Nie zwlekał ani chwili. Opuścił samochód i pobiegł za nią. Chwycił ją i przyciągnął do siebie, wziął w ramiona, nie pozwalając jej na zbyt dużo ruchu. Nie miała wystarczająco sił by się wyrwać. Po kilku próbach odpuściła, wtuliła się w niego i pozwoliła płynąć łzom. Przy nim mogła sobie na to pozwolić. Potrzebowała jego bliskości, jego wsparcia, ale jakaś wewnętrzna blokada nie pozwalała jej tego przyznać. Jakaś cząstka jej nakazywała zapomnieć o tym co ich łączyło, o tym uczuciu, o tym że był najważniejszą osobą w jej życiu.
- Kłótnie do niczego nas nie doprowadzą – powiedział, opuszczając ręce
- Wiem, Maciek – odparła ze spuszczoną głową, pociągając nosem. Wyjęła z kieszeni chusteczki i otarła łzy ze swoich policzków.
- Poprowadzisz? - wskazała na samochód. Potwierdził skinieniem głowy.
Następne kilometry pokonali w milczeniu. Czarnowłosy nie chciał się do tego przyznać przed samym sobą, ale bał się o Martę. Nie dlatego że mogła wpakować się w kłopoty, drążąc sprawę śmierci rodziców. Ona już je miała. Nie była w najlepszej kondycji psychicznej. Wciąż przeżywała ich rozłąkę. Nie wiedział jak z nią rozmawiać, o czym mówić, czego unikać, by nie doprowadzić do wybuchu emocji. Ostatnie dni musiały być dla niej bardzo trudne. Zapewne życie w przekonaniu że już nigdy się nie spotkają, że to co było między nimi to zamknięty rozdział, było zdecydowanie łatwiejsze. Wszystko zmieniły tragiczne wieści ze Szczecina. Nic dziwnego że była na skraju załamania.
- Wykończysz się – wypalił niespodziewanie, lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi – Marta?
Na moment obrócił głowę w bok i zobaczył że brunetka śpi. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Zawsze kiedy to on pierwszy się budził, obserwował ją przez dłuższą chwilę, składał delikatny pocałunek na jej policzku i dopiero wtedy wstawał z łóżka. Teraz musiał jednak uważać na drogę. Westchnął głęboko, skupiając się na prowadzeniu pojazdu. Żałował że te chwile pozostały jedynie nostalgicznym wspomnieniem.
Po czterech godzinach jazdy zatrzymał się na stacji benzynowej na krótki odpoczynek. Marta wciąż spała. Maciek teraz mógł się jej uważnie przyjrzeć. Delikatna, nieco blada cera, lśniące proste włosy, pełne usta. Oparta o zagłówek głowa była nieco przechylona w jego stronę, tak jakby na niego patrzyła, choć oczy miała zamknięte. Jego serce zabiło mocniej. Najbardziej podobała mu się właśnie taka, naturalna, kiedy kosmetyki nie zakrywały jej naturalnego piękna. Nie mógł się powstrzymać. Wyciągnął przed siebie rękę i delikatnie odgarnął kosmyk włosów za jej ucho, kiedy poczuł ścisk na swoim nadgarstku. Kobieta otworzyła oczy. Spojrzała najpierw na dłoń, a potem na Maćka i puściła jego rękę.
- Przestraszyłeś mnie – wyznała, poprawiając się w fotelu
- Przepraszam, nie chciałem. Tak pięknie wyglądałaś...
- Daj spokój – rzuciła chłodno, nie chcąc przywoływać wspomnień – Gdzie jesteśmy?
- Zostało nam jakieś osiemdziesiąt kilometrów. Chcesz coś? Może jesteś głodna?
- Kawy.
- Zaraz wracam.
Ukryła twarz w dłoniach. Nie sądziła że przebywanie z nim okaże się tak trudne do zniesienia. Była przekonana iż uporała się z przeszłością, że odcięła się od niej i będzie mogła podejść do tego na chłodno, bez emocji. Ale jak to możliwe, skoro potrzebowała osoby, której ufa? Nie mogła liczyć na jego pomoc i wsparcie, jednocześnie zapominając o tym co ich łączyło.
- Bez cukru, tak jak lubisz – oznajmił, podając jej kubek
- Pamiętałeś... - westchnęła zamyślona – Dzięki.
- Jak się czujesz?
Zaskoczył ją pytaniem. Nie była w stanie ocenić czy to tylko grzeczność, czy jednak troska. Co miała mu powiedzieć? Skłamać że jest dobrze, kiedy biła się z tysiącem myśli, a sytuacja ją przytłaczała? Zadowoli się taką odpowiedzią? Uwierzy? Czy przyznać się do słabości? Wyjawić swoje lęki, otworzyć się? A może udawać że nie usłyszała?
- Jedźmy już – starała się wybrnąć z niewygodnego położenia. Ku jej zaskoczeniu Maciek nie drążył. W milczeniu ruszyli w dalszą drogę. Najwyraźniej jej reakcja pozwoliła uzyskać czarnowłosemu informację, której potrzebował. Przyjrzała się jego twarzy, usiłując odczytać coś z jej wyrazu. Wydawał się być nieco zmartwiony. Jakby coś nie dawało mu spokoju. Przymknęła oczy i odwróciła głowę. Zrujnowała mu życie. Złamała mu serce. Dokonała szkody, która na zawsze odciśnie ślad w jego osobowości. Nie rozumiała dlaczego nie wyrzucił jej za drzwi, dlaczego jej pomaga, jak w ogóle jest w stanie na nią patrzeć. Ona w jego sytuacji dalej uznałaby go za martwego. Nie wpuściłaby z powrotem do swojego życia. Nie pozwoliłaby na wywrócenie całego świata do góry nogami po raz drugi.
Do Szczecina dotarli w środku nocy. Odkąd wjechali do miasta, Marta na bieżąco wskazywała drogę Maćkowi. W pewnym momencie poprosiła by zwolnił i zgasił światła. Już wcześniej zadawał sobie pytanie co mogą zrobić o tej porze i dlaczego brunetka tak zaplanowała wyjazd. Wziął głęboki oddech, usiłując zachować zimną krew. Ale to nie było takie proste, kiedy nie wiedział jakie zamiary ma kobieta, ani jak wygląda jej plan. Wolałby mieć sytuację pod kontrolą, tymczasem zmuszony był zdać się na Martę.
- Możesz mi powiedzieć co zamierzasz?
- Zaraz się dowiesz – rzuciła zdawkowo – Teraz w prawo.
Od pięciu minut błądzili po osiedlu domków jednorodzinnych. Czego mogła tutaj szukać? Wydawało mu się że zna tę okolicę, choć teraz, w nocy, nie było łatwo to ocenić.
- Zatrzymaj się i zgaś silnik.
Wykonał polecenie. Kiedy się rozejrzał, zrozumiał dokąd go poprowadziła. Znajdowali się przed domem jej rodziców.
- Chyba nie chcesz się włamać – spytał niepewnie, obserwując jak Marta ubiera bluzę z kapturem i rękawiczki
- Spokojnie, mam klucze – puściła do niego oczko
- Okej, tylko dlaczego przyjeżdżamy tu w nocy?
- Wolałabym żeby nikt nas tutaj nie widział. Aha, Maciek – spoważniała nagle – Ty zostajesz.
- Nie ma mowy – zaprotestował, choć zdawał sobie sprawę że jest na przegranej pozycji. Marta była uparta i żadne ustępstwa nie wchodziły w grę
- Ktoś musi obserwować okolicę, a ja znam każdy kąt tego domu i wiem gdzie szukać – rozłożyła ręce – Jakby coś się działo, dzwoń. Jak nie wrócę za dwadzieścia minut to spadaj stąd.
Nie miał wyjścia. Odprowadził ją wzrokiem, z nadzieją iż brunetka wie co robi. Powinien iść z nią. Zgrywała twardą i opanowaną, a w głębi duszy zapewne była przerażona. Sama, w środku nocy, w ciemności, niby w znajomych murach, zaś teraz wyjątkowo mrocznych i tajemniczych. W domu, w którym zaledwie kilka dni temu zamordowano jej rodziców.
Nerwowo spoglądał na zegarek. Oczywiście przed Martą za nic w świecie nie chciałby pokazać swojego zdenerwowania. Tak samo jak ona. Sekundy mijały powoli, jakby ktoś powstrzymywał wskazówkę, usiłując zatrzymać czas.
Nie mógł się powstrzymać. Wyszedł na zewnątrz i zapalił papierosa. Okolica o tej porze zupełnie opustoszała. Ludzie spali spokojnie w swoich domach, jakby nic złego się nie wydarzyło. Wszędzie zgaszone światła, nawet w domu, do którego weszła Marta. Zerkając na podwórko, usiłował wyobrazić sobie przebieg zdarzeń. Ilu było napastników? Na czyje zlecenie działali? Jak weszli do środka, nie zostawiając śladów włamania?
- Nie mogli ich zostawić, skoro tutejsza policja uwierzyła w samobójstwo – zakładał, zaciągając się dymem papierosowym – Zwabili go do gabinetu? Niekoniecznie... Zmusili.
Rzucił peta na ziemię i rozejrzał się po okolicy, jakby nagle miał pojawić się starszy pan, który każe mu posprzątać. Pusto. Marty też jeszcze nie było. Spojrzał na zegarek. Zostały trzy minuty. Nie wracał do samochodu. Nie byłby w stanie wysiedzieć. Wyznaczony termin właśnie dobiegał końca. Spoglądał na dom z nadzieją że kobieta za chwilę z niego wyjdzie i jak gdyby nigdy nic odjadą spokojnie przed siebie. Denerwował się coraz bardziej. Kazała mu uciekać. Tylko tyle i aż tyle. Wsiadł do auta i odpalił silnik. Nie, nie mógł jej tam zostawić. Otworzył drzwi i wtedy usłyszał głośny, piskliwy dźwięk alarmu. Nie wiedział co się stało, nie wiedział jak szukać Marty, ale był pewien że teraz musi ją stamtąd wyciągnąć.
Nagle zobaczył że przez podwórko biegnie jakaś postać z plecakiem na ramieniu. Czyli jednak cała ta „szopka” nie była bezpodstawna. Maciek natychmiast wyskoczył z samochodu, by zatrzymać podejrzanie wyglądającą osobę. Wpadł na nią przy bramie i ściągnął kaptur z jej głowy.
- Co ty do cholery robisz?! - Marta była zaskoczona, a zarazem podenerwowana jego zachowaniem – Spadamy stąd, już!
Bez słowa podbiegli do samochodu, wskoczyli do środka i odjechali z piskiem opon. Tym razem już nie wskazywała mu drogi. Miał jak najszybciej oddalić się od tego miejsca.
- Myślałem że coś się stało. Plecak mnie zmylił – tłumaczył się Maciek
- Okej, okej – odetchnęła – Przepraszam. Mogłam ci zdradzić więcej szczegółów.
Czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem. Więcej szczegółów! Jakby mu w ogóle o jakichkolwiek szczegółach powiedziała.
- Pieprzony alarm – mruknął – Że to cholerstwo musiało się włączyć...
- Samo się nie włączyło – wyznała, spuszczając głowę. Maciek aż zjechał na pobocze i odwrócił się w jej stronę.
- Słucham? - spytał lekko podniesionym tonem – Chcesz mi powiedzieć że ty to zrobiłaś?
Skinęła głową. Spodziewała się że będzie wściekły, dlatego nie powiedziała mu o swoich zamiarach. Obawiała się że spróbuje ją powstrzymać. Ukradkiem obserwowała jak kręci głową z niedowierzaniem, a potem uderza dłonią w kierownicę.
- Strzewińska, czyś ty kurwa na głowę upadła?!
- Janicka – poprawiła go nieśmiałym tonem
- W dupie mam jak się nazywasz! Popieprzyło cię?! Przyjeżdżamy tu specjalnie w środku nocy, żeby nikt nas nie zobaczył, stawiasz mnie na czatach i cała szopka po to, żeby włączyć pierdolony alarm?!
- Nie pozwolę by policja uznała to jako samobójstwo i zamknęła sprawę – broniła się – Ojciec nie zabiłby się sam, a już na pewno nie zrobiłby mamie krzywdy.
- I to jest twój genialny plan, tak? Upozorować włamanie, żeby myśleli że coś jest na rzeczy. Nie no, super! Brawo Marta! Wiesz co? Jesteś idiotką.
Tego było już za wiele. Miał prawo być zły, miał prawo się z nią nie zgadzać, ale na obrażanie nie mogła dać przyzwolenia. Chwyciła plecak i wysiadła z samochodu, trzaskając drzwiami.
środa, 4 lipca 2018
środa, 20 czerwca 2018
Czas nie leczy ran cz. 11
Do wieczora nie mógł wysiedzieć w miejscu. Niecierpliwił się przed spotkaniem z Sebastianem, chcąc jak najszybciej podzielić się sensacyjną nowiną. Potrzebował opinii nieco z zewnątrz, świeżego, chłodniejszego spojrzenia na sprawę. Targało nim zbyt wiele sprzecznych emocji by sformułować jakiekolwiek wnioski. Przez chwilę zastanowił się nad tym co mogła czuć Marta. Czy długo się zastanawiała? Czy w ogóle chciała się z nim zobaczyć, czy może sytuacja ją do tego zmusiła? Myślała o nim przez te trzy lata, wyobrażała sobie co robi, jak sobie radzi? Dlaczego się go bała, dlaczego naskoczyła na niego z bronią? Nie ufała mu? Ale przecież przyszła po pomoc właśnie do niego. Czy żałuje że go oszukała? Czy naprawdę nie miała innego wyjścia? Cierpiała z tego powodu? Czy jej serce znów zabiło mocniej, kiedy się spotkali?
Na żadne z pytań nie znalazł odpowiedzi, lecz to ostatnie szczególnie nie dawało mu spokoju. Kiedyś oddałby wszystko by znów ją zobaczyć, przytulić ją, porozmawiać. Była miłością jego życia. Z nią nawet leżenie i gapienie się w sufit w milczeniu było wyjątkowe.
Postanowił spotkać się z nią jeszcze dzisiaj. Rozmowa z Sebastianem pozwoliła mu zrzucić nieco ciężaru ze swoich barków, mimo że przyjaciel tym razem nie był w stanie pomóc. Maciek nie był przekonany czy to sytuacja jest tak beznadziejna, czy jednak szok po rewelacjach na temat jego żony nie pozwalał obu mężczyznom racjonalnie myśleć.
Dotarł do hotelu, który Marta wskazała jako miejsce swojego pobytu. Nie wiedział już co jest prawdą, a co nie. Jeśli nie zastanie jej tutaj, pozostanie wtedy czekać aż to ona się z nim skontaktuje. Wziął głęboki oddech i pewnym krokiem podszedł do recepcjonistki.
- Szukam Marty Janickiej – oznajmił, dyskretnie wychylając odznakę spod kurtki. Zdecydował się iść po najmniejszej linii oporu. Nie miał ochoty na wymyślanie bajeczek że jest kimś z rodziny albo owa pani jest miłością jego życia, lada moment bierze ślub i musi ją powstrzymać, ani na żadne inne fikcyjne tłumaczenia.
- Pokój 236 – odparła po chwili, nie odrywając wzroku od monitora – Drugie piętro.
Bez słowa ruszył w kierunku schodów. Przy takim dystansie powinny być szybszą drogą niż winda. Pokonał kilkanaście stopni, a następnie ciągnący się niemal w nieskończoność wąski, niezbyt jasno oświetlony korytarz. Numeracja kończyła się na 248, ale nie spotkał po drodze numeru pokoju, w którym miała zameldować się Marta.
- Coś mi tu nie gra – mruknął pod nosem. Ruszył z powrotem, powoli, uważnie przyglądając się mijanym kolejno drzwiom. Zaobserwował według jakiego klucza numerowano kolejne pokoje, a następnie wytypował gdzie powinien znajdować się pokój o numerze 236. Na drzwiach widniały niemal takie cyfry, jedynie na końcu zamiast szóstki, znajdowała się dziewiątka.
Zapukał do drzwi, oczekując niecierpliwie na ich otwarcie. Po chwili ponowił próbę.
- Wiem że tam jesteś – mruknął do siebie pod nosem. Zaczął się zastanawiać jak w inny sposób dostać się do pokoju, kiedy w progu pojawiła się Marta w białym szlafroku, z mokrymi włosami, z których ściekała jeszcze woda.
- Dałbyś się człowiekowi wykąpać, co? - mruknęła, wciągając go za rękę do środka
- Chyba mi nie powiesz że usłyszałaś pukanie do drzwi w łazience.
- Oczywiście że nie. Właśnie wyszłam.
Maciek przewrócił oczami i usiadł na skraju łóżka. Obserwował brunetkę, która nerwowo czegoś szukała w torbie.
- Teatrzyk z bronią nie jest już konieczny – rzucił kąśliwie
- Bardziej od broni potrzebuję teraz grzebienia – odparła niewzruszona – Zresztą... dobra, chrzanić to, potem się ogarnę. Miło że wpadłeś.
- To nie było takie trudne – uśmiechnął się triumfalnie
- Co?
- Znaleźć ten twój pokój widmo. Obróciłaś szóstkę żeby była dziewiątką? Marta, proszę cię...
- A recepcjonistka? Urok osobisty zadziałał?
- Owszem – odparł rozbawiony – Kiedyś, na ciebie. Dzisiaj stawiam na niezawodne metody – mówiąc to, machnął jej przed oczyma odznaką.
- I co, aresztujesz mnie? - spytała drwiąco – Panie komisarzu, a mogę się chociaż ubrać?
- Dobra, Marta... - westchnął – Skończ te głupie gierki. Czego ode mnie oczekujesz?
- Już ci mówiłam.
- Konkretnie? W jaki sposób? Pogrzebać w papierach, sprawdzić kilka tropów? Pojechać z tobą do Szczecina i kłócić się z policjantami?
- Raczej ta pierwsza opcja – odparła po chwili namysłu – Na początek wystarczy, a ja... ja pojadę do domu rodziców i się rozejrzę.
Pokiwał głową. Tyle mógł dla niej zrobić. Niewiele by go to kosztowało, wyświadczyłby jej jedynie drobną przysługę. Poczuł jednak lekką nutkę rozczarowania. Przecież jej bardzo zależało, a sprawa wydawała się być poważna. Nie przychodziłaby do niego tylko po to żeby sprawdzić kilku podejrzanych typów w bazie. Nie wierzył że jest jedyną osobą, którą mogłaby o to poprosić.
- Sama? - spytał z lekkim niedowierzaniem, na co kobieta wzruszyła ramionami – Nie zgadzam się.
- Nie musisz – zaśmiała się – I tak pojadę, twoje zdanie nie ma tu nic do rzeczy.
Jedno się nie zmieniło, była uparta. Maciek nigdy nie potrafił jej przekonać do zmiany decyzji. Jeśli coś postanowiła, musiał to zaakceptować, nawet po kilku kłótniach, które nieraz kończyły się rozbijaniem talerzy na podłodze.
- Jadę z tobą – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu – Nie możesz sama, to może być zbyt niebezpieczne.
- A co, z tobą niby będzie bezpiecznej? - zakpiła, nie spodziewając się że uderzy w czuły punkt. Czarnowłosy westchnął ciężko i spuścił wzrok. Marta zdawała się być zaskoczona jego reakcją.
- Okej, trzy lata temu coś spieprzyłem – przyznał – Nie wiem co, ale musiałem, skoro zniknęłaś bez słowa. Bo przecież nie uciekłabyś, gdybyś była ze mną bezpieczna, prawda?
- To nie tak, Maciek – usiadła obok niego zrezygnowana – Przepraszam.
- Nigdy nie powinienem pozwolić żeby stała ci się krzywda. Wtedy się nie udało, ale teraz mam szansę się poprawić.
- Przestań! - rozkazała, przywołując go do porządku – Nie wiesz jak było i nie, nie powiem ci tego teraz. To wszystko było popieprzone, ale to nie była twoja wina. Może gdybym nie była idiotką i wierzyła w własnego męża...
Wziął ją w ramiona i przytulił mocno. To był odruch. Mimo trzech lat rozłąki, mimo rzekomej śmierci, czuł z nią więź. Trzymając ją w objęciach zrozumiał że to nie była planowana ucieczka, że dla niej to też były duże, złe emocje, trudne przeżycia, że ona też cierpiała. Nie rozumiał tylko dlaczego nie chciała mu o tym powiedzieć. Może nie była jeszcze gotowa, nie czuła się na siłach?
- Marta, powiedz mi o wszystkim, proszę – delikatnie głaskał ją po mokrych włosach – Mi możesz powiedzieć. Nie musisz tego trzymać jako asa w rękawie, nie musisz stawiać mi warunków. Nie zostawię cię samej z tą sprawą, obiecuję.
- Nie Maciek, jeszcze nie teraz – odsunęła się od niego – Co z twoją pracą?
- Załatwię to, nie przejmuj się – położył dłoń na jej ramieniu, ale natychmiast ją strąciła. Nie rozumiał skąd to nagłe ochłodzenie, jeszcze chwilę temu uspokoiła się w jego ramionach, a teraz jakby unikała kontaktu.
- Jutro wieczorem wyjeżdżamy. Przyjadę po ciebie o dziewiętnastej, czekaj w domu – oznajmiła bezpardonowo. Maciek skinął głową. Miał cały dzień by załatwić wolne i przygotować się do wyjazdu.
- Trzymaj się Marta – powiedział jakby nieswoim głosem i opuścił pokój, a następnie hotel. Od razu sięgnął po papierosa i zapalił. Nikotyna pozwoliła mu choć przez moment uspokoić nerwy i odrzucić powracające pytania o wydarzenia sprzed trzech lat. Tylko jedna osoba mogła mu wyjaśnić co się wydarzyło. Tylko jedna osoba znała prawdę. Odwrócił się, sunął wzrokiem po oknach na drugim piętrze, z nadzieją że zobaczy brunetkę w jednym z nich. Czekał do końca papierosa. Na próżno. Rzucił peta na chodnik, przydepnął butem, po czym wsiadł do samochodu.
Zgodnie z zapowiedzią Marta przyjechała pod blok dokładnie trzy minuty przed dziewiętnastą. Maciek spakował ze sobą kilka najpotrzebniejszych rzeczy, wrzucił plecak do bagażnika i zajął miejsce pasażera. Zwykle to on prowadził, czasem sprzeczał się z brunetką, choć nie na poważnie, dlaczego nie pozwoli jej usiąść za kierownicą. Tym razem nie nalegał, nie był pewien jak z nią postępować, na ile może sobie pozwolić.
- Jaki masz plan? - spytał jej, gdy minęli tabliczkę informującą o opuszczeniu miasta
- Dom, sąsiedzi, może jakiś monitoring w pobliżu. Potem to zależy od tego co będziemy mieli.
- A jeśli nic nie będziemy mieli?
- Pesymista – rzuciła krótko
- Zamierzasz walczyć za wszelką cenę?
Nie odpowiedziała. Nie potrafiła jednoznacznie wskazać. Chciała rozwiązać tę sprawę i posadzić mordercę za kratki, ale być może faktycznie wycofałaby się, gdyby zbyt wiele musiała poświęcić. Z jednej strony cieszyła się że Maciek z nią jest i chce pomóc. Na to właśnie liczyła, kiedy do niego przyszła, lecz z drugiej strony bała się. Kiedy rozmyślała nad tym co mówił, żałowała że go naraża. Nie chciała by stało mu się coś złego, lecz go potrzebowała. Był błyskotliwy, inteligentny, spostrzegawczy. A co ważniejsze, został jej jedyną bliską osobą. Tylko w nim mogła szukać oparcia, spokoju i beztroski. O to ostatnie było teraz niezwykle trudno, ale jego obecność pozwalała jej czuć się nieco pewniej i bezpieczniej. Jak mogła uciec bez niego? Jak mogła ukryć się nie tylko przed całym światem, ale przede wszystkim przed nim? Przecież ten facet ją kochał, poświęciłby dla niej wszystko. Nawet po trzech latach, po tym jak go oszukała, potrafił wszystko zostawić i zająć się jej sprawami. Jak mogła kiedykolwiek zwątpić w jego uczucie? Była na siebie wściekła, choć wtedy bardzo się bała i nie wiedziała czy komukolwiek może ufać. Nawet własnemu mężowi.
- Marta, a co potem? - jego głos wyrwał ją z zamyślenia – Zamkniesz tę sprawę i co? Udajemy że się nie spotkaliśmy, że nic się nie zmieniło?
- A co byś chciał? - warknęła, nie wiedząc nawet co jest źródłem jej irytacji – Nie wiem co do cholery będzie potem. Czy będzie w ogóle jakieś potem. Możesz przestać mnie wypytywać?
- Nie było cię trzy lata, czy to takie dziwne że chciałbym wiedzieć co się z tobą działo? Jesteś przecież moją żoną.
- Nie mogę nią być. Ona formalnie nie żyje – zauważyła
- Ale ty żyjesz. Brałem z tobą ślub, urodziło nam się dziecko, Marta, do cholery!
- Lepiej powiedz jak tam twoja dupa – nie chciała ujawniać że wie o Ewelinie, ale w przypływie złości postanowiła zagrać mu na nerwach. Na moment oderwała wzrok od drogi, by zobaczyć jego zdumioną twarz.
- Nie jestem już z nią.
- Wiesz, ja bym cię nigdy nie zdradziła – powiedziała nieco drżącym głosem. Czuła że właśnie przegina, że posunęła się za daleko.
- To nie zdrada. Nie wiedziałem że żyjesz.
- Nie miałam na myśli ciebie – dała do zrozumienia że wie także o powodzie ich rozstania
Z trudem przełknęła ślinę. Akceptowała jego decyzje, miał prawo ułożyć sobie życie od nowa, ale gdzieś w głębi duszy ją zabolało. Nie musiała patrzeć na jego nowy związek, ale sama wiadomość że ma kogoś, że inna zajęła jej miejsce u jego boku, a ona nie może nic z tym zrobić, nie może tego przerwać, nie może przywrócić właściwego stanu rzeczy, doprowadzała ją do rozpaczy. Pragnęła żeby Maciek był z nią, przy niej się budził, do niej się przytulał. Przecież byli małżeństwem, byli szczęśliwi! Nigdy nie potrafiła mu tego przekazać, ale naprawdę był dla niej całym światem. Była najlepszą kobietą z jaką mógł się związać. A tymczasem on był z jakąś tam sobie Ewelinką, bo ona spanikowała i zwiała. I co? Nowa wybranka przespała się z innym. W pierwszej chwili Marta pomyślała że powinna się cieszyć, bo przecież to oznaczało koniec ich relacji. Maciek znów był wolny. Ale nie potrafiła, bowiem dziewczyna dostarczyła mu sporo cierpienia. Gdyby tylko spotkała tę cholerną Ewelinkę, wytargałaby ją za włosy w najlepszym dla niej wypadku. Za to że zajęła jej miejsce i za to że zraniła najważniejszą osobę w jej życiu.
Nie potrafiła powstrzymać łez. Długo walczyła ze sobą, lecz z góry była skazana na porażkę. Zatrzymała się na najbliższym parkingu i natychmiast wyskoczyła z samochodu. Nie chciała żeby Maciek widział ją w takim stanie. Zawsze wiedział że brunetka wewnątrz jest krucha i wrażliwa, ale mimo to i tak zgrywała twardą. Szczególnie teraz, kiedy wiele złego się wydarzyło, nie tylko między nimi. Nie chciała pokazać swojej słabości. Nikomu, nawet Maćkowi, a właściwie przede wszystkim jemu.
Na żadne z pytań nie znalazł odpowiedzi, lecz to ostatnie szczególnie nie dawało mu spokoju. Kiedyś oddałby wszystko by znów ją zobaczyć, przytulić ją, porozmawiać. Była miłością jego życia. Z nią nawet leżenie i gapienie się w sufit w milczeniu było wyjątkowe.
Postanowił spotkać się z nią jeszcze dzisiaj. Rozmowa z Sebastianem pozwoliła mu zrzucić nieco ciężaru ze swoich barków, mimo że przyjaciel tym razem nie był w stanie pomóc. Maciek nie był przekonany czy to sytuacja jest tak beznadziejna, czy jednak szok po rewelacjach na temat jego żony nie pozwalał obu mężczyznom racjonalnie myśleć.
Dotarł do hotelu, który Marta wskazała jako miejsce swojego pobytu. Nie wiedział już co jest prawdą, a co nie. Jeśli nie zastanie jej tutaj, pozostanie wtedy czekać aż to ona się z nim skontaktuje. Wziął głęboki oddech i pewnym krokiem podszedł do recepcjonistki.
- Szukam Marty Janickiej – oznajmił, dyskretnie wychylając odznakę spod kurtki. Zdecydował się iść po najmniejszej linii oporu. Nie miał ochoty na wymyślanie bajeczek że jest kimś z rodziny albo owa pani jest miłością jego życia, lada moment bierze ślub i musi ją powstrzymać, ani na żadne inne fikcyjne tłumaczenia.
- Pokój 236 – odparła po chwili, nie odrywając wzroku od monitora – Drugie piętro.
Bez słowa ruszył w kierunku schodów. Przy takim dystansie powinny być szybszą drogą niż winda. Pokonał kilkanaście stopni, a następnie ciągnący się niemal w nieskończoność wąski, niezbyt jasno oświetlony korytarz. Numeracja kończyła się na 248, ale nie spotkał po drodze numeru pokoju, w którym miała zameldować się Marta.
- Coś mi tu nie gra – mruknął pod nosem. Ruszył z powrotem, powoli, uważnie przyglądając się mijanym kolejno drzwiom. Zaobserwował według jakiego klucza numerowano kolejne pokoje, a następnie wytypował gdzie powinien znajdować się pokój o numerze 236. Na drzwiach widniały niemal takie cyfry, jedynie na końcu zamiast szóstki, znajdowała się dziewiątka.
Zapukał do drzwi, oczekując niecierpliwie na ich otwarcie. Po chwili ponowił próbę.
- Wiem że tam jesteś – mruknął do siebie pod nosem. Zaczął się zastanawiać jak w inny sposób dostać się do pokoju, kiedy w progu pojawiła się Marta w białym szlafroku, z mokrymi włosami, z których ściekała jeszcze woda.
- Dałbyś się człowiekowi wykąpać, co? - mruknęła, wciągając go za rękę do środka
- Chyba mi nie powiesz że usłyszałaś pukanie do drzwi w łazience.
- Oczywiście że nie. Właśnie wyszłam.
Maciek przewrócił oczami i usiadł na skraju łóżka. Obserwował brunetkę, która nerwowo czegoś szukała w torbie.
- Teatrzyk z bronią nie jest już konieczny – rzucił kąśliwie
- Bardziej od broni potrzebuję teraz grzebienia – odparła niewzruszona – Zresztą... dobra, chrzanić to, potem się ogarnę. Miło że wpadłeś.
- To nie było takie trudne – uśmiechnął się triumfalnie
- Co?
- Znaleźć ten twój pokój widmo. Obróciłaś szóstkę żeby była dziewiątką? Marta, proszę cię...
- A recepcjonistka? Urok osobisty zadziałał?
- Owszem – odparł rozbawiony – Kiedyś, na ciebie. Dzisiaj stawiam na niezawodne metody – mówiąc to, machnął jej przed oczyma odznaką.
- I co, aresztujesz mnie? - spytała drwiąco – Panie komisarzu, a mogę się chociaż ubrać?
- Dobra, Marta... - westchnął – Skończ te głupie gierki. Czego ode mnie oczekujesz?
- Już ci mówiłam.
- Konkretnie? W jaki sposób? Pogrzebać w papierach, sprawdzić kilka tropów? Pojechać z tobą do Szczecina i kłócić się z policjantami?
- Raczej ta pierwsza opcja – odparła po chwili namysłu – Na początek wystarczy, a ja... ja pojadę do domu rodziców i się rozejrzę.
Pokiwał głową. Tyle mógł dla niej zrobić. Niewiele by go to kosztowało, wyświadczyłby jej jedynie drobną przysługę. Poczuł jednak lekką nutkę rozczarowania. Przecież jej bardzo zależało, a sprawa wydawała się być poważna. Nie przychodziłaby do niego tylko po to żeby sprawdzić kilku podejrzanych typów w bazie. Nie wierzył że jest jedyną osobą, którą mogłaby o to poprosić.
- Sama? - spytał z lekkim niedowierzaniem, na co kobieta wzruszyła ramionami – Nie zgadzam się.
- Nie musisz – zaśmiała się – I tak pojadę, twoje zdanie nie ma tu nic do rzeczy.
Jedno się nie zmieniło, była uparta. Maciek nigdy nie potrafił jej przekonać do zmiany decyzji. Jeśli coś postanowiła, musiał to zaakceptować, nawet po kilku kłótniach, które nieraz kończyły się rozbijaniem talerzy na podłodze.
- Jadę z tobą – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu – Nie możesz sama, to może być zbyt niebezpieczne.
- A co, z tobą niby będzie bezpiecznej? - zakpiła, nie spodziewając się że uderzy w czuły punkt. Czarnowłosy westchnął ciężko i spuścił wzrok. Marta zdawała się być zaskoczona jego reakcją.
- Okej, trzy lata temu coś spieprzyłem – przyznał – Nie wiem co, ale musiałem, skoro zniknęłaś bez słowa. Bo przecież nie uciekłabyś, gdybyś była ze mną bezpieczna, prawda?
- To nie tak, Maciek – usiadła obok niego zrezygnowana – Przepraszam.
- Nigdy nie powinienem pozwolić żeby stała ci się krzywda. Wtedy się nie udało, ale teraz mam szansę się poprawić.
- Przestań! - rozkazała, przywołując go do porządku – Nie wiesz jak było i nie, nie powiem ci tego teraz. To wszystko było popieprzone, ale to nie była twoja wina. Może gdybym nie była idiotką i wierzyła w własnego męża...
Wziął ją w ramiona i przytulił mocno. To był odruch. Mimo trzech lat rozłąki, mimo rzekomej śmierci, czuł z nią więź. Trzymając ją w objęciach zrozumiał że to nie była planowana ucieczka, że dla niej to też były duże, złe emocje, trudne przeżycia, że ona też cierpiała. Nie rozumiał tylko dlaczego nie chciała mu o tym powiedzieć. Może nie była jeszcze gotowa, nie czuła się na siłach?
- Marta, powiedz mi o wszystkim, proszę – delikatnie głaskał ją po mokrych włosach – Mi możesz powiedzieć. Nie musisz tego trzymać jako asa w rękawie, nie musisz stawiać mi warunków. Nie zostawię cię samej z tą sprawą, obiecuję.
- Nie Maciek, jeszcze nie teraz – odsunęła się od niego – Co z twoją pracą?
- Załatwię to, nie przejmuj się – położył dłoń na jej ramieniu, ale natychmiast ją strąciła. Nie rozumiał skąd to nagłe ochłodzenie, jeszcze chwilę temu uspokoiła się w jego ramionach, a teraz jakby unikała kontaktu.
- Jutro wieczorem wyjeżdżamy. Przyjadę po ciebie o dziewiętnastej, czekaj w domu – oznajmiła bezpardonowo. Maciek skinął głową. Miał cały dzień by załatwić wolne i przygotować się do wyjazdu.
- Trzymaj się Marta – powiedział jakby nieswoim głosem i opuścił pokój, a następnie hotel. Od razu sięgnął po papierosa i zapalił. Nikotyna pozwoliła mu choć przez moment uspokoić nerwy i odrzucić powracające pytania o wydarzenia sprzed trzech lat. Tylko jedna osoba mogła mu wyjaśnić co się wydarzyło. Tylko jedna osoba znała prawdę. Odwrócił się, sunął wzrokiem po oknach na drugim piętrze, z nadzieją że zobaczy brunetkę w jednym z nich. Czekał do końca papierosa. Na próżno. Rzucił peta na chodnik, przydepnął butem, po czym wsiadł do samochodu.
Zgodnie z zapowiedzią Marta przyjechała pod blok dokładnie trzy minuty przed dziewiętnastą. Maciek spakował ze sobą kilka najpotrzebniejszych rzeczy, wrzucił plecak do bagażnika i zajął miejsce pasażera. Zwykle to on prowadził, czasem sprzeczał się z brunetką, choć nie na poważnie, dlaczego nie pozwoli jej usiąść za kierownicą. Tym razem nie nalegał, nie był pewien jak z nią postępować, na ile może sobie pozwolić.
- Jaki masz plan? - spytał jej, gdy minęli tabliczkę informującą o opuszczeniu miasta
- Dom, sąsiedzi, może jakiś monitoring w pobliżu. Potem to zależy od tego co będziemy mieli.
- A jeśli nic nie będziemy mieli?
- Pesymista – rzuciła krótko
- Zamierzasz walczyć za wszelką cenę?
Nie odpowiedziała. Nie potrafiła jednoznacznie wskazać. Chciała rozwiązać tę sprawę i posadzić mordercę za kratki, ale być może faktycznie wycofałaby się, gdyby zbyt wiele musiała poświęcić. Z jednej strony cieszyła się że Maciek z nią jest i chce pomóc. Na to właśnie liczyła, kiedy do niego przyszła, lecz z drugiej strony bała się. Kiedy rozmyślała nad tym co mówił, żałowała że go naraża. Nie chciała by stało mu się coś złego, lecz go potrzebowała. Był błyskotliwy, inteligentny, spostrzegawczy. A co ważniejsze, został jej jedyną bliską osobą. Tylko w nim mogła szukać oparcia, spokoju i beztroski. O to ostatnie było teraz niezwykle trudno, ale jego obecność pozwalała jej czuć się nieco pewniej i bezpieczniej. Jak mogła uciec bez niego? Jak mogła ukryć się nie tylko przed całym światem, ale przede wszystkim przed nim? Przecież ten facet ją kochał, poświęciłby dla niej wszystko. Nawet po trzech latach, po tym jak go oszukała, potrafił wszystko zostawić i zająć się jej sprawami. Jak mogła kiedykolwiek zwątpić w jego uczucie? Była na siebie wściekła, choć wtedy bardzo się bała i nie wiedziała czy komukolwiek może ufać. Nawet własnemu mężowi.
- Marta, a co potem? - jego głos wyrwał ją z zamyślenia – Zamkniesz tę sprawę i co? Udajemy że się nie spotkaliśmy, że nic się nie zmieniło?
- A co byś chciał? - warknęła, nie wiedząc nawet co jest źródłem jej irytacji – Nie wiem co do cholery będzie potem. Czy będzie w ogóle jakieś potem. Możesz przestać mnie wypytywać?
- Nie było cię trzy lata, czy to takie dziwne że chciałbym wiedzieć co się z tobą działo? Jesteś przecież moją żoną.
- Nie mogę nią być. Ona formalnie nie żyje – zauważyła
- Ale ty żyjesz. Brałem z tobą ślub, urodziło nam się dziecko, Marta, do cholery!
- Lepiej powiedz jak tam twoja dupa – nie chciała ujawniać że wie o Ewelinie, ale w przypływie złości postanowiła zagrać mu na nerwach. Na moment oderwała wzrok od drogi, by zobaczyć jego zdumioną twarz.
- Nie jestem już z nią.
- Wiesz, ja bym cię nigdy nie zdradziła – powiedziała nieco drżącym głosem. Czuła że właśnie przegina, że posunęła się za daleko.
- To nie zdrada. Nie wiedziałem że żyjesz.
- Nie miałam na myśli ciebie – dała do zrozumienia że wie także o powodzie ich rozstania
Z trudem przełknęła ślinę. Akceptowała jego decyzje, miał prawo ułożyć sobie życie od nowa, ale gdzieś w głębi duszy ją zabolało. Nie musiała patrzeć na jego nowy związek, ale sama wiadomość że ma kogoś, że inna zajęła jej miejsce u jego boku, a ona nie może nic z tym zrobić, nie może tego przerwać, nie może przywrócić właściwego stanu rzeczy, doprowadzała ją do rozpaczy. Pragnęła żeby Maciek był z nią, przy niej się budził, do niej się przytulał. Przecież byli małżeństwem, byli szczęśliwi! Nigdy nie potrafiła mu tego przekazać, ale naprawdę był dla niej całym światem. Była najlepszą kobietą z jaką mógł się związać. A tymczasem on był z jakąś tam sobie Ewelinką, bo ona spanikowała i zwiała. I co? Nowa wybranka przespała się z innym. W pierwszej chwili Marta pomyślała że powinna się cieszyć, bo przecież to oznaczało koniec ich relacji. Maciek znów był wolny. Ale nie potrafiła, bowiem dziewczyna dostarczyła mu sporo cierpienia. Gdyby tylko spotkała tę cholerną Ewelinkę, wytargałaby ją za włosy w najlepszym dla niej wypadku. Za to że zajęła jej miejsce i za to że zraniła najważniejszą osobę w jej życiu.
Nie potrafiła powstrzymać łez. Długo walczyła ze sobą, lecz z góry była skazana na porażkę. Zatrzymała się na najbliższym parkingu i natychmiast wyskoczyła z samochodu. Nie chciała żeby Maciek widział ją w takim stanie. Zawsze wiedział że brunetka wewnątrz jest krucha i wrażliwa, ale mimo to i tak zgrywała twardą. Szczególnie teraz, kiedy wiele złego się wydarzyło, nie tylko między nimi. Nie chciała pokazać swojej słabości. Nikomu, nawet Maćkowi, a właściwie przede wszystkim jemu.
wtorek, 5 czerwca 2018
Czas nie leczy ran cz. 10
- Do salonu – rozkazała tajemnicza postać – Powoli i bez numerów.
Usłyszał za sobą dźwięk zamykanych drzwi i kroki napastnika. Przez moment przeszło mu przez myśl by odwrócić się gwałtownie, wytrącić broń i walczyć na pięści, ale nie miał pewności że osoba jest tuż za nim. Z jakiegoś powodu nie chciał ryzykować.
- Odłóż broń i zrób pięć kroków naprzód.
Zamarł. Znał ten głos. Teraz, kiedy mówiła głośniej, rozpoznał tę barwę. Jedyną, niepowtarzalną. Wziął głęboki oddech i wykonał polecenie, po czym natychmiast obrócił się o 180 stopni. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego serce zabiło mocniej, tak jak kiedyś. Nie widział jej dokładnie w półmroku, ale był wręcz przekonany że to Marta. Te brązowe oczy, które lśniły w wpadającym przez okno blasku księżyca, to spojrzenie, te rysy twarzy. Tego nigdy nie mógł zapomnieć. To musiała być ona.
- Co tak patrzysz jak byś ducha zobaczył? - rzuciła chłodno – Jestem prawdziwa.
Wyciągnęła z broni magazynek i rzuciła do niego. Od razu, kiedy tylko złapał go w dłonie, wyczuł że jest zbyt lekki, by posiadać naboje.
- Naprawdę myślałeś że bym do ciebie strzeliła? - spytała z oburzeniem w głosie
- To po jaką cholerę ta cała szopka? - warknął poirytowany, odrzucając jej trzymany w ręku przedmiot. Brunetka westchnęła ciężko, opadając na kanapę.
- Bałam się twojej reakcji. Swoją drogą, niezłe zagranie na światłach, prawie ci się udało.
- Nie no, super to sobie wymyśliłaś – rzucił ironicznie – Trzy lata temu też do mnie mierzyłaś z broni, teraz mnie śledzisz i napadasz... lubisz dostarczać mi złych emocji czy co?
Usiadł obok niej na kanapie. Teraz, kiedy znalazł się tuż obok niej, złość ustąpiła. Delikatnie ujął jej dłoń, musnął palcami po policzku, jakby chciał się przekonać że ma do czynienia z prawdziwą, żyjącą postacią. Spojrzał jej prosto w oczy. Tak wiele chciałby jej powiedzieć, jak bardzo cierpiał, jak bardzo mu jej brakowało, że oddałby wszystko za choć jedną chwilę spędzoną z nią... Powoli zaczął zbliżać się do jej twarzy... Nie, nie mógł jej pocałować. Przecież go oszukała, upozorowała własną śmierć! Gniew znów przejął nad nim kontrolę i zerwał się jak oparzony.
- Jak mogłaś?! Trzy pieprzone lata żyłem w kłamstwie! Świat mi się zawalił, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, po co żyję skoro ciebie już nie ma, a ty co? Ty się gdzieś zaszyłaś i zaczęłaś wszystko od nowa! Trzeba było normalnie się rozstać, jak ludzie, a nie odpierdalać teatrzyk!
- Uspokój się! - wypaliła niespodziewanie – Myślisz że było mi łatwo? Czułam się okropnie, ale musiałam to zrobić.
- Musiałaś? Musiałaś upozorować własną śmierć? - spytał z niedowierzaniem i przerażeniem – A co z naszą córką? Marta, o czym ja do cholery nie wiem?
- O wielu rzeczach – powiedziała cicho
- Może mi łaskawie wyjaśnisz?
- Chcesz znać prawdę? Okej, mogę ci wszystko opowiedzieć ze szczegółami, ale... - wzięła głęboki oddech – Najpierw musisz mi pomóc.
Maciek uśmiechnął się drwiąco. Przecież ta prawda mu się należała, za te wszystkie lata, za jego cierpienie, a brunetka śmiała jeszcze stawiać swoje warunki. Pokręcił głową.
- Zmieniłaś się.
- Ty też – odparła z przesadną powagą – Moi rodzice nie żyją. Pewnie słyszałeś, media aż huczą. Nie wierzę w samobójstwo, ty pewnie też nie.
- Skąd wiesz?
- Bo jesteś inteligentnym facetem i dobrze cię znam.
- Nie znasz – rzucił bez namysłu, chcąc jej dopiec – Marta, jak myślisz, kto ma odwagę żeby zabić prokuratora i kto pozoruje to na samobójstwo? Może policjanci ze Szczecina nie są idiotami i celowo uznali taką wersję za oficjalną...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zmarszczyła czoło, zaniepokojona jego słowami
- Drążenie tej sprawy może być zbyt niebezpieczne. Zastanów się czy tego chcesz.
- Nie, Maciek – wycedziła przez zęby – To ty się zastanów czy chcesz wiedzieć co wydarzyło się przed trzema laty.
Odwróciła się na pięcie. Była zdeterminowana i zamierzała działać, niezależnie od decyzji czarnowłosego. Chciała wyjść, ale jeszcze zanim ruszyła, poczuła że mężczyzna łapie ją za rękę.
- Co z naszą córką? Wiem że mnie wtedy okłamałaś. Uciekłaś razem z nią, prawda?
- Chcesz wiedzieć? Wiesz co robić – rzuciła chłodno, na co Maciek złapał ją za ramiona i potrząsnął lekko
- Marta, do jasnej cholery!
- Nie mogłam jej narażać. Upewniłam się że będzie miała dobry dom.
Patrzył na nią z niedowierzaniem. Oddała ją? Własne dziecko? Może faktycznie musiała to zrobić dla dobra córki. Nie wiedział co wtedy czuła, w jakiej znalazła się sytuacji. Chciał się tego dowiedzieć, chciał ją zrozumieć, ale brunetka się uparła.
- Dlaczego do mnie przyszłaś?
- Bo mam coś, czym mogę cię nakłonić do współpracy. Bo jesteś świetnym gliną, najlepszym jakiego znam.
Maciek spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się sztucznie. Nie wierzył że jego ukochana stała by się aż tak wyrachowana. Z drugiej strony oszukała go, przez ostatnie trzy lata nie miał z nią kontaktu, wiele mogło się zmienić w tym czasie.
- Skoro już się przede mną ujawniłaś, Marto, Aleksandro, Beato, czy jak ci do cholery teraz na imię, mogłabyś przestać kłamać?
- Marta – odparła spokojnym tonem – Marta Janicka. Tak się teraz nazywam. No co? - spytała, kiedy parsknął śmiechem
- Nie zmieniłaś imienia? Może datę i miejsce urodzenia też zostawiłaś po swoim poprzednim wcieleniu?
- Zawsze mówiłeś że to ładne imię. Ciekawa jestem tylko czy uważałeś tak jeszcze zanim się poznaliśmy.
Postanowiła uciąć w tym miejscu dyskusję i dać mu trochę czasu do namysłu. Zatrzymała się przy drzwiach, z ręką na klamce.
- Aha, jeszcze jedno. Nie musisz mnie śledzić, bo donikąd to cię nie doprowadzi. Jestem w hotelu „Pieczan”. Masz dwa dni na podjęcie decyzji.
Nie docierało do niego co tu się właśnie wydarzyło. Czy to był sen? Czy to był jedynie wytwór jego wyobraźni? Nie czekając już na nowy rok, który miał rozpocząć się na kilkadziesiąt minut, otworzył wino musujące przypominające szampana i pociągnął spory łyk z butelki. Czuł złość wymieszaną z radością i ulgą. Był wściekły że Marta go okłamała, że się ukrywała, a dopiero tragiczne zdarzenie, jakim była śmierć rodziców, skłoniło ją do ujawnienia się. Zastanawiał się jak długo by to trwało. Czy w ogóle kiedykolwiek by ją spotkał? Cieszył się że mógł ją zobaczyć, że to była pomyłka, że to nie ona została pochowana. Ale nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. To już nie była ta sama kobieta co przed trzema laty. Nie wiedział czy ona go kochała. Nie wiedział dlaczego zniknęła. Nie wiedział dlaczego usiłuje go wciągnąć w jakąś dziwną grę. Sam właściwie nie wiedział czy jeszcze coś do niej czuje, czy to uczucie nie umarło wraz z jej poprzednią tożsamością.
Następnego dnia, mimo wolnego, pojawił się na komendzie. Przywitał się z Tomkiem, skłamał że coś zostawił i idzie poszukać tego w biurze. Chciał sprawdzić tę całą Janicką, czy cokolwiek o niej wiadomo. Domyślał się że kartoteka niewiele mu powie, w końcu Marta nie przybierałaby tożsamości z kryminalną przeszłością.
- Marta Janicka, urodzona 29 marca 1989 w Poznaniu – mówił do samego siebie pod nosem – Sprytnie, odmłodziła się o trzy lata. Rozwódka, wielokrotnie zgłaszała przemoc domową, mąż dostał sądowy zakaz zbliżania się do niej. Ojej, biedna. Ciekawe co porabia były współmałżonek pani Janickiej, o ile istnieje nie tylko na papierze...
Po tym co przeczytał był pewien jednego. Marta nie zaplanowała tego sama. Nie byłaby w stanie stworzyć sobie takiej przeszłości i zadbać o jej poprawność w dokumentach. Musiała być częścią jakiejś zorganizowanej akcji. Wplątała się w jakieś kłopoty, zobaczyła lub znalazła coś czego nie powinna. Jak mógł tego nie zauważyć?! Jak mógł dopuścić do tego by zniknęła bez słowa? Co z niego za mąż?
Potrzebował rozmowy. Potrzebował podzielić się z kimś swoimi przemyśleniami, nim zdążą go przytłoczyć. Jedynym sensownym wyborem był oczywiście Sebastian. Co prawda czarnowłosy nie był przekonany czy może mówić o pojawieniu się Marty, czy brunetka nie ryzykowała własnego bezpieczeństwa spotykając się z nim, ale miał ogromne zaufanie do przyjaciela i wiedział że ten zachowa wszystko dla siebie.
Wyciągnął telefon i wybrał numer do Sebastiana. Miał nadzieję że mężczyzna już nie śpi, chociaż pierwszego stycznia to żadna pora, nawet popołudnie, nie była dobra na telefony. Z każdym kolejnym sygnałem upewniał się że będzie zmuszony poczekać do wieczora, jednak w pewnym momencie odezwał się zachrypnięty głos.
- Halo? Maciek? Musisz mnie torturować w Nowy Rok?
- Wybacz – zaśmiał się z reakcji Sebastiana – Pobalowaliście z Asią, co?
- No nie powiem, fajnie było. Potańczyliśmy, popiliśmy... no dobra, raczej to ja popiłem. A ty? Nie brakowało ci towarzystwa po pracy?
- No właśnie nie – Maciek nagle zmienił ton na poważny – Chciałbym o tym pogadać, ale to nie jest rozmowa na telefon.
- Czyli pocieszyłeś się po Ewelinie? - zażartował, niczego nie podejrzewając
- Przyjedź wieczorem, pogadamy w cztery oczy.
Usłyszał za sobą dźwięk zamykanych drzwi i kroki napastnika. Przez moment przeszło mu przez myśl by odwrócić się gwałtownie, wytrącić broń i walczyć na pięści, ale nie miał pewności że osoba jest tuż za nim. Z jakiegoś powodu nie chciał ryzykować.
- Odłóż broń i zrób pięć kroków naprzód.
Zamarł. Znał ten głos. Teraz, kiedy mówiła głośniej, rozpoznał tę barwę. Jedyną, niepowtarzalną. Wziął głęboki oddech i wykonał polecenie, po czym natychmiast obrócił się o 180 stopni. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego serce zabiło mocniej, tak jak kiedyś. Nie widział jej dokładnie w półmroku, ale był wręcz przekonany że to Marta. Te brązowe oczy, które lśniły w wpadającym przez okno blasku księżyca, to spojrzenie, te rysy twarzy. Tego nigdy nie mógł zapomnieć. To musiała być ona.
- Co tak patrzysz jak byś ducha zobaczył? - rzuciła chłodno – Jestem prawdziwa.
Wyciągnęła z broni magazynek i rzuciła do niego. Od razu, kiedy tylko złapał go w dłonie, wyczuł że jest zbyt lekki, by posiadać naboje.
- Naprawdę myślałeś że bym do ciebie strzeliła? - spytała z oburzeniem w głosie
- To po jaką cholerę ta cała szopka? - warknął poirytowany, odrzucając jej trzymany w ręku przedmiot. Brunetka westchnęła ciężko, opadając na kanapę.
- Bałam się twojej reakcji. Swoją drogą, niezłe zagranie na światłach, prawie ci się udało.
- Nie no, super to sobie wymyśliłaś – rzucił ironicznie – Trzy lata temu też do mnie mierzyłaś z broni, teraz mnie śledzisz i napadasz... lubisz dostarczać mi złych emocji czy co?
Usiadł obok niej na kanapie. Teraz, kiedy znalazł się tuż obok niej, złość ustąpiła. Delikatnie ujął jej dłoń, musnął palcami po policzku, jakby chciał się przekonać że ma do czynienia z prawdziwą, żyjącą postacią. Spojrzał jej prosto w oczy. Tak wiele chciałby jej powiedzieć, jak bardzo cierpiał, jak bardzo mu jej brakowało, że oddałby wszystko za choć jedną chwilę spędzoną z nią... Powoli zaczął zbliżać się do jej twarzy... Nie, nie mógł jej pocałować. Przecież go oszukała, upozorowała własną śmierć! Gniew znów przejął nad nim kontrolę i zerwał się jak oparzony.
- Jak mogłaś?! Trzy pieprzone lata żyłem w kłamstwie! Świat mi się zawalił, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, po co żyję skoro ciebie już nie ma, a ty co? Ty się gdzieś zaszyłaś i zaczęłaś wszystko od nowa! Trzeba było normalnie się rozstać, jak ludzie, a nie odpierdalać teatrzyk!
- Uspokój się! - wypaliła niespodziewanie – Myślisz że było mi łatwo? Czułam się okropnie, ale musiałam to zrobić.
- Musiałaś? Musiałaś upozorować własną śmierć? - spytał z niedowierzaniem i przerażeniem – A co z naszą córką? Marta, o czym ja do cholery nie wiem?
- O wielu rzeczach – powiedziała cicho
- Może mi łaskawie wyjaśnisz?
- Chcesz znać prawdę? Okej, mogę ci wszystko opowiedzieć ze szczegółami, ale... - wzięła głęboki oddech – Najpierw musisz mi pomóc.
Maciek uśmiechnął się drwiąco. Przecież ta prawda mu się należała, za te wszystkie lata, za jego cierpienie, a brunetka śmiała jeszcze stawiać swoje warunki. Pokręcił głową.
- Zmieniłaś się.
- Ty też – odparła z przesadną powagą – Moi rodzice nie żyją. Pewnie słyszałeś, media aż huczą. Nie wierzę w samobójstwo, ty pewnie też nie.
- Skąd wiesz?
- Bo jesteś inteligentnym facetem i dobrze cię znam.
- Nie znasz – rzucił bez namysłu, chcąc jej dopiec – Marta, jak myślisz, kto ma odwagę żeby zabić prokuratora i kto pozoruje to na samobójstwo? Może policjanci ze Szczecina nie są idiotami i celowo uznali taką wersję za oficjalną...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zmarszczyła czoło, zaniepokojona jego słowami
- Drążenie tej sprawy może być zbyt niebezpieczne. Zastanów się czy tego chcesz.
- Nie, Maciek – wycedziła przez zęby – To ty się zastanów czy chcesz wiedzieć co wydarzyło się przed trzema laty.
Odwróciła się na pięcie. Była zdeterminowana i zamierzała działać, niezależnie od decyzji czarnowłosego. Chciała wyjść, ale jeszcze zanim ruszyła, poczuła że mężczyzna łapie ją za rękę.
- Co z naszą córką? Wiem że mnie wtedy okłamałaś. Uciekłaś razem z nią, prawda?
- Chcesz wiedzieć? Wiesz co robić – rzuciła chłodno, na co Maciek złapał ją za ramiona i potrząsnął lekko
- Marta, do jasnej cholery!
- Nie mogłam jej narażać. Upewniłam się że będzie miała dobry dom.
Patrzył na nią z niedowierzaniem. Oddała ją? Własne dziecko? Może faktycznie musiała to zrobić dla dobra córki. Nie wiedział co wtedy czuła, w jakiej znalazła się sytuacji. Chciał się tego dowiedzieć, chciał ją zrozumieć, ale brunetka się uparła.
- Dlaczego do mnie przyszłaś?
- Bo mam coś, czym mogę cię nakłonić do współpracy. Bo jesteś świetnym gliną, najlepszym jakiego znam.
Maciek spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się sztucznie. Nie wierzył że jego ukochana stała by się aż tak wyrachowana. Z drugiej strony oszukała go, przez ostatnie trzy lata nie miał z nią kontaktu, wiele mogło się zmienić w tym czasie.
- Skoro już się przede mną ujawniłaś, Marto, Aleksandro, Beato, czy jak ci do cholery teraz na imię, mogłabyś przestać kłamać?
- Marta – odparła spokojnym tonem – Marta Janicka. Tak się teraz nazywam. No co? - spytała, kiedy parsknął śmiechem
- Nie zmieniłaś imienia? Może datę i miejsce urodzenia też zostawiłaś po swoim poprzednim wcieleniu?
- Zawsze mówiłeś że to ładne imię. Ciekawa jestem tylko czy uważałeś tak jeszcze zanim się poznaliśmy.
Postanowiła uciąć w tym miejscu dyskusję i dać mu trochę czasu do namysłu. Zatrzymała się przy drzwiach, z ręką na klamce.
- Aha, jeszcze jedno. Nie musisz mnie śledzić, bo donikąd to cię nie doprowadzi. Jestem w hotelu „Pieczan”. Masz dwa dni na podjęcie decyzji.
Nie docierało do niego co tu się właśnie wydarzyło. Czy to był sen? Czy to był jedynie wytwór jego wyobraźni? Nie czekając już na nowy rok, który miał rozpocząć się na kilkadziesiąt minut, otworzył wino musujące przypominające szampana i pociągnął spory łyk z butelki. Czuł złość wymieszaną z radością i ulgą. Był wściekły że Marta go okłamała, że się ukrywała, a dopiero tragiczne zdarzenie, jakim była śmierć rodziców, skłoniło ją do ujawnienia się. Zastanawiał się jak długo by to trwało. Czy w ogóle kiedykolwiek by ją spotkał? Cieszył się że mógł ją zobaczyć, że to była pomyłka, że to nie ona została pochowana. Ale nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. To już nie była ta sama kobieta co przed trzema laty. Nie wiedział czy ona go kochała. Nie wiedział dlaczego zniknęła. Nie wiedział dlaczego usiłuje go wciągnąć w jakąś dziwną grę. Sam właściwie nie wiedział czy jeszcze coś do niej czuje, czy to uczucie nie umarło wraz z jej poprzednią tożsamością.
Następnego dnia, mimo wolnego, pojawił się na komendzie. Przywitał się z Tomkiem, skłamał że coś zostawił i idzie poszukać tego w biurze. Chciał sprawdzić tę całą Janicką, czy cokolwiek o niej wiadomo. Domyślał się że kartoteka niewiele mu powie, w końcu Marta nie przybierałaby tożsamości z kryminalną przeszłością.
- Marta Janicka, urodzona 29 marca 1989 w Poznaniu – mówił do samego siebie pod nosem – Sprytnie, odmłodziła się o trzy lata. Rozwódka, wielokrotnie zgłaszała przemoc domową, mąż dostał sądowy zakaz zbliżania się do niej. Ojej, biedna. Ciekawe co porabia były współmałżonek pani Janickiej, o ile istnieje nie tylko na papierze...
Po tym co przeczytał był pewien jednego. Marta nie zaplanowała tego sama. Nie byłaby w stanie stworzyć sobie takiej przeszłości i zadbać o jej poprawność w dokumentach. Musiała być częścią jakiejś zorganizowanej akcji. Wplątała się w jakieś kłopoty, zobaczyła lub znalazła coś czego nie powinna. Jak mógł tego nie zauważyć?! Jak mógł dopuścić do tego by zniknęła bez słowa? Co z niego za mąż?
Potrzebował rozmowy. Potrzebował podzielić się z kimś swoimi przemyśleniami, nim zdążą go przytłoczyć. Jedynym sensownym wyborem był oczywiście Sebastian. Co prawda czarnowłosy nie był przekonany czy może mówić o pojawieniu się Marty, czy brunetka nie ryzykowała własnego bezpieczeństwa spotykając się z nim, ale miał ogromne zaufanie do przyjaciela i wiedział że ten zachowa wszystko dla siebie.
Wyciągnął telefon i wybrał numer do Sebastiana. Miał nadzieję że mężczyzna już nie śpi, chociaż pierwszego stycznia to żadna pora, nawet popołudnie, nie była dobra na telefony. Z każdym kolejnym sygnałem upewniał się że będzie zmuszony poczekać do wieczora, jednak w pewnym momencie odezwał się zachrypnięty głos.
- Halo? Maciek? Musisz mnie torturować w Nowy Rok?
- Wybacz – zaśmiał się z reakcji Sebastiana – Pobalowaliście z Asią, co?
- No nie powiem, fajnie było. Potańczyliśmy, popiliśmy... no dobra, raczej to ja popiłem. A ty? Nie brakowało ci towarzystwa po pracy?
- No właśnie nie – Maciek nagle zmienił ton na poważny – Chciałbym o tym pogadać, ale to nie jest rozmowa na telefon.
- Czyli pocieszyłeś się po Ewelinie? - zażartował, niczego nie podejrzewając
- Przyjedź wieczorem, pogadamy w cztery oczy.
poniedziałek, 28 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 9
Całe święta chodził jak struty. Nic nie było w stanie poprawić mu humoru. Zastanawiał się co zrobić z Eweliną oraz informacją, którą od niej otrzymał. Była w ciąży i temu nie dało się zaprzeczyć. Ale czy to on był ojcem? Czy to jego geny? Czy byłby w stanie wrócić do kobiety dla dobra dziecka?
Od myślenia o swojej sytuacji rozbolała go głowa. Nie potrafił wysiedzieć na miejscu dłużej niż dwie minuty. Kręcił się nerwowo po biurze. Jak na złość nie miał żadnego zajęcia, a jego myśli wciąż krążyły wokół kobiety, z którą jeszcze kilka miesięcy temu był szczęśliwy. Dlaczego go zdradzała? Przecież dobrze się dogadywali, była między nimi namiętność, poświęcał jej każdą wolną chwilę. Nigdy nie poznał odpowiedzi na to pytanie. Tak naprawdę chyba nie chciał wiedzieć.
Spojrzał na ekran telefonu. Rzadko mu się zdarzało, ale poczuł że potrzebuje chwili rozmowy, towarzystwa. Ale tak naprawdę nie miał nikogo. Żadnej osoby, z którą mógłby się podzielić swoim ciężarem. Żadnej osoby, która by go zrozumiała. Jedynym kandydatem był Sebastian, lecz nie chciał mu przeszkadzać w święta.
Nie wiedząc czemu wybrał numer do Eweliny. To był impuls. Nie zdawał sobie do końca sprawy co właśnie robi. Wsłuchiwał się w powtarzany co chwila sygnał połączenia, zastanawiając się czy po jego reakcji w ogóle będzie chciała z nim rozmawiać.
- Halo? Maciek? - usłyszał zdumiony głos kobiety w słuchawce
- Cześć – westchnął – Przepraszam za ostatnie.
- Czyli za co? Miałeś prawo się zdenerwować.
Pokiwał głową, przełykając ślinę. Nie wiedział co właściwie chce jej powiedzieć. Pocieszyć ją? Zadeklarować wsparcie? Przyznać się do swoich słabości?
- Jak się czujesz? - wypalił, byle przerwać myślenie
- W porządku, odpoczywam. A ty?
- Siedzę w pracy. Wiesz, myślę o tym co powiedziałaś...
- O dziecku? Maciek, ja naprawdę chciałabym żeby ono było twoje, chciałabym ci to teraz powiedzieć... Ale nie mogę cię okłamywać. Już nie.
- Chciałem ci tylko powiedzieć – westchnął ciężko – Jeśli to ja będę ojcem to na pewno będę obecny w jego życiu. Ale nie dawałbym dużych szans na to że wrócimy do siebie – starał się delikatnie dobrać słowa, by nie urazić dziewczyny
- Jasne, rozumiem.
Zamilkli oboje. Maciek zrozumiał że zachował się nietaktownie. Nie powinien był mówić tego przez telefon. Zganił się w myślach i postanowił zakończyć tę rozmowę, by się już bardziej nie pogrążać.
- Przepraszam. Także odpoczywaj i... miłego dnia.
- Dzięki, cześć.
Rozłączyła się. Był zły na samego siebie. Co prawda nie pokłócili się, lecz ta rozmowa nie pomogła żadnemu z nich.
- Kretyn – skwitował krótko, ukrywając twarz w dłoniach
Trzy dni później Maciek wracając z pracy zauważył coś niepokojącego. Jego uwagę przykuł jadący za nim samochód. Wydawało mu się że już poprzedniego dnia widział go w swoich lusterkach. Skręcił w boczną uliczkę i przyspieszył. Srebrne Audi pozostało nieco z tyłu, ale wciąż podążało jego tropem.
- Nie no, Maciek, masz zbyt bujną wyobraźnię – uśmiechnął się pod nosem – Za dużo amerykańskich filmów.
Zajechał pod supermarket. Nie planował zakupów, mimo wszystko chciał się upewnić że nie jest śledzony. Rozejrzał się uważnie i dostrzegł ten pojazd parkujący nieco dalej. Zastanowił się co zrobić. Wysiąść, podejść dyskretnie i dopaść kierowcę czy może zabawić się nieco i mu zwiać? A co jeśli ten ktoś wiedział gdzie mieszka? Ale czy wtedy musiałby go śledzić? A może po prostu jest przewrażliwiony i dorabia sobie teorię do swojej własnej rzeczywistości?
Powoli odjechał. Przez moment pomyślał że jest sam, ale chwilę później Audi znów pojawiło się w niedużej odległości za nią.
- O ty suko – mruknął pod nosem – Zaraz cię załatwię.
Zatrzymał się na światłach, mimo zielonego, włączył światła awaryjne. Pozostali kierowcy omijali go drugim pasem. Z wyjątkiem jednego. Tuż za nim stał srebrny samochód. Czarnowłosy upewnił się że ma ze sobą broń. Jednak zanim wyskoczy do kierowcy, chciał spróbować jeszcze jednej sztuczki. Wciąż stał przed skrzyżowaniem, uważnie obserwując lusterka i światła. Kiedy tylko zapaliło się żółte, odliczył dwie sekundy, wrzucił bieg i wyrwał gwałtownie do przodu. Był przekonany że Audi zostanie tam na czerwonym. Nic bardziej mylnego! Kierowca pojazdu nic sobie nie robił z sygnalizacji i pojechał za nim.
- Koniec zabawy – pomyślał Maciek – Niech no cię tylko dorwę gnoju.
Przyspieszył znacząco, ale wciąż nie mógł zgubić ogona. Zjechał w jakieś boczne uliczki, szukając możliwości zastawienia pułapki na kierowcę srebrnego wozu. W końcu zatrzymał się za jednym z budynków, wyskoczył z samochodu i wyjął broń.
Oddychał głęboko, oczekując na rozwój wydarzeń. Każda kolejna sekunda trwała niczym wieczność. W końcu zza budynku wypadło Audi, zatrzymało się z piskiem opon. Kierowca natychmiast wrzucił bieg wsteczny i zaczął cofać. Zapewne dostrzegł broń i postanowił się wycofać.
- Stój! Stój bo strzelam! - krzyczał, lecz na marne. Pojazd natychmiast odjechał na kilka metrów, by następnie zawrócić i odjechać, zostawiając za sobą jedynie intensywny zapach spalin.
- Niech cię szlag – pomyślał. Wrócił do samochodu i natychmiast zapisał sobie numery z tablicy rejestracyjnej, które zdążył odczytać. Niestety, nie widział twarzy kierowcy. Miał na głowie kaptur, więc kiedy odwrócił głowę by patrzeć przez tylną szybę, Maciek nie mógł nic zobaczyć.
- Gdańskie blachy – mruknął pod nosem. To mogło sugerować tylko jedno – przeszłość się o niego upominała...
Do domu wrócił już spokojnym tempem, uważnie obserwując swoje otoczenie. Obiecał sobie że jeśli znów zobaczy że ktoś go śledzi, nie będzie bawił się w żadne pościgi tylko od razu zatrzymuje kierowcę. Otworzył piwo, by się zrelaksować i odreagować po wydarzeniach sprzed kilku minut. Przygotowywał kanapki, kiedy usłyszał dźwięk telefonu.
- Cześć Seba – odezwał się od razu po odebraniu połączenia
- Jesteś w domu?
- No tak, a gdzie miałbym być?
- To włącz telewizor. Nie pytaj dlaczego, po prostu włącz.
Zaskoczony Maciek spełnił polecenie. Od razu na pasku, czerwoną czcionką rzucił mu się w oczy napis „Samobójstwo szczecińskiego prokuratora Zbigniewa K.”
- O kurwa – wyrwało mu się, kiedy rozpoznał w telewizji dom swoich teściów – Oddzwonię do ciebie za chwilę.
Uważnie oglądał prezentowany materiał. Ujęcia z kamery nie pokazywały nic poza domem i okolicą. Ze słów reportera dowiedział się iż według ustaleń tamtejszej policji prokurator zabił swoją żonę z zazdrości, a chwilę później sam popełnił samobójstwo. Nie wierzył w tę teorię. Owszem, mężczyzna był typem dominatora i zdarzało mu się być zaborczym, ale nie byłby zdolny do morderstwa. Przecież to silna osobowość, charakter. Doskonały taktyk, strateg, potrafił trzymać nerwy na wodzy. To właśnie psychika była jego wielkim atutem, właśnie psychologicznymi zagrywkami łamał przestępców podczas przesłuchań. Nie wierzył w to co mówiły media, nawet jeśli były przesłanki ku takiej wersji zdarzeń.
Zrobiło mu się słabo, kiedy skojarzył fakty. Jego teściowie nie żyją, a tego samego dnia on jest obserwowany przez samochód na gdańskich rejestracjach. To nie mógł być przypadek.
Następnego dnia podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Sebastianem. Według niego rodzice Marty zostali zamordowani, lecz nie rozumiał jaki związek on ma z tą sprawą. Dlaczego go jedynie śledzili? Dlaczego nie skończył tak jak oni?
- Więc uważasz że to było morderstwo? - Sebastian chciał się upewnić że jego przyjaciel podważa wszystkie zebrane poszlaki i ewentualne dowody, nie znając nawet sprawy
- Ktoś koncertowo spieprzył robotę – stwierdził, po czym napotkał pytające spojrzenie bruneta – No błagam, ale facet morduje żonę i potem popełnia samobójstwo? Przecież to brzmi idiotycznie!
- Zdarzają się takie przypadki.
- Owszem, ale że prokurator? Facet sprytny, przebiegły, potrafiący grać psychologicznie nagle w afekcie rzuca się na żonę z nożem albo strzela do niej z własnej broni? Chyba że... - zamyślił się przez moment – Samobójstwo to częsty sposób na pozbycie się takiej osoby. Żona mogła być przypadkową ofiarą.
- Maciek, ty chyba nie chcesz się angażować w tę sprawę? - spytał z nutką niepokoju
- Nie mam zamiaru. Zastanawiam się jedynie o co w tym do cholery chodzi.
- To że ktoś cię śledził nie musi oznaczać że obie sprawy są ze sobą powiązane.
- Gdańskie blachy, ten sam dzień. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.
- Mogłeś być śledzony wcześniej, tylko dopiero wczoraj to zauważyć. Maciek, nie daj się zwariować. Przecież ty z teściem nie miałeś żadnych wspólnych spraw.
- No tak, jedyne co nas łączyło to przecież Marta... - westchnął ciężko
Wiedział że zbierają się nad nim czarne chmury. Czuł że zbliżają się spore kłopoty, a zło czai się za każdym rogiem. Najpierw ta ciąża Eweliny, a teraz to. A co tam, niech go zabiją, jeśli chcą. Dla niego życie skończyło się trzy lata temu, kiedy stracił dwie najważniejsze osoby. Próbował iść dalej, poukładać swoje sprawy, ale gdy już wszystko musiało zmierzać ku dobremu, znów wszystko się potłukło niczym porcelanowy talerz upadający na podłogę.
Niemal do końca roku miał spokój, ale to była jedynie cisza przed burzą. Kończył drugą zmianę w Sylwestra i wracał do domu, by w samotności powitać nowy, może wreszcie normalny dla niego rok. Otworzył drzwi mieszkania, wszedł do środka, lecz kiedy chciał je za sobą zamknąć, napotkał opór.
- Nie odwracaj się – rozkazał mu półszeptem głos. Poczuł że jakiś przedmiot dotyka jego pleców. Prawdopodobnie broń. Przeszedł go zimny dreszcz. Zdał sobie sprawę że sytuacja jest beznadziejna. Jeszcze niedawno myślał że życie mu zbrzydło i jest mu obojętne, jednak wobec zagrożenia był gotów bronić się za wszelką cenę.
Od myślenia o swojej sytuacji rozbolała go głowa. Nie potrafił wysiedzieć na miejscu dłużej niż dwie minuty. Kręcił się nerwowo po biurze. Jak na złość nie miał żadnego zajęcia, a jego myśli wciąż krążyły wokół kobiety, z którą jeszcze kilka miesięcy temu był szczęśliwy. Dlaczego go zdradzała? Przecież dobrze się dogadywali, była między nimi namiętność, poświęcał jej każdą wolną chwilę. Nigdy nie poznał odpowiedzi na to pytanie. Tak naprawdę chyba nie chciał wiedzieć.
Spojrzał na ekran telefonu. Rzadko mu się zdarzało, ale poczuł że potrzebuje chwili rozmowy, towarzystwa. Ale tak naprawdę nie miał nikogo. Żadnej osoby, z którą mógłby się podzielić swoim ciężarem. Żadnej osoby, która by go zrozumiała. Jedynym kandydatem był Sebastian, lecz nie chciał mu przeszkadzać w święta.
Nie wiedząc czemu wybrał numer do Eweliny. To był impuls. Nie zdawał sobie do końca sprawy co właśnie robi. Wsłuchiwał się w powtarzany co chwila sygnał połączenia, zastanawiając się czy po jego reakcji w ogóle będzie chciała z nim rozmawiać.
- Halo? Maciek? - usłyszał zdumiony głos kobiety w słuchawce
- Cześć – westchnął – Przepraszam za ostatnie.
- Czyli za co? Miałeś prawo się zdenerwować.
Pokiwał głową, przełykając ślinę. Nie wiedział co właściwie chce jej powiedzieć. Pocieszyć ją? Zadeklarować wsparcie? Przyznać się do swoich słabości?
- Jak się czujesz? - wypalił, byle przerwać myślenie
- W porządku, odpoczywam. A ty?
- Siedzę w pracy. Wiesz, myślę o tym co powiedziałaś...
- O dziecku? Maciek, ja naprawdę chciałabym żeby ono było twoje, chciałabym ci to teraz powiedzieć... Ale nie mogę cię okłamywać. Już nie.
- Chciałem ci tylko powiedzieć – westchnął ciężko – Jeśli to ja będę ojcem to na pewno będę obecny w jego życiu. Ale nie dawałbym dużych szans na to że wrócimy do siebie – starał się delikatnie dobrać słowa, by nie urazić dziewczyny
- Jasne, rozumiem.
Zamilkli oboje. Maciek zrozumiał że zachował się nietaktownie. Nie powinien był mówić tego przez telefon. Zganił się w myślach i postanowił zakończyć tę rozmowę, by się już bardziej nie pogrążać.
- Przepraszam. Także odpoczywaj i... miłego dnia.
- Dzięki, cześć.
Rozłączyła się. Był zły na samego siebie. Co prawda nie pokłócili się, lecz ta rozmowa nie pomogła żadnemu z nich.
- Kretyn – skwitował krótko, ukrywając twarz w dłoniach
Trzy dni później Maciek wracając z pracy zauważył coś niepokojącego. Jego uwagę przykuł jadący za nim samochód. Wydawało mu się że już poprzedniego dnia widział go w swoich lusterkach. Skręcił w boczną uliczkę i przyspieszył. Srebrne Audi pozostało nieco z tyłu, ale wciąż podążało jego tropem.
- Nie no, Maciek, masz zbyt bujną wyobraźnię – uśmiechnął się pod nosem – Za dużo amerykańskich filmów.
Zajechał pod supermarket. Nie planował zakupów, mimo wszystko chciał się upewnić że nie jest śledzony. Rozejrzał się uważnie i dostrzegł ten pojazd parkujący nieco dalej. Zastanowił się co zrobić. Wysiąść, podejść dyskretnie i dopaść kierowcę czy może zabawić się nieco i mu zwiać? A co jeśli ten ktoś wiedział gdzie mieszka? Ale czy wtedy musiałby go śledzić? A może po prostu jest przewrażliwiony i dorabia sobie teorię do swojej własnej rzeczywistości?
Powoli odjechał. Przez moment pomyślał że jest sam, ale chwilę później Audi znów pojawiło się w niedużej odległości za nią.
- O ty suko – mruknął pod nosem – Zaraz cię załatwię.
Zatrzymał się na światłach, mimo zielonego, włączył światła awaryjne. Pozostali kierowcy omijali go drugim pasem. Z wyjątkiem jednego. Tuż za nim stał srebrny samochód. Czarnowłosy upewnił się że ma ze sobą broń. Jednak zanim wyskoczy do kierowcy, chciał spróbować jeszcze jednej sztuczki. Wciąż stał przed skrzyżowaniem, uważnie obserwując lusterka i światła. Kiedy tylko zapaliło się żółte, odliczył dwie sekundy, wrzucił bieg i wyrwał gwałtownie do przodu. Był przekonany że Audi zostanie tam na czerwonym. Nic bardziej mylnego! Kierowca pojazdu nic sobie nie robił z sygnalizacji i pojechał za nim.
- Koniec zabawy – pomyślał Maciek – Niech no cię tylko dorwę gnoju.
Przyspieszył znacząco, ale wciąż nie mógł zgubić ogona. Zjechał w jakieś boczne uliczki, szukając możliwości zastawienia pułapki na kierowcę srebrnego wozu. W końcu zatrzymał się za jednym z budynków, wyskoczył z samochodu i wyjął broń.
Oddychał głęboko, oczekując na rozwój wydarzeń. Każda kolejna sekunda trwała niczym wieczność. W końcu zza budynku wypadło Audi, zatrzymało się z piskiem opon. Kierowca natychmiast wrzucił bieg wsteczny i zaczął cofać. Zapewne dostrzegł broń i postanowił się wycofać.
- Stój! Stój bo strzelam! - krzyczał, lecz na marne. Pojazd natychmiast odjechał na kilka metrów, by następnie zawrócić i odjechać, zostawiając za sobą jedynie intensywny zapach spalin.
- Niech cię szlag – pomyślał. Wrócił do samochodu i natychmiast zapisał sobie numery z tablicy rejestracyjnej, które zdążył odczytać. Niestety, nie widział twarzy kierowcy. Miał na głowie kaptur, więc kiedy odwrócił głowę by patrzeć przez tylną szybę, Maciek nie mógł nic zobaczyć.
- Gdańskie blachy – mruknął pod nosem. To mogło sugerować tylko jedno – przeszłość się o niego upominała...
Do domu wrócił już spokojnym tempem, uważnie obserwując swoje otoczenie. Obiecał sobie że jeśli znów zobaczy że ktoś go śledzi, nie będzie bawił się w żadne pościgi tylko od razu zatrzymuje kierowcę. Otworzył piwo, by się zrelaksować i odreagować po wydarzeniach sprzed kilku minut. Przygotowywał kanapki, kiedy usłyszał dźwięk telefonu.
- Cześć Seba – odezwał się od razu po odebraniu połączenia
- Jesteś w domu?
- No tak, a gdzie miałbym być?
- To włącz telewizor. Nie pytaj dlaczego, po prostu włącz.
Zaskoczony Maciek spełnił polecenie. Od razu na pasku, czerwoną czcionką rzucił mu się w oczy napis „Samobójstwo szczecińskiego prokuratora Zbigniewa K.”
- O kurwa – wyrwało mu się, kiedy rozpoznał w telewizji dom swoich teściów – Oddzwonię do ciebie za chwilę.
Uważnie oglądał prezentowany materiał. Ujęcia z kamery nie pokazywały nic poza domem i okolicą. Ze słów reportera dowiedział się iż według ustaleń tamtejszej policji prokurator zabił swoją żonę z zazdrości, a chwilę później sam popełnił samobójstwo. Nie wierzył w tę teorię. Owszem, mężczyzna był typem dominatora i zdarzało mu się być zaborczym, ale nie byłby zdolny do morderstwa. Przecież to silna osobowość, charakter. Doskonały taktyk, strateg, potrafił trzymać nerwy na wodzy. To właśnie psychika była jego wielkim atutem, właśnie psychologicznymi zagrywkami łamał przestępców podczas przesłuchań. Nie wierzył w to co mówiły media, nawet jeśli były przesłanki ku takiej wersji zdarzeń.
Zrobiło mu się słabo, kiedy skojarzył fakty. Jego teściowie nie żyją, a tego samego dnia on jest obserwowany przez samochód na gdańskich rejestracjach. To nie mógł być przypadek.
Następnego dnia podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Sebastianem. Według niego rodzice Marty zostali zamordowani, lecz nie rozumiał jaki związek on ma z tą sprawą. Dlaczego go jedynie śledzili? Dlaczego nie skończył tak jak oni?
- Więc uważasz że to było morderstwo? - Sebastian chciał się upewnić że jego przyjaciel podważa wszystkie zebrane poszlaki i ewentualne dowody, nie znając nawet sprawy
- Ktoś koncertowo spieprzył robotę – stwierdził, po czym napotkał pytające spojrzenie bruneta – No błagam, ale facet morduje żonę i potem popełnia samobójstwo? Przecież to brzmi idiotycznie!
- Zdarzają się takie przypadki.
- Owszem, ale że prokurator? Facet sprytny, przebiegły, potrafiący grać psychologicznie nagle w afekcie rzuca się na żonę z nożem albo strzela do niej z własnej broni? Chyba że... - zamyślił się przez moment – Samobójstwo to częsty sposób na pozbycie się takiej osoby. Żona mogła być przypadkową ofiarą.
- Maciek, ty chyba nie chcesz się angażować w tę sprawę? - spytał z nutką niepokoju
- Nie mam zamiaru. Zastanawiam się jedynie o co w tym do cholery chodzi.
- To że ktoś cię śledził nie musi oznaczać że obie sprawy są ze sobą powiązane.
- Gdańskie blachy, ten sam dzień. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.
- Mogłeś być śledzony wcześniej, tylko dopiero wczoraj to zauważyć. Maciek, nie daj się zwariować. Przecież ty z teściem nie miałeś żadnych wspólnych spraw.
- No tak, jedyne co nas łączyło to przecież Marta... - westchnął ciężko
Wiedział że zbierają się nad nim czarne chmury. Czuł że zbliżają się spore kłopoty, a zło czai się za każdym rogiem. Najpierw ta ciąża Eweliny, a teraz to. A co tam, niech go zabiją, jeśli chcą. Dla niego życie skończyło się trzy lata temu, kiedy stracił dwie najważniejsze osoby. Próbował iść dalej, poukładać swoje sprawy, ale gdy już wszystko musiało zmierzać ku dobremu, znów wszystko się potłukło niczym porcelanowy talerz upadający na podłogę.
Niemal do końca roku miał spokój, ale to była jedynie cisza przed burzą. Kończył drugą zmianę w Sylwestra i wracał do domu, by w samotności powitać nowy, może wreszcie normalny dla niego rok. Otworzył drzwi mieszkania, wszedł do środka, lecz kiedy chciał je za sobą zamknąć, napotkał opór.
- Nie odwracaj się – rozkazał mu półszeptem głos. Poczuł że jakiś przedmiot dotyka jego pleców. Prawdopodobnie broń. Przeszedł go zimny dreszcz. Zdał sobie sprawę że sytuacja jest beznadziejna. Jeszcze niedawno myślał że życie mu zbrzydło i jest mu obojętne, jednak wobec zagrożenia był gotów bronić się za wszelką cenę.
poniedziałek, 21 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 8
Sebastian próbował wyciągnąć przyjaciela gdzieś na miasto, pogadać przy piwie, lecz on tego wieczoru wybrał samotność. Oglądał pierwszy lepszy serial, na który trafił w telewizji, popijając ciepłą herbatę. Sam nie mógł uwierzyć że zrezygnował z piwa i towarzystwa na rzecz kiczowatych telenoweli.
- Chyba się starzeję – uśmiechnął się pod nosem – Stary, ogarnij się! Masz 32 lata, najlepszy wiek dla faceta!
Wewnętrzny głos ani trochę nie podniósł go na duchu. Przecież ostatnie lata to pasmo trudnych przeżyć i porażek. Ustatkował się, założył rodzinę i co? Stracił ją. Teściowie cały czas mieli do niego żal. Obwiniali go za śmierć córki i wnuczki. Odciął się od przeszłości, choć nie potrafił zapomnieć. Układał sobie życie od nowa. Poznał Ewelinę, spróbował zaangażować się w tę relację, znów się zakochał. To nie było tak silne uczucie jak do Marty, ale wystarczające by planować z nią jakąkolwiek przyszłość. Okazało się że na marne – nie był dla niej jedynym ważnym mężczyzną. O ile w ogóle coś znaczył.
Czasem miał ochotę po prostu zapaść się pod ziemię i wycofać z życia. Ale musiał być twardy. Nie wiedział dla kogo, nie wiedział po co. Być może gdzieś w podświadomości żyła niewielka namiastka nadziei że jeszcze czeka go coś dobrego. Że zła passa kiedyś się skończy i znów poczuje jak to jest być naprawdę szczęśliwym. Nie przejmować się niczym, nie myśleć o jutrze, żeby wszystko co trudne schowało się gdzieś za ścianą i o sobie nie przypominało. Tylko przy Marcie było to możliwe. Tylko ona dawała mu takie poczucie lekkości, swobody, radości z życia, z każdej chwili, którą spędzali ze sobą. Cokolwiek by się nie stało, nic nie było w stanie tego zepsuć. A jednak, nieprawda. Przecież się stało.
Być może tak miał pisane. Że miał zostać sam ze sobą. Ale coś poszło nie tak i spotkał bratnią duszę. Trzeba było więc naprawić ten błąd i ta postać musiała zniknąć. A mogło być tak pięknie! Mówią że życie to nie bajka. Ale z nią była. Nawet każda kłótnia, każdy foch, każdy rozbity talerz. Musiało jej zabraknąć, by to zrozumiał. Wciąż tęsknił, wciąż kochał, ale wiedział że to nigdy nie wróci. Ten rozdział został definitywnie zamknięty. Nie chciał wracać to przeszłości, lecz to było silniejsze od niego.
Teraźniejszość dała o sobie znać za sprawą dzwonka do drzwi. Niechętnie podniósł się z wygodnej kanapy, porzucając wspomnienia i tęsknotę. Podejrzewał że to Sebastian mimo wszystko postanowił dotrzymać mu towarzystwa. No tak, nie chciał Maciek iść na piwo, to piwo przyszło do Maćka... Dopiero gdy otworzył drzwi, zrozumiał jak bardzo się mylił. Zmierzył wzrokiem niewysoką szatynkę. Podniosła głowę, poprawiła opadającą na czoło grzywkę i spojrzała błagalnie na mężczyznę.
- Ewelina? - wykrztusił zdumiony – Myślałem że już sobie wszystko wyjaśniliśmy.
- Jak wy to mówicie? Pojawiły się nowe okoliczności? - rzuciła cicho – Mogę?
- Skoro musisz – wzruszył ramionami, wpuszczając kobietę do środka – Napijesz się czegoś?
- Wody, jeśli można.
- O ile mam – zaśmiał się nieco ironicznie pod nosem. Podczas gdy on zniknął na chwilę w kuchni, zajęła miejsce na kanapie. Położyła dłonie na kolanach, przegryzając nerwowo wargę. Jak zareaguje? Wyśmieje ją, wścieknie się czy od razu wyrzuci z mieszkania? Na jego miejscu nie chciałaby tego usłyszeć.
- Proszę – postawił na stole szklankę wody – Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę? Niech zgadnę: twój fagas cię pogonił – nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości
- Nie, to ja jego zostawiłam.
Maciek skinął głową. Wiedział że dziewczyna kłamie. Pozostało mu jedynie udać że uwierzył, choć nie łatwo było ukryć satysfakcję.
- I co? Przyszłaś błagać o drugą szansę? - rozbawienie mieszało się z irytacją
- Nie, Maciek. Bo to nic nie da.
- Wreszcie do ciebie to dotarło.
- Ja naprawdę cię kochałam. Znaczy nadal kocham... Ale okej, nic na siłę. Rozumiem że jesteś wściekły. Też bym była. Nie wiem co mi odbiło...
- Czekaj, czekaj – Maciek uśmiechnął się sarkastycznie – Przyszłaś do mnie się wyżalić? Wybacz, zły adres.
Wzięła głęboki oddech. Zrozumiała że odwlekanie tego momentu tylko ją pogrąża. Czuła że nie będzie łatwo, a po każdym wypowiedzianym zdaniu było coraz trudniej. Maciek jej nienawidził. Dziwiła się dlaczego jeszcze jej nie wyprosił. Chciał się nieco wyładować? Zabawić jej kosztem?
- Przyszłam bo... jestem w ciąży.
Brunet parsknął śmiechem. Nie potraktował tego poważnie. W pierwszej chwili przyszło mu na myśl że to kolejna żałosna próba wzbudzenia współczucia, poszukiwania litości. Ewelina nagle odzyskała wigor, pochyliła się do przodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Jestem w ciąży, rozumiesz? - powtórzyła głośno i wyraźnie. Dotarło do niego że to nie są żarty. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, na czole natychmiast pojawił się pot. Skoro mówiła to właśnie jemu to musiało oznaczać tylko jedno.
- Który tydzień? - wydusił przerażony
- Siódmy.
Szybkie obliczenia nie pozwoliły Maćkowi na wykluczenie swojego ojcostwa. Ale też nie dawały mu gwarancji że ten drugi nim nie jest.
- Jesteś pewna?
- Byłem u lekarza.
Maciek westchnął ciężko. Nie chciał pytać tak całkiem wprost, lecz Ewelina nie zrozumiała jego intencji.
- Czy jesteś pewna że to moje dziecko?
Przedłużająca się cisza doprowadzała go do szału. Jego serce biło bardzo szybko. Czuł się trochę jak maturzysta, który za chwilę ma odebrać wyniki swojego egzaminu, jak sportowiec, który za chwilę ma się dowiedzieć czy jego morderczy wysiłek pozwoli mu na zdobycie medalu, jak zwierzyna, w którą myśliwy wycelował swoją strzelbę.
- Nie – odparła cicho, splatając drżące dłonie
Wbrew oczekiwaniom, wcale nie poczuł ulgi. Perspektywa bycia na zawsze związanym z Eweliną poprzez dziecko była przerażająca, ale niepewność chyba jeszcze gorsza. Zacisnął zęby, powstrzymując potok cisnących mu się na usta wulgarnych słów.
- Wyjdź – wycedził ze wzrokiem wbitym podłogę. Trwał w bezruchu, słuchając jej kroków. Dopiero po trzaśnięciu drzwiami zerwał się jak oparzony, zrzucił wszystko ze stołu i zaczął walić w niego zaciśniętą pięścią jak oszalały. Musiał wyładować złość, musiał pozbyć się emocji.
- Dobra, stół nie jest niczemu winny – pomyślał zdyszany, kiedy po dłuższej chwili zdołał się opanować – Muszę zapalić.
Od rana chodził rozdrażniony i podenerwowany. Żarty traktował jako zaczepki, unikał rozmów, ignorował uśmiechy na twarzach innych policjantów. W jego głowie wciąż siedziały słowa Eweliny. Nie mógł uwierzyć że miałby mieć z nią dziecko. Nie mógł uwierzyć że tak bardzo się wściekł. Przecież kiedy Marta mówiła mu o ciąży, oszalał z radości. Ale to była Marta. Zupełnie inna osoba, zupełnie inne geny, zupełnie inna sytuacja.
Korzystając z nieobecności pozostałych komisarzy w biurze, zaczął czytać o badaniach DNA. Przecież nie wytrzyma do porodu. Potrzebował jednoznacznej odpowiedzi – dziecko jest jego albo i nie. Nawet nie zauważył kiedy Sebastian pojawił się za jego plecami.
- Badania DNA w ciąży? - usłyszał za sobą głos przyjaciela. Omal nie podskoczył przestraszony, natychmiast zamknął przeglądarkę i obrócił się na krześle.
- A co ty się tak skradasz? Nie można mieć ani trochę prywatności na służbowym komputerze?
- No właśnie, na służbowym – zauważył w żarcie – Widzę że coś cię gryzie, a skoro nic nie mówisz...
- Dobra, dobra – westchnął – Ale nie tutaj. Idziemy na fajkę.
Wyszli na podwórko, za komendę. Przysiedli na ławce, odpalili w milczeniu po papierosie.
- Ewelina do mnie wczoraj przyszła – oznajmił, wyjaśniając już niemal wszystko jednym zdaniem. Sebastian szybko skojarzył fakty.
- Jest w ciąży, prawda? - rzucił retorycznie – Masz wątpliwości co do ojcostwa.
- Lepiej – odparł sarkastycznie – Ona sama nie wie kto jest ojcem tego dziecka.
- No to kanał – wzruszył ramionami, nie wiedząc co powiedzieć
- Kanał, kanał – powtórzył zmartwiony Maciek – Ja nawet nie jestem na nią zły. Ja po prostu się nią brzydzę. Że tak mogła na dwa fronty... Zwykła szmata – podsumował
- Nie za ostro?
- Takie mam o niej zdanie. I jak pomyślę że mogę mieć z nią dziecko to mnie szlag trafia.
- Nie musisz z nią być.
- Nie muszę i nie zamierzam. Ale że będzie miało taką matkę. Okej, ludzie się zmieniają. Ale ja już zawsze będę na nią patrzył przez pryzmat tego że puszczała się z innym, kiedy była ze mną. Zraniła, okej, było, minęło – westchnął – Ale okazała się dwulicową, podłą żmiją. Perfidnie grała na dwa fronty. Nawet jej powieka nie drgnęła, kiedy kłamała. Nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego, a tu nagle...
- Może kiedyś jej wybaczysz.
- Może – odparł machinalnie, jakby nie on.
- Chyba się starzeję – uśmiechnął się pod nosem – Stary, ogarnij się! Masz 32 lata, najlepszy wiek dla faceta!
Wewnętrzny głos ani trochę nie podniósł go na duchu. Przecież ostatnie lata to pasmo trudnych przeżyć i porażek. Ustatkował się, założył rodzinę i co? Stracił ją. Teściowie cały czas mieli do niego żal. Obwiniali go za śmierć córki i wnuczki. Odciął się od przeszłości, choć nie potrafił zapomnieć. Układał sobie życie od nowa. Poznał Ewelinę, spróbował zaangażować się w tę relację, znów się zakochał. To nie było tak silne uczucie jak do Marty, ale wystarczające by planować z nią jakąkolwiek przyszłość. Okazało się że na marne – nie był dla niej jedynym ważnym mężczyzną. O ile w ogóle coś znaczył.
Czasem miał ochotę po prostu zapaść się pod ziemię i wycofać z życia. Ale musiał być twardy. Nie wiedział dla kogo, nie wiedział po co. Być może gdzieś w podświadomości żyła niewielka namiastka nadziei że jeszcze czeka go coś dobrego. Że zła passa kiedyś się skończy i znów poczuje jak to jest być naprawdę szczęśliwym. Nie przejmować się niczym, nie myśleć o jutrze, żeby wszystko co trudne schowało się gdzieś za ścianą i o sobie nie przypominało. Tylko przy Marcie było to możliwe. Tylko ona dawała mu takie poczucie lekkości, swobody, radości z życia, z każdej chwili, którą spędzali ze sobą. Cokolwiek by się nie stało, nic nie było w stanie tego zepsuć. A jednak, nieprawda. Przecież się stało.
Być może tak miał pisane. Że miał zostać sam ze sobą. Ale coś poszło nie tak i spotkał bratnią duszę. Trzeba było więc naprawić ten błąd i ta postać musiała zniknąć. A mogło być tak pięknie! Mówią że życie to nie bajka. Ale z nią była. Nawet każda kłótnia, każdy foch, każdy rozbity talerz. Musiało jej zabraknąć, by to zrozumiał. Wciąż tęsknił, wciąż kochał, ale wiedział że to nigdy nie wróci. Ten rozdział został definitywnie zamknięty. Nie chciał wracać to przeszłości, lecz to było silniejsze od niego.
Teraźniejszość dała o sobie znać za sprawą dzwonka do drzwi. Niechętnie podniósł się z wygodnej kanapy, porzucając wspomnienia i tęsknotę. Podejrzewał że to Sebastian mimo wszystko postanowił dotrzymać mu towarzystwa. No tak, nie chciał Maciek iść na piwo, to piwo przyszło do Maćka... Dopiero gdy otworzył drzwi, zrozumiał jak bardzo się mylił. Zmierzył wzrokiem niewysoką szatynkę. Podniosła głowę, poprawiła opadającą na czoło grzywkę i spojrzała błagalnie na mężczyznę.
- Ewelina? - wykrztusił zdumiony – Myślałem że już sobie wszystko wyjaśniliśmy.
- Jak wy to mówicie? Pojawiły się nowe okoliczności? - rzuciła cicho – Mogę?
- Skoro musisz – wzruszył ramionami, wpuszczając kobietę do środka – Napijesz się czegoś?
- Wody, jeśli można.
- O ile mam – zaśmiał się nieco ironicznie pod nosem. Podczas gdy on zniknął na chwilę w kuchni, zajęła miejsce na kanapie. Położyła dłonie na kolanach, przegryzając nerwowo wargę. Jak zareaguje? Wyśmieje ją, wścieknie się czy od razu wyrzuci z mieszkania? Na jego miejscu nie chciałaby tego usłyszeć.
- Proszę – postawił na stole szklankę wody – Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę? Niech zgadnę: twój fagas cię pogonił – nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości
- Nie, to ja jego zostawiłam.
Maciek skinął głową. Wiedział że dziewczyna kłamie. Pozostało mu jedynie udać że uwierzył, choć nie łatwo było ukryć satysfakcję.
- I co? Przyszłaś błagać o drugą szansę? - rozbawienie mieszało się z irytacją
- Nie, Maciek. Bo to nic nie da.
- Wreszcie do ciebie to dotarło.
- Ja naprawdę cię kochałam. Znaczy nadal kocham... Ale okej, nic na siłę. Rozumiem że jesteś wściekły. Też bym była. Nie wiem co mi odbiło...
- Czekaj, czekaj – Maciek uśmiechnął się sarkastycznie – Przyszłaś do mnie się wyżalić? Wybacz, zły adres.
Wzięła głęboki oddech. Zrozumiała że odwlekanie tego momentu tylko ją pogrąża. Czuła że nie będzie łatwo, a po każdym wypowiedzianym zdaniu było coraz trudniej. Maciek jej nienawidził. Dziwiła się dlaczego jeszcze jej nie wyprosił. Chciał się nieco wyładować? Zabawić jej kosztem?
- Przyszłam bo... jestem w ciąży.
Brunet parsknął śmiechem. Nie potraktował tego poważnie. W pierwszej chwili przyszło mu na myśl że to kolejna żałosna próba wzbudzenia współczucia, poszukiwania litości. Ewelina nagle odzyskała wigor, pochyliła się do przodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Jestem w ciąży, rozumiesz? - powtórzyła głośno i wyraźnie. Dotarło do niego że to nie są żarty. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, na czole natychmiast pojawił się pot. Skoro mówiła to właśnie jemu to musiało oznaczać tylko jedno.
- Który tydzień? - wydusił przerażony
- Siódmy.
Szybkie obliczenia nie pozwoliły Maćkowi na wykluczenie swojego ojcostwa. Ale też nie dawały mu gwarancji że ten drugi nim nie jest.
- Jesteś pewna?
- Byłem u lekarza.
Maciek westchnął ciężko. Nie chciał pytać tak całkiem wprost, lecz Ewelina nie zrozumiała jego intencji.
- Czy jesteś pewna że to moje dziecko?
Przedłużająca się cisza doprowadzała go do szału. Jego serce biło bardzo szybko. Czuł się trochę jak maturzysta, który za chwilę ma odebrać wyniki swojego egzaminu, jak sportowiec, który za chwilę ma się dowiedzieć czy jego morderczy wysiłek pozwoli mu na zdobycie medalu, jak zwierzyna, w którą myśliwy wycelował swoją strzelbę.
- Nie – odparła cicho, splatając drżące dłonie
Wbrew oczekiwaniom, wcale nie poczuł ulgi. Perspektywa bycia na zawsze związanym z Eweliną poprzez dziecko była przerażająca, ale niepewność chyba jeszcze gorsza. Zacisnął zęby, powstrzymując potok cisnących mu się na usta wulgarnych słów.
- Wyjdź – wycedził ze wzrokiem wbitym podłogę. Trwał w bezruchu, słuchając jej kroków. Dopiero po trzaśnięciu drzwiami zerwał się jak oparzony, zrzucił wszystko ze stołu i zaczął walić w niego zaciśniętą pięścią jak oszalały. Musiał wyładować złość, musiał pozbyć się emocji.
- Dobra, stół nie jest niczemu winny – pomyślał zdyszany, kiedy po dłuższej chwili zdołał się opanować – Muszę zapalić.
Od rana chodził rozdrażniony i podenerwowany. Żarty traktował jako zaczepki, unikał rozmów, ignorował uśmiechy na twarzach innych policjantów. W jego głowie wciąż siedziały słowa Eweliny. Nie mógł uwierzyć że miałby mieć z nią dziecko. Nie mógł uwierzyć że tak bardzo się wściekł. Przecież kiedy Marta mówiła mu o ciąży, oszalał z radości. Ale to była Marta. Zupełnie inna osoba, zupełnie inne geny, zupełnie inna sytuacja.
Korzystając z nieobecności pozostałych komisarzy w biurze, zaczął czytać o badaniach DNA. Przecież nie wytrzyma do porodu. Potrzebował jednoznacznej odpowiedzi – dziecko jest jego albo i nie. Nawet nie zauważył kiedy Sebastian pojawił się za jego plecami.
- Badania DNA w ciąży? - usłyszał za sobą głos przyjaciela. Omal nie podskoczył przestraszony, natychmiast zamknął przeglądarkę i obrócił się na krześle.
- A co ty się tak skradasz? Nie można mieć ani trochę prywatności na służbowym komputerze?
- No właśnie, na służbowym – zauważył w żarcie – Widzę że coś cię gryzie, a skoro nic nie mówisz...
- Dobra, dobra – westchnął – Ale nie tutaj. Idziemy na fajkę.
Wyszli na podwórko, za komendę. Przysiedli na ławce, odpalili w milczeniu po papierosie.
- Ewelina do mnie wczoraj przyszła – oznajmił, wyjaśniając już niemal wszystko jednym zdaniem. Sebastian szybko skojarzył fakty.
- Jest w ciąży, prawda? - rzucił retorycznie – Masz wątpliwości co do ojcostwa.
- Lepiej – odparł sarkastycznie – Ona sama nie wie kto jest ojcem tego dziecka.
- No to kanał – wzruszył ramionami, nie wiedząc co powiedzieć
- Kanał, kanał – powtórzył zmartwiony Maciek – Ja nawet nie jestem na nią zły. Ja po prostu się nią brzydzę. Że tak mogła na dwa fronty... Zwykła szmata – podsumował
- Nie za ostro?
- Takie mam o niej zdanie. I jak pomyślę że mogę mieć z nią dziecko to mnie szlag trafia.
- Nie musisz z nią być.
- Nie muszę i nie zamierzam. Ale że będzie miało taką matkę. Okej, ludzie się zmieniają. Ale ja już zawsze będę na nią patrzył przez pryzmat tego że puszczała się z innym, kiedy była ze mną. Zraniła, okej, było, minęło – westchnął – Ale okazała się dwulicową, podłą żmiją. Perfidnie grała na dwa fronty. Nawet jej powieka nie drgnęła, kiedy kłamała. Nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego, a tu nagle...
- Może kiedyś jej wybaczysz.
- Może – odparł machinalnie, jakby nie on.
poniedziałek, 14 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 7
Potrzebował czegoś w rodzaju resetu, zostawić za sobą to co było i zacząć wszystko od nowa. Nie miał już czasu na smutki i rozpacze. Nie chciał by nim zawładnęły. Po dłuższym namyśle postanowił zostać w Krakowie. Znał miasto, miał tu przyjaciół, podjęcie pracy było jedynie formalnością wymagającą dwóch podpisów. Idealne warunki by nie rzucać sobie kłód pod nogi po trudnych przeżyciach.
Szybko zdecydował się na powrót na Pomorską, jednak odwlekał go ze względu na inne priorytety – potrzebował mieszkania. Nie wyobrażał sobie siedzieć w nieskończoność na głowie Joasi i Sebastiana. Odpowiadając na ogłoszenia, jeździł po całym mieście by na własne oczy zobaczyć oferowane lokale. Choć nie miał dużych wymagań, błyskawicznie pojawiały się mankamenty, które dyskwalifikowały je z dalszych poszukiwań.
Niewyremontowana łazienka – gołe ściany pokryte jedynie farbą i gumowa wykładzina. Kto w dzisiejszych czasach pozostawia coś takiego? Przecież łazienka to podstawa!
Nieszczelne okna. Wieczny chłód w pokojach i kolosalne koszty ogrzewania w zimie. Oczywiście właściciel skąpi na wymianę i liczy że znajdzie frajera, który przymknie na to oko. Niedoczekanie!
Mała kuchnia. Dwa rzędy szafek i wąski przedział między nimi na jakieś trzy kroki długości. Choć Maciek nie był wielbicielem gotowania, zdawał sobie sprawę że tutaj też będzie spędzał trochę czasu i chciałby się czuć komfortowo. W tak małej przestrzeni w najlepszym wypadku mógł sobie zrobić krzywdę.
Stare skrzypiące deski na podłodze. Wyobraził sobie że wraca późno z pracy i mimo wszelkich starań nie udaje mu się przejść bezszelestnie. Pies sąsiada zaczyna ujadać budząc pół kamienicy, zaś na pozór sympatyczni starsi państwo z dołu uderzają kijem od miotły o sufit domagając się spokoju.
Wrócił wieczorem zrezygnowany. Nie oczekiwał że już pierwszego dnia znajdzie dla siebie lokum, ale wszystkie cztery mieszkania nie zachęcały go do dalszych poszukiwań. Czy naprawdę w całym Krakowie nie ma normalnego mieszkania na wynajem? Czy naprawdę żaden z właścicieli nie dba o tych kilka ścian i to tylko dlatego że to nie on tam zamieszka? A może to on źle szukał? Może powinien sprawdzić coś droższego, o ile będzie to jeszcze na miarę jego możliwości?
Tego wieczora potrzebował jedynie dwóch rzeczy. Zimnego piwa i dobrego snu. To pierwsze nie było trudne do osiągnięcia. Wypili po dwa piwa z Sebastianem, przy okazji wymieniając kilka słów na temat przyszłości.
- Rozumiem że się zdecydowałeś – zasugerował Sebastian, wnioskując po poszukiwaniach mieszkania
- Nie mam nic lepszego na oku – wzruszył ramionami – A tutaj wcale nie było źle. Tylko muszę najpierw znaleźć sobie jakiś kąt do spania.
- Wiesz, u nas możesz zostać tak długo jak potrzebujesz.
- Wiem – pokiwał głową – Ale wiem też że dwójka zakochanych w sobie ludzi potrzebuje swojej własnej przestrzeni, takiej wspólnej prywatności. Nie zamierzam nadużywać waszej gościnności.
- Masz coś ciekawego?
- Katastrofa – pokręcił głową – Ja nie wiem, ci ludzie myślą że mogą mieć w dupie to mieszkanie, bo i tak będzie tam mieszkała obca osoba. Ale kurde, jak chcesz coś dobrze sprzedać to powinieneś zadbać o jakość.
- Nie przejmuj się – starał się go pocieszyć – To dopiero pierwszy dzień.
- Takiego mieszkania jak to w Gdańsku to już nie znajdę – westchnął
Następnego dnia z nową energią zabrał się za poszukiwanie mieszkania. Tym razem rozszerzył zakres poszukiwań, głównie za sprawą ceny. Jedno nawet mu się spodobało, lecz okazało się niestety poza jego zasięgiem finansowym. Może gdyby nie mieszkał sam, byłaby możliwość tego wyboru. Nie tracił jednak zapału i już dwie godziny później pojechał obejrzeć kolejne lokum.
- Marcie by się spodobało – stwierdził, przechadzając się po salonie. Nieduży przedpokój, po prawej łazienka, po lewej mniejszy pokój, w sam raz na sypialnię, zaś na wprost salon z aneksem kuchennym. Mieszkanie w dobrym stanie, umeblowane. Maciek z trudem ukrywał zainteresowanie. Najpierw chciał poznać cenę i wynegocjować nieco niższą. Jedyną przeszkodą do zawarcia umowy mogła być właśnie ta kwota.
Pół godziny później pojawił się na komendzie. Przede wszystkim chciał pochwalić się Sebastianowi swoim małym sukcesem, lecz pomyślał że może od razu przekazać mu dwie dobre wiadomości. Skierował swe kroki do gabinetu komendanta, by porozmawiać z nim o pracy. Znali się już z dawnych lat, dlatego stary ucieszył się gdy usłyszał że czarnowłosy rozważa powrót.
- Proszę! - zabrzmiał niski, donośny głos w odpowiedzi na pukanie. Maciek przywitał się ze swoim byłym szefem i zajął miejsce naprzeciw niego.
- Miło cię widzieć – przyznał z uśmiechem na twarzy, który za chwilę zniknął – Słyszałem co się stało. Jest mi bardzo przykro z powodu Marty.
Strzewiński skinął głową. Co miał powiedzieć? Że to wciąż boli? Że wybrał Pomorską tylko dlatego że chciał wyjechać jak najdalej?
- Sebastian wspominał mi że chciałbyś wrócić – kontynuował – Nie mam nikogo na miejsce po Ani, więc jeśli chcesz...
- Właśnie po to tu jestem – przyznał otwarcie – Chcę tu pracować.
- Nie widzę żadnych przeszkód. To co? W poniedziałek podpisujemy umowę i zaczynasz?
Mężczyźni przypieczętowali słowne postanowienie uściskiem dłoni. A więc miał cztery dni. Dziewięćdziesiąt sześć godzin, w których będzie musiał się czymś zająć by nie myśleć, nie wspominać, nie tęsknić, nie cierpieć. Najbardziej obawiał się momentu, kiedy zostanie sam. Obecność innych jakby dodawała mu sił, gdzieś podświadomie czuł że nie może pokazać swojej słabości. Nie chciał znów wpaść w to błędne koło złości i rozpaczy, z którego dopiero co zdołał się wydostać.
Zajrzał do biura. Był tam Sebastian i dwójka policjantów, których nie miał okazji poznać. Zapewne zaczęli tu pracę, kiedy jego już nie było. Jeszcze zanim zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Po raz pierwszy od zaginięcia Marty był on szczery, mimowolny, niewymuszony. Sebastian szybko skojarzył fakty i zaczął się domyślać co takiego ma do powiedzenia czarnowłosy.
- Chciałem żebyś poznał swojego nowego partnera – poklepał go po ramieniu, zaś drugą ręką sięgnął do kieszeni po klucze – I mam jeszcze coś. Jutro się wyprowadzam.
3 lata później.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pogoda ani trochę nie przypominała zimy, za oknami wciąż dominowała późna jesień. Krótkie, pochmurne dni i częste opady deszczu nie przeszkadzały jednak w przygotowaniach. Ludzie, jak co roku, dali się ponieść szałowi zakupów, do których markety zachęcały różnymi przecenami i promocjami. Nie każdy jednak miał ochotę na spędzanie godzin w sklepach, a jednym z nich był Maciek. Coraz to dłuższe kolejki i oblężenia w sklepach irytowały policjanta. Nie miał nic lepszego do roboty tylko wymijać plotkujące starsze panie, który niby to przypadkiem spotkały się między sklepowymi półkami albo czekać w nieskończoność aż jakiś bogaty jegomość wyłoży na taśmę całą zawartość wypełnionego po brzegi wózka, a kasjerka skasuje każdy jeden produkt.
- Masakra – podsumował, dzieląc się z Sebastianem swoimi przemyśleniami – Zawinąłbyś gówno w papierek po cukierku, a ludzie i tak by się na to rzucili, bo przecież promocja!
- Magia świąt – rzucił ironicznie – Jakie masz plany na te święta?
- To znaczy? - uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem
- To znaczy że jeśli chcesz, możesz przyjść do nas. Zostajemy z Asią w Krakowie więc...
- Dzięki – natychmiast uciął temat. Doceniał że przyjaciele po raz kolejny wyciągali do niego pomocną dłoń, lecz nie chciał nadużywać ich dobroci. W końcu mieli swoje życie i powinni pomyśleć czasem przede wszystkim o sobie.
- A może... - zaczął niepewnie Sebastian, uważnie obserwując reakcję przyjaciela
- A może co?
- Wiesz, święta to dobry czas żeby się pogodzić, wybaczyć...
Maciek uśmiechnął się szyderczo. Jeśli myśleli o tej samej osobie, propozycja była zbyt absurdalna by brać ją pod uwagę.
- Chyba nie masz na myśli Eweliny? Już widzę jak padamy sobie w ramiona ze łzami w oczach, wzruszeni i zaczynamy wszystko od nowa – mówił z sarkazmem – Nigdy w życiu.
- Nie byłeś z nią szczęśliwy?
- Seba, o czym my w ogóle rozmawiamy? Gdyby to był jeden raz, okej, chwila zapomnienia, nie wiem, była pijana czy coś, mógłbym rozważyć drugą szansę. Ale ona miała romans! Regularnie mnie zdradzała, rozumiesz?
- Przepraszam – czuł się głupio że w ogóle poruszył ten temat – Nie wiedziałem że zrobiła to więcej niż raz.
- W porządku – westchnął, odwracając się w stronę okna – Jeszcze raz dzięki, ale nie potrzebuję towarzystwa. Biorę dyżur na komendzie.
- Gdybyś jednak zmienił zdanie... po prostu powiedz.
- Jasne – odparł zrezygnowany, po czym zasiadł przy biurku by zająć się kolejnymi raportami.
Szybko zdecydował się na powrót na Pomorską, jednak odwlekał go ze względu na inne priorytety – potrzebował mieszkania. Nie wyobrażał sobie siedzieć w nieskończoność na głowie Joasi i Sebastiana. Odpowiadając na ogłoszenia, jeździł po całym mieście by na własne oczy zobaczyć oferowane lokale. Choć nie miał dużych wymagań, błyskawicznie pojawiały się mankamenty, które dyskwalifikowały je z dalszych poszukiwań.
Niewyremontowana łazienka – gołe ściany pokryte jedynie farbą i gumowa wykładzina. Kto w dzisiejszych czasach pozostawia coś takiego? Przecież łazienka to podstawa!
Nieszczelne okna. Wieczny chłód w pokojach i kolosalne koszty ogrzewania w zimie. Oczywiście właściciel skąpi na wymianę i liczy że znajdzie frajera, który przymknie na to oko. Niedoczekanie!
Mała kuchnia. Dwa rzędy szafek i wąski przedział między nimi na jakieś trzy kroki długości. Choć Maciek nie był wielbicielem gotowania, zdawał sobie sprawę że tutaj też będzie spędzał trochę czasu i chciałby się czuć komfortowo. W tak małej przestrzeni w najlepszym wypadku mógł sobie zrobić krzywdę.
Stare skrzypiące deski na podłodze. Wyobraził sobie że wraca późno z pracy i mimo wszelkich starań nie udaje mu się przejść bezszelestnie. Pies sąsiada zaczyna ujadać budząc pół kamienicy, zaś na pozór sympatyczni starsi państwo z dołu uderzają kijem od miotły o sufit domagając się spokoju.
Wrócił wieczorem zrezygnowany. Nie oczekiwał że już pierwszego dnia znajdzie dla siebie lokum, ale wszystkie cztery mieszkania nie zachęcały go do dalszych poszukiwań. Czy naprawdę w całym Krakowie nie ma normalnego mieszkania na wynajem? Czy naprawdę żaden z właścicieli nie dba o tych kilka ścian i to tylko dlatego że to nie on tam zamieszka? A może to on źle szukał? Może powinien sprawdzić coś droższego, o ile będzie to jeszcze na miarę jego możliwości?
Tego wieczora potrzebował jedynie dwóch rzeczy. Zimnego piwa i dobrego snu. To pierwsze nie było trudne do osiągnięcia. Wypili po dwa piwa z Sebastianem, przy okazji wymieniając kilka słów na temat przyszłości.
- Rozumiem że się zdecydowałeś – zasugerował Sebastian, wnioskując po poszukiwaniach mieszkania
- Nie mam nic lepszego na oku – wzruszył ramionami – A tutaj wcale nie było źle. Tylko muszę najpierw znaleźć sobie jakiś kąt do spania.
- Wiesz, u nas możesz zostać tak długo jak potrzebujesz.
- Wiem – pokiwał głową – Ale wiem też że dwójka zakochanych w sobie ludzi potrzebuje swojej własnej przestrzeni, takiej wspólnej prywatności. Nie zamierzam nadużywać waszej gościnności.
- Masz coś ciekawego?
- Katastrofa – pokręcił głową – Ja nie wiem, ci ludzie myślą że mogą mieć w dupie to mieszkanie, bo i tak będzie tam mieszkała obca osoba. Ale kurde, jak chcesz coś dobrze sprzedać to powinieneś zadbać o jakość.
- Nie przejmuj się – starał się go pocieszyć – To dopiero pierwszy dzień.
- Takiego mieszkania jak to w Gdańsku to już nie znajdę – westchnął
Następnego dnia z nową energią zabrał się za poszukiwanie mieszkania. Tym razem rozszerzył zakres poszukiwań, głównie za sprawą ceny. Jedno nawet mu się spodobało, lecz okazało się niestety poza jego zasięgiem finansowym. Może gdyby nie mieszkał sam, byłaby możliwość tego wyboru. Nie tracił jednak zapału i już dwie godziny później pojechał obejrzeć kolejne lokum.
- Marcie by się spodobało – stwierdził, przechadzając się po salonie. Nieduży przedpokój, po prawej łazienka, po lewej mniejszy pokój, w sam raz na sypialnię, zaś na wprost salon z aneksem kuchennym. Mieszkanie w dobrym stanie, umeblowane. Maciek z trudem ukrywał zainteresowanie. Najpierw chciał poznać cenę i wynegocjować nieco niższą. Jedyną przeszkodą do zawarcia umowy mogła być właśnie ta kwota.
Pół godziny później pojawił się na komendzie. Przede wszystkim chciał pochwalić się Sebastianowi swoim małym sukcesem, lecz pomyślał że może od razu przekazać mu dwie dobre wiadomości. Skierował swe kroki do gabinetu komendanta, by porozmawiać z nim o pracy. Znali się już z dawnych lat, dlatego stary ucieszył się gdy usłyszał że czarnowłosy rozważa powrót.
- Proszę! - zabrzmiał niski, donośny głos w odpowiedzi na pukanie. Maciek przywitał się ze swoim byłym szefem i zajął miejsce naprzeciw niego.
- Miło cię widzieć – przyznał z uśmiechem na twarzy, który za chwilę zniknął – Słyszałem co się stało. Jest mi bardzo przykro z powodu Marty.
Strzewiński skinął głową. Co miał powiedzieć? Że to wciąż boli? Że wybrał Pomorską tylko dlatego że chciał wyjechać jak najdalej?
- Sebastian wspominał mi że chciałbyś wrócić – kontynuował – Nie mam nikogo na miejsce po Ani, więc jeśli chcesz...
- Właśnie po to tu jestem – przyznał otwarcie – Chcę tu pracować.
- Nie widzę żadnych przeszkód. To co? W poniedziałek podpisujemy umowę i zaczynasz?
Mężczyźni przypieczętowali słowne postanowienie uściskiem dłoni. A więc miał cztery dni. Dziewięćdziesiąt sześć godzin, w których będzie musiał się czymś zająć by nie myśleć, nie wspominać, nie tęsknić, nie cierpieć. Najbardziej obawiał się momentu, kiedy zostanie sam. Obecność innych jakby dodawała mu sił, gdzieś podświadomie czuł że nie może pokazać swojej słabości. Nie chciał znów wpaść w to błędne koło złości i rozpaczy, z którego dopiero co zdołał się wydostać.
Zajrzał do biura. Był tam Sebastian i dwójka policjantów, których nie miał okazji poznać. Zapewne zaczęli tu pracę, kiedy jego już nie było. Jeszcze zanim zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Po raz pierwszy od zaginięcia Marty był on szczery, mimowolny, niewymuszony. Sebastian szybko skojarzył fakty i zaczął się domyślać co takiego ma do powiedzenia czarnowłosy.
- Chciałem żebyś poznał swojego nowego partnera – poklepał go po ramieniu, zaś drugą ręką sięgnął do kieszeni po klucze – I mam jeszcze coś. Jutro się wyprowadzam.
3 lata później.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pogoda ani trochę nie przypominała zimy, za oknami wciąż dominowała późna jesień. Krótkie, pochmurne dni i częste opady deszczu nie przeszkadzały jednak w przygotowaniach. Ludzie, jak co roku, dali się ponieść szałowi zakupów, do których markety zachęcały różnymi przecenami i promocjami. Nie każdy jednak miał ochotę na spędzanie godzin w sklepach, a jednym z nich był Maciek. Coraz to dłuższe kolejki i oblężenia w sklepach irytowały policjanta. Nie miał nic lepszego do roboty tylko wymijać plotkujące starsze panie, który niby to przypadkiem spotkały się między sklepowymi półkami albo czekać w nieskończoność aż jakiś bogaty jegomość wyłoży na taśmę całą zawartość wypełnionego po brzegi wózka, a kasjerka skasuje każdy jeden produkt.
- Masakra – podsumował, dzieląc się z Sebastianem swoimi przemyśleniami – Zawinąłbyś gówno w papierek po cukierku, a ludzie i tak by się na to rzucili, bo przecież promocja!
- Magia świąt – rzucił ironicznie – Jakie masz plany na te święta?
- To znaczy? - uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem
- To znaczy że jeśli chcesz, możesz przyjść do nas. Zostajemy z Asią w Krakowie więc...
- Dzięki – natychmiast uciął temat. Doceniał że przyjaciele po raz kolejny wyciągali do niego pomocną dłoń, lecz nie chciał nadużywać ich dobroci. W końcu mieli swoje życie i powinni pomyśleć czasem przede wszystkim o sobie.
- A może... - zaczął niepewnie Sebastian, uważnie obserwując reakcję przyjaciela
- A może co?
- Wiesz, święta to dobry czas żeby się pogodzić, wybaczyć...
Maciek uśmiechnął się szyderczo. Jeśli myśleli o tej samej osobie, propozycja była zbyt absurdalna by brać ją pod uwagę.
- Chyba nie masz na myśli Eweliny? Już widzę jak padamy sobie w ramiona ze łzami w oczach, wzruszeni i zaczynamy wszystko od nowa – mówił z sarkazmem – Nigdy w życiu.
- Nie byłeś z nią szczęśliwy?
- Seba, o czym my w ogóle rozmawiamy? Gdyby to był jeden raz, okej, chwila zapomnienia, nie wiem, była pijana czy coś, mógłbym rozważyć drugą szansę. Ale ona miała romans! Regularnie mnie zdradzała, rozumiesz?
- Przepraszam – czuł się głupio że w ogóle poruszył ten temat – Nie wiedziałem że zrobiła to więcej niż raz.
- W porządku – westchnął, odwracając się w stronę okna – Jeszcze raz dzięki, ale nie potrzebuję towarzystwa. Biorę dyżur na komendzie.
- Gdybyś jednak zmienił zdanie... po prostu powiedz.
- Jasne – odparł zrezygnowany, po czym zasiadł przy biurku by zająć się kolejnymi raportami.
wtorek, 1 maja 2018
Czas nie leczy ran cz. 6
Kolejnych kilka dni było niezwykle wyczerpujące psychicznie dla Maćka. Z dostarczonych przez niego materiałów pobrano próbki DNA i potwierdzili najgorsze – w samochodzie zginęła jego żona i córka. Dotychczas to wszystko krążyło po jego głowie, ale gdzieś w pewnym zakątku tlił się płomyczek nadziei że to nie one, że to tylko przypadek, że Marta żyje, a on znajdzie sposób by do niej dotrzeć.
Policjanci powiadomili rodziców brunetki. Maciek nie był w stanie im tego przekazać. Kiedy został sam, nie musiał być już silny. Przed samym sobą nie mógł uciec. Własne słabości wreszcie go dopadły. Tamtego wieczora, kiedy potwierdzono tożsamość kobiety z wypadku, sięgnął po alkohol i rozkleił się całkowicie. Nie miał już żadnego celu w życiu, nie miał rodziny, nie miał nikogo ani niczego, na czym by mu zależało.
Jego i tak już niespokojny sen przerwał jakiś hałas z kuchni. Jakby dźwięk tłuczonego szkła lub porcelany. W pierwszej chwili pomyślał że się przesłyszał, ale chwilę później odniósł wrażenie że usłyszał jak ktoś zamyka szafkę. Sięgnął do szuflady po broń i powoli przemknął z jednego pomieszczenia do drugiego. Jeśli ktoś był w mieszkaniu, to musiał być złodziej. Ile jeszcze nieszczęść mogło na niego spaść? Najpierw zaginięcie żony i córki, ich śmierć, teraz włamanie? Tego było zbyt wiele. Sunąc ręką po ścianie natrafił na włącznik. Zaświeciło się światło, wpadł w tym momencie z bronią do kuchni, ale poza nim nie było nikogo. Tylko rozbity kubek, który stał na krawędzi stołu. Ale w jaki sposób spadł? Sam z siebie? Zrezygnowany mężczyzna oparł się o ścianę, przymknął oczy i osunął powoli na podłogę.
W dniu pogrzebu Marty został wezwany do komendanta. Domyślał się czego ma dotyczyć rozmowa i był do niej przygotowany, o ile można to było tak nazwać. Podjął decyzję i nie zamierzał zmienić zdania. Pozostało jedynie poinformować o tym przełożonego.
- Wejdź proszę – przywitał go w progu swojego gabinetu – Kawy, herbaty?
- Dziękuję – odparł obojętnym tonem – Nie mam zbyt wiele czasu.
- Jest mi przykro z powodu twojej żony i córki. Chciałem tylko zapewnić cię że dostaniesz tyle wolnego ile potrzebujesz... i przeprosić za wcześniej. Ale to miało być dla twojego dobra.
Maciek uśmiechnął się ironicznie. Nagła zmiana w postawie szefa wydawała mu się podejrzana, choć nie interesowały go żadne motywy. Przyszedł tu tylko po to by zamknąć pewien rozdział swojego życia.
- Co to jest? - zapytał komendant, kiedy Maciek podał mu tekturową teczkę – Wypowiedzenie? Nie żartuj.
- Od kilku dni jakoś nie mam nastroju do żartów – rzucił ponuro – Proszę jedynie o zaakceptowanie mojej decyzji.
- Jesteś bardzo dobrym policjantem. Przydałbyś się tutaj.
- To ciekawe, bo jeszcze niedawno sugerował pan że się pożegnamy – nie mógł się powstrzymać by nie wypomnieć wcześniej rozmowy
- To był blef. Chciałem żebyś choć przez chwilę spróbował zostawić swoje problemy i skupił się na pracy.
- To nie ma znaczenia – westchnął ciężko – Bez niej nic mnie tu nie trzyma.
- Przemyśl to jeszcze.
- Przemyślałem – odparł, po czym opuścił biuro komendanta. Nie zależało mu na tej pracy, nie wyobrażał sobie dalszego życia bez Marty. Nie wyobrażał sobie że wróci do ich mieszkania, a jej tam nie będzie. Przecież razem je kupili, ona wybierała kolor ścian, ona pomagała mu malować, ona wybierała meble. To mieszkanie miało jej duszę! Dlatego też przebywanie w nim sprawiało mu tyle bólu. Ona była w nim cały czas obecna, a on w żaden sposób nie mógł się do niej zbliżyć.
Prosto z komendy wyruszył w drogę do Szczecina. Rodzice Marty postanowili że pochowają ją wraz z córką w jej rodzinnym mieście. Maciek nie rozmawiał z nimi odkąd znaleziono ciało kobiety. Wiedział że teść mimo wszystko obwinia go za jej śmierć. Sam też czuł się winny. Dlaczego nie zauważył że dzieje się coś złego? Dlaczego pozwolił jej na ucieczkę? Dlaczego nie powiedziała mu prawdy?
Na cmentarzu czuł się nieswojo i obco. Każde spojrzenie wydawało mu się złowrogie. Jakby ci ludzie nie chcieli jego obecności na pogrzebie. W końcu byli to bliscy Marty i nie mogli pogodzić się z jej odejściem. Ale on też nie.
Starał się zachować spokój. Do pewnego momentu nawet nie zdawał sobie sprawy że jest na pogrzebie własnej żony, a także córki. Przez całą mszę zachowywał kamienną twarz, jakby nic go nie obchodziło. W głębi czuł że skręca mu żołądek, gardło puchnie, serce bije nierówno, a płuca jakby w ogóle nie nabierają powietrza. Myślał że w każdej chwili to wszystko może się skończyć, że za chwilę upadnie, straci przytomność i nie będzie go w tym najważniejszym momencie. Musiał je pożegnać. Musiał, choć tak bardzo tego nie chciał.
Coś w nim pękło dopiero w momencie, gdy urnę przysypywano ziemią. Do oczu napłynęły mu łzy i choć próbował je powstrzymać, to nie był w stanie. Wyobraźnia roztaczała przed nim obraz jak Marta przytula córkę, a z nieba pojawia się świetlny korytarz. Światło świeciło coraz mocniej, do tego stopnia, że musiał przymknąć oczy. Kiedy znów spojrzał przed siebie, ich już nie było. Zobaczył jedynie cień znikający w chmurach. Zacisnął zęby, tłumiąc w sobie krzyk. Nie mógł nic zrobić. Wydawało się że nic ich nie rozdzieli, ale tym razem śmierć wygrała. Maciek dotkliwie odczuwał porażkę.
Nie wiedział jak długo stoi przy grobie. Został sam, nawet rodzice Marty już poszli. Przykucnął, dotknął palcami wciąż świeżej ziemi.
- Marta... - wyszeptał drżącym głosem – Marta...
Ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł mówić, choć bardzo chciał. Pragnął zrzucić z siebie ten ciężar, podzielić się swoim bólem. Ona była jedyną osobą, której powiedziałby o wszystkim. Była jedyną, która mogła mu pomóc.
- Bardzo cię kocham, wiesz? - kontynuował ze łzami w oczach – Obie was kocham... Nie wiem, nie rozumiem dlaczego tak się stało... Zawsze będziecie dla mnie najważniejsze. Zawsze.
Zacisnął pięść. Trwał w błędnym kole złości, bezsilności i rozpaczy. Te trzy uczucia dominowały nad nim wymiennie, a on nie wiedział jak się z tym uporać. Czy czas będzie dla niego lekarstwem? Czy musi się z tym pogodzić? Czy jest to w ogóle możliwe? A może konieczna jest zmiana otoczenia?
- Wiem że już nie muszę się o was martwić, że już nigdy nic złego was nie spotka – kontynuował wewnętrzny monolog – Jak sobie pomyślę że powinienem być spokojny to mnie szlag trafia. Owszem, powinnyście być bezpieczne, ale ze mną. A ja już nic dla was nie mogę zrobić. Bez was jestem nikim, nie mam przyszłości.
Pomyślał że Marta nie chciałaby jego cierpienia. W tej chwili nie potrafił jednak inaczej. Rany były zbyt świeże, wydarzenia były zbyt bolesne by mógł do nich już teraz podejść na chłodno.
- Tak, powinienem być silny. Ale wybacz Marta, ciebie tu nie ma. Nie powiesz mi co mam robić, nie możesz mi pomóc – zakończył ze złością. Zerwał się nagle na równe nogi i dziarsko ruszył przed siebie. Jakby nagle odzyskał siły, jakby miał coś jeszcze do zrobienia.
Kilka dni później przyjechał do Krakowa w odwiedziny do Sebastiana i Joasi. Obiecał to przyjacielowi, jeszcze gdy ten był z nim w Gdańsku. Miał dość samotności, lecz z drugiej strony pozwalała mu ona na wiele przemyśleń. Wniosek niestety pozostawał taki sam – najlepsze miał już za sobą.
- Przestań Maciek, masz dwadzieścia dziewięć lat, wciąż jesteś młody – rzucił Sebastian, kiedy czarnowłosy podzielił się z nim swoimi przemyśleniami
- Ale się tak nie czuje – westchnął – Po śmierci Marty... ja właściwie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Rzuciłem pracę, sprzedaje mieszkanie... Moje życie straciło sens.
- Zobaczysz, jeszcze ci się wszystko poukłada od nowa.
- Zawsze tak mówicie – pokręcił głową
- Mówicie? Kto?
- Wszyscy. Jak tylko coś się stanie to zawsze na pocieszenie leci tekst „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży” - mówił lekko podniesionym głosem – Czy to rodzice, czy rodzeństwo, czy przyjaciele, bez wyjątku. Zawsze ma być dobrze, a życie i tak sprzeda ci kopa w dupę.
Sebastian milczał. Dotychczas myślał że Maciek nieco mniej przeżywa ostatnie wydarzenia, że czas zaczął robić swoje, ale zdał sobie sprawę iż jest w błędzie. Czarnowłosy stwarzał jedynie pozory, nie chciał przyznać wprost że nie radzi sobie w nowej sytuacji, lecz zdradzały go aktualne poglądy na niektóre tematy.
- Co dalej? - spytał niepewnym tonem
- Wiesz, codziennie zadaję sobie to pytanie. I nie potrafię znaleźć odpowiedzi.
- To ja ci podpowiem – klepnął go w ramię – Życie toczy się dalej, szkoda żebyś to zmarnował.
Maciek tylko prychnął. Kolejny pusty slogan. Kiedy wreszcie do kogokolwiek dotrze że nie potrzebuje pustej gadki bez pokrycia?
- Stary nadal nikogo nie znalazł na miejsce po Ance.
Sugestia Sebastiana była wystarczająco jasna. Wydawało mu się że długo by się nie zastanawiał nad możliwością powrotu na Pomorską, ale to była ta komenda, na której poznał Martę. Czy nie będzie zbyt wiele bolesnych wspomnień? Przecież to przed nimi uciekał z Gdańska. Powinien zacząć od nowa, a nie cofać się w czasie.
- Zastanowię się.
Policjanci powiadomili rodziców brunetki. Maciek nie był w stanie im tego przekazać. Kiedy został sam, nie musiał być już silny. Przed samym sobą nie mógł uciec. Własne słabości wreszcie go dopadły. Tamtego wieczora, kiedy potwierdzono tożsamość kobiety z wypadku, sięgnął po alkohol i rozkleił się całkowicie. Nie miał już żadnego celu w życiu, nie miał rodziny, nie miał nikogo ani niczego, na czym by mu zależało.
Jego i tak już niespokojny sen przerwał jakiś hałas z kuchni. Jakby dźwięk tłuczonego szkła lub porcelany. W pierwszej chwili pomyślał że się przesłyszał, ale chwilę później odniósł wrażenie że usłyszał jak ktoś zamyka szafkę. Sięgnął do szuflady po broń i powoli przemknął z jednego pomieszczenia do drugiego. Jeśli ktoś był w mieszkaniu, to musiał być złodziej. Ile jeszcze nieszczęść mogło na niego spaść? Najpierw zaginięcie żony i córki, ich śmierć, teraz włamanie? Tego było zbyt wiele. Sunąc ręką po ścianie natrafił na włącznik. Zaświeciło się światło, wpadł w tym momencie z bronią do kuchni, ale poza nim nie było nikogo. Tylko rozbity kubek, który stał na krawędzi stołu. Ale w jaki sposób spadł? Sam z siebie? Zrezygnowany mężczyzna oparł się o ścianę, przymknął oczy i osunął powoli na podłogę.
W dniu pogrzebu Marty został wezwany do komendanta. Domyślał się czego ma dotyczyć rozmowa i był do niej przygotowany, o ile można to było tak nazwać. Podjął decyzję i nie zamierzał zmienić zdania. Pozostało jedynie poinformować o tym przełożonego.
- Wejdź proszę – przywitał go w progu swojego gabinetu – Kawy, herbaty?
- Dziękuję – odparł obojętnym tonem – Nie mam zbyt wiele czasu.
- Jest mi przykro z powodu twojej żony i córki. Chciałem tylko zapewnić cię że dostaniesz tyle wolnego ile potrzebujesz... i przeprosić za wcześniej. Ale to miało być dla twojego dobra.
Maciek uśmiechnął się ironicznie. Nagła zmiana w postawie szefa wydawała mu się podejrzana, choć nie interesowały go żadne motywy. Przyszedł tu tylko po to by zamknąć pewien rozdział swojego życia.
- Co to jest? - zapytał komendant, kiedy Maciek podał mu tekturową teczkę – Wypowiedzenie? Nie żartuj.
- Od kilku dni jakoś nie mam nastroju do żartów – rzucił ponuro – Proszę jedynie o zaakceptowanie mojej decyzji.
- Jesteś bardzo dobrym policjantem. Przydałbyś się tutaj.
- To ciekawe, bo jeszcze niedawno sugerował pan że się pożegnamy – nie mógł się powstrzymać by nie wypomnieć wcześniej rozmowy
- To był blef. Chciałem żebyś choć przez chwilę spróbował zostawić swoje problemy i skupił się na pracy.
- To nie ma znaczenia – westchnął ciężko – Bez niej nic mnie tu nie trzyma.
- Przemyśl to jeszcze.
- Przemyślałem – odparł, po czym opuścił biuro komendanta. Nie zależało mu na tej pracy, nie wyobrażał sobie dalszego życia bez Marty. Nie wyobrażał sobie że wróci do ich mieszkania, a jej tam nie będzie. Przecież razem je kupili, ona wybierała kolor ścian, ona pomagała mu malować, ona wybierała meble. To mieszkanie miało jej duszę! Dlatego też przebywanie w nim sprawiało mu tyle bólu. Ona była w nim cały czas obecna, a on w żaden sposób nie mógł się do niej zbliżyć.
Prosto z komendy wyruszył w drogę do Szczecina. Rodzice Marty postanowili że pochowają ją wraz z córką w jej rodzinnym mieście. Maciek nie rozmawiał z nimi odkąd znaleziono ciało kobiety. Wiedział że teść mimo wszystko obwinia go za jej śmierć. Sam też czuł się winny. Dlaczego nie zauważył że dzieje się coś złego? Dlaczego pozwolił jej na ucieczkę? Dlaczego nie powiedziała mu prawdy?
Na cmentarzu czuł się nieswojo i obco. Każde spojrzenie wydawało mu się złowrogie. Jakby ci ludzie nie chcieli jego obecności na pogrzebie. W końcu byli to bliscy Marty i nie mogli pogodzić się z jej odejściem. Ale on też nie.
Starał się zachować spokój. Do pewnego momentu nawet nie zdawał sobie sprawy że jest na pogrzebie własnej żony, a także córki. Przez całą mszę zachowywał kamienną twarz, jakby nic go nie obchodziło. W głębi czuł że skręca mu żołądek, gardło puchnie, serce bije nierówno, a płuca jakby w ogóle nie nabierają powietrza. Myślał że w każdej chwili to wszystko może się skończyć, że za chwilę upadnie, straci przytomność i nie będzie go w tym najważniejszym momencie. Musiał je pożegnać. Musiał, choć tak bardzo tego nie chciał.
Coś w nim pękło dopiero w momencie, gdy urnę przysypywano ziemią. Do oczu napłynęły mu łzy i choć próbował je powstrzymać, to nie był w stanie. Wyobraźnia roztaczała przed nim obraz jak Marta przytula córkę, a z nieba pojawia się świetlny korytarz. Światło świeciło coraz mocniej, do tego stopnia, że musiał przymknąć oczy. Kiedy znów spojrzał przed siebie, ich już nie było. Zobaczył jedynie cień znikający w chmurach. Zacisnął zęby, tłumiąc w sobie krzyk. Nie mógł nic zrobić. Wydawało się że nic ich nie rozdzieli, ale tym razem śmierć wygrała. Maciek dotkliwie odczuwał porażkę.
Nie wiedział jak długo stoi przy grobie. Został sam, nawet rodzice Marty już poszli. Przykucnął, dotknął palcami wciąż świeżej ziemi.
- Marta... - wyszeptał drżącym głosem – Marta...
Ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł mówić, choć bardzo chciał. Pragnął zrzucić z siebie ten ciężar, podzielić się swoim bólem. Ona była jedyną osobą, której powiedziałby o wszystkim. Była jedyną, która mogła mu pomóc.
- Bardzo cię kocham, wiesz? - kontynuował ze łzami w oczach – Obie was kocham... Nie wiem, nie rozumiem dlaczego tak się stało... Zawsze będziecie dla mnie najważniejsze. Zawsze.
Zacisnął pięść. Trwał w błędnym kole złości, bezsilności i rozpaczy. Te trzy uczucia dominowały nad nim wymiennie, a on nie wiedział jak się z tym uporać. Czy czas będzie dla niego lekarstwem? Czy musi się z tym pogodzić? Czy jest to w ogóle możliwe? A może konieczna jest zmiana otoczenia?
- Wiem że już nie muszę się o was martwić, że już nigdy nic złego was nie spotka – kontynuował wewnętrzny monolog – Jak sobie pomyślę że powinienem być spokojny to mnie szlag trafia. Owszem, powinnyście być bezpieczne, ale ze mną. A ja już nic dla was nie mogę zrobić. Bez was jestem nikim, nie mam przyszłości.
Pomyślał że Marta nie chciałaby jego cierpienia. W tej chwili nie potrafił jednak inaczej. Rany były zbyt świeże, wydarzenia były zbyt bolesne by mógł do nich już teraz podejść na chłodno.
- Tak, powinienem być silny. Ale wybacz Marta, ciebie tu nie ma. Nie powiesz mi co mam robić, nie możesz mi pomóc – zakończył ze złością. Zerwał się nagle na równe nogi i dziarsko ruszył przed siebie. Jakby nagle odzyskał siły, jakby miał coś jeszcze do zrobienia.
Kilka dni później przyjechał do Krakowa w odwiedziny do Sebastiana i Joasi. Obiecał to przyjacielowi, jeszcze gdy ten był z nim w Gdańsku. Miał dość samotności, lecz z drugiej strony pozwalała mu ona na wiele przemyśleń. Wniosek niestety pozostawał taki sam – najlepsze miał już za sobą.
- Przestań Maciek, masz dwadzieścia dziewięć lat, wciąż jesteś młody – rzucił Sebastian, kiedy czarnowłosy podzielił się z nim swoimi przemyśleniami
- Ale się tak nie czuje – westchnął – Po śmierci Marty... ja właściwie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Rzuciłem pracę, sprzedaje mieszkanie... Moje życie straciło sens.
- Zobaczysz, jeszcze ci się wszystko poukłada od nowa.
- Zawsze tak mówicie – pokręcił głową
- Mówicie? Kto?
- Wszyscy. Jak tylko coś się stanie to zawsze na pocieszenie leci tekst „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży” - mówił lekko podniesionym głosem – Czy to rodzice, czy rodzeństwo, czy przyjaciele, bez wyjątku. Zawsze ma być dobrze, a życie i tak sprzeda ci kopa w dupę.
Sebastian milczał. Dotychczas myślał że Maciek nieco mniej przeżywa ostatnie wydarzenia, że czas zaczął robić swoje, ale zdał sobie sprawę iż jest w błędzie. Czarnowłosy stwarzał jedynie pozory, nie chciał przyznać wprost że nie radzi sobie w nowej sytuacji, lecz zdradzały go aktualne poglądy na niektóre tematy.
- Co dalej? - spytał niepewnym tonem
- Wiesz, codziennie zadaję sobie to pytanie. I nie potrafię znaleźć odpowiedzi.
- To ja ci podpowiem – klepnął go w ramię – Życie toczy się dalej, szkoda żebyś to zmarnował.
Maciek tylko prychnął. Kolejny pusty slogan. Kiedy wreszcie do kogokolwiek dotrze że nie potrzebuje pustej gadki bez pokrycia?
- Stary nadal nikogo nie znalazł na miejsce po Ance.
Sugestia Sebastiana była wystarczająco jasna. Wydawało mu się że długo by się nie zastanawiał nad możliwością powrotu na Pomorską, ale to była ta komenda, na której poznał Martę. Czy nie będzie zbyt wiele bolesnych wspomnień? Przecież to przed nimi uciekał z Gdańska. Powinien zacząć od nowa, a nie cofać się w czasie.
- Zastanowię się.
środa, 25 kwietnia 2018
Czas nie leczy ran cz. 5
- Maciek? - jego uszu dobiegł głos Sebastiana – Wszystko w porządku?
- W porządku? - powtórzył ironicznie – Ona tam spłonęła, być może nawet żywcem, być może cierpiała, wołała o pomoc, a ty mnie pytasz czy jest w porządku? - mówił zrezygnowany. Nie miał już nawet sił się denerwować. Był kompletnie bezradny. Cokolwiek by nie zrobił, nie wróci życia żonie i córce. Myśl że on był gdzieś daleko, być może spokojnie popijał kawę, jadł śniadanie albo po prostu spał, kiedy ona umierała, odbierała mu resztki energii.
- Chodź, jedziemy do domu – brunet podał mu rękę i pomógł wstać – Musisz się porządnie wyspać.
Czarnowłosy uśmiechnął się ponuro. Ostatnią rzeczą, o której myślał w tej chwili był sen. W głowie pojawiły się setki pytań, na które jak najszybciej chciał znaleźć odpowiedź, lecz brakowało mu sił do działania. Musiał dać za wygraną i się położyć. Przynajmniej na trochę, na kilka godzin. Zmęczenie zrobiło swoje i już kilka minut po zamknięciu oczu udał się w objęcia Morfeusza.
Miał do niej żal. Nie chciał się przyznać że się martwił. Zgrywała bohaterkę, udawała że nic się stało, chociaż ta akcja mogła zakończyć się tragicznie. Przecież miała nóż na gardle! Ryzykowała własnym życiem! Gdyby nie jego spryt, który pozwolił mu zajść od tyłu napastnika, oraz odważny atak, nie skończyłoby się jedynie na draśnięciu ręki. Oczywiście upierał się że opatrunek w niczym mu nie przeszkadza i jest w stanie pracować, ale lekarz i komendant postawili na swoim.
Spędzał właśnie kolejny nudny wieczór przed telewizorem, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Zaintrygowany zerwał się pospiesznie z kanapy i otworzył. Zgodziłby się w ciemno na jakiekolwiek towarzystwo. Przynajmniej tak myślał, dopóki nie zobaczył na korytarzu Marty.
- Cześć – rzuciła – Mogę?
Zamurowało go. Ona tutaj? To nie mogło skończyć się dobrze.
- Jak ręka?
Wzruszył ramionami. Co miał powiedzieć? Że wszyscy dramatyzują i ma już tego dość? Że ciągłe siedzenie w domu doprowadza go do szału? Chciał być miły. Przynajmniej dopóki nie dowie się po co przyszła.
- Chciałam... chciałam Ci podziękować.
- Żartujesz? - nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę. To tylko jeden z tych dziwnych snów, które ostatnio często go nawiedzały.
- A wyglądam jakbym żartowała? - usiłowała zachować spokój. Nie przyszła się tu kłócić.
- No dobrze – westchnął – Napijesz się czegoś?
- Nie, właściwie to... to ja powinnam ci to zaproponować. Może jakaś kawa, obiad?
Nie wytrzymał. Zaczął się śmiać, co wyprowadziło z równowagi Martę. To ona przychodzi tutaj pokojowo, próbuje uzdrowić ich relacje, a on ją potraktował jak wariatkę!
- No i z czego się śmiejesz, baranie? - warknęła poirytowana
- Przepraszam, ale my, razem, na obiad? - mówił przez śmiech – Przecież zamiast jeść to byśmy się tym żarciem obrzucali!
- Niestety, tak jak myślałam. Jesteś po prostu zwyczajnym burakiem! - ruszyła w stronę drzwi, ale zatrzymała się jeszcze w progu – Wiesz co? Wal się!
Obudził się kilkanaście minut po czwartej. Śniła mu się. Wtulił się mocniej w poduszkę, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej z tego snu. Chciał czerpać jak najwięcej z tych pięknych obrazków, nim rano wróci szara i brutalna rzeczywistość. Potrzebował tego, by stawić czoła kolejnym życiowym wyzwaniom. Potrzebował jej, by to życie miało jakikolwiek sens.
Pragnął już tylko jednego – wyjaśnić zagadkę jej śmierci. Co robiła w Toruniu? Jak doszło do wypadku? Dlaczego go okłamała i uciekła? To nie mógł być przypadek. Był przekonany że ktoś maczał w tym swoje brudne palce...
Miała rację. Był zazdrosny. Nie mógł patrzeć na uśmiechniętą brunetkę w towarzystwie lalusiowatego blondyna, zgrywającego dżentelmena. Facet myślał że jak wskoczy w garnitur i ukłoni się grzecznie to już każda dziewczyna będzie jego. Niedoczekanie! Co ona w nim widziała? Wcale nie był taki elegancki, na jakiego się kreował, ani odważny, ani bogaty. A podobno to ci „źli chłopcy” mają większe szanse u kobiet. Bzdura.
Zbliżała się dziewiąta wieczorem, a on wciąż siedział na komendzie. Nie spieszyło mu się do pustego domu. Siedział zamyślony przy biurkiem, kiedy niespodziewanie wpadła tam Marta. Miała potargane włosy i rozciętą wargę.
- Co za dupek! - chodziła nerwowo od ściany do ściany – Pieprzony tchórz!
- Marta, ale co się stało? - spytał zaniepokojony jej wyglądem i zachowaniem
- Po prostu jestem idiotką! Doskonale wiedziałam że to życiowa niedorajda, ale nie sądziłam że aż taka!
- Po kolei – poprosił, chwyciwszy ją za ramiona
- Napadło nas dwóch kolesi. Ja im się stawiłam, a on w tym czasie... - przerwała, by wziąć głęboki oddech – spieprzył, rozumiesz?!
- Ale dałaś sobie radę? Nic ci nie zrobili? - zaczął uważnie się jej przyglądać. Ich spojrzenia nagle się spotkały.
- Ja bym na to nigdy nie pozwolił, żebyś ty, sama... – wyszeptał. Ich twarze powoli zaczęły się do siebie zbliżać, a kiedy Maciek musnął jej usta, nagle odskoczyła. Mała, nieznacząca rana dała o sobie znać.
- Przepraszam – rzucił, po czym odwrócił się do niej plecami. Był zły na siebie. Myślał że popełnił błąd, wykonał fałszywy ruch, ale wtedy Marta podeszła do niego i przytuliła się, opierając głowę na ramieniu.
- To było na pokaz – wyznała – Chciałam żebyś wreszcie coś zrobił. Żebyś pokazał że ci zależy...
Następnego ranka Maciek wraz z Sebastianem pojawili się na komendzie. Czarnowłosy przekazał szczoteczkę do zębów Marty, by mogli pobrać z niej materiał DNA. Usiłował dowiedzieć się czegoś więcej od policjantów prowadzących sprawę, ale ci byli bardzo tajemniczy. Z pewnością posiadali większą wiedzę na ten temat, ale nie chcieli nic zdradzić.
- Komisarzu – zawołał go komendant – Dobrze że pana widzę. Chciałbym porozmawiać.
- Dobrze – westchnął, nie spodziewając się niczego dobrego. Jeszcze zanim udał się z przełożonym do jego gabinetu, poprosił Sebastiana by ten przejrzał informacje w internecie na temat feralnego wypadku pod Toruniem.
Pomieszczenie, w którym urzędował szef, nigdy nie kojarzyło mu się dobrze. Wizyta któregoś z podwładnych najczęściej dotyczyła uwag czy zastrzeżeń, zwykle kończyła się burą. Tym razem było mu wszystko jedno. Nie zależało mu już ani na opinii, ani na pracy. Nic gorszego nie mogło go już spotkać.
- Wiesz że cię cenię? Jesteś dobrym gliną, masz głowę na karku, umiejętności... - zaczął spokojnie lekko siwawy mężczyzna
- Mam potraktować to jako komplement? - nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego komentarza
- Prosiłem cię, żebyś to zostawił. Kiliński i Zarycha wiedzą co robią.
- Chodzi o moją rodzinę – przypomniał stanowczym tonem
- Dlatego powinieneś trzymać się z daleka.
- Właśnie dlatego nie mogę.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. Maciek nie zamierzał odpuścić. Kochał Martę i nie potrafił jej zostawić, mimo że jej już nie było na tym świecie.
- Jesteś na urlopie – zauważył komendant
- To chyba w niczym nie przeszkadza?
- A chcesz wrócić do pracy?
Zrozumiał aluzję. Komendant nie chciał mieć w swoich szeregach osoby, która ciągle będzie zajmować się prywatnymi sprawami zamiast skupić się na pracy. Choć nigdy nie stanął przed takim wyborem, był on dla niego jasny.
- W takim razie proszę mnie zwolnić – oznajmił, opuszczając gabinet
Sebastian czekał na niego w samochodzie. Nie miał zbyt dobrych informacji. W mediach nie podano nic, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop.
- No tak, czego mogłem się spodziewać – westchnął Maciek – Przecież rzecznik i tak nie powie całej prawdy, żeby media nie miały pożywki.
- Maciek, może faktycznie powinieneś poczekać – zasugerował, wiedząc że przyjaciel nie jest w najlepszej kondycji
- A ty byłbyś w stanie na moim miejscu?
- Nie wiem, chyba nie. Ale na wszystkich frontach odbijasz się od ściany.
- Mam się poddać tylko dlatego że mi nie wychodzi?
W głębi duszy przyznał Sebastianowi rację. Ale wiedział też że jeśli pogodzi się ze swoją słabością i odpuści, to będzie koniec. Nie chciał przegrać, nie chciał uznać tej bezsilności. Teraz, kiedy zabrakło Marty, wyjaśnienie jej śmierci stało się dla niego jedynym celem. Tylko dzięki temu miał jeszcze siłę wstać z łóżka, wyjść z domu, zmotywować się do jakiegokolwiek działania. Tylko dzięki temu nie popadł jeszcze w otchłań rozpaczy.
- Wykończysz się. Marta by tego nie chciała.
Miał nadzieję że w ten sposób zdoła go przekonać. Lada chwila będzie musiał wrócić do Krakowa, a czarnowłosy zostanie z tym wszystkim sam. Nikt go nie przypilnuje, nikt o niego nie zadba. Przez swoją desperację i upór mógł jedynie narobić sobie problemów albo zniszczyć zdrowie.
- Marta by chciała... - westchnął ciężko, po czym ukrył twarz w dłoniach. Gdyby go teraz zobaczyła, kazałaby mu jechać do domu, odpocząć, zadbać o siebie. Ale nie mógł myśleć o sobie. Była dla niego najważniejsza. Chciał ją chronić przed zagrożeniami, przed złem, przed całym światem. Nie udało się. Nigdy nie miał takiej mocy, choć dla niej zrobiłby wszystko.
- Poradzę sobie – zapewnił, choć jego głos nie brzmiał przekonująco – Możesz śmiało wracać do Krakowa.
Starał się grać twardziela, lecz w głębi duszy był w całkowitej rozsypce. Nie wiedział co ze sobą zrobić, jak dalej żyć, jak pogodzić się z tą stratą, jak przestać tęsknić. Chciał zostać sam tylko dlatego, by zachować pozory i nie zdradzić nikomu jak bardzo cierpi.
- W porządku? - powtórzył ironicznie – Ona tam spłonęła, być może nawet żywcem, być może cierpiała, wołała o pomoc, a ty mnie pytasz czy jest w porządku? - mówił zrezygnowany. Nie miał już nawet sił się denerwować. Był kompletnie bezradny. Cokolwiek by nie zrobił, nie wróci życia żonie i córce. Myśl że on był gdzieś daleko, być może spokojnie popijał kawę, jadł śniadanie albo po prostu spał, kiedy ona umierała, odbierała mu resztki energii.
- Chodź, jedziemy do domu – brunet podał mu rękę i pomógł wstać – Musisz się porządnie wyspać.
Czarnowłosy uśmiechnął się ponuro. Ostatnią rzeczą, o której myślał w tej chwili był sen. W głowie pojawiły się setki pytań, na które jak najszybciej chciał znaleźć odpowiedź, lecz brakowało mu sił do działania. Musiał dać za wygraną i się położyć. Przynajmniej na trochę, na kilka godzin. Zmęczenie zrobiło swoje i już kilka minut po zamknięciu oczu udał się w objęcia Morfeusza.
Miał do niej żal. Nie chciał się przyznać że się martwił. Zgrywała bohaterkę, udawała że nic się stało, chociaż ta akcja mogła zakończyć się tragicznie. Przecież miała nóż na gardle! Ryzykowała własnym życiem! Gdyby nie jego spryt, który pozwolił mu zajść od tyłu napastnika, oraz odważny atak, nie skończyłoby się jedynie na draśnięciu ręki. Oczywiście upierał się że opatrunek w niczym mu nie przeszkadza i jest w stanie pracować, ale lekarz i komendant postawili na swoim.
Spędzał właśnie kolejny nudny wieczór przed telewizorem, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Zaintrygowany zerwał się pospiesznie z kanapy i otworzył. Zgodziłby się w ciemno na jakiekolwiek towarzystwo. Przynajmniej tak myślał, dopóki nie zobaczył na korytarzu Marty.
- Cześć – rzuciła – Mogę?
Zamurowało go. Ona tutaj? To nie mogło skończyć się dobrze.
- Jak ręka?
Wzruszył ramionami. Co miał powiedzieć? Że wszyscy dramatyzują i ma już tego dość? Że ciągłe siedzenie w domu doprowadza go do szału? Chciał być miły. Przynajmniej dopóki nie dowie się po co przyszła.
- Chciałam... chciałam Ci podziękować.
- Żartujesz? - nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę. To tylko jeden z tych dziwnych snów, które ostatnio często go nawiedzały.
- A wyglądam jakbym żartowała? - usiłowała zachować spokój. Nie przyszła się tu kłócić.
- No dobrze – westchnął – Napijesz się czegoś?
- Nie, właściwie to... to ja powinnam ci to zaproponować. Może jakaś kawa, obiad?
Nie wytrzymał. Zaczął się śmiać, co wyprowadziło z równowagi Martę. To ona przychodzi tutaj pokojowo, próbuje uzdrowić ich relacje, a on ją potraktował jak wariatkę!
- No i z czego się śmiejesz, baranie? - warknęła poirytowana
- Przepraszam, ale my, razem, na obiad? - mówił przez śmiech – Przecież zamiast jeść to byśmy się tym żarciem obrzucali!
- Niestety, tak jak myślałam. Jesteś po prostu zwyczajnym burakiem! - ruszyła w stronę drzwi, ale zatrzymała się jeszcze w progu – Wiesz co? Wal się!
Obudził się kilkanaście minut po czwartej. Śniła mu się. Wtulił się mocniej w poduszkę, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej z tego snu. Chciał czerpać jak najwięcej z tych pięknych obrazków, nim rano wróci szara i brutalna rzeczywistość. Potrzebował tego, by stawić czoła kolejnym życiowym wyzwaniom. Potrzebował jej, by to życie miało jakikolwiek sens.
Pragnął już tylko jednego – wyjaśnić zagadkę jej śmierci. Co robiła w Toruniu? Jak doszło do wypadku? Dlaczego go okłamała i uciekła? To nie mógł być przypadek. Był przekonany że ktoś maczał w tym swoje brudne palce...
Miała rację. Był zazdrosny. Nie mógł patrzeć na uśmiechniętą brunetkę w towarzystwie lalusiowatego blondyna, zgrywającego dżentelmena. Facet myślał że jak wskoczy w garnitur i ukłoni się grzecznie to już każda dziewczyna będzie jego. Niedoczekanie! Co ona w nim widziała? Wcale nie był taki elegancki, na jakiego się kreował, ani odważny, ani bogaty. A podobno to ci „źli chłopcy” mają większe szanse u kobiet. Bzdura.
Zbliżała się dziewiąta wieczorem, a on wciąż siedział na komendzie. Nie spieszyło mu się do pustego domu. Siedział zamyślony przy biurkiem, kiedy niespodziewanie wpadła tam Marta. Miała potargane włosy i rozciętą wargę.
- Co za dupek! - chodziła nerwowo od ściany do ściany – Pieprzony tchórz!
- Marta, ale co się stało? - spytał zaniepokojony jej wyglądem i zachowaniem
- Po prostu jestem idiotką! Doskonale wiedziałam że to życiowa niedorajda, ale nie sądziłam że aż taka!
- Po kolei – poprosił, chwyciwszy ją za ramiona
- Napadło nas dwóch kolesi. Ja im się stawiłam, a on w tym czasie... - przerwała, by wziąć głęboki oddech – spieprzył, rozumiesz?!
- Ale dałaś sobie radę? Nic ci nie zrobili? - zaczął uważnie się jej przyglądać. Ich spojrzenia nagle się spotkały.
- Ja bym na to nigdy nie pozwolił, żebyś ty, sama... – wyszeptał. Ich twarze powoli zaczęły się do siebie zbliżać, a kiedy Maciek musnął jej usta, nagle odskoczyła. Mała, nieznacząca rana dała o sobie znać.
- Przepraszam – rzucił, po czym odwrócił się do niej plecami. Był zły na siebie. Myślał że popełnił błąd, wykonał fałszywy ruch, ale wtedy Marta podeszła do niego i przytuliła się, opierając głowę na ramieniu.
- To było na pokaz – wyznała – Chciałam żebyś wreszcie coś zrobił. Żebyś pokazał że ci zależy...
Następnego ranka Maciek wraz z Sebastianem pojawili się na komendzie. Czarnowłosy przekazał szczoteczkę do zębów Marty, by mogli pobrać z niej materiał DNA. Usiłował dowiedzieć się czegoś więcej od policjantów prowadzących sprawę, ale ci byli bardzo tajemniczy. Z pewnością posiadali większą wiedzę na ten temat, ale nie chcieli nic zdradzić.
- Komisarzu – zawołał go komendant – Dobrze że pana widzę. Chciałbym porozmawiać.
- Dobrze – westchnął, nie spodziewając się niczego dobrego. Jeszcze zanim udał się z przełożonym do jego gabinetu, poprosił Sebastiana by ten przejrzał informacje w internecie na temat feralnego wypadku pod Toruniem.
Pomieszczenie, w którym urzędował szef, nigdy nie kojarzyło mu się dobrze. Wizyta któregoś z podwładnych najczęściej dotyczyła uwag czy zastrzeżeń, zwykle kończyła się burą. Tym razem było mu wszystko jedno. Nie zależało mu już ani na opinii, ani na pracy. Nic gorszego nie mogło go już spotkać.
- Wiesz że cię cenię? Jesteś dobrym gliną, masz głowę na karku, umiejętności... - zaczął spokojnie lekko siwawy mężczyzna
- Mam potraktować to jako komplement? - nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego komentarza
- Prosiłem cię, żebyś to zostawił. Kiliński i Zarycha wiedzą co robią.
- Chodzi o moją rodzinę – przypomniał stanowczym tonem
- Dlatego powinieneś trzymać się z daleka.
- Właśnie dlatego nie mogę.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. Maciek nie zamierzał odpuścić. Kochał Martę i nie potrafił jej zostawić, mimo że jej już nie było na tym świecie.
- Jesteś na urlopie – zauważył komendant
- To chyba w niczym nie przeszkadza?
- A chcesz wrócić do pracy?
Zrozumiał aluzję. Komendant nie chciał mieć w swoich szeregach osoby, która ciągle będzie zajmować się prywatnymi sprawami zamiast skupić się na pracy. Choć nigdy nie stanął przed takim wyborem, był on dla niego jasny.
- W takim razie proszę mnie zwolnić – oznajmił, opuszczając gabinet
Sebastian czekał na niego w samochodzie. Nie miał zbyt dobrych informacji. W mediach nie podano nic, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop.
- No tak, czego mogłem się spodziewać – westchnął Maciek – Przecież rzecznik i tak nie powie całej prawdy, żeby media nie miały pożywki.
- Maciek, może faktycznie powinieneś poczekać – zasugerował, wiedząc że przyjaciel nie jest w najlepszej kondycji
- A ty byłbyś w stanie na moim miejscu?
- Nie wiem, chyba nie. Ale na wszystkich frontach odbijasz się od ściany.
- Mam się poddać tylko dlatego że mi nie wychodzi?
W głębi duszy przyznał Sebastianowi rację. Ale wiedział też że jeśli pogodzi się ze swoją słabością i odpuści, to będzie koniec. Nie chciał przegrać, nie chciał uznać tej bezsilności. Teraz, kiedy zabrakło Marty, wyjaśnienie jej śmierci stało się dla niego jedynym celem. Tylko dzięki temu miał jeszcze siłę wstać z łóżka, wyjść z domu, zmotywować się do jakiegokolwiek działania. Tylko dzięki temu nie popadł jeszcze w otchłań rozpaczy.
- Wykończysz się. Marta by tego nie chciała.
Miał nadzieję że w ten sposób zdoła go przekonać. Lada chwila będzie musiał wrócić do Krakowa, a czarnowłosy zostanie z tym wszystkim sam. Nikt go nie przypilnuje, nikt o niego nie zadba. Przez swoją desperację i upór mógł jedynie narobić sobie problemów albo zniszczyć zdrowie.
- Marta by chciała... - westchnął ciężko, po czym ukrył twarz w dłoniach. Gdyby go teraz zobaczyła, kazałaby mu jechać do domu, odpocząć, zadbać o siebie. Ale nie mógł myśleć o sobie. Była dla niego najważniejsza. Chciał ją chronić przed zagrożeniami, przed złem, przed całym światem. Nie udało się. Nigdy nie miał takiej mocy, choć dla niej zrobiłby wszystko.
- Poradzę sobie – zapewnił, choć jego głos nie brzmiał przekonująco – Możesz śmiało wracać do Krakowa.
Starał się grać twardziela, lecz w głębi duszy był w całkowitej rozsypce. Nie wiedział co ze sobą zrobić, jak dalej żyć, jak pogodzić się z tą stratą, jak przestać tęsknić. Chciał zostać sam tylko dlatego, by zachować pozory i nie zdradzić nikomu jak bardzo cierpi.
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Czas nie leczy ran cz. 4
Każdy kolejny pokonany kilometr bym niczym kolejne kilogramy ciężaru, który dźwigał na swoich barkach Maciek. Był jednocześnie tak blisko i tak daleko. Niecierpliwił się, ale rozumiał że Sebastian był już zmęczony tym dniem i jechał ostrożnie. Usiłował sobie wyobrazić spotkanie z Martą, co jej powie, o co zapyta, czy się wścieknie, czy rozklei. Tak naprawdę nie interesowało go nic poza tym by wziąć ją w ramiona, mocno przytulić, by wreszcie być z nią.
Odzyskał całą energię, kiedy zobaczył budynek komendy. Nie zaczekał nawet aż Sebastian zgasi silnik, od razu wyskoczył z samochodu i pognał do środka. Nie sposób go było zatrzymać. Gnał jak szalony, o mało nie potrącając jednej z policjantek na korytarzu. Wpadł z impetem do biura kolegów, zatrzymując się dopiero przed biurkiem jednego z nich?
- Gdzie ona jest? - wysapał, pochylając się lekko – Muszę się z nią zobaczyć.
Policjanci wymienili między sobą spojrzenia.
- Obawiam się... - zaczął Kiliński – Że to nie będzie takie proste.
- Człowieku, to jest moja żona! - warknął – Nie po to zapieprzałem tu prawie po nocy, żeby odejść z kwitkiem.
- To nie o to chodzi – westchnął drugi z policjantów
- To o co? Chyba nie chcecie mi powiedzieć że wam zwiała?! - w jego głosie narastała irytacja.
Jak mogli do tego dopuścić! Przecież znaleźli ją, ściągnęli go tutaj! Teraz, kiedy zrobili mu nadzieję, wszystko na nic?!
W tym momencie w progu pojawił się Sebastian. Położył dłoń na ramieniu przyjaciela, chcąc go nieco uspokoić, ale ten natychmiast ją strącił.
- Co jest do cholery grane? - przenosił wzrok to na jednego, to na drugiego – Kłamaliście? Po co?
- Panie komisarzu... - zaczął poważnym tonem Kiliński – Dzisiaj nad ranem, pod Toruniem, znaleziono spalony wrak samochodu.
Poczuł że powoli traci kontrolę nad swoim ciałem. Ręce opadły wzdłuż tułowia, a głowa z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Po co mu o tym mówią? Co ten wypadek mógł mieć wspólnego z Martą? Dlaczego nie powiedzą wprost co się wydarzyło?
- To był samochód wynajęty z wypożyczalni przez niejaką Aleksandrę Słowińską.
Zmarszczył czoło. Pierwszy raz słyszał to nazwisko. Nie rozumiał o co chodzi, do czego zmierzają. Chciał tylko zobaczyć ukochaną, a oni z nim sobie pogrywali.
- Jaki to ma związek z moją żoną? - usiłował zachować resztki spokoju. Przez moment wsłuchiwał się w dźwięki wystukiwanych klawiszy na klawiaturze komputera, do czasu gdy policjant obrócił monitor. Maciek przyjrzał się uważnie postaci na zdjęciu.
- To jest właśnie Aleksandra Słowińska – rzucił tajemniczo – A może... Marta Strzewińska?
Komisarz od razu zobaczył porażające podobieństwo kobiety ze zdjęcia do swojej żony. Owszem, miała krótsze włosy, mocny makijaż, ale kiedy patrzył na jej oczy... Tego nie mogła zmienić. To musiała być ona.
- Co wy chcecie mi powiedzieć? - spytał drżącym głosem, powoli osuwając się na krzesło przy ścianie
- Podejrzewamy że pańska żona podała się za wspomnianą Aleksandrę Słowińską i to ona zginęła w tym samochodzie. I nie tylko ona... - głos policjanta nagle ucichł
- W samochodzie było dziecko – dokończył jego partner
Cała trójka obecna w biurze z niepokojem obserwowała reakcję Maćka. Oddychał głęboko, jego twarz pobladła, a dłonie zaczęły drżeć. Nie mógł być gotowy na takie wiadomości. Nikt nie potrafiłby się temu poddać. Nagle, w jednej chwili, mężczyzna zerwał się na równe nogi.
- Bzdura! - uderzył dłonią o blat – Niby po co miałaby się podawać za kogoś innego?!
- Żeby pan komisarz jej nie znalazł – wypalił Kiliński, zanim zdążył przemyśleć swoje słowa. Maciek chwycił krzesło i gwałtownie przewrócił je na podłogę.
- Może jeszcze powiesz że to było samobójstwo, co?! Bo nie chciała żyć ze mną?! Że niby to wszystko to moja wina?! A kto tak do cholery powiedział?!
Milczeli. Pozwolili by pozbył się nieco emocji, by mógł ochłonąć. To wciąż były jedynie podejrzenia, które musieli potwierdzić, a bez Maćka nie było to możliwe. Tylko on mógł im dostarczyć przedmioty należące do Marty, z których pobiorą próbki DNA do badań.
Stanął przy oknie, tyłem do pozostałych. Nie chciał by widzieli jego łzy. W głębi duszy modlił się by to nie była ona. Dotychczas pragnął by się odnalazła, by była przy jego boku. Teraz nie prosił już nawet o tyle. On mógł cierpieć, ona mogła być gdzieś daleko, ale najważniejsze by wraz z córką była cała i zdrowa.
Maciek jak co dzień na komendę przyjechał kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy. Kiedy wjeżdżał na swoje miejsce parkingowe, drzwi samochodu obok niespodziewanie otworzyły się. Natychmiast wcisnął hamulec, unikając kolizji.
- Kobieto! - krzyknął do uroczej brunetki, która wychyliła się z pojazdu – Wiesz do czego służą lusterka?
Wysiadła i podeszła do bruneta. Gdyby nie ta sytuacja, pewnie by się do niej ładnie uśmiechnął, licząc na taką samą odpowiedź.
- Patrzyłam! Wyjeżdżałeś zza mojego samochodu, powinieneś być ostrożniejszy!
- Że niby to byłaby moja wina? - spytał z irytacją i jednocześnie nutką rozbawienia – Błagam.
- To jest parking, nie autostrada – warknęła, po czym odwróciła się na pięcie
- Daj kobiecie samochód... - westchnął
- Słyszałam! - rzuciła, po czym nie odwróciwszy się w jego kierunku podniosła rękę i pokazała mu środkowy palec.
Był sam w biurze. Jego partnerka kolejny raz się spóźniała, zaś Sebastian i Joasia byli już w terenie. Popijał poranną kawę, kiedy usłyszał kroki i donośny głos komendanta. Niewiele myśląc, szybko złapał pierwszą teczkę, która wpadła mu w ręce, by przynajmniej sprawiać pozory.
- Wyjątkowo tu pusto – oznajmił w progu – O, ale jest jeden komisarz. Poznajcie się.
Maciek podniósł wzrok i obok szefa zobaczył tę samą brunetkę, którą spotkał na parkingu. Na widok czarnowłosego uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
- O, pan kierowca – rzuciła z lekką pogardą – A myślałam że pan z drogówki.
Odgryzała się. Od razu chciała pokazać że nie będzie tutaj „statystką” i zamierza powalczyć o istotną pozycję. Obiecał sobie że na to nie pozwoli.
- Bystrzacha – mruknął pod nosem – Przepraszam, szefie, ta pani ma ze mną pracować?
- Z wami – poprawił go – Od dzisiaj pani Marta obejmuje stanowisko asystentki w naszym wydziale. Jest młoda, inteligentna i zdolna. A jak sam wiesz, stawiam na młodzież.
- Tak, tylko przedszkole jest dwie ulice dalej – wypalił bez zastanowienia
- Maciek, a ty ile masz lat, co?
Westchnął ciężko. Doskonale pamiętał że sam nie zawsze był traktowany poważnie ze względu na swój wiek. Ale tym razem powodem jego irytacji była sytuacja sprzed kilku minut. Wydawało mu się że do ich ekipy dołącza zadziorna, zapatrzona w siebie, zarozumiała, przereklamowana gwiazdeczka, która chce się wybić i nie będzie grać zespołowo. Obawiał się że ta nowa zacznie knuć, stworzy jakieś tajne układy, a przyjazna atmosfera niebawem pozostanie tylko wspomnieniem. Znał ten typ. Takie osoby niczego dobrego nie wnosiły.
Upierał się by zobaczyć ciało. Nie trafiały do niego żadne ostrzeżenia, że spłonęło, że widok jest makabryczny, że mimo wszystko nie będzie w stanie jej zidentyfikować. Pozostawał jednak nieugięty. Przecież niejedno już widział w swojej pracy i musiał przetrawić różne widoki. Jeśli to była ona to musiał się z nią spotkać. Nawet jeśli nie żyła.
Patolog, uprzedzony wcześniej przez policjantów prowadzących sprawę, czekał już na nich. Cała trójka zdawała sobie sprawę że Maciek im nie pomoże, ale było to coś w rodzaju przysługi dla kolegi po fachu. Zresztą, chodziło o jego żonę. Mimo wszystko powinien mieć do tego prawo, skoro tego chciał.
- To ona? - zapytał o ciało leżące pod białym materiałem
- Jesteś pewien że chcesz to oglądać? Ciało spłonęło, paskudny widok – ostrzegał po raz ostatni
- Słyszałem co się stało – odparł, wpatrzony w stół
- Zostawię was samych – oznajmił, opuszczając pomieszczenie. Maciek został sam, pośród czterech ścian wyłożonych kaflami, jaskrawego światła i zakrytego ciała, prawdopodobnie należącego do Marty. Wiele razy tu bywał służbowo, kiedy dopytywał o przyczynę i czas zgonu, kiedy ustalali co stało się ofierze. Ale po raz pierwszy był tu prywatnie i po raz pierwszy poczuł bijący tutaj chłód. Zawsze starał się zrozumieć rodziny ofiar, które przychodziły zidentyfikować ciało, ale tego co czują nie sposób było sobie wyobrazić.
Wziął głęboki oddech. Wyciągnął przed siebie rękę, spojrzał na nią. Palce drżały niespokojnie, serce przyspieszyło, a przez plecy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Złapał za róg nakrycia, ścisnął je mocno w dłoni i poczuł ukłucie w sercu. Nie był pewien tego co robi. To nie była ta sytuacja, w której się wielokrotnie znajdował. W ogóle nie czuł się sobą. Nigdy na stole nie leżał ktoś bliski. Nigdy na stole nie leżała osoba, dla której poświęciłby wszystko, na której zależało mu bardziej niż na kimkolwiek. Osoba, bez której nie potrafił żyć. Osoba, bez której jego świat nie istniał.
Przymknął oczy. Zobaczył płomienie. Były coraz większe, a wśród nich pojawił się zarys postaci. Z każdą chwilą był on coraz wyraźniejszy. To była ona. Trwała w bezruchu, a ogień sycił się jej ciałem. Czy była w ogóle przytomna, kiedy to się stało? Cierpiała? A dziecko? W jego uszach zabrzmiał przeraźliwy krzyk kobiety. Natychmiast otworzył oczy. Światło jakby nieco przygasało. Zrobiło mu się duszno i nieprzyjemnie gorąco. Zakrył usta dłonią i zerwał się jak oparzony. Wypadł na korytarz, nie zwracając uwagi na stojące przy ścianie postaci. Wpadł do łazienki, klęknął przed muszlą klozetową i zwymiotował. Oddychał głęboko, próbując się uspokoić. Ale po chwili przyszła kolejna fala zawartości żołądka, która usiłowała się wydostać. Nie bronił się, nie miał siły. Splunął jeszcze kilka razy, jakby to miało mu pomóc pozbyć się nieprzyjemnego, palącego posmaku. Usiadł na podłodze i oparł się o ścianę. To nie mogło być prawdą. To musiał być przerażający sen, który niebawem się skończy, a on odetchnie z ulgą, wtulając się w ramiona ukochanej.
Odzyskał całą energię, kiedy zobaczył budynek komendy. Nie zaczekał nawet aż Sebastian zgasi silnik, od razu wyskoczył z samochodu i pognał do środka. Nie sposób go było zatrzymać. Gnał jak szalony, o mało nie potrącając jednej z policjantek na korytarzu. Wpadł z impetem do biura kolegów, zatrzymując się dopiero przed biurkiem jednego z nich?
- Gdzie ona jest? - wysapał, pochylając się lekko – Muszę się z nią zobaczyć.
Policjanci wymienili między sobą spojrzenia.
- Obawiam się... - zaczął Kiliński – Że to nie będzie takie proste.
- Człowieku, to jest moja żona! - warknął – Nie po to zapieprzałem tu prawie po nocy, żeby odejść z kwitkiem.
- To nie o to chodzi – westchnął drugi z policjantów
- To o co? Chyba nie chcecie mi powiedzieć że wam zwiała?! - w jego głosie narastała irytacja.
Jak mogli do tego dopuścić! Przecież znaleźli ją, ściągnęli go tutaj! Teraz, kiedy zrobili mu nadzieję, wszystko na nic?!
W tym momencie w progu pojawił się Sebastian. Położył dłoń na ramieniu przyjaciela, chcąc go nieco uspokoić, ale ten natychmiast ją strącił.
- Co jest do cholery grane? - przenosił wzrok to na jednego, to na drugiego – Kłamaliście? Po co?
- Panie komisarzu... - zaczął poważnym tonem Kiliński – Dzisiaj nad ranem, pod Toruniem, znaleziono spalony wrak samochodu.
Poczuł że powoli traci kontrolę nad swoim ciałem. Ręce opadły wzdłuż tułowia, a głowa z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Po co mu o tym mówią? Co ten wypadek mógł mieć wspólnego z Martą? Dlaczego nie powiedzą wprost co się wydarzyło?
- To był samochód wynajęty z wypożyczalni przez niejaką Aleksandrę Słowińską.
Zmarszczył czoło. Pierwszy raz słyszał to nazwisko. Nie rozumiał o co chodzi, do czego zmierzają. Chciał tylko zobaczyć ukochaną, a oni z nim sobie pogrywali.
- Jaki to ma związek z moją żoną? - usiłował zachować resztki spokoju. Przez moment wsłuchiwał się w dźwięki wystukiwanych klawiszy na klawiaturze komputera, do czasu gdy policjant obrócił monitor. Maciek przyjrzał się uważnie postaci na zdjęciu.
- To jest właśnie Aleksandra Słowińska – rzucił tajemniczo – A może... Marta Strzewińska?
Komisarz od razu zobaczył porażające podobieństwo kobiety ze zdjęcia do swojej żony. Owszem, miała krótsze włosy, mocny makijaż, ale kiedy patrzył na jej oczy... Tego nie mogła zmienić. To musiała być ona.
- Co wy chcecie mi powiedzieć? - spytał drżącym głosem, powoli osuwając się na krzesło przy ścianie
- Podejrzewamy że pańska żona podała się za wspomnianą Aleksandrę Słowińską i to ona zginęła w tym samochodzie. I nie tylko ona... - głos policjanta nagle ucichł
- W samochodzie było dziecko – dokończył jego partner
Cała trójka obecna w biurze z niepokojem obserwowała reakcję Maćka. Oddychał głęboko, jego twarz pobladła, a dłonie zaczęły drżeć. Nie mógł być gotowy na takie wiadomości. Nikt nie potrafiłby się temu poddać. Nagle, w jednej chwili, mężczyzna zerwał się na równe nogi.
- Bzdura! - uderzył dłonią o blat – Niby po co miałaby się podawać za kogoś innego?!
- Żeby pan komisarz jej nie znalazł – wypalił Kiliński, zanim zdążył przemyśleć swoje słowa. Maciek chwycił krzesło i gwałtownie przewrócił je na podłogę.
- Może jeszcze powiesz że to było samobójstwo, co?! Bo nie chciała żyć ze mną?! Że niby to wszystko to moja wina?! A kto tak do cholery powiedział?!
Milczeli. Pozwolili by pozbył się nieco emocji, by mógł ochłonąć. To wciąż były jedynie podejrzenia, które musieli potwierdzić, a bez Maćka nie było to możliwe. Tylko on mógł im dostarczyć przedmioty należące do Marty, z których pobiorą próbki DNA do badań.
Stanął przy oknie, tyłem do pozostałych. Nie chciał by widzieli jego łzy. W głębi duszy modlił się by to nie była ona. Dotychczas pragnął by się odnalazła, by była przy jego boku. Teraz nie prosił już nawet o tyle. On mógł cierpieć, ona mogła być gdzieś daleko, ale najważniejsze by wraz z córką była cała i zdrowa.
Maciek jak co dzień na komendę przyjechał kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy. Kiedy wjeżdżał na swoje miejsce parkingowe, drzwi samochodu obok niespodziewanie otworzyły się. Natychmiast wcisnął hamulec, unikając kolizji.
- Kobieto! - krzyknął do uroczej brunetki, która wychyliła się z pojazdu – Wiesz do czego służą lusterka?
Wysiadła i podeszła do bruneta. Gdyby nie ta sytuacja, pewnie by się do niej ładnie uśmiechnął, licząc na taką samą odpowiedź.
- Patrzyłam! Wyjeżdżałeś zza mojego samochodu, powinieneś być ostrożniejszy!
- Że niby to byłaby moja wina? - spytał z irytacją i jednocześnie nutką rozbawienia – Błagam.
- To jest parking, nie autostrada – warknęła, po czym odwróciła się na pięcie
- Daj kobiecie samochód... - westchnął
- Słyszałam! - rzuciła, po czym nie odwróciwszy się w jego kierunku podniosła rękę i pokazała mu środkowy palec.
Był sam w biurze. Jego partnerka kolejny raz się spóźniała, zaś Sebastian i Joasia byli już w terenie. Popijał poranną kawę, kiedy usłyszał kroki i donośny głos komendanta. Niewiele myśląc, szybko złapał pierwszą teczkę, która wpadła mu w ręce, by przynajmniej sprawiać pozory.
- Wyjątkowo tu pusto – oznajmił w progu – O, ale jest jeden komisarz. Poznajcie się.
Maciek podniósł wzrok i obok szefa zobaczył tę samą brunetkę, którą spotkał na parkingu. Na widok czarnowłosego uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
- O, pan kierowca – rzuciła z lekką pogardą – A myślałam że pan z drogówki.
Odgryzała się. Od razu chciała pokazać że nie będzie tutaj „statystką” i zamierza powalczyć o istotną pozycję. Obiecał sobie że na to nie pozwoli.
- Bystrzacha – mruknął pod nosem – Przepraszam, szefie, ta pani ma ze mną pracować?
- Z wami – poprawił go – Od dzisiaj pani Marta obejmuje stanowisko asystentki w naszym wydziale. Jest młoda, inteligentna i zdolna. A jak sam wiesz, stawiam na młodzież.
- Tak, tylko przedszkole jest dwie ulice dalej – wypalił bez zastanowienia
- Maciek, a ty ile masz lat, co?
Westchnął ciężko. Doskonale pamiętał że sam nie zawsze był traktowany poważnie ze względu na swój wiek. Ale tym razem powodem jego irytacji była sytuacja sprzed kilku minut. Wydawało mu się że do ich ekipy dołącza zadziorna, zapatrzona w siebie, zarozumiała, przereklamowana gwiazdeczka, która chce się wybić i nie będzie grać zespołowo. Obawiał się że ta nowa zacznie knuć, stworzy jakieś tajne układy, a przyjazna atmosfera niebawem pozostanie tylko wspomnieniem. Znał ten typ. Takie osoby niczego dobrego nie wnosiły.
Upierał się by zobaczyć ciało. Nie trafiały do niego żadne ostrzeżenia, że spłonęło, że widok jest makabryczny, że mimo wszystko nie będzie w stanie jej zidentyfikować. Pozostawał jednak nieugięty. Przecież niejedno już widział w swojej pracy i musiał przetrawić różne widoki. Jeśli to była ona to musiał się z nią spotkać. Nawet jeśli nie żyła.
Patolog, uprzedzony wcześniej przez policjantów prowadzących sprawę, czekał już na nich. Cała trójka zdawała sobie sprawę że Maciek im nie pomoże, ale było to coś w rodzaju przysługi dla kolegi po fachu. Zresztą, chodziło o jego żonę. Mimo wszystko powinien mieć do tego prawo, skoro tego chciał.
- To ona? - zapytał o ciało leżące pod białym materiałem
- Jesteś pewien że chcesz to oglądać? Ciało spłonęło, paskudny widok – ostrzegał po raz ostatni
- Słyszałem co się stało – odparł, wpatrzony w stół
- Zostawię was samych – oznajmił, opuszczając pomieszczenie. Maciek został sam, pośród czterech ścian wyłożonych kaflami, jaskrawego światła i zakrytego ciała, prawdopodobnie należącego do Marty. Wiele razy tu bywał służbowo, kiedy dopytywał o przyczynę i czas zgonu, kiedy ustalali co stało się ofierze. Ale po raz pierwszy był tu prywatnie i po raz pierwszy poczuł bijący tutaj chłód. Zawsze starał się zrozumieć rodziny ofiar, które przychodziły zidentyfikować ciało, ale tego co czują nie sposób było sobie wyobrazić.
Wziął głęboki oddech. Wyciągnął przed siebie rękę, spojrzał na nią. Palce drżały niespokojnie, serce przyspieszyło, a przez plecy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Złapał za róg nakrycia, ścisnął je mocno w dłoni i poczuł ukłucie w sercu. Nie był pewien tego co robi. To nie była ta sytuacja, w której się wielokrotnie znajdował. W ogóle nie czuł się sobą. Nigdy na stole nie leżał ktoś bliski. Nigdy na stole nie leżała osoba, dla której poświęciłby wszystko, na której zależało mu bardziej niż na kimkolwiek. Osoba, bez której nie potrafił żyć. Osoba, bez której jego świat nie istniał.
Przymknął oczy. Zobaczył płomienie. Były coraz większe, a wśród nich pojawił się zarys postaci. Z każdą chwilą był on coraz wyraźniejszy. To była ona. Trwała w bezruchu, a ogień sycił się jej ciałem. Czy była w ogóle przytomna, kiedy to się stało? Cierpiała? A dziecko? W jego uszach zabrzmiał przeraźliwy krzyk kobiety. Natychmiast otworzył oczy. Światło jakby nieco przygasało. Zrobiło mu się duszno i nieprzyjemnie gorąco. Zakrył usta dłonią i zerwał się jak oparzony. Wypadł na korytarz, nie zwracając uwagi na stojące przy ścianie postaci. Wpadł do łazienki, klęknął przed muszlą klozetową i zwymiotował. Oddychał głęboko, próbując się uspokoić. Ale po chwili przyszła kolejna fala zawartości żołądka, która usiłowała się wydostać. Nie bronił się, nie miał siły. Splunął jeszcze kilka razy, jakby to miało mu pomóc pozbyć się nieprzyjemnego, palącego posmaku. Usiadł na podłodze i oparł się o ścianę. To nie mogło być prawdą. To musiał być przerażający sen, który niebawem się skończy, a on odetchnie z ulgą, wtulając się w ramiona ukochanej.
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
Czas nie leczy ran cz. 3
Następnego ranka Sebastian poprosił przełożonego o kilka dni wolnego, by pojechać z Maćkiem do Gdańska. Komendant, mimo że dobrze znał bruneta i miał okazję z nim współpracować, nie zgodził się na więcej niż trzy dni. Strzewiński był niepocieszony tą wiadomością. Miał nadzieję że przynajmniej uda im się znaleźć jakikolwiek trop w poszukiwaniach Marty.
- Musimy znaleźć punkt zaczepienia – stwierdził Sebastian – Może Marta prowadziła coś w rodzaju dziennika albo pamiętnika?
- Nie sądzę – odparł Maciek. Ponury nastrój nie ustępował. Miał dość, był zmęczony tą sprawą. Jedyne czego pragnął to znaleźć żonę, przytulić ją i zapewnić że wszystko będzie dobrze. Jej zniknięcie spędzało mu sen z powiek. Prawdopodobnie stracił córkę, nie mógł pozwolić, żeby w jego życiu zabrakło również ukochanej.
- Sprawdziłeś jej komputer, telefon?
- Owszem. Maile, portale społecznościowe... Nic podejrzanego. Nic co wskazywałoby drogę.
- A jakieś nowe znajomości?
- Czysto. Sprawdziłem to.
- Rodzice?
Maciek westchnął ciężko. Spotkanie z nimi nie należało do najprzyjemniejszych. Niełatwo było się przyznać że nie ma pojęcia gdzie jest ich córka i wnuczka. Przecież powinien się nimi opiekować, chronić je, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.
- Jej ojciec nie krył satysfakcji. Od początku mnie nie lubił. Twierdzi że Marta wreszcie przejrzała na oczy i zwiała wraz z córką.
- Nie mówiłeś im o wypadku?
- Skłamałem że Marta wyprowadziła się wraz z nią. Co miałem powiedzieć? - wzruszył ramionami
- A może ojciec coś wie?
Maciek nie odpowiedział. Nawet jeśli sugestia Sebastiana miała jakikolwiek sens, nie miał żadnych szans w starciu z szanowanym prokuratorem. Rozwiązaniem mogłaby być dyskretna obserwacja, lecz wymagała ona czasu, którego nie mieli.
- A dziecko? Coś musiało się z nim stać. Jeśli faktycznie... nie żyje...
- To ciało gdzieś musi być – dokończył za niego – Marta uciekła, nie mogła załatwić pogrzebu tak szybko.
- A jeśli ktoś zrobił to za nią?
Maciek milczał. Zastanawiał się kto mógłby to zrobić dla Marty. Jedyną osobą, która przychodziła mu na myśl był jej ojciec. Ale czy pozwoliłby na to wszystko? Pozwoliłby córce na popełnienie ogromnego błędu? Mimo wszystko był przekonany że mężczyzna powstrzymałby ją od ucieczki.
W mieszkaniu ponownie przeszukiwali rzeczy brunetki. Maciek nie ukrywał że mógł nie myśleć racjonalnie po jej zniknięciu, tym bardziej że przez swoje działania zaniedbał pracę i podpadł szefowi. W jednym momencie zbyt wiele na niego spadło, przez co mógł przegapić ewentualną wskazówkę.
- A koledzy którzy prowadzą sprawę jej zaginięcia? - spytał nagle Sebastian
- Koledzy – rzucił kpiąco – Myślą to samo co wszyscy. Zwiała i nie życzy sobie ze mną kontaktu. Prowadzą to śledztwo tylko dlatego że muszą.
- Ustalili coś?
- Marta kontaktowała się z psychiatrą. Że niby nie umiała się odnaleźć w roli żony i matki, że czuła się wypalona, bo popadła w rutynę. Nie, ja w to do cholery nie wierzę! - uderzył pięścią w stół
- Uspokój się – odparł stanowczo – Coś więcej?
- Malwinka nie mogła zginąć tamtego dnia – kontynuował, zabierając się za komputer Marty – Sprawdzili samochód i wypadki. Ale to samo zrobiłem wcześniej.
- Więc dlaczego Marta powiedziała że wasza córka nie żyje?
- Chciała żebym ją znienawidził – odparł po dłuższej chwili, doznawszy nagłego olśnienia – Żebym nie szukał jej i dziecka.
- Mówiłeś że chciała byś wyjechał razem z nią.
- Bo wiedziała że się nie zgodzę! - złapał się za głowę – Kurwa mać! Ale dałem się podejść!
Sebastian wciąż nie rozumiał jednej rzeczy i domyślał się iż Maciek także nie zna odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego tak postąpiła? Dlaczego nie powiedziała mu wprost, że chce odejść? Po co ta cała szopka?
- Co teraz? - spytał cicho
- To chyba oczywiste. Muszę ją znaleźć. Muszę to usłyszeć od niej, muszę zobaczyć naszą córkę. Przecież ona nie może mnie tak całkiem odciąć! Jestem ojcem do cholery, czy ona tego chce czy nie!
Miał mieszane uczucia. Z jednej strony bał się o Martę, z drugiej strony był na nią wściekły. Jeśli jego teoria była prawdziwa, kobieta którą kochał zniszczyła to wszystko, co budowali razem przez lata, zniszczyła jego wiarę w miłość, w zaufanie, że można w życiu spotkać osobę, która będzie wszystkim, całym światem, a ten świat będzie taką bezpieczną strefą, ostoją, gdzie problemy i troski nie będą miały wstępu, gdzie znajdzie siłę by z nimi walczyć, gdzie będzie mógł zaznać szczęścia i zawsze powracać, niezależnie od tego co się wydarzy.
Ukrył twarz w dłoniach. Nie wiedział już co o tym wszystkim myśleć. Balansował na granicy szaleństwa, każdy kolejny dzień był drogą przez mękę. Złamane serce i codzienne bóle głowy nie ułatwiały mu zadania. Musiał to przerwać, ale było to możliwe tylko w jeden sposób. Robił wszystko by do tego doprowadzić, ale wciąż za mało.
- Jedziemy do Szczecina – oznajmił niespodziewanie spokojnym tonem – Do jej rodziców.
Wieczorem dotarli do celu podróży. Sebastian odczuwał już zmęczenie podróżami, ale desperacja Maćka nie pozwalała mu czekać. Opuścił samochód, otworzył furtkę i szybkim krokiem dotarł do drzwi. Zapukał energicznie, serce zabiło mu mocniej na myśl, że Marta może się jednak u tutaj ukrywać. Oddał by wszystko w tym momencie, żeby to właśnie brunetka otworzyła drzwi.
- Maciek? - w progu pojawiła się jednak matka kobiety – Co tu robisz? Wiesz która jest godzina?
Nawet nie zwrócił na to uwagi. Wiedział tylko jest późno. Może parę minut po dwudziestej pierwszej, może okolice dwudziestej drugiej. Wziął głęboki oddech i podniósł głowę.
- Szukam Marty – odpowiedział cicho – Nie odpuszczę.
- Nie ma jej u nas – rozłożyła bezradnie ręce – Od twojej poprzedniej wizyty nie odezwała się ani razu.
- Muszę ją znaleźć, muszę z nią porozmawiać – upierał się przy swoim – Proszę.
- Kiedy my naprawdę... - pokręciła głową, a za jej plecami pojawił się mąż. Maciek przez moment mierzył się z nim wzrokiem. Matka Marty mogła naprawdę nic nie wiedzieć, ale on? Musiał. Nie byłby aż tak spokojny w tej sytuacji. Przejąłby się jej zniknięciem, a on wręcz przeciwnie, triumfował.
- Czego nie rozumiesz? - rzucił groźnie mężczyzna – Pogódź się z tym że cię zostawiła.
- Mamy razem dziecko, nie może mnie od niego odciąć.
- Jak widać już to zrobiła – kącik jego ust się delikatnie uniósł – Szkoda tylko że musiała zmarnować z tobą aż dwa lata, żeby przejrzeć na oczy.
- Gdzie ona jest? - wycedził przez zęby
- Tego ci nie powiem, bo nie wiem. A nawet gdybym wiedział...
- Pieprzenie – przerwał mu ostro – Jesteś zbyt spokojny. Twoja córka zniknęła i nie daje znaku życia, a ty co? Ty się cieszysz! Musisz coś wiedzieć!
- Wiem że moja córka jest rozsądna i zadba o siebie i o córkę. Nie jesteś jej do niczego potrzebny.
Maciek ledwie utrzymywał nerwy na wodzy. W normalnych okolicznościach nie dałby się sprowokować teściowi, ale teraz czuł jak mężczyzna perfidnie wykorzystuje sytuację by mu dokopać.
- Znajdę ją – zadeklarował, choć sam już nie wierzył w swoje słowa. Grunt usuwał mu się spod stóp, czuł się bezsilny, zagubiony, poirytowany. Po co właściwie tu przyjeżdżał? Naprawdę myślał że Marta nie znajdzie sobie lepszej kryjówki niż dom rodziców? Albo że mu tak po prostu powiedzą gdzie ona jest? Pokręcił głową, nie dowierzając swej naiwności.
- Znajdę ją, czy tego chcecie czy nie – zagroził, po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszył w stronę samochodu. Otwierał właśnie drzwi pojazdu, kiedy zadzwonił telefon. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrał połączenie.
- Halo? - westchnął ciężko, wspierając się na łokciu
- Panie komisarzu, aspirant Kiliński z tej strony.
- Poznałem po głosie – odparł niewzruszony
- Proszę przyjechać na komendę. Chyba mamy pańską żonę...
Maciek z trudem przełknął ślinę. A więc to koniec. Udało się. Wreszcie wyjaśni sprawę, dowie się na czym stoi, co dalej z jego małżeństwem, rodziną. Słowa policjanta jeszcze przez chwilę dźwięczały w jego uszach, zanim przyjął to do wiadomości.
- Wracamy do Gdańska. Mają Martę – odparł nieswojo
- Musimy znaleźć punkt zaczepienia – stwierdził Sebastian – Może Marta prowadziła coś w rodzaju dziennika albo pamiętnika?
- Nie sądzę – odparł Maciek. Ponury nastrój nie ustępował. Miał dość, był zmęczony tą sprawą. Jedyne czego pragnął to znaleźć żonę, przytulić ją i zapewnić że wszystko będzie dobrze. Jej zniknięcie spędzało mu sen z powiek. Prawdopodobnie stracił córkę, nie mógł pozwolić, żeby w jego życiu zabrakło również ukochanej.
- Sprawdziłeś jej komputer, telefon?
- Owszem. Maile, portale społecznościowe... Nic podejrzanego. Nic co wskazywałoby drogę.
- A jakieś nowe znajomości?
- Czysto. Sprawdziłem to.
- Rodzice?
Maciek westchnął ciężko. Spotkanie z nimi nie należało do najprzyjemniejszych. Niełatwo było się przyznać że nie ma pojęcia gdzie jest ich córka i wnuczka. Przecież powinien się nimi opiekować, chronić je, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.
- Jej ojciec nie krył satysfakcji. Od początku mnie nie lubił. Twierdzi że Marta wreszcie przejrzała na oczy i zwiała wraz z córką.
- Nie mówiłeś im o wypadku?
- Skłamałem że Marta wyprowadziła się wraz z nią. Co miałem powiedzieć? - wzruszył ramionami
- A może ojciec coś wie?
Maciek nie odpowiedział. Nawet jeśli sugestia Sebastiana miała jakikolwiek sens, nie miał żadnych szans w starciu z szanowanym prokuratorem. Rozwiązaniem mogłaby być dyskretna obserwacja, lecz wymagała ona czasu, którego nie mieli.
- A dziecko? Coś musiało się z nim stać. Jeśli faktycznie... nie żyje...
- To ciało gdzieś musi być – dokończył za niego – Marta uciekła, nie mogła załatwić pogrzebu tak szybko.
- A jeśli ktoś zrobił to za nią?
Maciek milczał. Zastanawiał się kto mógłby to zrobić dla Marty. Jedyną osobą, która przychodziła mu na myśl był jej ojciec. Ale czy pozwoliłby na to wszystko? Pozwoliłby córce na popełnienie ogromnego błędu? Mimo wszystko był przekonany że mężczyzna powstrzymałby ją od ucieczki.
W mieszkaniu ponownie przeszukiwali rzeczy brunetki. Maciek nie ukrywał że mógł nie myśleć racjonalnie po jej zniknięciu, tym bardziej że przez swoje działania zaniedbał pracę i podpadł szefowi. W jednym momencie zbyt wiele na niego spadło, przez co mógł przegapić ewentualną wskazówkę.
- A koledzy którzy prowadzą sprawę jej zaginięcia? - spytał nagle Sebastian
- Koledzy – rzucił kpiąco – Myślą to samo co wszyscy. Zwiała i nie życzy sobie ze mną kontaktu. Prowadzą to śledztwo tylko dlatego że muszą.
- Ustalili coś?
- Marta kontaktowała się z psychiatrą. Że niby nie umiała się odnaleźć w roli żony i matki, że czuła się wypalona, bo popadła w rutynę. Nie, ja w to do cholery nie wierzę! - uderzył pięścią w stół
- Uspokój się – odparł stanowczo – Coś więcej?
- Malwinka nie mogła zginąć tamtego dnia – kontynuował, zabierając się za komputer Marty – Sprawdzili samochód i wypadki. Ale to samo zrobiłem wcześniej.
- Więc dlaczego Marta powiedziała że wasza córka nie żyje?
- Chciała żebym ją znienawidził – odparł po dłuższej chwili, doznawszy nagłego olśnienia – Żebym nie szukał jej i dziecka.
- Mówiłeś że chciała byś wyjechał razem z nią.
- Bo wiedziała że się nie zgodzę! - złapał się za głowę – Kurwa mać! Ale dałem się podejść!
Sebastian wciąż nie rozumiał jednej rzeczy i domyślał się iż Maciek także nie zna odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego tak postąpiła? Dlaczego nie powiedziała mu wprost, że chce odejść? Po co ta cała szopka?
- Co teraz? - spytał cicho
- To chyba oczywiste. Muszę ją znaleźć. Muszę to usłyszeć od niej, muszę zobaczyć naszą córkę. Przecież ona nie może mnie tak całkiem odciąć! Jestem ojcem do cholery, czy ona tego chce czy nie!
Miał mieszane uczucia. Z jednej strony bał się o Martę, z drugiej strony był na nią wściekły. Jeśli jego teoria była prawdziwa, kobieta którą kochał zniszczyła to wszystko, co budowali razem przez lata, zniszczyła jego wiarę w miłość, w zaufanie, że można w życiu spotkać osobę, która będzie wszystkim, całym światem, a ten świat będzie taką bezpieczną strefą, ostoją, gdzie problemy i troski nie będą miały wstępu, gdzie znajdzie siłę by z nimi walczyć, gdzie będzie mógł zaznać szczęścia i zawsze powracać, niezależnie od tego co się wydarzy.
Ukrył twarz w dłoniach. Nie wiedział już co o tym wszystkim myśleć. Balansował na granicy szaleństwa, każdy kolejny dzień był drogą przez mękę. Złamane serce i codzienne bóle głowy nie ułatwiały mu zadania. Musiał to przerwać, ale było to możliwe tylko w jeden sposób. Robił wszystko by do tego doprowadzić, ale wciąż za mało.
- Jedziemy do Szczecina – oznajmił niespodziewanie spokojnym tonem – Do jej rodziców.
Wieczorem dotarli do celu podróży. Sebastian odczuwał już zmęczenie podróżami, ale desperacja Maćka nie pozwalała mu czekać. Opuścił samochód, otworzył furtkę i szybkim krokiem dotarł do drzwi. Zapukał energicznie, serce zabiło mu mocniej na myśl, że Marta może się jednak u tutaj ukrywać. Oddał by wszystko w tym momencie, żeby to właśnie brunetka otworzyła drzwi.
- Maciek? - w progu pojawiła się jednak matka kobiety – Co tu robisz? Wiesz która jest godzina?
Nawet nie zwrócił na to uwagi. Wiedział tylko jest późno. Może parę minut po dwudziestej pierwszej, może okolice dwudziestej drugiej. Wziął głęboki oddech i podniósł głowę.
- Szukam Marty – odpowiedział cicho – Nie odpuszczę.
- Nie ma jej u nas – rozłożyła bezradnie ręce – Od twojej poprzedniej wizyty nie odezwała się ani razu.
- Muszę ją znaleźć, muszę z nią porozmawiać – upierał się przy swoim – Proszę.
- Kiedy my naprawdę... - pokręciła głową, a za jej plecami pojawił się mąż. Maciek przez moment mierzył się z nim wzrokiem. Matka Marty mogła naprawdę nic nie wiedzieć, ale on? Musiał. Nie byłby aż tak spokojny w tej sytuacji. Przejąłby się jej zniknięciem, a on wręcz przeciwnie, triumfował.
- Czego nie rozumiesz? - rzucił groźnie mężczyzna – Pogódź się z tym że cię zostawiła.
- Mamy razem dziecko, nie może mnie od niego odciąć.
- Jak widać już to zrobiła – kącik jego ust się delikatnie uniósł – Szkoda tylko że musiała zmarnować z tobą aż dwa lata, żeby przejrzeć na oczy.
- Gdzie ona jest? - wycedził przez zęby
- Tego ci nie powiem, bo nie wiem. A nawet gdybym wiedział...
- Pieprzenie – przerwał mu ostro – Jesteś zbyt spokojny. Twoja córka zniknęła i nie daje znaku życia, a ty co? Ty się cieszysz! Musisz coś wiedzieć!
- Wiem że moja córka jest rozsądna i zadba o siebie i o córkę. Nie jesteś jej do niczego potrzebny.
Maciek ledwie utrzymywał nerwy na wodzy. W normalnych okolicznościach nie dałby się sprowokować teściowi, ale teraz czuł jak mężczyzna perfidnie wykorzystuje sytuację by mu dokopać.
- Znajdę ją – zadeklarował, choć sam już nie wierzył w swoje słowa. Grunt usuwał mu się spod stóp, czuł się bezsilny, zagubiony, poirytowany. Po co właściwie tu przyjeżdżał? Naprawdę myślał że Marta nie znajdzie sobie lepszej kryjówki niż dom rodziców? Albo że mu tak po prostu powiedzą gdzie ona jest? Pokręcił głową, nie dowierzając swej naiwności.
- Znajdę ją, czy tego chcecie czy nie – zagroził, po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszył w stronę samochodu. Otwierał właśnie drzwi pojazdu, kiedy zadzwonił telefon. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrał połączenie.
- Halo? - westchnął ciężko, wspierając się na łokciu
- Panie komisarzu, aspirant Kiliński z tej strony.
- Poznałem po głosie – odparł niewzruszony
- Proszę przyjechać na komendę. Chyba mamy pańską żonę...
Maciek z trudem przełknął ślinę. A więc to koniec. Udało się. Wreszcie wyjaśni sprawę, dowie się na czym stoi, co dalej z jego małżeństwem, rodziną. Słowa policjanta jeszcze przez chwilę dźwięczały w jego uszach, zanim przyjął to do wiadomości.
- Wracamy do Gdańska. Mają Martę – odparł nieswojo
środa, 28 marca 2018
Czas nie leczy ran cz. 2
Cztery dni później, po przeprowadzeniu sekcji zwłok i dopełnieniu formalności odbył się pogrzeb. Oprócz rodziców kobiety i jej narzeczonego, pojawili się także nieliczni znajomi z dawnych lat, z którymi Ania utrzymywała jeszcze kontakt, oraz przyjaciele z policji, wraz z komendantem na czele. Maciek udawał że nie robi to na nim większego wrażenia, lecz ponury nastrój udzielał się także jemu. Nie mógł pogodzić się z myślą że zabrakło osoby, z którą tak dużo przeżył, od której wiele się nauczył, z którą zawsze miał dobry kontakt. Że odeszła tak szybko, w młodym wieku. Przecież najlepsze lata miała dopiero przed sobą – poukładała swoje życie prywatne, planowała ślub, była szczęśliwa. I nagle, w jednej chwili wszystko się skończyło. Jaki ten los potrafił być okrutny i przewrotny...
Nie wybierał się na stypę. Potrzebował chwili wyciszenia, oddechu, a obecność innych ludzi zdawała się być przytłaczająca. Pierwsze kroki skierował do parku. Przysiadł na ławce, odetchnął, przemyślał kilka spraw. Stracił rachubę czasu. Kiedy spojrzał na zegarek, okazało się że jest już po szesnastej. Nie chciał jeszcze wracać, ale dłuższe bezczynne siedzenie zaczęło go irytować. Wyciągnął z kieszeni telefon, odszukał zdjęcia swojej żony, Marty. Przyglądał się jej uważnie przez kilka sekund. Zacisnął zęby, zerwał się i dziarsko ruszył przed siebie.
W mieszkaniu Joasi i Sebastiana pojawił się wieczorem, po wypiciu dwóch piw w barze. Chciał jak najszybciej czmychnąć do salonu, nie przeszkadzając domownikom. Był przekonany że mu się to udało, że pozostał niezauważony. W błędzie pozostawał jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, przeglądał swój bagaż, upewniając się czy przygotował wszystko do jutrzejszego wyjazdu. Kiedy podniósł głowę, ujrzał w progu Sebastiana.
- Wszystko ok? - spytał brunet, podchodząc bliżej
- Tak, potrzebowałem tylko chwili samotności – westchnął – Jutro wracam do siebie, nie będę wam już siedział na głowie.
Brunet skinął głową. Przedłużająca się cisza drażniła Maćka. Wydawało mu się że Sebastian się czegoś domyśla, być może nawet wie i czeka jedynie na potwierdzenie. Oddech nieco przyspieszył, a dłonie zaczęły się pocić. Nie był już w stanie ukryć swojego zdenerwowania. Rzucił torbę na podłogę i usiadł na kanapie.
- Dobrze – powiedział do samego siebie – Nawet nie wiem czy mam po co wracać.
- To znaczy? - wbrew przeczuciom Maćka, przyjaciel nie miał pojęcia o jego problemach – Jest aż tak źle?
- Jest gorzej niż źle. Nawet nie wiem od czego mam zacząć... - rozłożył bezradnie ręce
- Najlepiej od początku.
- Nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło. Mało mnie było w domu, a jak już wracałem to tylko się kłóciliśmy z Martą... - pokręcił głową, przywołując w wyobraźni obrazy z feralnego dnia. Wciąż miał nadzieję że trwa w złym śnie, że niebawem się obudzi obok ukochanej, że będzie mógł ją przeprosić, przytulić, powiedzieć jak bardzo ją kocha.
Przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę. Mimo że dzisiaj cały dzień spędził na komendzie wypełniając raporty, czuł się zmęczony. Marzył tylko o dwóch rzeczach – prysznicu i łóżku. Nie miał ochoty na kolejne kłótnie z Martą. Dlaczego ostatnio tak trudno było im się dogadać? Dlaczego jakaś część niego była taka zaborcza wobec niej? Przecież chciał by była szczęśliwa, chciał by mogła się rozwijać, realizować. Jednocześnie bardzo się bał iż może stać się coś złego i pragnął ją uchronić. Robił to źle i zdawał sobie z tego sprawę, lecz nie potrafił inaczej.
Chcąc dotrzeć do sypialni, musiał przejść przez salon. Miał nadzieję że nie dojdzie do kolejnej słownej utarczki z żoną. Siedziała w fotelu z podkulonymi nogami, miała dreszcze, a po policzkach spływały łzy. Nie mógł przejść obojętnie. Podszedł bliżej i wyciągnął ręce by ją przytulić, ale wtedy go odepchnęła.
- Marta? - zapytał drżącym głosem. Miał złe przeczucia. Zaczęło go mdlić, ręce opadły wzdłuż ciała, a jego oddech stał się ciężki. Pomyślał o najgorszym. Obiecał sobie że dorwie skurwiela, który ją skrzywdził.
- Marta... - powtórzył rozpaczliwie, kucnąwszy przy niej
- Zrobiłam coś strasznego – wyznała łkając
- Ty? - zapytał zdumiony – Marta, nie daj sobie wmówić...
- Zabiłam ją – wyznała jednym tchem – Naszą córkę... ja... - w tym momencie wybuchnęła płaczem. Maciek niewiele zrozumiał z tego co mówiła. Powolnym krokiem przeszedł na drugi koniec pokoju, do łóżeczka. Zamarł. Było puste. Zrobiło mu się słabo na myśl o słowach ukochanej.
- Marta, co się stało? - zapytał, wracając do niej – Spokojnie i po kolei.
- Spokojnie?! - krzyknęła nagle – Jak mam być spokojna, kiedy to moja wina!
- Nie wierzę. Przecież ty nie mogłabyś zrobić jej nic złego. Nie jesteś taka!
- Źle zamocowałam fotelik – wyznała, po czym ukryła twarz w dłoniach – Nie mam pojęcia jak to się stało, jak mogłam popełnić tak karygodny błąd.
- Co było dalej?
- Kiedy już to się stało, pojechałam natychmiast do lekarza. Ale było już za późno.
- Nie, nie – pokręcił głową – Nie wierzę. Nie wierzę że nic nie dało się zrobić. Chcę ją zobaczyć.
- To niemożliwe – powiedziała cicho, a do oczu znów napłynęły jej łzy
- Dlaczego? Nie uwierzę dopóki jej nie zobaczę!
- Zadbałam o to by lekarz wpisał inne dane.
- Co zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem. Nie rozumiał dlaczego, skąd w ogóle taki pomysł. Być może to szok po zdarzeniu tak na nią wpłynął. Zdał sobie sprawę że Marta musiała być w fatalnym stanie psychicznym, kiedy lekarz stwierdził zgon. Spanikowała.
- Trzeba to odkręcić – oznajmił, próbując zachować trzeźwy umysł. Odwrócił się w stronę drzwi, ale Marta chwyciła go mocno za rękę.
- Nie! - krzyknęła nagle – Dostanę wyrok i już nigdy nie będę mogła wrócić do pracy.
- Marta, do cholery! - złapał ją za ramiona i potrząsnął lekko – Jak ty sobie to wyobrażasz? Że będziemy udawać że nic się nie stało? Że zaczniemy wszystko od nowa i będziemy szczęśliwi?! Że nikt nie zauważy że było dziecko, a teraz go nie ma?
- Wyjedziemy... - wyszeptała – Straciliśmy córkę, nie pozwolę sobie odebrać nic więcej.
- Marta... - wziął głęboki oddech – Jesteś w szoku, nie wiesz co robisz. Jeśli to tak zostawimy to sytuacja będzie tylko gorsza. Zaufaj mi. To był wypadek, nic ci nie grozi.
- Wyjedź ze mną albo o mnie zapomnij – postawiła sprawę jasno
- Nie, nie zgadzam się. Nie pozwolę by nasza córka była pochowana po kryjomu, pod innym nazwiskiem. Nie pozwolę żebyś narobiła sobie problemów.
- Co z ciebie za facet! - wybuchnęła, zrywając się na równe nogi – Powinniśmy przejść przez to razem, powinniśmy się wspierać, a ty chcesz mnie posadzić za kratkami! Myślałam że mnie kochasz, że ci na mnie zależy! Przecież nie chciałam tego, nie mogę cofnąć czasu!
- Zrozum że chcę dla ciebie jak najlepiej! Ucieczka to żadne rozwiązanie. Jedziemy do tego lekarza.
Mierzyli się wzrokiem. Był stanowczy, musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Zobaczył w jej oczach cierpienie, rozpacz, ale także strach. Chciałby zdjąć z niej te wszystkie negatywne emocje, ale w tej chwili był bezradny. Jedyne co mógł zrobić to uchronić ją przed poważniejszymi konsekwencjami.
- Ona nie była sobą – westchnął – Nie zachowałaby się tak, nie jest taka.
- Przeżyła spory szok – usprawiedliwił ją Sebastian
- Nie wiem, ta cała sytuacja jest dla mnie dziwna... - westchnął splatając drżące dłonie – Kiedy jechaliśmy do tego cholernego lekarza, wyciągnęła broń. Celowała do mnie, kazała mi pojechać za miasto, wysiąść z samochodu. Uciekła, a ja nie wiem już nawet gdzie jej szukać.
- Pewnie dotarło do niej co zrobiła i teraz boi się wrócić.
- Wiesz co? - westchnął ciężko – W tym samochodzie... odniosłem wrażenie że to nie szok. Że ona doskonale wie co robi, z zimną krwią.
- Zaraz, zaraz – Sebastian mu przerwał – Uważasz że w kilka godzin po tym jak zginęło wasze dziecko ona opracowała sobie jakiś plan i przygotowała ucieczkę? I świadomie groziła ci bronią? Wiesz jak to brzmi?
- Absurdalnie. Dlatego stary jak dowiedział się o moich działaniach na własną rękę to wysłał mnie na bezpłatny urlop i kazał to zostawić.
- Niech zgadnę: nie zaprzestałeś działań – znał go na tyle dobrze by mieć pewność że nie odpuścił
- Oczywiście – odparł bez zastanowienia – Dlatego stary poszedł o krok dalej i mnie zawiesił. A ja... utknąłem w martwym punkcie. Znalazłem samochód, ale Marta go oczywiście porzuciła, pytałem jej znajomych, rodziców, próbowałem znaleźć naszą córkę... To nie powinno być trudne, bo przecież Marta nie dokończyła formalności. I wiesz co? Sprawdziłem wszystkie zakłady pogrzebowe, lekarzy i nigdzie nie ma tego przypadku. Przejrzałem wszystkie wypadki z tamtego dnia i też nic. Zapadły się pod ziemię – rozłożył bezradnie ręce
- To niekoniecznie musiał być wypadek – zauważył Sebastian – Mogła jechać szybko i z jakiegoś powodu gwałtownie hamować.
- Tylko że jej samochód jest czysty. Tak, wiem że mogła zatrzeć ślady. Ale poprosiłem znajomego technika by to sprawdził. Nie ma nic co wskazywałoby na jakiekolwiek zdarzenie.
- Myślisz że Marta cię okłamała?
- Tylko po co? Nie wiem już co mam myśleć... - przecierał dłońmi włosy, by potem chwycić je w palce – Potem zadzwoniłeś w sprawie Anki. Pomyślałem że chwilę ochłonę, może nabiorę nieco świeżości i wpadnę na jakiś pomysł. Nawet łudziłem się że być może w Krakowie wpadnę na trop Marty, w końcu trochę lat tu spędziła, zna miasto, więc to wcale nie byłaby dla niej zła kryjówka.
- Chcesz żebym ci pomógł? - zaproponował, nie mogąc obojętnie patrzeć na jego bezradność
- Szczerze mówiąc, na to liczyłem – przyznał z ulgą
Nie wybierał się na stypę. Potrzebował chwili wyciszenia, oddechu, a obecność innych ludzi zdawała się być przytłaczająca. Pierwsze kroki skierował do parku. Przysiadł na ławce, odetchnął, przemyślał kilka spraw. Stracił rachubę czasu. Kiedy spojrzał na zegarek, okazało się że jest już po szesnastej. Nie chciał jeszcze wracać, ale dłuższe bezczynne siedzenie zaczęło go irytować. Wyciągnął z kieszeni telefon, odszukał zdjęcia swojej żony, Marty. Przyglądał się jej uważnie przez kilka sekund. Zacisnął zęby, zerwał się i dziarsko ruszył przed siebie.
W mieszkaniu Joasi i Sebastiana pojawił się wieczorem, po wypiciu dwóch piw w barze. Chciał jak najszybciej czmychnąć do salonu, nie przeszkadzając domownikom. Był przekonany że mu się to udało, że pozostał niezauważony. W błędzie pozostawał jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, przeglądał swój bagaż, upewniając się czy przygotował wszystko do jutrzejszego wyjazdu. Kiedy podniósł głowę, ujrzał w progu Sebastiana.
- Wszystko ok? - spytał brunet, podchodząc bliżej
- Tak, potrzebowałem tylko chwili samotności – westchnął – Jutro wracam do siebie, nie będę wam już siedział na głowie.
Brunet skinął głową. Przedłużająca się cisza drażniła Maćka. Wydawało mu się że Sebastian się czegoś domyśla, być może nawet wie i czeka jedynie na potwierdzenie. Oddech nieco przyspieszył, a dłonie zaczęły się pocić. Nie był już w stanie ukryć swojego zdenerwowania. Rzucił torbę na podłogę i usiadł na kanapie.
- Dobrze – powiedział do samego siebie – Nawet nie wiem czy mam po co wracać.
- To znaczy? - wbrew przeczuciom Maćka, przyjaciel nie miał pojęcia o jego problemach – Jest aż tak źle?
- Jest gorzej niż źle. Nawet nie wiem od czego mam zacząć... - rozłożył bezradnie ręce
- Najlepiej od początku.
- Nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło. Mało mnie było w domu, a jak już wracałem to tylko się kłóciliśmy z Martą... - pokręcił głową, przywołując w wyobraźni obrazy z feralnego dnia. Wciąż miał nadzieję że trwa w złym śnie, że niebawem się obudzi obok ukochanej, że będzie mógł ją przeprosić, przytulić, powiedzieć jak bardzo ją kocha.
Przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę. Mimo że dzisiaj cały dzień spędził na komendzie wypełniając raporty, czuł się zmęczony. Marzył tylko o dwóch rzeczach – prysznicu i łóżku. Nie miał ochoty na kolejne kłótnie z Martą. Dlaczego ostatnio tak trudno było im się dogadać? Dlaczego jakaś część niego była taka zaborcza wobec niej? Przecież chciał by była szczęśliwa, chciał by mogła się rozwijać, realizować. Jednocześnie bardzo się bał iż może stać się coś złego i pragnął ją uchronić. Robił to źle i zdawał sobie z tego sprawę, lecz nie potrafił inaczej.
Chcąc dotrzeć do sypialni, musiał przejść przez salon. Miał nadzieję że nie dojdzie do kolejnej słownej utarczki z żoną. Siedziała w fotelu z podkulonymi nogami, miała dreszcze, a po policzkach spływały łzy. Nie mógł przejść obojętnie. Podszedł bliżej i wyciągnął ręce by ją przytulić, ale wtedy go odepchnęła.
- Marta? - zapytał drżącym głosem. Miał złe przeczucia. Zaczęło go mdlić, ręce opadły wzdłuż ciała, a jego oddech stał się ciężki. Pomyślał o najgorszym. Obiecał sobie że dorwie skurwiela, który ją skrzywdził.
- Marta... - powtórzył rozpaczliwie, kucnąwszy przy niej
- Zrobiłam coś strasznego – wyznała łkając
- Ty? - zapytał zdumiony – Marta, nie daj sobie wmówić...
- Zabiłam ją – wyznała jednym tchem – Naszą córkę... ja... - w tym momencie wybuchnęła płaczem. Maciek niewiele zrozumiał z tego co mówiła. Powolnym krokiem przeszedł na drugi koniec pokoju, do łóżeczka. Zamarł. Było puste. Zrobiło mu się słabo na myśl o słowach ukochanej.
- Marta, co się stało? - zapytał, wracając do niej – Spokojnie i po kolei.
- Spokojnie?! - krzyknęła nagle – Jak mam być spokojna, kiedy to moja wina!
- Nie wierzę. Przecież ty nie mogłabyś zrobić jej nic złego. Nie jesteś taka!
- Źle zamocowałam fotelik – wyznała, po czym ukryła twarz w dłoniach – Nie mam pojęcia jak to się stało, jak mogłam popełnić tak karygodny błąd.
- Co było dalej?
- Kiedy już to się stało, pojechałam natychmiast do lekarza. Ale było już za późno.
- Nie, nie – pokręcił głową – Nie wierzę. Nie wierzę że nic nie dało się zrobić. Chcę ją zobaczyć.
- To niemożliwe – powiedziała cicho, a do oczu znów napłynęły jej łzy
- Dlaczego? Nie uwierzę dopóki jej nie zobaczę!
- Zadbałam o to by lekarz wpisał inne dane.
- Co zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem. Nie rozumiał dlaczego, skąd w ogóle taki pomysł. Być może to szok po zdarzeniu tak na nią wpłynął. Zdał sobie sprawę że Marta musiała być w fatalnym stanie psychicznym, kiedy lekarz stwierdził zgon. Spanikowała.
- Trzeba to odkręcić – oznajmił, próbując zachować trzeźwy umysł. Odwrócił się w stronę drzwi, ale Marta chwyciła go mocno za rękę.
- Nie! - krzyknęła nagle – Dostanę wyrok i już nigdy nie będę mogła wrócić do pracy.
- Marta, do cholery! - złapał ją za ramiona i potrząsnął lekko – Jak ty sobie to wyobrażasz? Że będziemy udawać że nic się nie stało? Że zaczniemy wszystko od nowa i będziemy szczęśliwi?! Że nikt nie zauważy że było dziecko, a teraz go nie ma?
- Wyjedziemy... - wyszeptała – Straciliśmy córkę, nie pozwolę sobie odebrać nic więcej.
- Marta... - wziął głęboki oddech – Jesteś w szoku, nie wiesz co robisz. Jeśli to tak zostawimy to sytuacja będzie tylko gorsza. Zaufaj mi. To był wypadek, nic ci nie grozi.
- Wyjedź ze mną albo o mnie zapomnij – postawiła sprawę jasno
- Nie, nie zgadzam się. Nie pozwolę by nasza córka była pochowana po kryjomu, pod innym nazwiskiem. Nie pozwolę żebyś narobiła sobie problemów.
- Co z ciebie za facet! - wybuchnęła, zrywając się na równe nogi – Powinniśmy przejść przez to razem, powinniśmy się wspierać, a ty chcesz mnie posadzić za kratkami! Myślałam że mnie kochasz, że ci na mnie zależy! Przecież nie chciałam tego, nie mogę cofnąć czasu!
- Zrozum że chcę dla ciebie jak najlepiej! Ucieczka to żadne rozwiązanie. Jedziemy do tego lekarza.
Mierzyli się wzrokiem. Był stanowczy, musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Zobaczył w jej oczach cierpienie, rozpacz, ale także strach. Chciałby zdjąć z niej te wszystkie negatywne emocje, ale w tej chwili był bezradny. Jedyne co mógł zrobić to uchronić ją przed poważniejszymi konsekwencjami.
- Ona nie była sobą – westchnął – Nie zachowałaby się tak, nie jest taka.
- Przeżyła spory szok – usprawiedliwił ją Sebastian
- Nie wiem, ta cała sytuacja jest dla mnie dziwna... - westchnął splatając drżące dłonie – Kiedy jechaliśmy do tego cholernego lekarza, wyciągnęła broń. Celowała do mnie, kazała mi pojechać za miasto, wysiąść z samochodu. Uciekła, a ja nie wiem już nawet gdzie jej szukać.
- Pewnie dotarło do niej co zrobiła i teraz boi się wrócić.
- Wiesz co? - westchnął ciężko – W tym samochodzie... odniosłem wrażenie że to nie szok. Że ona doskonale wie co robi, z zimną krwią.
- Zaraz, zaraz – Sebastian mu przerwał – Uważasz że w kilka godzin po tym jak zginęło wasze dziecko ona opracowała sobie jakiś plan i przygotowała ucieczkę? I świadomie groziła ci bronią? Wiesz jak to brzmi?
- Absurdalnie. Dlatego stary jak dowiedział się o moich działaniach na własną rękę to wysłał mnie na bezpłatny urlop i kazał to zostawić.
- Niech zgadnę: nie zaprzestałeś działań – znał go na tyle dobrze by mieć pewność że nie odpuścił
- Oczywiście – odparł bez zastanowienia – Dlatego stary poszedł o krok dalej i mnie zawiesił. A ja... utknąłem w martwym punkcie. Znalazłem samochód, ale Marta go oczywiście porzuciła, pytałem jej znajomych, rodziców, próbowałem znaleźć naszą córkę... To nie powinno być trudne, bo przecież Marta nie dokończyła formalności. I wiesz co? Sprawdziłem wszystkie zakłady pogrzebowe, lekarzy i nigdzie nie ma tego przypadku. Przejrzałem wszystkie wypadki z tamtego dnia i też nic. Zapadły się pod ziemię – rozłożył bezradnie ręce
- To niekoniecznie musiał być wypadek – zauważył Sebastian – Mogła jechać szybko i z jakiegoś powodu gwałtownie hamować.
- Tylko że jej samochód jest czysty. Tak, wiem że mogła zatrzeć ślady. Ale poprosiłem znajomego technika by to sprawdził. Nie ma nic co wskazywałoby na jakiekolwiek zdarzenie.
- Myślisz że Marta cię okłamała?
- Tylko po co? Nie wiem już co mam myśleć... - przecierał dłońmi włosy, by potem chwycić je w palce – Potem zadzwoniłeś w sprawie Anki. Pomyślałem że chwilę ochłonę, może nabiorę nieco świeżości i wpadnę na jakiś pomysł. Nawet łudziłem się że być może w Krakowie wpadnę na trop Marty, w końcu trochę lat tu spędziła, zna miasto, więc to wcale nie byłaby dla niej zła kryjówka.
- Chcesz żebym ci pomógł? - zaproponował, nie mogąc obojętnie patrzeć na jego bezradność
- Szczerze mówiąc, na to liczyłem – przyznał z ulgą
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)