między sobą.
- A ty nie idziesz do domu? - zdziwiła się blondynka. Komisarz zmarszczył czoło i spojrzał złowrogo na kobietę.
- Yyy, to ja już pójdę, cześć – powiedziała pospiesznie i szybko ulotniła się z biura, nim zdążył na dobre się zdenerwować na nią. Sebastian pożegnał się z kolegą i także opuścił budynek komendy. Na ulicy natknął się jeszcze na partnerkę.
- Dzięki za dzisiaj. Naprawdę... fajnie się pracowało. Chciałabym, żeby było tak częściej – wyznała z uśmiechem.
- To tylko dla dobra śledztwa. Starałem się być trochę milszy, ale to nie znaczy że cię polubiłem. Nie zmieniłem zdania o tobie, nadal uważam że się nie nadajesz. Widzę że jeśli sama na własnej skórze się o tym nie przekonasz to nie zrozumiesz. Więc dam ci szansę, próbuj i zobacz na ile cię stać.
- Wiem gdzie leży granica moich możliwości – odparła stanowczo. Jej dobry humor w jednej chwili prysł, gdy słuchała kolejnych słów z ust Sebastiana. Myślała że wreszcie coś drgnęło, że nareszcie udało się nawiązać jakąś relację, a on teraz mówi że nic się nie zmieniło.
- Dam radę. Będę pracować w policji czy to się tobie podoba, czy nie – zakończyła, po czym odeszła nie czekając na odpowiedź.
--------
Następna część ukaże się jutro.
sobota, 19 stycznia 2013
VI. Scen nr 8
Od razu po rozmowie z kolegą Maciek wrócił do domu. Tam czekała na niego Marta, której trzeba będzie powiedzieć o Karolinie. Obawiał się, że żona może nie uwierzyć. Dla niego także to wydawało się niemożliwe, jednak dowód jednoznacznie wskazywał na to, że ich córka zakupiła tego dnia narkotyki. Nie będzie to łatwa rozmowa, ale nie może przecież zataić przed nią prawdy. Żadne wyjście nie było dobre.
- Cześć – podszedł do niej od tyłu i pocałował ją w policzek. Kobieta składała ubrania na łóżku, a następnie wkładała je do szafki. Mężczyzna oparł się o ścianę, obserwując żonę.
- Cześć, jak tam w pracy?
- Trochę taki nerwowy dzień... Mówię ci, masakra. Seba ciągle najeżdża na Aśkę, tą nową. Zawsze ma do niej jakieś pretensje, ciągle się jej czepia – rozłożył bezradnie ręce. Tak, jeszcze to. Nie dość że problemy z córką, to jeszcze w pracy. Coraz bardziej irytowały go kłótnie młodej policjantki z bardziej doświadczonym kolegą. Mogliby odpuścić. Tak, oboje. Sebastian miał za dużo pretensji do nowej partnerki, zaś ona niepotrzebnie uparła się, że nie może mu ustąpić.
- Oswoi się z nią i przestanie, mówię ci
- Mam nadzieję. Do tego jeszcze przebite koło i kolega z narkotykowego, który zatrzymał dzisiaj dilera łażącego po szkołach – postanowił delikatnie wejść w temat. Zdawał sobie sprawę, że miła atmosfera szybko się ulotni, jednak chciał to jak najszybciej załatwić. Ten dzień i tak nie należał to udanych, nie było sensu odkładać tej rozmowy na później.
- Dobra robota – uśmiechnęła się lekko do niego – Zmęczony?
- Tak... ale to nie wszystko. Karolina zaopatrywała się u tego dilera.
- Ona nie brała – jej twarz przybrała chłodny wyraz. Poczuła się jakby rozmawiała nie ze swoim mężem, lecz zupełnie obcym człowiekiem, funkcjonariuszem policji, który szuka winnego i akurat upatrzył sobie jej córkę
- Skąd to wiesz? Nie mamy pojęcia kiedy zaczęła, znalazłaś u niej dragi dopiero wczoraj. A dzisiaj kupiła nowe...
- Ona nie brała. Powiedziała, że nie brała – gorączkowo broniła swojego dziecka – Te narkotyki ktoś mógł jej podrzucić – wyjaśniła szybko, nim mężczyzna zdążył odpowiedzieć
- Słyszysz co do ciebie mówię? - złapał żonę za ramiona i lekko potrząsnął – Kupiła dzisiaj! Też nie mogę w to uwierzyć, nie pasuje mi to do niej, ale...
- Skąd wiesz?! - wyrwała się gwałtownie, niemal policzkując Maćka – Ja jej ufam w przeciwieństwie do ciebie!
- Kurde, Marta! Sama zobacz – sięgnął do kieszeni, aby podać jej ksero z notatnika. To musiało ją przekonać. Przecież to ewidentny dowód na to, że Karolina zaopatrzyła się dzisiaj u zatrzymanego dilera. Nie można było temu zaprzeczyć. Oddychał głęboko, czekając na odpowiedź kobiety. Wpatrywała się z niedowierzaniem w kartkę papieru, aż w końcu rzuciła ją za siebie i pchnęła mężczyznę na ścianę.
- Sfałszowane! Ja nie wierzę! Ona nie brała. Jeśli dziecko ci mówi że nie brało, to nie brało. Dzieciom się ufa, dzieci nie kłamią, a już szczególnie rodziców, rozumiesz?! - spojrzała mu głęboko w oczy. Nie dostrzegła w nich współczucia czy zrozumienia. Raczej był zawiedziony, zdumiony. – Ale ty tego nie wiesz, bo ciebie wiecznie w domu nie ma!
- Bo muszę harować kilkanaście godzin, żeby zarobić te kilkaset złotych! Doskonale wiedziałaś z kim się wiążesz, wiedziałaś że muszę być dyspozycyjny w swojej pracy!
- Ale nie wiedziałam, że praca stanie się twoim domem! To nie tak miało wyglądać! To przez ciebie ona się stoczyła! - wskazała na niego palcem – W ojcu powinna znaleźć oparcie, a trudno to zrobić w ojcu, którego się prawie nie widuje
- Myślałem, że sobie ufamy. Myślałem... - wziął głęboki oddech, aby jednym tchem wyrzucić z siebie wszystkie żale i zarzuty wobec żony. Szybko stwierdził, że to do niczego nie doprowadzi, dlatego w ostatniej chwili się powstrzymał. – Dobra, nieważne! Dzwonię do Marka, przywiezie ją tutaj, do domu! I co, jak znajdą przy niej narkotyki to nadal będziesz mówić że jest niewinna?
- Tak, bo to jest moje dziecko! - wykrzyczała mu prosto w twarz
- Zrozum, że chcę jej pomóc!
- No to zrób coś z tym!
- Poprosiłem Marka, żeby ją zatrzymał. Może jak się wystraszy konsekwencji to rzuci w cholerę to świństwo – opuścił głowę, starając się uspokoić. Ta sytuacja go przerastała. Czuł się jakby Marta podejrzewała go o celowe oskarżenia wobec Karoliny. Nie wierzyła mu. Swojemu mężowi. Musiał to przełknąć, w końcu nie miała łatwego wyboru. Musiała zgodzić się z nim albo z córką.
- Świństwo którego nie brała, Maciek, nie bądź śmieszny! - pokręciła głową z dezaprobatą, odwracając się na pięcie
- Nawet jeśli, to samo posiadanie narkotyków to przestępstwo. Wiesz jakie może mieć przez to problemy? Nie jestem na tyle wysoko postawiony, żeby mieć pewność, że dałbym radę ją z tego wyciągnąć.
- Mógł jej ktoś podrzucić – szła w zaparte
- To dlaczego nam nie powiedziała, kiedy wczoraj z nią rozmawialiśmy? Nie wypierała się.
- Tylko winny się tłumaczy, nie wiesz?
- Nie zgadzam się z tą zasadą. Przesłuchuję każdego, kto ma związek ze sprawą, każdy się tłumaczy – podszedł zawodowo do sprawy
- Kurwa, Maciek!
- O co ci znowu chodzi?! - krzyknął poirytowany
- To jest moje dziecko i ja mu wierzę. Chcę jej pomóc. Ufam jej. A jeśli ty tego nie robisz to spierdalaj!
- Jak sobie życzysz! - wyszedł, trzaskając drzwiami. Chwilę później usłyszała drugi huk. Zapewne były to drzwi wejściowe.
- Krzyż na drogę! - powiedziała sama do siebie, opadła na łóżko i zakryła twarz w dłoniach. Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała o niczym myśleć. Chciałaby uciec jak najdalej stąd, od wszystkich problemów. Sama. Bez nikogo. Może wtedy jej życie byłoby usłane różami.
- Byłaś u rodziców podejrzanego?! Dlaczego ja się dopiero teraz o tym dowiaduję?! - dobiegł go krzyk Sebastiana. Poirytowany, niewyspany i obolały Maciek po nocy spędzonej w samochodzie delektował się krótką chwilą ciszy, którą zamierzał uprzyjemnić sobie filiżanką kawy. Nie było mu dane się tym nacieszyć, gdyż doszło do kolejnej sprzeczki Asi i Sebastiana. Z nadzieją że nie będzie trwało to długo, zacisnął zęby i nie zrobił ani jednego kroku w stronę biura.
- Bo nie odbierasz telefonów? - odpowiedziała podniesionym głosem dziewczyna
- A po jaką cholerę mam odbierać telefon od ciebie po pracy? - spytał, kładąc szczególny nacisk na dwa ostatnie wyrazy
- To nie miej teraz pretensji, że nic nie wiedziałeś!
- Możecie się uspokoić? - rozmowę na chwilę przerwał głos znudzonej Ani. Nie lubiła Aśki i nawet dobre dla niej było, że Sebastian też za nią nie przepada, ale ich kłótnie przeszkadzały wszystkim, także jej.
- Nie! - krzyknęli zgodnie
- Działałaś bez konsultacji ze mną! Jak mamy sobie ufać, jeśli będziemy robić wszystko na własną rękę? - w myślach już świętował zwycięstwo. Wydawało mu się, że Asia nie znajdzie odpowiedzi, co będzie oznaczało kolejną wygraną potyczkę. Ale wojna wciąż trwała.
- Ufać?! Ty chyba sobie żartujesz! Zawsze masz do mnie jakiś problem i mówisz o zaufaniu? Przecież ty boisz się powierzyć mi choćby zrobienie kawy, bo myślisz że sobie nie poradzę!
- I dlatego nie życzę sobie, żebyś cokolwiek robiła w śledztwie na własną rękę.
- To nie jest żaden koncert życzeń! - tego było już za wiele. Czerwony ze złości komisarz upił łyk kawy, zerwał się z krzesła i ruszył stanowczym krokiem do biura. Stanął pomiędzy nimi, co na chwilę przerwało ich sprzeczkę.
- Uspokoicie się sami czy mam wam pomóc?! - wrzasnął spoglądając to na Aśkę, to na Sebastiana – Nie macie nic lepszego do roboty, tylko kłócić się i denerwować innych? Można załatwić, pogadamy ze starym, może nadgodziny dadzą wam do myślenia, co?! Dzień w dzień to samo, nie byłoby pieprzonej doby, żebyście nie skakali sobie do gardeł! Ile można?! Kiedy do jasnej cholery zrozumiecie, że jesteście partnerami?! - zmrużył oczy i nie czekając na odpowiedź wyszedł do kuchni. Zdezorientowani, spojrzeli na Anię. W końcu była jego partnerką, powinna znać go lepiej i wiedzieć skąd takie zdenerwowanie u Maćka.
- Nie wiem co mu się stało, ale na wszelki wypadek bądźmy delikatni.
Kilka minut później w biurze pojawiła się Sylwia. Maciek siedział już nad raportami, podobnie jak pozostała trójka. Na wszelki wypadek nie odzywali się ani słowem, aby przypadkiem nie drażnić komisarza. Każdy miewał gorsze dni, dlatego nie mieli mu za złe, że z byle powodu mógłby każdego zmieszać z błotem.
- Asia, Seba, chłopak ofiary pojawił się w swoim mieszkaniu. Tomek na was czeka pod blokiem – zakomunikowała asystentka. Oboje w milczeniu zgodnie podnieśli się z krzeseł. Choć mieli do sobie jeszcze wiele do powiedzenia, postanowili to odłożyć na później. Podczas niemal każdej ich rozmowy kłótnia wisiała w powietrzu. Tym razem jednak swoje racje trzeba było odłożyć na bok dla wyższej sprawy – śledztwa, gdzie pojawił się wreszcie nowy trop.
- Co ci się stało w rękę? - blondynka zwróciła uwagę obandażowany nadgarstek na jej ręce.
- Nic takiego, yyy... zalewałam kawę i poparzyłam się wrzątkiem. Nic mi nie będzie – rzuciła pierwsze co przyszło jej na myśl, byle zaspokoić ciekawość Joasi.
- To na pewno wrzątek? - zapytał Maciek, podnosząc wzrok znad papierów. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Sylwii wydało się, że ta chwila była wystarczająco długa, aby mógł wyczytać wszystko z jej oczu.
- Tak, na pewno. Nie ma czym się przejmować – uśmiechnęła się sztucznie, aby podkreślić wiarygodność. Maciek pokiwał głową i bez słowa pochylił się nad biurkiem. Na korytarzu, kiedy została sama, oparła się o ścianę i odetchnęła z ulgą.
--------
Dziękuję M.J za pomoc przy rozmowie Marty i Maćka.
Następna część ukaże się jutro.
czwartek, 17 stycznia 2013
VI. Scen nr 7
Około pół godziny później Joasia i Sebastian dotarli na miejsce. Mężczyzna nawet nie przedstawił kolegom swojej nowej partnerki, tylko od razu zajął się zwłokami. Kobieta sama musiała wyjaśnić technikom, kim jest, że zaczęła pracę dopiero niedawno i zupełnie nie ma doświadczenia.
- Jak zginęła? - zapytał, odwracając głowę w stronę lekarza sądowego
- Bezpośrednią przyczyną zgonu było pęknięcie podstawy czaszki. Prawdopodobnie spadła ze schodów i uderzyła mocno głową o stopień lub podłoże, co doprowadziło do urazu.
- Ktoś jej pomógł? - spytał niewzruszony. Zawsze starał się zachować kamienną twarz na miejscu zbrodni. Nigdy nie okazywał uczuć. Żadnego żalu, smutku, współczucia... W końcu nie to było jego zadaniem, a znalezienie sprawcy. Rozczulanie się mogło tylko w tym przeszkodzić.
- Pytaj techników. Seba, czekaj – złapał go za rękaw, kiedy już chciał odejść – Co to za blondyna? Nowa policjantka? Nie spodziewałbym się... Ale trzeba przyznać, że jest całkiem ładna.
- Nie podniecaj się, to nikt ważny – szybko zgasił jego entuzjazm – Przestanie tu pracować tak szybko jak zaczęła.
- Skąd to możesz wiedzieć?
- Zobacz – wskazał na dziewczynę, oglądającą w tym momencie ciało ofiary. Blada twarz i drżące ręce zdradzały jej niepewność i strach. Sebastian mimowolnie uniósł kąciki ust. Sam nie potrafił powiedzieć, co wywołało uśmiech. To że miał rację, wystraszony wzrok dziewczyny czy jej sztywne ruchy? W końcu się poddała. Wróciła do samochodu i w środku zaczekała na komisarza.
- I jak wrażenia? Pierwszy trup zaliczony? - zapytał z drwiącym uśmiechem, kiedy wracali na komendę. Joasia utkwiła wzrok w szybie, odpływając myślami w zupełnie inne miejsce. Praca na wydziale śledczym była jednak zdecydowanie mniej przyjemna niż w opowieściach starszych kolegów. Ale tak naprawdę nigdy nie mieli okazji przeżyć choć jednego dnia wewnątrz, żeby zebrać więcej doświadczeń. Nie czuła się dobrze. Po tym, co zobaczyła, pojawiły się wątpliwości czy na pewno jest we właściwym miejscu. Nie była już tak zdecydowana jak na początku, kiedy przekraczała próg komendy, kiedy wypełniała pierwsze raporty czy kiedy kłóciła się z Sebastianem. Być może przeceniła swoje możliwości. Dlaczego musiała uprzeć się na wydział śledczy? Przecież jest tyle innych zajęć, mogła iść do drogówki, na jakiś podrzędny posterunek na wsi...
- Nie śpij, do cholery, jesteśmy w godzinach pracy! - poirytowany brakiem odpowiedzi, szturchnął ją w ramię. Odwróciła się w jego stronę i zmierzyła wrogim spojrzeniem.
- Daj mi spokój – warknęła, chowając ręce do kieszeni
- Nie dajesz rady, co? - spytał zadowolony. Zmrużyła oczy, nie patrząc nawet w jego stronę. Nagle obudziła się w niej wola walki. Chciałaby za wszelką cenę udowodnić temu palantowi, że się myli. Chciałaby zobaczyć jego twarz, kiedy nie będzie mógł zaprzeczyć, że nie ma racji. I zrobi to. Spełni swoje marzenia. Nic jej nie zatrzyma. Cokolwiek stanie jej na drodze, nie przeszkodzi jej w osiągnięciu celu. Jest kobietą, wygląda na delikatną i może trochę nieporadną, ale co z tego? Prawdziwa siła to nie mięśnie. Liczy się siła umysłu. To dzięki głowie można zyskać przewagę. A w tym zawsze była dobra. Dlaczego teraz miałaby sobie nie poradzić?
- Początki nie są łatwe – odpowiedziała cicho – Ty tak od razu zacząłeś jak profesjonalista czy też potrzebowałeś czasu? No powiedz sam.
- Nic nie rozumiesz – pokręcił głową z niedowierzaniem – Nie mówię, że jesteś głupia, ale po prostu naiwna.
- Fajnie, że tak o mnie myślisz – rzuciła ironicznie. Nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Z chęcią odpowiedziałaby czymś uszczypliwym, ale to i tak do niczego by nie prowadziło. Nie było sensu dyskutować, przecież i tak Sebastian nie zmieni zdania. Jest zbyt przekonany o swojej racji, co chyba najbardziej irytowało ją w tym człowieku. Więc jak miała mu udowodnić swoją wartość? Czynem. Wtedy nie będzie tego mógł podważyć żadną opinią czy przekonaniami.
Rozmowa z Sebastianem nie była jedynym powodem do nerwów, dostarczonym przez los Maćkowi. Oprócz zepsutego koła w samochodzie, które właśnie wymieniał, kolega z wydziału narkotykowego, Marek, poprosił go o rozmowę. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie adnotacja policjanta, że jego kolega na pewno nie będzie zachwycony.
- Dobrze, że cię jeszcze złapałem – rzekł Marek, siadając w fotelu pasażera. Maciek natomiast usiadł za kierownicą, wycierając ubrudzone podczas naprawy ręce.
- Zawdzięczasz to mojemu pechowi. Pół godziny zmieniałem to pieprzone koło! Że też cholerstwo akurat w moim samochodzie musiało się przebić...
- Jak już mówiłem, nie będziesz zachwycony – zaczął niepewnie, spoglądając na niezbyt przyjazną minę komisarza
- Tym bardziej nie będę zachwycony, jeśli nie będziesz mówił wszystkiego od razu. Na co czekasz, dawaj prosto z mostu! Jeśli mam być już wkurzony to wolę poznać powód natychmiast niż czekać w nieskończoność.
- Dobra. Twoja córka... kupuje narkotyki.
- Też mi coś – machnął zrezygnowany ręką. Marek wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Tak po prostu zlekceważył to co przed chwilą usłyszał? A może nie zrozumiał dokładnie, o czym mówi mu kolega? Maciek jednak pokiwał twierdząco głową.
- Słucham?
- Żona znalazła plastikowy woreczek z białym proszkiem w jej ubraniu. Rozmawialiśmy z nią wczoraj. Obiecała że nie będzie brała, a że nie mamy żadnych podstaw żeby ją kontrolować. No przecież jej ufamy...
- Tym razem was okłamała – powiedział, wbijając wzrok w szybę. Maciek uśmiechnął się ironicznie, jakby nie wierząc w słowa mężczyzny. Dlaczego tak sądził? Skąd ta pewność, że nie powiedziała im prawdy?
- Nie wierzę.
- Przykro mi, stary. Zatrzymaliśmy dzisiaj dilera, który chodził po kilku szkołach średnich. Bywał też w szkole twojej córki. Zapisywał w notesie komu ile sprzedał, aby potem rozliczyć się z dostawcą. Udało mi się zrobić ksero akurat tej strony, która cię zainteresuje.
- Nie okłamałaby nas... - pokręcił głową z niedowierzaniem. Karolina taka nie była. Zawsze mówiła otwarcie i szczerze o swoich problemach, a oni cierpliwie wysłuchiwali, starali się pomóc. Ona i narkotyki? Dobrze, raz się zdarzyło. Ale dała przecież słowo! Nie zawiodłaby własnych rodziców. Na pewno nie. Maciek był o tym przekonany, Marta z pewnością też. Ale jednak prawda była inna.
- Spójrz na datę – Marek podał mu kawałek papieru. Z zapisu wynikało, że dzisiaj, dokładnie trzydzieści siedem minut po jedenastej Karolina zakupiła narkotyki u zatrzymanego po południu dilera. Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach. Zabolało. Jak powiedzieć o tym żonie? Przecież ona w to nie uwierzy! Ukrywać? To też nie jest dobre wyjście. A co najgorsze, nie wiedział jak wyciągnąć Karolinę z tego bagna, póki nie utonie w nim po uszy. A może jeśli się przestraszy to odrzuci narkotyki? W jego głowie szybko zrodził się chytry plan. Nie czekając ani chwili dłużej sięgnął po telefon i wybrał numer Marty.
- Cześć, słuchaj, Karolina jest w domu? Aha, nie ma jej... Ja będę za kilka minut. O co chodzi? Pogadamy jak przyjadę. No, pa – zakończył rozmowę i spojrzał znacząco na Marka – Pomożesz mi?
- Co mam zrobić?
- Jeśli to prawda, Karolina może teraz gdzieś włóczyć się z kumpelami i faktycznie ćpać. Mógłbyś ją znaleźć i zatrzymać? Oczywiście tak nieoficjalnie, chodzi mi tylko o to, żeby się wystraszyła. Potem ją wysadzisz gdzieś blisko domu, powiesz że masz dobre serce i tym razem jej odpuścisz, ale następnym razem nie skończy się tak dobrze. Mogę cię o to prosić?
- Jasne – poklepał go po ramieniu – Wezmę ze sobą jakiegoś zaufanego kolegę, żeby było wiarygodniej. Trzymaj się.
- Dzięki – zawołał za nim, gdy ten wyszedł już z samochodu. Maciek wziął głęboki oddech i opadł plecami na oparcie fotela.
-------
Następna część ukaże się w sobotę.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)