środa, 30 października 2013

VI. Scen nr 90

         Złe wieści szybko dotarły do przyjaciół Ani i Wojtka. Od samego rana na komendzie nie mówiło się o niczym innym. Zastanawiające było to, że na miejscu zdarzenia nie było śladów hamowania – po prostu samochód pojechał wprost pod koła przejeżdżającego przez skrzyżowanie tira. Nikt nie chciał wierzyć, że to był zwykły wypadek, gdyż nawet gdyby brat Joasi nie zauważył ogromnego pojazdu, Ania zwróciłaby mu uwagę. Nawet jeśli byłoby za późno, przynajmniej w końcowej fazie samochód powinien pozostawić ślady zblokowanych kół.
- Może całowali się przed skrzyżowaniem... - sugerował Rafał
- No proszę cię – odpowiedział Maciek – Myślisz że naprawdę są aż tak nieodpowiedzialni? To nie jest para zauroczonych sobą szczeniaków.
- Jak niegdyś ja Olką... Ale wiesz, miłość jest ślepa.
- Nie w tym sensie Rafał, nie w tym sensie – westchnął, kręcąc się po biurze bez celu – Dla mnie istnieją tylko dwa logiczne wytłumaczenia. Awaria mechaniczna albo celowe uszkodzenie pojazdu.
Sylwia, która stanęła na korytarzu przy uchylonych drzwiach i podsłuchiwała tę rozmowę, bez mrugnięcia okiem zorientowała się, że to robota Lemura. Zacisnęła zęby, osuwając się powoli na podłogę.
- Co z nimi?
- Wojtek walczy o życie, ma liczne obrażenia wewnętrzne i zmiażdżoną nogę. Kto wie czy nie będzie konieczna amputacja... Anka miała więcej szczęścia, bo siedziała na miejscu pasażera, a zdecydowanie większa część siły poszła na stronę kierowcy. Poza złamaną ręką i niewielkim urazem głowy nic jej nie jest. Przynajmniej fizycznie, bo jak się dowie w jakim stanie jest jej narzeczony...
Urwał, kręcąc głową ze smutkiem. To nie chciało przejść mu przez gardło, nawet nie chciał o tym myśleć. Tymczasem na korytarzu skuloną dziewczynę pod drzwiami biura zastał Tomek. Kucnął przy ukochanej i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
- Zostaw mnie! - gwałtownie zerwała się do pozycji stojącej i puściła biegiem w głąb korytarza.
Zdezorientowany mężczyzna jeszcze przez chwilę pozostał w tym samym miejscu i tej samej pozie, nawet nie oglądając się za rudowłosą. Zastanawiał się, skąd ta agresja w reakcji dziewczyny.

         Maciek nie mógł długo wysiedzieć na komendzie. Nie zważając na to, że to jego pierwszy dzień po powrocie do pracy i ewentualną reakcję starego, postanowił pojechać do szpitala by wspierać Aśkę. Był jej przyjacielem, a sam przed laty znalazł się w podobnej sytuacji, więc chyba był w stanie jej pomóc. Wystarczyło samo zrozumienie, które wiele znaczyło dla cierpiącej osoby.
W szpitalu, po uzyskaniu informacji od jednej z pielęgniarek, trafił na odpowiednie piętro. Już z daleka zobaczył drobną, blondwłosą postać na korytarzu. Siedziała na krzesełku, z nogami podciągniętymi pod brodę. Spodziewał się, że obok niej będzie Dawid, ale męża najwyraźniej nie było w pobliżu. Maciek był zdziwiony, ale na wszelki wypadek postanowił nie poruszać tego tematu. Jeśli mężczyzna z własnej, nieprzymuszonej woli nie chciał być tutaj z żoną, takie wspomnienie mogłoby całkowicie zwalić ją z nóg, zamiast podnieść na duchu.
Nawet nie zareagowała, kiedy policjant usiadł obok niej. Przez chwilę przyjrzał się jej uważnie. Miała podkrążone i zaczerwienione oczy, zapewne od nieprzespanej nocy i płaczu. Na policzkach spostrzegł ślady łez, jakby na potwierdzenie swojej tezy.
- Wiadomo coś więcej?
- Stan ciężki, ale stabilny – odparła cichym, ochrypłym głosem
- To chyba dobrze? Zawsze mogło być gorzej.
- Dobrze?! Człowieku, co ty mówisz! Dobrze to by było, gdyby wcale nie wsiadali do tego pieprzonego samochodu.
- Asia, spokojnie. Nerwy ci w niczym nie pomogą.
- Psycholog od siedmiu boleści – rzuciła ironicznie
- Wiem, że jest ci ciężko...
- Gówno wiesz. Twój brat walczył kiedyś o życie? A przepraszam, ty w ogóle nie czujesz się z nim związany. Nawet gdyby znalazł się na miejscu Wojtka, to nie wiem czy chociaż raz przyszedłbyś go odwiedzić.
Pomimo że blondynka postawiła śmiałą, niezbyt wygodną dla Maćka tezę, mężczyzna wykazał się nadzwyczajną (jak dla siebie) cierpliwością i wyrozumiałością. Ani trochę nie wyglądał na zdenerwowanego czy urażonego. Doskonale zdawał sobie sprawę, w jakim stanie jest jego przyjaciółka i do jakich rzeczy jest zdolna. W normalnych okolicznościach nigdy coś takiego nie przeszłoby jej przez gardło.
Poirytowana jego dalszą obecnością, posłała mu groźne spojrzenie. Wyglądało to tak, jakby chciała mu powiedzieć „Idź już sobie, daj mi spokój”. On jednak nie zamierzał dać za wygraną. Po dłużej chwili zaczął swoją opowieść.
- Pięć lat temu Kaja miała wypadek w szkole. Na lekcji wuefu uderzyła głową w jakiś słupek i to dość mocno. Nie panowałem nad nerwami, wyzywałem dyrekcję i nauczycieli, odgrażałem się sądem, jednocześnie wraz z Martą odchodząc od zmysłów w szpitalu. Lekarze powiedzieli nam, że ona może się już nigdy nie obudzić. Pierwsza doba była najgorsza. Ja już nawet chwilami miałem takie myśli...
Joasia pojęła, że on także kiedyś znalazł się w sytuacji, kiedy drżał o życie kogoś bliskiego. Mało tego, chodziło przecież o dziecko. Z zaciekawieniem spojrzała na przyjaciela, oczekując dalszego ciągu.
- Chciałem ją zabić, rozumiesz? Myślałem że lepiej będzie, jeśli umrze niż będzie leżała jak warzywo przez paręnaście czy kilkadziesiąt lat. Wiem że Marta by mi tego nie wybaczyła, ale myślałem że i dla nas, i dla niej będzie lepiej.
Zauważyła, że ręce mu zadrżały. Nie było łatwo wrócić mu do tych wydarzeń, odtworzyć je w pamięci. Ale zrobił to, żeby pokazać Joasi, że ją rozumie i że dziewczyna może liczyć na jego wsparcie.
- Zdarzają się przypadki, że ludzie wybudzają się ze śpiączki nawet po dwudziestu latach – zwróciła mu uwagę
- Musiałaby się uczyć życia od nowa. W dwadzieścia lat cały świat tak się zmienia, że go wcale nie poznasz. Ona byłaby przerażona, nigdy by się nie odnalazła.
- Ale jednak tego nie zrobiłeś.
- Bo wierzyłem. Cały czas wierzyłem, że wkrótce nadejdzie dzień, kiedy moja córka otworzy oczy, uśmiechnie się do nas, do mnie i do Marty, i znów będziemy szczęśliwi. Marta też w to wierzyła. To dawało nam siłę, żeby przetrwać te trudne dni.
- No i się udało – skwitowała
- Tak. Nie potrafię ci opisać słowami tej radości, ale powiem ci, że ten jeden uśmiech wynagrodził mi całe kilkudniowe cierpienia.
- Tylko że to jest trochę inna sytuacja...
- Ale sposób działania ten sam – zapewnił ją Maciek – Musisz być silna, musisz wierzyć. Teraz jest źle, ale zobaczysz, że jeśli wytrwasz, wszystko skończy się dobrze. Wojtek będzie żył, ma silny organizm i silną wolę walki. Nie zostawi tak po prostu swojej młodszej siostrzyczki i ukochanej kobiety.
Aśka bez słowa zatrzymała wzrok na mężczyźnie i klepnęła go w ramię. Była mu wdzięczna za tę rozmowę. Potrzebowała kogoś, kto był w stanie ją pocieszyć, kto mimo jej humorów i docinek został, żeby swoją postawą potwierdzić, że mimo wszystko można na niego liczyć. Maciek wręcz wzorcowo przeszedł ten „egzamin”, w przeciwieństwie do Dawida, który po stwierdzeniu dziewczyny, że chce zostać sama, najzwyczajniej w świecie wrócił do pracy. Pomimo tych zapewnień, Joasia oczekiwała właśnie tego, że się jej postawi i zostanie. Zawiodła się na mężu, ale nie to było w tej chwili najważniejsze.

- Daniel? Sylwia z tej strony – mówiła do telefonu ściszonym głosem, nerwowo spoglądając na drzwi
- O co chodzi? Chcesz się spotkać z Lemurem?
- Nie, z tobą. Musimy poważnie porozmawiać.
- Ale chyba nie o twojej współpracy...
- Właśnie o tym. I nikt nie może się o tym dowiedzieć, jasne?
- Sylwia, ja nie mogę – jęknął, próbując nie ulec presji ze strony kobiety – Mam rodzinę, nie chcę jej narażać.
- Ja też mam rodzinę! - zdenerwowała się nie na żarty – Spotkaj się ze mną to ci wszystko wyjaśnię.
- Przepraszam, ale...
- Zrób to dla mnie, proszę. Stara fabryka przy ulicy Kochanowskiego. Jeśli kiedykolwiek coś do mnie czułeś, przyjdziesz.
Natychmiast się rozłączyła, nie dając mu możliwości negocjacji. Nie mogła sobie wybaczyć, że brat Joasi, zupełnie nie mający pojęcia o sprawie sprzed lat, został wplątany w porachunki i to właśnie przez nią. Nie mogła biernie patrzeć, jak Lemur zabija bądź niszczy jej przyjaciół. Postanowiła działać. Najłatwiej było jej nakłonić Daniela do współpracy, ze względu na to, że kiedyś byli parą. Miał do niej słabość aż po dzień dzisiejszy. Musiała zastosować szantaż, bo tylko tak mogła zmusić go do spotkania.
- Nie dam się wykorzystać... - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie chciała już więcej się bać, nie chciała czuć się winna.

wtorek, 29 października 2013

VI. Scen nr 89

          Minęły dwa dni. Maciek nie mógł się odnaleźć w nowej roli, jaką było zajmowanie się domem. Gotowanie i prasowanie przychodziło mu ze sporym trudem, pranie na szczęście nie wymagało od niego zbyt wiele, bowiem wystarczyło tylko pamiętać co z czym można prać, a czego nie można, zaś sprzątanie zdawało się być najprostszą z domowych prac. Mimo że nie było łatwo, nie zamierzał się poddać – w końcu kiedy Marta będzie już w zaawansowanej ciąży, to właśnie on będzie musiał wykonywać wszystkie te czynności.
Miał bardzo niewielkie doświadczenie sprzed lat, kiedy dzieci były małe, a brunetka studiowała. Oboje żyli skromnie, w małym mieszkaniu i dzielili się obowiązkami. Minęło jednak tyle lat od tamtej pory, że komisarz nie mógł tak od razu wczuć się w nową rolę.
Właśnie zamiatał podłogę w holu, kiedy zadzwonił jego telefon. Mężczyzna westchnął, odłożył miotłę i odebrał połączenie. Okazało się, że to komendant. Poprosił o niezwłoczne pojawienie się na komendzie, jeśli istnieje taka możliwość. Maciek bez zastanowienia zostawił wszystko jak stało, zamknął dom na klucz i poszedł do samochodu.
W drodze na komendę jego głowę zaprzątało wiele różnych myśli. Zastanawiał się dlaczego tak nagle został wezwany. Czyżby pojawiły się nowe okoliczności w sprawie? Wtedy raczej to wewnętrzni by go poinformowali. A może faktycznie coś się stało i stary chce go ostrzec? Przez chwilę nawet pomyślał, że równie dobrze to może być pułapka. Zostanie aresztowany i już nie wróci do domu. Będzie tygodniami czekał na proces, żonę widywał tylko raz na jakiś czas, w towarzystwie strażnika, a co najgorsze, nie będzie w stanie jej pomagać. Ze wszystkimi problemami brunetka zostanie sama. Z trudem przełknął ślinę, kiedy stanął przed komendą.
- Co ma być to będzie – powiedział do samego siebie, po czym ruszył przed siebie.
Drogę znał doskonale. Wiele razy zdarzało mu się chodzić do gabinetu komendanta – czy to na wezwanie, czy też wtedy gdy miał jakąś sprawę do niego... Teraz jednak nie czuł się tak pewnie jak zawsze. Delikatnie zapukał do drzwi, nacisnął klamkę i wślizgnął się do środka. Oprócz starego było tam jeszcze dwóch policjantów z wydziału wewnętrznego – Ci sami, którzy go wcześniej przesłuchiwali.
- Proszę usiąść – stary wskazał miejsce naprzeciw siebie
- Dziękuję, postoję – odparł, spoglądając ukradkiem na kamienne twarze policjantów – W jakiej sprawie pan mnie wzywał?
- To może najpierw oddam głos panom.
- Chodzi o sprawę pobicia pana Damiana Szkela.
- Naprawdę, nie domyśliłbym się – nie mógł się powstrzymać od komentarza. Spojrzał z politowaniem na Ryśka, który potrzebował chwili na poradzenie sobie ze swoim zakłopotaniem.
- Został pan oczyszczony z zarzutów – oznajmił – Poszkodowany wycofał wniosek o ściganie. Od nas to tyle, do widzenia.
Policjanci jeden za drugim opuścili biuro komendanta. Maciek odprowadził ich wzrokiem, uśmiechnął się pod nosem i odwrócił w stronę starego. Na biurku leżała już broń i odznaka, które komisarz musiał oddać podczas oficjalnego zawieszenia.
- Rozumie pan coś z tego?
- Tyle, że od jutra wraca pan do pracy. Naprawdę cieszę się, że to tylko tak się skończyło – klepnął go w ramię
- Swoją drogą to dziwne że tak nagle zmienił zdanie...
- Na wszelki wypadek niech panu nawet do głowy nie przyjdzie żeby się z nim spotkać i o to zapytać...
Maciek pożegnał się i wrócił do domu. Ku swojemu zdziwieniu drzwi były otwarte. Doskonale pamiętał, że przekręcał klucz w zamku, dlatego na wszelki wypadek sięgnął po odzyskaną niedawno broń. Powoli wszedł do środka, rozglądając się uważnie. Na podłodze, gdzie padało światło dzienne z kuchni, zobaczył jakiś cień. Nie zwracając na siebie uwagi zbliżył się do ściany, stanął przy drzwiach i...
- Nie ruszaj się! - krzyknął, stając w drzwiach i mierząc bronią w kobiecą postać
- Oszalałeś? - spytała, oddychając głęboko – Na własną żonę z pistoletem?
- Przepraszam, myślałem że to jakiś włamywacz – podszedł do niej i objął ramieniem – Zobaczyłem otwarte drzwi, a byłem pewien że zamykałem...
- No dobra, nie tłumacz się. Czy to znaczy, że przywrócili cię do służby? - wskazała palcem na broń
- Tak jest. Wracam od jutra. A ty co tak wcześnie dzisiaj?
Nagle uśmiech zniknął z twarzy kobiety. Próbowała znaleźć wymówkę, ale kiedy jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem męża, zrozumiała że to nie ma sensu. Postanowiła powiedzieć mu całą prawdę.
- Zwolniłam się.
- Słucham?
- Szkel powiedział, że wycofa zawiadomienie, jeśli oddam mu swoje stanowisko. I tak za kilka miesięcy poszłabym na urlop macierzyński, w ciąży potrzebuję spokoju i odpoczynku, a praca to stres i dużo wysiłku... Poza tym... zrobiłam to, bo cię kocham.
- Marta... - powiedział Maciek, uśmiechając się lekko – I ty myślisz, że będę na ciebie zły?
Brunetka delikatnie skinęła głową. Policjant podszedł do niej i pocałował w usta.
- Oczywiście wolałbym wiedzieć o wszystkim od początku, ale znając siebie...
- Lekko by nie było – dokończyła za niego
- Wiesz co? Taka żona to skarb.

          Wieczorem doszło do kolejnego spotkania Lemura z Sylwią. Zostało ono zaaranżowane na prośbę gangstera. Rudowłosa domyślała się, że przed nią pierwsze zadanie. Ponownie pojechała do willi za miastem. Tam została wprowadzona do środka przez Daniela, tak jak ostatnio. Wydawało się, że salon tym razem nie jest aż tak mroczny jak kilka dni temu. Może dlatego, że nie odczuwała już tak dużego strachu jak wtedy. W ogóle nie wiedziała czego się spodziewać, teraz przynajmniej wiedziała jaka jest jej rola i do czego jest potrzebna gangsterowi.
- Może się napijemy? Tak na przełamanie lodów – zaproponował, nalewając koniaku do kieliszków
- Nie mogę, prowadzę.
- Jeden ci nie zaszkodzi. Pij.
- Nie chcę.
- Pij – powiedział stanowczo, aż nieprzyjemny dreszcz przeszedł do plecach kobiety. Powoli wyciągnęła rękę i spełnia polecenie.
- Brawo. Widzisz? Jednak można – uśmiechnął się do samego siebie – Widzę, że trochę ci się spieszy. Przypomnę ci czwórkę moich asów: Barański, Korzyński, Łaskawska i Dylab. Opowiedz mi coś o nich. Tylko tak szczerze, jakie masz o nich zdanie?
- Tomek... Tomek to fajny facet. Jest w porządku, potrafi być czuły i łagodny.
- I tak wiem, że z nim sypiasz – rzucił wprost – Jak mniemam, zależy ci na nim.
- Bardzo. Nie chciałabym żeby coś mu się stało...
- Wiesz co? Wzbudzasz moją sympatię. Powiedzmy, że jeśli będziesz dobrze się sprawować... Zostawię go na koniec kolejki. A może nawet go wcale nie zabiję. Tylko pamiętaj, muszę być z ciebie zadowolony.
Lemur doskonale wiedział co robi. Zasugerował oszczędzenie kolejnej bliskiej jej osoby, jeśli będzie współpracować. To tylko miało nakłonić kobietę do precyzyjnego wykonywania poleceń. Nie mógł działać przez osobę, która nie jest zdecydowana, dlatego podjął kolejny krok, żeby ostatecznie przeciągnąć ją na swoją stronę.
- No dobrze, mów dalej – ponaglił ją
- Sebastiana znam od dziecka. To świetny kumpel, ale czasem podchodzi do pewnych spraw zbyt emocjonalnie. Robi coś pod wpływem impulsu, a potem tego żałuje... Jest pamiętliwy, niechętnie wybacza wyrządzone mu krzywdy.
- Najbardziej mnie wkurza z tej całej waszej ekipy. Ale miał niezłą dupę, nigdy nie zapomnę tego rżnięcia...
- Rafał bardzo się zmienił po tym, jak dziewczyna go zostawiła. W ogóle nie szanuje kobiet, co noc to inna, często spóźnia się do pracy...
- No to mamy kandydata numer jeden – uśmiechnął się Lemur – A co z Łaskawską?
- Ona jest trochę... jakby samolubna. Jak masz problemy to nie jest dobrą osobą do zwierzeń. Nie dość że słaba z niej słuchaczka, to nie można mieć pewności że niczego nie wygada.
- Yhym – mruknął – Brzmi ciekawie. Ale wiesz co? Chyba zaczynam cię lubić. Zwykle tego nie robię, ale dla ciebie... Wybieraj, kto ma być pierwszy.
- Nie, proszę – jęknęła zrozpaczona – Tylko nie to.
- Daniel, pomóż przyjaciółce.
Oksik dotychczas milczał. Zawsze panowały takie zasady podczas spotkań – nie mógł odezwać się ani słowem, jeśli nie miał ważnego powodu bądź Lemur mu na to nie pozwolił. Podszedł do fotela i kucnął przy łkającej kobiecie.
- Sylwia, to bez znaczenia. Prędzej czy później oni wszyscy...
- Widzisz, dobrze mówi – poparł go Lemur – Czas nagli...
- Anka – rzuciła bez namysłu, wciąż ukrywając twarz w dłoniach.
- Wyprowadź ją – nakazał gangster, a sam sięgnął po telefon. Kiedy został sam, wybrał numer do jednego ze swoich ludzi. Zlecił mu przecięcie hamulców w samochodzie policjantki.
- Jak będzie miała trochę szczęścia to niech sobie żyje – rzekł do samego siebie

          Jeszcze tego samego wieczora Joasia dostała wiadomość ze szpitala – jej brat i Anka mieli wypadek. Oboje trafili tam w stanie krytycznym. Blondynka natychmiast ubrała się, wybiegła z domu i wsiadła w samochód, aby być blisko Wojtka. Oprócz męża, brat był najbliższą jej osobą. Nie miała nikogo więcej. Ojciec zmarł ponad rok temu na zawał, matka lata temu, a więcej rodzeństwa nie miała. Byli jeszcze przyjaciele, lecz z nimi nie łączyła jej taka więź jak z bratem. Wiedziała tylko jedno – że nie może go stracić.

poniedziałek, 28 października 2013

VI. Scen nr 88

          Po spotkaniu z Lemurem Sylwia czuła się fatalnie. Nie mogła się pogodzić z myślą, że będzie musiała zdradzić swoich przyjaciół, żeby nie narażać rodziców. Co gorsza, nie mogła mieć pewności że pomimo współpracy nie stanie im się żadna krzywda, ale nie wybaczyłaby sobie, gdyby świadomie pozwoliła ich skrzywdzić. Czy istniało jakiekolwiek wyjście z tej chorej sytuacji? Chyba nie.
Tomek od razu zauważył, że dziewczynę coś dręczy. Dziewczyna próbowała spławić ukochanego, twierdząc że boli ją głowa, lecz zdawało się to być mało wiarygodną wymówką. Próbował przycisnąć ją do ściany, ale im dłużej drążył temat, tym bardziej denerwował partnerkę. Zastraszona policjantka za nic w świecie nie chciała wyjawić prawdy.

          Joasia miała nadzieję na miły wieczór w ramionach męża, dlatego zaraz po powrocie z pracy wzięła długą kąpiel i użyła nowych perfum. Ku niezadowoleniu kobiety Dawid nie zauważył niczego nadzwyczajnego – ani specyficznego zapachu, ani spiętych w kok blond włosów (zwykle Asia spinała je w kucyk). Nawet nie musiała ukrywać swojej złości, bowiem zapracowany mężczyzna tego także nie zauważył. Natychmiast po powrocie wyciągnął z teczki papiery i zabrał się do dalszej pracy.
- Nie mogę mieć do niego pretensji, bo ja też czasem pracuję po godzinach. Kto jak kto, ale ja to powinnam zrozumieć i uszanować – westchnęła chwilę później.
Próbowała znaleźć sobie zajęcie, ale nic, do czego się zabierała, nie dawało żadnej satysfakcji. Przez chwilę nawet pomyślała, żeby umówić się na jakieś wyjście z Anką. Szybko doszła do wniosku, że to nie jest najlepszy pomysł, gdyż kobieta ostatnio bardzo dużo czasu spędzała w domu, ze swoim narzeczonym, czyli jej bratem.
- A może Paulina? - przyszło jej na myśl. Nie znały się zbyt dobrze, tyle co mijały się w pracy. To mogłaby być dobra okazja, żeby porozmawiać i lepiej się poznać. Rozważania nad tym pomysłem przerwało jej pukanie do drzwi.
- Marta? Z nieba mi spadasz! - ucieszyła się na widok brunetki – Chodź, zapraszam.
- A ty dzisiaj...
- Co?
- Nowa fryzura, nowe perfumy – natychmiast zauważyła zmiany
- Ach, to – machnęła lekceważąco ręką blondynka – Po prostu się wygłupiłam. Myślałam że czeka mnie miły wieczór, ale okazało się że mój mąż ma jeszcze sporo papierkowej roboty i... no i się nudzę.
Marta uśmiechnęła się do Joasi. Obie kobiety znalazły sobie miejsce w kuchni, przy stole. Gospodyni zaproponowała jej coś do picia, a kilka minut później obie siedziały przy gorącej herbacie.
- Słuchaj, ty masz dobry kontakt z Maćkiem, prawda? - zaczęła – Tylko nie odsyłaj mnie do Sebastiana czy do Rafała, bo oni nie zrozumieją. Faceci to straszni ignoranci...
Pokręciła głową. Policjantka uśmiechnęła się do niej i przyznała rację.
- Maciek został oskarżony o pobicie – wyznała brunetka
- Wiedziałam – uderzyła dłonią w stół – Wiedziałam że ten jego urlop to nie jest przypadek. A na serio kogoś pobił?
- Facet u mnie w pracy zaczął mnie obrażać, Maciek akurat to słyszał... trochę go poniosło.
- Fakt, czasem puszczają mu nerwy – przyznała
- Chciałam namówić go, żeby przeprosił tego faceta, może tamten wycofa wniosek... A on uparcie twierdzi że nic złego nie zrobił, nawet nie dopuszcza takiej myśli do siebie. On ma to wszystko gdzieś, jakby wcale nie interesowało go co się stanie.
- Kurczę, to faktycznie nieciekawie wygląda... - przyznała po chwili namysłu Joasia – Sąd może uznać go za winnego, a wtedy w policji nie ma już czego szukać.
- Nie mówiąc o więzieniu – wtrąciła niepewnie Marta
- Aż tak źle to by nie było, raczej skończyłoby się na zawiasach... Ale masz rację, trzeba go ratować. Z tego co mówisz to chyba jednak to wycofanie oskarżenia będzie najlepszym rozwiązaniem.
- Pieprzony dupek – zaklęła pod nosem
- Ale że kto? Maciek?
- Nie, ten karierowicz z redakcji. Nie dość że wazeliniarz to jeszcze intrygant. Obawiam się, że przeprosiny mogą nie wystarczyć...
- O właśnie, od tego powinnyśmy zacząć! - policjantka doznała nagłego olśnienia – Spróbuj z nim pogadać, dowiedz się czego chciałby w zamian...
- To może od razu Maćka z nim umówimy?
- To chyba nie jest najlepszy pomysł.
Brunetka posłała jej pytające spojrzenie.
- Co jeśli znowu się wkurzy?
- Racja. Jak z nim pogadam to wtedy się zastanowimy co dalej.
- Myślisz że zgodzi się wycofać w zamian za coś?
- Mam nadzieję – westchnęła – Musi być coś, na czym mu bardziej zależy niż na samym udupieniu Maćka.

          Następnego dnia, ranek. Joasia weszła do biura akurat w momencie, kiedy Rafał opowiadał Sebastianowi jak to złapał przestępcę z pomocą Pauliny. Kobieta przystanęła w drzwiach, z uśmiechem na twarzy wsłuchując się w relację kolegi. Wśród słów wypowiadanych przez komisarza znalazło się także wiele pochwał pod adresem jego partnerki.
- No mówię ci, naprawdę szybko biega, a do tego jest sprytna. Nie wiem gdzie ona pobiegła, ale ja cały czas lecę za tym facetem, krzyczę żeby się zatrzymał, a on nic, dalej ucieka.
- Oj, ależ dramaturgia – Joasia nie mogła dłużej powstrzymywać się od komentarza.
Obaj komisarze, odwróceni dotychczas plecami, aż podskoczyli. Blondynka parsknęła śmiechem, kiedy zobaczyła ich zdumione miny.
- Wyglądacie jakbyście ducha zobaczyli – zaśmiała się, podchodząc do swojego biurka – Co było dalej?
- Yyy... a, już wiem! No i ja za nim biegnę, nagle zza drzewa wysuwa się noga i... jebudu na ziemię!
- Ale że ty czy ten koleś?
- No on. Co się okazuje? Paulina się na niego przyczaiła, podczas gdy ja odwracałem jego uwagę. To się nazywa współpraca! I to bez słów!
Sebastian chciał wymienić z Joasią porozumiewawcze spojrzenia, ale ta natychmiast odwróciła głowę.
- To dobrze, że świetnie dogadujesz się z nową partnerką – zwróciła się do Rafała – Szkoda że nie wszyscy tworzą takie zgrane duety.
- O co ci znowu chodzi? - Sebastian silił się na łagodny ton, mimo że aluzja kobiety wyprowadziła go z równowagi
- O nic? Po prostu dzielę się swoimi spostrzeżeniami z Rafałem.
- Yhym – zacisnął zęby i odwrócił się do niej plecami
- Widzisz Rafał? Tak to właśnie u nas wygląda – kontynuowała Joasia
- Przestań mnie prowokować!
- Ja cię prowokuję? Po prostu mówię jaka jest prawda, a ty masz z tym jakiś problem! Zrobił się z ciebie leniwy, cyniczny frajer, ale ty oczekujesz, że będę wychwalać cię pod niebiosa. Przyjmij to wreszcie na klatę, zamiast żyć w kłamstwie. Po jaką cholerę ten Maciek cię tu z powrotem ściągnął?
- Może żeby w końcu ktoś sprowadził cię do parteru?
- Słucham? - pokręciła głową, nie rozumiejąc co miał na myśli
- To właśnie z ciebie zrobiło się zarozumiałe, pyskate, zadziorne babsko! Myślisz że jesteś taka idealna, wręcz kryształowa pani komisarz? Wszystko wie najlepiej, wszystko robi perfekcyjnie! Normalnie czysta jak łza, kurwa mać.
- Jak ci tak źle ze mną pracować to czemu nie pójdziesz do starego? Co, strach poprosić o zmianę partnera?
Rafał, który dotychczas obserwował tę kłótnię z daleka, postanowił interweniować. Miał już tego dość, a końca nie było widać, tym bardziej że oboje nawzajem nakręcali siebie do dalszej dyskusji. Próbował ich przekrzyczeć, ale nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Dopiero kiedy stanął pomiędzy nimi, zwrócili na niego uwagę.
- Uspokójcie się do cholery! Oboje się zmieniliście i musicie się wzajemnie akceptować. Ale tak nie będzie, bo macie jakieś urojone żale spowodowane rozłąką. Dajcie sobie buzi, przeproście i zacznijcie od nowa.
- Rafał, Rafał... - westchnęła ciężko Joanna – Chociaż ty mnie nie denerwuj.
- To ona zachowuje się jak... - Sebastian nie dokończył, bo natychmiast został uciszony przez Rafała. Ledwo co skończyła się jedna kłótnia, a już omal nie zaczęła się kolejna.
- Boże, ty widzisz i nie grzmisz – komisarz wsparł się rękami o blat biurka – Jak dzieci. W przedszkolu jesteście czy na komendzie policji? Naprawdę musi wydarzyć się jakaś tragedia, żebyście przestali skakać sobie do gardeł?
- Tak – odparł bez zastanowienia poirytowany mężczyzna.

piątek, 25 października 2013

VI. Scen nr 87

          Maciek wrócił do domu trzy godziny później. Nie został aresztowany, lecz nałożono na niego zakaz opuszczenia miasta. Komisarz w mig rozszyfrował sposób działania wewnętrznych – spodziewali się, że znów zrobi coś głupiego, puszczą mu nerwy i pojedzie do Damiana, aby znów go pobić. Wtedy mieliby niezbity dowód jego winy. W obecnym przypadku nie sądził by sprawa skończyła się czymś więcej niż wyrokiem w zawieszeniu.
- Nie dam wam tej satysfakcji – uśmiechnął się do samego siebie pod nosem.
Postanowił wziąć prysznic. Potrzebował odświeżenia po długim przesłuchaniu. Zwykle był po tej drugiej stronie, ale teraz, kiedy znalazł się tam jako podejrzany, wydawało mu się to o wiele trudniejsze.
Jako spostrzegawczy i czujny policjant szybko zorientował się, że ktoś go śledził, kiedy poszedł po zakupy. Postanowił udawać, że nie zauważył niczego nadzwyczajnego. Postawili mu ogon, jakby faktycznie liczyli na jakiś fałszywy ruch z jego strony.
- Oj panowie, panowie – zaśmiał się w myślach – Jeszcze nie wiecie z kim macie do czynienia.
Był sprytny i wiedział o tym. To dzięki swoim umiejętnościom, właśnie między innymi sprytowi czy inteligencji zaszedł tak daleko. Teraz postanowił to wykorzystać, aby rozczarować policjantów z wydziału wewnętrznego i nie dać im kolejnych argumentów przeciw sobie.
Zamknąwszy za sobą drzwi, udał się do kuchni. Ciężkie torby uwierały go już w dłonie, więc natychmiast postawił je na stole. Dopiero wtedy podniósł wzrok i zobaczył, że Marta wróciła już z pracy. Stała przy oknie, odwrócona w stronę męża, ze skrzyżowanymi rękoma i smutnym wzrokiem.
- Czyli już wiesz... - powiedział cicho Maciek
- Mówiłam, że będziesz miał kłopoty. Prawdę mówiąc to nie myślałam, że tak szybko cię wypuszczą.
- Bo zbyt wiele na mnie nie mają. Zobaczysz, nic takiego się nie stanie.
Marta nie podzielała jednak optymizmu komisarza. Spuściła głowę, wciąż się przejmując. Stała tak przez chwilę, dopóki Maciek nie podszedł do niej i objął ramieniem.
- Chodził dzisiaj taki dumny... Rozpowiada wszystkim, jak to został napadnięty przez policjanta.
- I ludzie w to wierzą?
Brunetka skinęła głową.
- Wystarczy że spojrzą na jego twarz. Maciek, ty nie możesz tak bezczynnie siedzieć! On chce cię zniszczyć!
- To co mam zrobić? Paść przed nim na kolana? - zakpił, komentując niedorzeczność rzuconego przez siebie pomysłu
- Nawet niegłupi pomysł. Wiesz co on powiedział? Że pójdzie z tym do prasy! Rozumiesz? Do prasy!
Ku zaskoczeniu kobiety, Maciek wcale nie wyglądał na poruszonego. Zupełnie nie przejmował się planami Damiana, jakby dawał mu przyzwolenie na wszystko. Marta zrozumiała, że musi wziąć sprawy w swoje ręce, jeśli chce ratować sytuację.
- Masz go przeprosić. I żadnych ale, żadnych dlaczego, w ogóle żadnych komentarzy! Mówię ci to ja, twoja żona i jeśli tego nie zrobisz...
- Marta, przestań! - krzyknął poirytowany – Zasłużył na to co dostał, a i tak gnojek nie umiał przyjąć tego z honorem tylko poleciał na obdukcję. Prędzej drugi raz dam mu w mordę niż przeproszę!
Dał się ponieść emocjom. Obiecał, że będzie panował nad nerwami, lecz nie mógł, kiedy brunetka zaczęła stawiać mu warunki. Nie czuł się winny, nie uważał żeby zrobił coś złego. Jeśli ktoś miał tu kogoś przepraszać to … Martę za wiązankę obraźliwych słów, którą ukrócił mąż kobiety.
Nie chciał się kłócić z żoną, a tym bardziej nie chciał jej denerwować, dlatego wyszedł do sypialni, aby uciąć tę dyskusję.
- Kretyn! - zawołała za nim

          Wieczorem doszło do spotkania Sylwii z Lemurem. Kobieta po pracy powiedziała partnerowi, że Daniel poprosił ją o poradę w pewnej sprawie i musi się z nim spotkać. Choć Tomek nie wyglądał na zachwyconego, powstrzymał się od zbędnych komentarzy i starał się ukryć swoją zazdrość. Po części była to prawda, bowiem Oksik miał być obecny podczas rozmowy, ale to nie z nim miała prowadzić dialog policjantka.
Kilka minut po osiemnastej trafiła pod wskazany adres. Dom znajdował się w dalszej części podwórka, trochę jakby w głębi pobliskiego parku. Teraz zrozumiała dlaczego właśnie tutaj pomieszkiwał bądź spotykał się z ludźmi Lemur. Ciarki przeszły jej po plecach, kiedy przekroczyła bramę.
Nerwy nie pozwalały się jej na niczym skupić. Szła przed siebie zupełnie automatycznie, nie mając świadomości tego, co robi. Nogi poniosły ją do samych drzwi. Powoli wyciągnęła przed siebie rękę i nacisnęła na dzwonek. Nie musiała długo czekać, aby otworzyła jej znajoma postać. Daniel wpuścił dziewczynę do środka i zaprowadził w głąb domu.
Myśl, że za chwilę stanie oko w oko z gangsterem, niegdyś najważniejszym i najgroźniejszym człowiekiem w całym powiecie, niemal ją paraliżowała. Wszystko widziała jakby za mgłą, a kolory mieniły jej się w oczach. Nie potrafiła jasno określić czy ściany są czerwone, bordowe, czy może fioletowe. Jedynym jej odczuciem był strach. Wszystko, najprawdopodobniej przez Lemura, zdawało się być ponure.
- Szefie, przyszła aspirant Kalecińska – oznajmił Daniel u progu salonu
- Świetnie – mruknął niskim, tajemniczym głosem.
Oksik trącił przyjaciółkę łokciem i wyciągnął dłoń w jej stronę. Jego wzrok spoczął na broni policjantki, dzięki czemu zrozumieli się bez słów. Rudowłosa oddała mu swój pistolet, a wtedy nakazał jej odwrócić się przodem do ściany. Lemur podniósł się z fotela i podszedł do niej. Uwielbiał czuć w dłoniach delikatne, kobiece ciało, nawet przez ubranie, dlatego zawsze kobiety przeszukiwał osobiście. Sylwia ani drgnęła, nawet kiedy jedna dłoń przez chwilę spoczęła na jej pośladku, a palce delikatnie zacisnęły się. Wiedziała, że to nie stało się przypadkiem. Chciałaby go za to uderzyć, lecz strach i świadomość poważnych konsekwencji, jakie wynikałyby z podniesienia ręki na gangstera, powstrzymały ją.
- Witam w moich skromnych progach – odezwał się, kiedy skończył. Zaprosił Sylwię na fotel naprzeciw swojego.
Dziewczyna miała chwilę, aby mu się przyjrzeć. Wyglądał trochę inaczej niż na zdjęciu w aktach. W końcu minęło sporo czasu. Włosy miał już lekko siwawe i nie tak długie jak dawniej, brody nie miał wcale, a na czole i obok oczu przybyło trochę zmarszczek. Mimo to spojrzenie nadal miał równie groźne i równie lodowate co kiedyś. Nadal wzbudzał strach. Z pewnością musiał czuć się naprawdę silny, skoro po ponad dwóch latach zdecydował się na powrót i zemstę.
- Czego chcesz? - zaczęła rudowłosa drżącym głosem
- Hmm, nie tracisz czasu. To lubię.
Sylwia popatrzyła na bandytę spode łba. Właśnie o to mu chodziło, żeby szybko wyprowadzić policjantkę z równowagi.
- Jak wiesz, część z twoich przyjaciół przed laty usiłowała się na mnie wybić. Co prawda namierzyli mnie, ale dorwać już nie bardzo się udało.
- Zamordowałeś wtedy policjantkę – wyszeptała
- Sama się prosiła – wybuchnął śmiechem – A że niezła dupa była to przynajmniej ciekawą nockę miałem. Tak czy inaczej przez twoich koleżków musiałem wypierdalać z miasta. Pewnie myślą że już nigdy więcej mnie nie zobaczą, co? Dla mnie jeszcze lepiej, czujność wroga jest uśpiona.
Zacierał ręce na myśl o zemście. Kobieta zauważyła tajemniczy błysk w jego oku. Ta iskierka symbolizowała żądzę zemsty, która kierowała mężczyzną.
- Annę Sulejnik już od dawna mam z głowy. Nigdy bym nie pomyślał, że sama się załatwi. Ale zostało jeszcze czterech... - Sylwia z niepokojem obserwowała, jak Lemur zaciska rękę w pięść – Łaskawska, Korzyński, Barański i Dylab. Dorwę ich i ty mi w tym pomożesz.
Kiedy usłyszała ostatnie nazwisko, zadrżała. Gangster spojrzał znacząco na kobietę, która spuściła wzrok. Wyczekiwał odpowiedzi z jej strony, lecz ona cały czas milczała. W końcu nie wytrzymał i złapał ją rękę. Kobieta syknęła z bólu.
- Z tobą czy bez ciebie i tak ich dorwę.
- To po co chcesz żebym dla ciebie pracowała?
- Po prostu daję ci szansę uratowania swojej rodziny. Dzięki tobie mogę zyskać sporo czasu, a dzięki temu będę mógł dłużej rozkoszować się zwycięstwem.
Rudowłosa wciąż nie była zdecydowana, więc Lemur postanowił zadać ostateczny cios. Wyciągnął z kieszeni zdjęcie, położył je na stoliku i podsunął kobiecie. Z satysfakcją obserwował jak zadrżały jej ręce, kiedy zobaczyła siebie wraz z ojcem na zgliszczach rodzinnego domu.
- Dobra, co mam robić? - odsunęła głowę na bok
- Na razie ochłoń złotko, bo w takim stanie to mi całą robotę spieprzysz. Prześpij się, odpocznij i przyjmij do wiadomości, że teraz pracujesz dla mnie. A to – wskazał ręką na zdjęcie – To zostaw na pamiątkę. Gdybyś miała jakieś wątpliwości, chwilę słabości i chciała wszystko wygadać to przyjrzyj się uważnie... i wyobraź że to mogły być ostatnie chwile spędzone z tatą – dodał ciszej, uśmiechając się szyderczo.

środa, 23 października 2013

VI. Scen nr 86

          Do końca dnia chodziła jak struta. Tomek nie zauważył znaczącej różnicy w jej zachowaniu, wciąż wychodząc z założenia, że dziewczyna wciąż przejmuje się sprawą rodziców. Po części tak było, lecz teraz znała już całą prawdę. Wiedziała kto i dlaczego to zrobił, właśnie to chyba najbardziej ją przerażało. Lemur chciał zmusić ją do współpracy, żeby móc odegrać się na komisarzach.
Dlaczego właśnie ją wybrał? Przecież na komendzie pracuje sporo osób, które nie były związane z tą sprawą! I nie miały tak silnego charakteru jak Sylwia, były bardziej uległe. Jednak dzięki znajomości z Danielem gangster poznał jej wszystkie mocne i słabe strony. W ten sposób uzyskał nad nią przewagę. To ona stała się celem, gdyż dzięki sporej wiedzy o jej osobie najłatwiej było zwerbować do współpracy właśnie ją.
- Idę po piwo, zaraz wrócę! - usłyszała głos Tomka z przedpokoju
Zaraz po tym jak jej uszu dobiegło trzaśnięcie drzwiami, rzuciła się na łóżko. Lemur miał mocne karty w dłoni i czekał na jej ruch. Tylko od niej zależało, co dalej się wydarzy. Nie martwiła się o siebie, ale wiedziała, że przestępca nie zawaha się przed niczym. Dał jej już pokaz swojej siły, zlecając podpalenie domu jej rodziców. Jeśli mu odmówi, z pewnością narazi ich na niebezpieczeństwo. Na to nie mogła pozwolić, lecz nie miała gwarancji, że nawet jeśli będzie pracować dla Lemura, on zapomni jej rodziców. Wręcz przeciwnie – spodziewała się że często będzie o nich wspominał, aby zmusić dziewczynę do działania.
Westchnęła ciężko i sięgnęła po telefon. Przez chwilę wpatrywała się w numer do Daniela, by ostatecznie się przełamać i zadzwonić. Po kilku sygnałach usłyszała jego głos w słuchawce.
- To ja, Sylwia – powiedziała cicho
- Wiem, twój numer mi się wyświetlił.
- Przemyślałam sprawę... Spotkam się z nim.
- Mądra decyzja – przyznał mężczyzna – Najmądrzejsza jaką mogłaś podjąć.
- Mam nadzieję...
- Nie będzie tak źle, zobaczysz. Ja też na początku nie byłem zbytnio chętny... ale uwierz mi, nie żałuję że wyszło jak wyszło.
- Nie boisz się, że któregoś dnia coś się schrzani? Że nagle wszystko stracisz?
- Póki odcinasz uczucia dajesz sobie z tym radę – wyznał
Ona tak nie potrafiła. Nie mogłaby ze spokojem patrzeć jak jej przyjaciele są mordowani, nie mogłaby żyć z poczuciem, że ona także maczała w tym palce. Ale nie miała innego wyjścia. Musiała dokonać trudnego wyboru, przed którym mimowolnie stanęła – rodzice, do których była bardzo przywiązana a przyjaciele, którym wiele zawdzięczała. Gdyby tylko wcześniej choć trochę wiedziała, nigdy nie dałaby się wciągnąć w tę chorą grę.
- Gdzie i o której?
- Jutro o osiemnastej, Przynice 18. Wiesz gdzie to jest?
- Tak, wiem. Na południe od Krakowa, niecałe piętnaście kilometrów.
- Świetnie – podsumował Daniel – No to do zobaczenia.
Powoli opuściła dłoń, w której trzymała telefon. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę to zrobiła. Odbiła piłeczkę, jednocześnie dołączając do tej rozgrywki. Zgodziła się na spotkanie z gangsterem, aby omówić szczegóły współpracy. Była wściekła, lecz jednocześnie bezradna. Przymknęła oczy, jakby chciała za chwilę się obudzić i usłyszeć że to był tylko zły sen. Tylko sen, nic więcej...

          Nie tylko Sylwia miała problemy. Choć wieczór dla Maćka i Marty skończył się całkiem sympatycznie, mężczyzna zdawał sobie sprawę że prędzej czy później będzie musiał ponieść konsekwencje swojego występku w wydawnictwie. Z drugiej strony miał poczucie spełnionej misji, obowiązku – w końcu nie bez powodu uderzył tego faceta. Nie mógł tak po prostu pozwolić na obrażanie kobiety, tym bardziej że chodziło o jego żonę! Jako dobrze wychowany dżentelmen zachował się godnie i honorowo. Gorzej dla niego, że w świetle prawa sytuacja wyglądała inaczej – to nie Marta, tylko jej „kolega” z redakcji ucierpiał, a Maciek nie uszanował jego godności.
Nie spodziewał się tylko, że wszystko potoczy się tak szybko. Nie zdążył nawet zaparzyć sobie herbaty (!), kiedy do kuchni wparowała blada jak ściana Kaśka.
- Morderstwo? - zapytał powoli, sięgając po cukier. Jak gdyby nigdy nic postawił go obok szklanki, wciąż czekając na gotującą się jeszcze wodę.
- Gorzej... - wydusiła – Wydział wewnętrzny, do ciebie.
- Niech to szlag – zaklął pod nosem.
Mężczyzna bez słowa wyjaśnienia wytarł dłonie w ściereczkę i został asystentkę samą. Wyszedł do dwóch policjantów, czekających na niego w biurze. Jeden z zaciekawieniem przyglądał się raportom, które czekały na komisarza, zaś drugi starał się ignorować przyglądającą mu się uważnie Ankę.
- Komisarz Strzewiński, słucham panów – oznajmił, stając w progu
- Dobrze pana widzieć. Już myślałem, że się nie doczekamy, co nie Rychu?
- Ta asystentka strasznie się grzebie – pokręcił głową – Nie wiem co jeszcze tutaj robi.
- Przepraszam bardzo, ale czas mnie nagli – starał się być uprzejmy, choć nie przychodziło mu to łatwo – W jakiej sprawie panowie przychodzą?
- Damian Szkel, mówi coś panu to nazwisko?
- Nie kojarzę – uśmiechnął się szeroko, jakby chciał ich wyprowadzić z równowagi
- To ja panu odświeżę pamięć. Wczoraj, ulica Piłsudskiego 12. Wydawnictwo językowe. Brzmi znajomo, co?
- Ach tak, teraz rozumiem – Maciek nie tracił spokoju – Pan jest tak dobrze wychowany, że oprócz przejawów agresji wobec mojej żony nie raczył mi się przedstawić.
- Pan twierdzi że Damian Szkel napastował pańską żonę? - zdziwił się Ryszard
- A przepraszam bardzo, to jest oficjalne przesłuchanie?
- Myślałem że jednak będzie chciał pan tego uniknąć, ale... skoro domaga się pan oficjalnych procedur... Jak pan myśli, co powie pańska córka kiedy zobaczy pana zdjęcie w gazecie, na którym będzie pan prowadzony do radiowozu w kajdankach?
- I jeszcze do tego podpis „Policjant Maciej S. aresztowany” - dodał z satysfakcją w głosie drugi
- Myślę że będzie ze mnie dumna.
Anka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Policjanci z wewnętrznego odwrócili się w jej stronę, posyłając jej karcące spojrzenie. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła, a nawet pokazała Maćkowi, że trzyma za niego kciuki, kiedy dwaj faceci chwilę później prowadzili go do gabinetu komendanta.
Stary nie był zachwycony postawą jednego z najlepszych swoich podwładnych, tym bardziej że komisarz wyglądał raczej jakby dobrze się bawił. Pozwalał sobie na drwiny z wewnętrznych, jednak unikał chamskich odzywek. Oskarżenia o obrazę funkcjonariusza z pewnością nie pomogłyby w jego sytuacji.
- Gdzie pan woli być przesłuchany? Tutaj, na miejscu czy jedziemy do nas?
- Z chęcią się przejadę, dawno nie miałem okazji korzystać z usług taxi.
- Panie komendancie – partner Ryszarda spojrzał znacząco na mężczyznę
- Tak, rozumiem. Komisarzu, zgodnie z procedurą zostaje pan zawieszony do czasu wyjaśnienia sprawy. Proszę oddać odznakę i broń.
Nie wyglądał na zadowolonego. Nigdy nie lubił tego robić, ale kiedy już zdarzały się skrajne sytuacje, nie miał wyjścia. Kiedy na chwilę spotkały się spojrzenia jego i Maćka, mężczyzna dostrzegł wtedy, że Strzewiński się tym naprawdę przejął, tylko nie daje po sobie tego poznać na zewnątrz.
- Ale bez tego mogłoby się obejść – zwrócił im uwagę, kiedy Rysiek wyciągnął kajdanki.
Chcieli w ten sposób odegrać na komisarzu za sprytne, inteligentne, czasem śmieszne odpowiedzi. Rysiek chciał nawet odpuścić, lecz jego partner stanowczo zaprotestował.
- Pański człowiek jest oskarżony o pobicie. Co będzie, jeśli zaatakuje nas podczas transportu?
- Nie jest masochistą, nie porywałby się na coś takiego.
- Skąd ta pewność? - facet uśmiechnął się chytrze
- To mój najlepszy policjant, dlatego ma być pełna dyskrecja, jasne? Jeśli cokolwiek z tej sprawy ujrzy światło dzienne, jeśli cokolwiek wypłynie do mediów... Spróbujcie tylko zniszczyć mu reputację, a wtedy to ja was zniszczę. Macie moje słowo!
Komendant pogroził im palcem. Kiedy wychodzili, zauważył że jednak nie potraktowali poważnie jego słów, dlatego natychmiast postanowił odszukać w notesie numer telefonu do swojego dawnego znajomego, teraz wysoko postawionego inspektora. Ostrzeżenie z jego ust z pewnością wpłynie na tę dwójkę niesfornych i raczej niezbyt bystrych policjantów.

wtorek, 22 października 2013

VI. Scen nr 85

          Dwa tygodnie później. Tym razem to Maciek odwiedził Martę w pracy. Ponieważ kobieta obchodziła tego dnia urodziny, policjant obiecał jej długi spacer. W tym czasie Karolina i Kaja miały przygotować niewielkie rodzinne przyjęcie-niespodziankę dla brunetki. O wszystkim wiedział także mąż kobiety.
Ponieważ komisarz nie należał do ludzi najbardziej cierpliwych, po kilku chwilach stania przed budynkiem, w którym mieściło się wydawnictwo językowe, wszedł do środka. Kilka razy już przemierzał tę trasę, więc bez problemu trafił do biura Marty. Już z daleka słyszał podniesiony męski głos i równie głośny, lecz trochę spokojniejszy głos kobiety. Przyspieszył kroku. Szybko zrozumiał, że się kłócili. Chciał jak najwięcej z tego usłyszeć, zrozumieć o co poszło, a w razie potrzeby nawet interweniować.
- Ty naprawdę myślisz, że jesteś taka mądra?
- O co ci chodzi?
- O twoje kompetencje. Zastanawiam się co ty masz, czego inni nie mają?
- Choćby doświadczenie? - nie dała wyprowadzić się z równowagi
- Na twoje miejsce bez problemu można znaleźć setki osób.
Brunetka nie zareagowała na tę prowokację. Jej współpracownik jednak nie miał zamiaru się poddawać, bo kiedy zobaczył że to w ogóle jej nie ruszyło, spróbował z innej strony.
- Tak wysoko nie zachodzi się ot tak. Przyznaj, ile razy przespałaś się z szefem? No nie patrz tak na mnie, przecież doskonale wiemy jaka jest prawda.
- Gdyby tylko spróbował mi coś takiego zasugerować, nigdy więcej bym tu nie wróciła – oznajmiła drżącym głosem brunetka. Podejrzewała już, że ta rozmowa nie idzie w dobrym kierunku, a każde wypowiedziane słowo może zostać wykorzystane przeciwko niej.
- Jasne – rzucił kpiąco – Jesteś zwyczajną dziwką. Sprzedajną, puszczalską kurwą, jak większość dziewczyn tutaj. Nic nie potraficie, a karierę robicie tylko przez łóżko!
Maciek dotychczas stał pod drzwiami i przysłuchiwał się wymianie zdań, jednak kiedy mężczyzna użył wulgarnych określeń w odniesieniu do Marty, nie wytrzymał. Pewnym krokiem wszedł do środka, złapał mężczyznę za ubranie. Ten natychmiast zamilkł, ze strachem patrząc na malujący się na twarzy komisarza gniew.
- Będziesz łaskaw powtórzyć czy tylko w cztery oczy taki cwaniak jesteś?
- Maciek, proszę cię, nie daj się sprowokować – wtrąciła brunetka, jednak on był zbyt zajęty
- Gdzie podziała się twoja odwaga, co? - potrząsnął nim – Przeproś panią.
- Ani mi się śni – wycedził przez zęby
- Pracujesz na pretekst do wizyty u dentysty.
- Maciek, daj spokój, nie warto – Marta położyła dłoń na jego ramieniu
Odpuścił. Odepchnął mężczyznę na bok i odwrócił się w stronę wyjścia. Przepuścił żonę w drzwiach i wtedy usłyszał za plecami kolejne słowa.
- Pierdolona suka.
Dał się ponieść emocjom. Natychmiast rzucił się na mężczyznę i wymierzył mu siarczysty policzek. Brunetka nie zdołała go zatrzymać. Zorientowała się zbyt późno, kiedy Maciek drugi raz wziął zamach. Przy drugim ciosie polała już się krew. Komisarz nie zamierzał na tym poprzestać, ale wtedy Marta złapała go za rękę.
- Ja tego tak nie zostawię! - krzyczał zadowolony – Zniszczę cię, rozumiesz? Was oboje zniszczę!
- Maciek, idź – pchnęła go lekko w kierunku wyjścia, a sama pochyliła się nad swoim podwładnym – A ty się zamknij. Polecisz z takim smrodem w papierach, że nigdzie cię nie wezmą. Gwarantuję ci to jako twoja przełożona.
- Jeszcze zobaczymy! - zawołał za nią, wspierając się na łokciach.
Żadne z nich nie odzywało się ani słowem. Szli w milczeniu obok siebie przez korytarz i schody. Dopiero na zewnątrz Marta zaczęła robić wyrzuty mężowi.
- No dziękuję ci bardzo. Nie mogłeś poczekać na zewnątrz? Szukał na mnie haka, to teraz ma.
- Przecież to ja go uderzyłem, nie ty.
- Specjalnie próbował mnie sprowokować, żeby mnie szantażować i przejąć moje stanowisko, rozumiesz? Sama bym to załatwiła, po swojemu, ale musiałeś pojawić się ty...
- No co? Miałem pozwolić żeby cię obrażał? Marta, no kurde, oprócz tego wszystkiego jest coś takiego jak godność osobista!
- Ej no, dobra – wtuliła się w jego ramiona – Musimy się przez niego kłócić? Wystarczy że gnojek mi humor zepsuł i to akurat w urodziny...
- Może jeszcze nie wszystko stracone? - zapytał z nadzieją w głosie. Chwilę później małżonkowie ruszyli powoli w stronę parku.

          Po powrocie z Rzeszowa nie trudno było zauważyć zmiany w zachowaniu Sylwii. Z pewnej siebie, twardej, zadziornej i odważnej dziewczyny stała się cicha i skryta, wyglądała jakby wciąż przejmowała się pożarem domu jej rodziców. Czułaby się o wiele lepiej, gdyby jednak zgodzili się na pewien czas przenieść do niej, do Krakowa. Kiedy przypuszczenia dotyczące podpalenia potwierdziły się, policjantka zrozumiała że na tym może się nie skończyć. Wolałaby mieć oko na rodziców, może miała nadzieję że będzie w stanie w jakiś cudowny sposób ich chronić... Choć oboje zlekceważyli zagrożenie, rudowłosa, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, nie zamierzała tego tak zostawić. Właśnie dlatego chodziła zamyślona, próbując znaleźć dobre rozwiązanie.
Kiedy wracała z zakupów, w okolicy rynku spotkała Daniela. W pierwszej chwili nie zauważyła kolegi z dawnych lat, lecz on zadbał o to, aby zostać zauważonym przez kobietę. Już jakiś czas się nie widzieli, dlatego Oksik zaproponował jej kawę.
- Przepraszam cię, ale... chyba nie mam nastroju na kawę – rozłożyła bezradnie ręce, w których trzymała torby z zakupami
- Problemy? No to tym bardziej chodź, wygadasz się i będzie ci lżej. Sylwia, no nie daj się prosić.
Z miną, jaką zrobił, wyglądał jak piesek który prosi o smakołyk. Nie miała siły szukać kolejnych wymówek. Mimowolnie się roześmiała i dała za wygraną.
Kilka minut później siedzieli już przy dwóch filiżankach kawy w pobliskiej kawiarni. Dziewczyna zaczęła opowiadać o wizycie w Rzeszowie, o tym co zobaczyła, czego się dowiedziała, co czuła. Daniel słuchał ją z kamienną twarzą. Sylwia nie mogła zauważyć, że jest rozdarty wewnętrznie, ale on sam czuł, że powinien jej o wszystkim powiedzieć. Jeśli naprawdę był jej przyjacielem to musi to zrobić. Albo chociaż ze względu na to, co kiedyś ich łączyło.
- Słyszałem o tym pożarze – powiedział cicho – I wiem kto za tym stoi.
Kobieta wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Przez chwilę osłabła, kiedy w jej głowie powstał totalny mętlik. Nie wiedziała kto jest z nią, a kto przeciw niej. Szybko jednak zdołała się ogarnąć, a wtedy pojawiła się złość i żądza zemsty.
- Pomóż mi go dorwać – zażądała, zaciskając dłoń na jego nadgarstku
- To nie takie proste. Nie masz pojęcia z kim masz do czynienia.
- To mów. Nie pozwolę skrzywdzić moich rodziców.
- Nic im nie grozi, uwierz mi – starał się uspokoić dziewczynę, niestety bezskutecznie – To tylko był... jeden raz.
- Po co? I powiesz mi wreszcie kto to zrobił?
- On cię próbuje zastraszyć. Pamiętasz ten bukiet zwiędłych róż?
- Pamiętam. Pomyślałam sobie, że to jakiś ponury żart.
- A martwego psa pod kołami twojego samochodu?
Nie odezwała się ani słowem, tylko skinęła głową. Kolejnym krokiem było podpalenie domu jej rodziców. Ani razu wcześniej nie przyszło jej na myśl, że te wydarzenia się ze sobą łączą, ani że sprawcą jest jeden i ten sam człowiek.
- Kto? - za wszelką cenę chciała poznać jego tożsamość
- Dobra, i tak się dowiesz, bo wkrótce będzie chciał się z tobą spotkać... To mój przełożony, pracuję dla niego. Kiedy tylko dotarła do niego informacja, że się znamy, nakazał mi cię zwerbować do nas.
- Mam współpracować z bandytami? - parsknęła śmiechem – Nigdy w życiu.
- Przykro mi, ale raczej się z tego nie wywiniesz. W ogóle przepraszam że cię w to wpakowałem...
Czuł się głupio. Naprawdę nie wiedział, że odnowienie znajomości z Sylwią może przynieść takie skutki. Dopiero kiedy szef opowiedział mu o wydarzeniach sprzed przeszło dwóch lat, zrozumiał na czym polega jego plan. Chciał ukarać ludzi, przez których stracił posłuch i wielkie pieniądze...
- Powiesz mi w końcu?
- Lemur – wydusił z siebie. Sylwia ledwie go dosłyszała.
- Ten Lemur? Ten sam, który...
- ...który swego czasu rządził przestępczym półświatkiem w Krakowie, był nieuchwytny, ma na koncie wiele zabójstw, które nigdy nie zostały udowodnione, nie mówiąc o ciemnych interesach – dokończył za nią
- A jego ostatnią ofiarą była Aga... - szepnęła do samej siebie rudowłosa.
Podniosła oczy i spojrzała na Daniela. Nie mogła zrozumieć dlaczego powiedział o tym wszystkim z względnym spokojem, zmieszanym z przepraszającym tonem, kiedy oznajmił przyjaciółce że on także jest to w zamieszany. Teraz dopiero zrozumiała, jak bardzo trudnemu przeciwnikowi będzie musiała stawić czoła.

piątek, 18 października 2013

VI. Scen nr 84

         Sylwia i Tomek dotarli do Rzeszowa późnym wieczorem. Już z daleka zobaczyli unoszący się dym nad osiedlem domków jednorodzinnych. Mężczyzna na chwilę obrócił głowę w bok, by spojrzeć na partnerkę. Wciąż się trzymała, lecz widać było, że niewiele jej brakuje, żeby się rozkleić, wybuchnąć płaczem. Bez słowa, zachowując względny spokój, dojechał na miejsce. Płonący budynek przesłaniał im tłum gapiów. Dziewczyna nie czekając ani chwili dłużej wyskoczyła z zatrzymanego przed chwilą samochodu, przedarła się pomiędzy ludźmi i wbiegła na teren posesji. Wciąż trwała akcja gaśnicza. Stanęła jak wryta, kiedy zobaczyła jak ogień trawi mury rodzinnego domu. Pokręciła głową i wtedy przy wozie strażackim dostrzegła mężczyznę otulonego kocem. Rozpoznała w nim swojego ojca. Natychmiast zerwała się, pobiegła w jego stronę i rzuciła mu się na szyję.
- Tato! - zawołała, wtulając się w jego ramiona
- Córka, co ty tu robisz?
- Gdzie mama? Nie mów że została w środku...
- Twój ojciec był bardzo dzielny – wtrącił się jeden ze strażaków – Wyciągnął ją nieprzytomną z płomieni.
- Ale nic jej nie będzie, prawda?
- O tym będziemy musieli porozmawiać z lekarzem.
Wszystkiemu z daleka przyglądał się Tomek. Kiedy jeden ze służbistów zwrócił mu uwagę, że powinien opuścić teren posesji, asystent przedstawił się i pokazał odznakę. Z krótkiej rozmowy dowiedział się, że ogień podejrzanie szybko się rozprzestrzenił, bowiem po przyjeździe strażaków płonął już niemal cały. Dziwne wydawało się także, że ugaszenie tego pożaru sprawiało wiele trudności. Kiedy Tomek dowiedział się, iż w domu nie było charakterystycznych substancji, które wspomagałyby ogień, zaczął podejrzewać podpalenie.
Westchnął ciężko i podzielił się swoją opinią z mężczyzną, który wcześniej z nim rozmawiał. Strażak potwierdził spore prawdopodobieństwo tej teorii. Policjant ukradkiem spojrzał na ukochaną. Siedziała obok ojca, obejmowana przez niego ramieniem. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak trudno będzie jej zaakceptować taką wiadomość.

         Chłodny piątkowy poranek i praca w terenie. Czy mogło być coś gorszego, co mógłby „wymarzyć” sobie Rafał? Jękom i narzekaniom nie było końca. Komisarz co chwilę powtarzał jaki to jest zmęczony i niewyspany, zaznaczając wiele razy, że jego łóżko jest ciepłe i wygodne, a on mógłby w nim poleżeć jeszcze godzinę czy dwie. Zupełnie inaczej wyglądała Paulina – partnerka była wręcz przeciwieństwem komisarza. Pełna energii i radości, żywiołowo przywitała go, a potem, o dziwo z dużą cierpliwością znosiła zbędne komentarze z jego strony.
- W ogóle co my tu robimy o siódmej rano? - zapytał w pewnej chwili
- Oczywiście zapomniałeś. No dobra, powiem ci: obserwujemy naszego podejrzanego.
- Czyli kogo? No chyba nie myślisz że to ten Chytnicki. Przecież to porządny gość...
- Wspólnika już odrzuciliśmy, tak? Zresztą, siedzi już u nas na dołku, odpowie za te wyłudzenia. Nawet jeśli kłócił się z zamordowanym, to nie mógł tego zrobić, bo ma alibi – wyjaśniła młoda policjantka – Sprawdziliśmy więc rodziny ofiar i wiesz co tam jest napisane?
- Na pewno coś, co naprowadziło cię na jego trop.
- Bingo! - zawołała uradowana dziewczyna, po czym sięgnęła do schowka samochodu i wyciągnęła kartkę papieru.
Rafał przyjrzał się zawartości. Wypisane tam były wszystkie dane podejrzanego.
- Dostał zawiasy za pobicie sąsiada. Zeznał, że facet starał się pozbyć jego babci.
- Mamy agresywnego gościa, który jest bardzo przywiązany do swojej babci. Jeśli dowiedział się o wizycie studentów, mógł ich odszukać...
- …i zabić – dokończył teorię Rafał – Ale dlaczego tylko jednego?
- Może drugi jest dopiero w planach?
- To chyba będzie miał problem.
- My też mamy – zauważył – Co z dowodami?
- Spróbujemy prowokacji, powiemy że był widziany na miejscu zbrodni. Nie pytaj mnie, co będzie jeśli się wyprze.
Rafał jednak nie zareagował. Partnerka spojrzała na niego i domyśliła się, że podczas gdy ona mówiła, mężczyzna znów odpłynął w krainę marzeń. Musiała coś z tym zrobić. Sama nie posiadała wystarczająco dużego doświadczenia, żeby czuć się na tyle pewnie, by nie korzystać z jego pomocy. Pstryknęła palcami przed jego oczyma – dopiero wtedy się ocknął.
- Rafał, co z tobą?
- Nic, nic... - nie zabrzmiał jednak zbyt przekonująco – Co mówiłaś?
- Nie uważasz, że to ty powinieneś być mózgiem całej operacji? Jak na razie to ja o wszystkim myślę i staram się to jakoś rozplanować – dodała, kiedy mężczyzna w odpowiedzi posłał jej pytające spojrzenie.
- O czym ty tak myślisz? - mruknęła do samej siebie – Kobieta?
- Według ciebie wszystko co robi facet kręci się wokół waszej płci? A nawet jeśli to co? Każdy chyba może się zakochać.
- No ba, każdy ma do tego prawo – przyznała, uśmiechając się szeroko – Więc jednak kobieta. No brawo, brawo, widzę że znudziło się życie kasanowy podrywacza, twardego i nieustraszonego gliniarza. Chyba najwyższy czas się ustatkować, co?
- Ja już byłem ustatkowany... - rzucił obojętnie, przypominając sobie o byłej narzeczonej – Myślałem że weźmiemy ślub, wychowamy razem dziecko, może dwójkę... Marzyłem o tym, żeby świętować kolejne rocznice...
Paulina milczała. Kiedy partner zaczął opowiadać o Oli, zrozumiała że miał za sobą trudne przeżycia związane z kobietami. Nie pytała o więcej, nie naciskała. Mimo to Rafał kontynuował.
- Pewnie zastanawiasz się co takiego się stało. Nie no, skoro już zacząłem, to powiem – odwrócił głowę w stronę dziewczyny – Puściła mnie kantem, dasz wiarę? Ja wiedziałem że z tego jej stypendium w Paryżu nic dobrego nie wyniknie... Myślałem, że już nigdy nie wrócę do normalnego życia. Nie umiałem poważnie potraktować kobiety – musiała być albo kumpelą, albo kochanką. Ale Jagoda... ona jest inna... wyjątkowa... Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś takiego.
Dziewczyna teatralnie przewróciła oczami. Nie miała nic przeciwko wysłuchaniu monologu Rafała, w którym będzie wychwalał wspomnianą Jagodę, ale byli teraz w pracy. Wciąż obserwowali podejrzanego, a to wymagało choć minimum skupienia. Musiała znaleźć jakiś cudowny sposób, który sprowadzi go na ziemię.
- Patrzyłeś na cycki czy na tyłek?
Gdyby wzrok mógł zabijać, Rafał swoim spojrzeniem uśmierciłby młodą policjantkę na miejscu.
- No co? Żartowałam tylko – klepnęła go w ramię w ramach przeprosin – Ale proszę cię, skup się na robocie, bo mnie brakuje jeszcze trochę obycia. Okej?
- Okej, okej – westchnął, z niezadowoleniem spoglądając na zegarek. Pragnął, żeby jego zmiana już się skończyła, aby znów odwiedzić Jagodę.

- Maciek, zaczekaj! - Marta zatrzymała męża już przy samych drzwiach – Nie najlepiej wyglądasz.
- Ale że co? Nie uczesałem się? Jestem gdzieś brudny?
- Nos masz cały czerwony. Katar?
W odpowiedzi machnął dłonią lekceważąco.
- Zaraz mi przejdzie – mruknął – Wziąłem już tabletkę.
- Pokaż mi się – podeszła do niego i położyła dłoń na jego czole – Ty masz gorączkę! Ściągaj tę kurtkę, nigdzie nie idziesz.
- Marta...
- Nie martuj mi tutaj – prawie że siłą wciągnęła go do kuchni – Dzwoń do starego i mów, że jesteś chory. Ja ci zaraz zrobię herbatę z cytryną. Oczywiście śniadania też nie jadłeś? Świetnie... z tobą to gorzej niż z dzieckiem.
- Niepotrzebnie panikujesz.
- Ja panikuję? Nie przesadzaj. Może i jestem trochę przewrażliwiona, bo już dałeś popis z tym zawałem. Lepiej zapobiegać niż leczyć, prawda?
- Coś w tym jest – odparł wymijająco – Ale tu nie ma co leczyć.
- Nie denerwuj mnie nawet – pokręciła głową – Przypominam ci, że jestem w ciąży i w związku z tym nie powinnam się denerwować.
Chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Wiedział, że to i tak nie ma sensu, bo brunetka i tak postawi na swoim. Marta potrafiła być naprawdę uparta. Nie do końca był zadowolony ze sposobu, jakiego użyła by ostatecznie zatrzymać go w domu, ale nie mógł nic na to poradzić.
- Kobiety to świetne manipulatorki – przyszło mu na myśl – To dlatego my, faceci, tak często im ulegamy.
Nie był na nią zły, bo wiedział, że tak naprawdę w głębi duszy się martwiła. Pozwolił się oddelegować z powrotem do łóżka i wypoczywać. Zamiast przejmować się nieobecnością w pracy czy też ewentualną nudą, postanowił poszukać pozytywów. I bardzo szybko znalazł jeden z nich – w końcu Marta miała tego dnia wolne, więc mógł spędzić miły dzień w towarzystwie żony, pomimo że nie będzie wychodził z domu.

wtorek, 15 października 2013

VI. Scen nr 83

- Moi rodzice... - wyszeptała, oddychając głęboko – Był pożar w ich domu. Nie wiedzą co z nimi...
Wiadomość zszokowała go wcale nie mniej niż Sylwię. Nie wiedział co powiedzieć dziewczynie, żeby ją pocieszyć bądź choć trochę uspokoić. Sprawy nie ułatwiał fakt, że jej rodzice mieszkali sporo kilometrów stąd – w Rzeszowie. Tomek zdawał sobie sprawę, że podróż zajęłaby co najmniej trzy godziny, ale był gotów wsiąść za kierownicę, jeśli zostanie o to poproszony przez partnerkę.
- Ja muszę tam być – zgodnie z przewidywaniami wyraziła chęć wyjazdu
- Dobrze, zawiozę cię. Poczekaj chwilę, wezmę tylko portfel i kluczyki.

         Niecałe dwie godziny później, pub „Smreczyna”. Sebastian czekając na kolegę zamówił już sobie piwo i popijał co jakiś czas, kręcąc nerwowo kuflem dookoła. Z każdą kolejną minutą obawiał się, że Maciek go jednak wystawi, choć na początku nawet nie przyszło mu to na myśl. Zaglądał w kierunku wejścia, lecz wśród kolejnych gości lokalu nie zdołał dostrzec sylwetki komisarza. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
- No w końcu, już myślałem, że nie przyjdziesz – rzekł z wyrzutem Sebastian, kiedy Strzewiński dotarł na miejsce spotkania
- Wybacz, musiałem pomóc Marcie w domu.
- Dobra, nieważne. Chcesz piwo?
- Nie, dzięki.
Sebastian spojrzał na niego spode łba. Czyżby miało być aż tak źle, że nawet w towarzystwie kumpla odmówi?
- Samochodem jestem – wyjaśnił po chwili, pokazując kluczyki jako dowód
- To nie traćmy czasu. Co ci leży na wątrobie? Tylko szczerze – zaznaczył, grożąc mu palcem
- Nie odpuścisz, co? - Maciek lekko się uśmiechnął – No dobra, może jednak będziesz w stanie coś poradzić.
- Wal śmiało, prosto z mostu.
- Karolina przedstawiła mi swojego chłopaka.
- To chyba dobrze że kogoś ma, co? - nie bardzo rozumiał na czym polega problem
- No właśnie nie dobrze. Cztery lata temu byłem na akcji z Agą. Mieliśmy brutalny gwałt na młodej dziewczynie, trop doprowadził nas do niejakiego Roberta Kwoszyckiego. Podczas pościgu facet wleciał pod samochód i zginął na miejscu.
- Jak to ma się do tego chłopaka?
- To jego syn. Według niego jestem winien śmierci jego ojca – westchnął ciężko, jednocześnie bawiąc się palcami – Poprzysiągł zemstę.
- I ty myślisz, że chce skrzywdzić Karolinę?
- A co, tak przypadkiem zaczął spotykać się z córką faceta, na którym chce odegrać się za śmierć ojca?
Maciek wyraźnie był zdenerwowany. Z trudem przychodziło mu utrzymanie normalnego tonu głosu bądź ukrycie drżenia rąk. Sebastian postanowił tego nie komentować. Brunet potrzebował teraz wsparcia, jakiejś dobrej rady, a nie gadaniny o jego zachowaniu.
- Jeszcze nic konkretnego nie zrobił, a już ma cię w garści. Musisz się wziąć w garść, chłopie! Jeśli zobaczy, że już teraz się boisz, będzie wiedział, że jeśli posunie się dalej to osiągnie swój cel.
- Równie dobrze może pójść o krok dalej, jeśli będzie myślał, że to mnie wcale nie rusza.
Sebastian skinął głową.
- Rozmawiałeś z Karoliną?
- Nic to nie dało – wzruszył ramionami – Ona jest w nim zakochana, nie wierzy że może być zły. Kompletnie nie mam pojęcia co z tym zrobić. Boję się o nią, rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiedział spokojnie – Nie zapominaj, że nauczyłeś ją samoobrony, prawda? Może nie jest od niego silniejsza, ale na tyle sprytna, że da sobie radę.
- Jeśli ją zaskoczy, może wcale nie mieć okazji do wykorzystania tego sprytu.
- Maciek, kurde... - zaczynało mu brakować pomysłów na pocieszenie kolegi – Bądź optymistą. Musisz być o krok przed nim, jeśli chcesz wygrać tę bitwę. Jak to zrobić? Łatwo nie będzie, ale myślę że dasz sobie radę.
- Konkrety Seba, konkrety – ponaglił go, spoglądając na zegarek
- Co, Marta się niecierpliwi? - uśmiechnął się chytrze – Dobra, będę się streszczał. Udawaj przed Karoliną, że jednak dajesz temu chłopakowi szansę. Ona musi czuć, że może z tobą pogadać, rozumiesz? Jeśli będziesz wiedział o wszystkim, zyskasz przewagę.
- Taka gra psychologiczna?
- Dokładnie – odparł, upijając ostatni łyk piwa – To ja już cię nie zatrzymuję.
- Nawet nie głupie – mruknął pod nosem – Dzięki.
- Wiesz, różnie między nami bywało, ale nadal możesz na mnie liczyć. Jak byś chciał się wygadać... znasz mój adres. Trzymaj się!
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie. Sebastian odprowadził go wzrokiem do wyjścia, a kiedy został sam, postanowił podejść do baru i zamówić sobie jeszcze jedno piwo. Był zadowolony z odbytej rozmowy, a przede wszystkim z faktu, że podniósł na duchu przyjaciela i mu pomógł. Tak, przyjaciela, bo mimo wszystko Maciek był kimś więcej niż tylko kolegą. Jeden błąd, kilka nieporozumień, sprzeczek, nie mogło przekreślić tych lat, kiedy się przyjaźnili.

         Od czasu śmierci Zygmunta, starszego znajomego Rafała z drogówki, minęło już trochę czasu. Jego córka wciąż nie mogła się pogodzić z faktem, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Komisarzowi było naprawdę żal dziewczyny i także dlatego, obok względu na szacunek jakim darzył byłego partnera z pracy, obiecał jej pomoc. I tak oto przyjeżdżał do niej codziennie po pracy, zajmował się domem i dbał o kobietę, aby w tej całej rozpaczy nie zaniedbała się. Gotował dla niej, sprzątał, czasem nawet zrobił pranie i prasował. Choć była dla niego zupełnie obcą osobą, bo nie znał jej osobiście, chciał to robić. Wcale nie przeszkadzało mu w tym zmęczenie po pracy czy poświęcony czas. Kiedy przychodził do niej do domu, zyskiwał jakby dodatkowej energii, stawał się zupełnie innym człowiekiem.
Nawet nie zauważył, że od czasu spotkań z Jagodą – szczupłą, wysoką szatynką o zielonych oczach, ostatnim czasem często bladą na twarzy i osłabioną dziewczyną, zmieniło się jego nastawienie do świata. Odreagowanie nieudanego związku z Olą poprzez spotykanie się z przypadkowo poznanymi na dyskotece kobietami natychmiast zostało zakończone. Przestał przywiązywać tak dużą wagę do wyglądu zewnętrznego, na rzecz charakteru i zachowania. To co robił znów zaczęło mu sprawiać radość – szczególnie to, że mógł pomóc córce zmarłego przyjaciela. Los sprawił, że po roku życia w zupełnie innym stylu okoliczności przywróciły jego dawnego ducha, prawdziwego Rafała Korzyńskiego. Na dobrą sprawę dopiero teraz pozbierał się po rozstaniu z Olą, która wyszła za mąż za Francuza i żyła w Paryżu – szczęśliwa czy też nie.
- Może pan na chwilę usiąść przy mnie? - powiedziała cicho, utkwiwszy w jego postaci swój smutny wzrok.
Rafał ze spuszczoną głową podszedł do kobiety.
- Dziękuję panu za wszystko.
- Jaki tam pan, Rafał jestem.
- Jagoda – podała mu dłoń – Teraz rozumiem, dlaczego ojciec tak bardzo pana... cię cenił.
- Dlaczego?
- Jesteś dobry, pomocny, uczynny... Teraz miałam się okazję o tym przekonać. Myślę, że jest pan także świetnym policjantem.
- Rafał, nie pan – przypomniał jej spokojnym tonem
- No tak, przepraszam – mimowolnie uniosła kąciki ust – Jakoś ciężko mi tak od razu...
- Spokojnie, minie trochę czasu i się przyzwyczaisz.
- Trzeba żyć dalej...
Pokiwał głową, zgadzając się z jej słowami. Zapadła cisza. Rafał postanowił, że już najwyższy czas wrócić do domu – w końcu za kilka minut miała minąć godzina dwudziesta pierwsza. Choć nic go nie ciągnęło do siebie, bo tam czekała na niego tylko pustka, grzeczność nakazywała mu zostawić Jagodę samą. Nie mógł przesiadywać u niej do późna, przecież potrzebowała też trochę prywatności. Zdecydowanie zbyt krótko i zbyt słabo się znali.
- To ja już pójdę. Oczywiście przyjdę jutro, jeśli nie masz nic przeciwko.
- Ależ skąd! Bardzo się cieszę, że przychodzisz. Samej byłoby mi o wiele trudniej przez to przejść.
- A przyjaciele?
- Nie mam przyjaciół – wzruszyła ramionami.
Komisarz w ostatniej chwili powstrzymał się przed otworzeniem ust ze zdumienia. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś może być zupełnie sam, pozostawiony tylko sobie. Mimowolnie położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Poczuła ogarniające ją poczucie spokoju i ciepło...
- Gdybyś chciała pogadać... tak po prostu, bez powodu, zadzwoń.
- Dzięki, będę pamiętać.
Odprowadziła mężczyznę do drzwi. Zanim się ostatecznie pożegnali, jeszcze raz spojrzał w jej zielone oczy. Miały w sobie coś niesamowitego, wyjątkowego, coś co odróżniało ją od wszystkich kobiet na świecie. To coś jednocześnie sprawiało, że Rafał ostatnim czasem dużo myślał o Jagodzie i nie potrafił się przed tym powstrzymać.

niedziela, 13 października 2013

VI. Scen nr 82

           Dwa dni później, kolejny pracowity poranek na komendzie przy Pomorskiej. Maciek przywitał wszystkich obecnych w biurze krótkim „cześć”, rzuconym od progu. Usłyszał kilka głosów odpowiadających mu, lecz nie zwrócił na nie uwagi, tylko zatrzymał się przy swoim biurku.
- Maciek, kurde no! - zdenerwowała się Aśka, trącając w końcu komisarza w łokieć – Trzeci raz cię wołam!
- Wybacz, zamyśliłem się – podniósł wzrok, chowając jednocześnie jakąś kartkę papieru do szuflady – Co jest?
Joasia zaklęła w myślach, wściekając się na samą siebie. Mogła najpierw ukradkiem spojrzeć na zawartość kartki – niewątpliwie miała ona związek z dziwnym zachowaniem się Strzewińskiego w ostatnim czasie. Uśmiechnęła się sztucznie, nie dając po sobie poznać, że coś podejrzewa.
- Chcesz kawy?
- Nie, dzięki.
Natychmiast trzy pary oczu obecnych w biurze Sebastiana, Anki i oczywiście Joasi spoczęły z niedowierzaniem na komisarzu, który wyglądał na zdezorientowanego.
- No co?
- Po zawale jakiś czas nie piłeś kawy, ale to już było dawno...
- Aśka, proszę cię – westchnął – Czy naprawdę codziennie muszę pić kawę? Jak czasem sobie odpuszczę to naprawdę wyjdzie mi na dobre.
Nastała całkowita cisza. Nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszą taką odpowiedź z jego ust. Teraz już żadne z nich nie miało wątpliwości, iż coś się dzieje z ich kolegą.
- Ale wy możecie pić, mnie to nie przeszkadza – dodał po chwili, widząc że wciąż pozostali w osłupieniu na swoich dotychczasowych miejscach.
Asia poprosiła Ankę, żeby jej pomogła. Szatynka z początku nie zrozumiała ukrytego przekazu, lecz pod wpływem nacisku koleżanki opuściła biuro. Miało to na celu umożliwienie rozmowy pomiędzy kobietami na temat Maćka, a jednocześnie dało mu chwilę na wygadanie się ze swoich problemów, bowiem Maciek i Sebastian zostali sami w biurze. Brunet jednak nie był skory do zwierzeń.
- Maciek...
- Ty wiesz, nawet fajnie ci w tym... no... obandażowaniu – szybko narzucił inny temat, nim Sebastian zdążył o cokolwiek zapytać.
- Dzięki – rzucił ironicznie w odpowiedzi – Na szczęście skończyło się tylko na rozcięciu skóry, bez wstrząśnienia mózgu. Słuchaj...
- Ej, a co z waszą sprawą? No z tym zamordowanym studentem.
- Ach, to – dopiero po chwili pojął, co miał na myśli kolega – Paulina i Rafał to przejęli.
- Poważnie?
- Raz, że nie czuję się teraz na siłach, żeby biegać za młodzieniaszkami, więc ktoś i tak musiałby pomóc Aśce. Dwa, poszła za twoją radą – potrzebowaliśmy kogoś młodego, kto pasowałby z wyglądu do grona studentów. Paulina wydawała się być idealną osobą...
- Yhym, rozumiem.
- Wiesz co się okazało? Ten zamordowany i jego współlokator wyłudzali pieniądze metodą na wnuczka. Jeśli motywem mogła być zemsta...
- To ja im współczuję – zakończył Maciek, doskonale wiedząc ile potencjalnych podejrzanych do przesłuchania będą mieli Paulina i Rafał.
Sebastian dyskretnie przyjrzał się Maćkowi. Zdawało się, że tym razem nie szuka kolejnego tematu, by uciec od pytań, więc postanowił spróbować.
- Co się z tobą dzieje? Ostatnio chodzisz jakiś taki struty...
- Aśka i Anka powinny być już chyba z tą kawą, co? - sprytnie uniknął odpowiedzi
- Ale ich nie ma, więc mamy dobrą okazję by pogadać.
Tym razem nie zamierzał dać za wygraną. Wstał z miejsca i powolnym krokiem podszedł do drzwi, by je zamknąć. Po wykonaniu tej czynności stanął naprzeciw biurka kolegi i włożył ręce do kieszeni.
- Więc?
- Co więc?
- Mów co cię gryzie. Nie pamiętasz jak ty mi wiele razy pomagałeś albo ja tobie? Jak razem próbowaliśmy szukać Lemura po śmierci Agi albo wrócił ten cały Adrian od twojej Marty...
- Adriana na szczęście mamy z głowy. Przynajmniej tak myślę.
- No dawaj. Przecież doskonale wiem, że nie chodzi o ciążę Marty, bo jako ojciec się już doskonale sprawdziłeś i na pewno dasz sobie radę. Na pewno też nie chodzi o Sylwię, niby od kiedy się tak przejmujesz jej problemami? Zresztą, posłuchała cię i wyjaśniła sobie wszystko z Tomkiem, twarzą w twarz, słowo w słowo. Tęsknota za dawnymi czasami byłaby naprawdę dobrą ściemą, gdybym cię nie znał. Skończ pieprzyć i powiedz wprost o co chodzi.
Mężczyzna zacisnął zęby. Wiedział, że Sebastian nie da mu spokoju, jeśli nie pozna prawdy. Wymyślanie kolejnych wymówek nie miało już żadnego sensu. Przez chwilę nawet myślał, że kolega uwierzył w podaną mu wersję, lecz niestety, okazała się zbyt mało wiarygodna. Maciek wzruszył ramionami. Nie pozostało mu nic innego jak skapitulować.
- Dobra, powiem ci, ale nie tutaj.
- Gdzie i kiedy?
- Dzisiaj w pubie „Smreczyna”, o dwudziestej.
Sebastian przytaknął, klepnął go w ramię i powrócił na swoje miejsce. Jeszcze przez chwilę obserwował Strzewińskiego, który zwiesił głowę nad biurkiem, wsparłszy się na ramieniu. Miał nadzieję, że brunet nie wymyśli kolejnej nieprawdziwej historii, byle tylko nie powiedzieć prawdy.

           Tego samego wieczora Sylwia z Tomkiem zamierzali spędzić miło czas tylko we dwoje. Ostatnie tygodnie, przepełnione niejasnymi wypowiedziami, urwanymi zdaniami, scenami zazdrości oraz wzajemną rywalizacją zdecydowanie nie sprzyjały czułościom. Dopiero teraz, kiedy wszystko stało się jasne, ona przeprosiła jego i on ją, odczuli te braki i zaniedbania.
- Na co masz ochotę? - spytał ukochaną, przeglądając menu jeden z restauracji w internecie
- Na ciebie – odparła, oplatając jego szyję rękoma
- A do jedzenia?
- Wszystko jedno. Co proponujesz?
- Ja? - zaśmiał się Tomek – Ja się nie znam. Wiesz że po rozwodzie żywiłem się głównie fast-foodami?
- To pewnie dlatego jesteś taki leniwy.
- No tak, a to lenistwo przejdzie potem na nasze dzieci.
Mężczyzna zamarł, a jego twarz momentalnie pobladła. Wyswobodził się z objęć dziewczyny, zrobił kilka kroków przed siebie i opadł na łóżko. Zdumiona Sylwia odprowadziła go wzrokiem. Nie miała pojęcia dlaczego tak zareagował. Minęła chwila, nim zdecydowała się usiąść obok niego.
- Tomek, co ci jest?
- Nie, nic takiego, tylko zakręciło mi się w głowie?
- Tylko? - parsknęła śmiechem – Wyglądasz jakbyś trupa zobaczył. Co ja takiego powiedziałam?
- Dziecko... - wyszeptał
- Nie dosłyszałam, co powiedziałeś?
Nadstawiła ucho, lecz zamiast otrzymać ponowną odpowiedź, poczuła muśnięcie warg na policzku. Chwilę później dłoń mężczyzny zawędrowała na jej brzuch. Wywołane łaskotki sprawiły, że zaśmiała się głośno.
- Nic z tego nie rozumiem
- Jesteś w ciąży, prawda?
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- No bo powiedziałaś że moje lenistwo przejdzie na nasze dzieci.
- Oj, tak ogólnie mówiłam!
Uderzył się otwartą dłonią w czoło i zaczął śmiać z samego siebie. Czasem nadinterpretacja przynosiła zupełnie nieoczekiwane efekty, jak w tym przypadku. Potraktował to jako niedużą wpadkę, z której śmiała się także Sylwia. Jakże mu tego brakowało! Wystarczyło wymienić tylko kilka zdań, żeby oboje wręcz padali ze śmiechu i to z tak banalnej pomyłki. Trzeba być wariatem albo zakochanym, żeby doprowadzić się do takiego stanu. W ich przypadku to była miłość. Właśnie przezwyciężyli potężny kryzys, po którym pozostało już tylko nieprzyjemne wspomnienie.
Sielankową atmosferę przerwał telefon kobiety. Natychmiast zerwała się z łóżka, spoważniała i sięgnęła po aparat.
- Kalecińska, słucham? Kto mówi? Ale jaki pożar, gdzie? Co?! Ale nic im nie jest, prawda?! Proszę mi powiedzieć czy nic im nie jest! Nie wie pan? Dobrze, dziękuję za informację – drżącym głosem zakończyła rozmowę. Odwróciła się w drugą stronę i ze łzami w oczach spojrzała na Tomka. Bez zbędnych pytań wziął kobietę w ramiona i mocno przytulił.

czwartek, 10 października 2013

VI. Scen nr 81

- Cześć Aśka – przywitał partnerkę, wchodząc do biura następnego dnia – Szczytu formy to ja u ciebie nie widzę.
- Daj spokój – mruknęła, przesuwając dłoń po spiętych w kucyk włosach – Ta sprawa nie daje mi spokoju. Nie mogłam spać.
- Od kiedy przejmujesz się każdym zabójstwem?
Sebastian szybko pożałował wypowiedzianych słów. Nie musiał nawet się odwracać, żeby wiedzieć, że właśnie spoczął na nim ciężki, wręcz zabójczy wzrok partnerki.
- Minął rok, sporo się zmieniło.
- Będziesz mi to wypominać? To jest moje życie i to ja będę decydował jak ma się ono toczyć.
- A przyjaciele?
- Co przyjaciele? To nie działa tak, że jak ktoś jest dla mnie uprzejmy i chce się kumplować, to już jest moim przyjacielem.
Joasia poczuła się dotknięta tymi słowami. Zdawało się, że mówił właśnie o niej – w końcu nikogo oprócz nich nie było w pomieszczeniu. W jednej chwili zerwała się na nogi i ruszyła ku wyjściu.
- Po jaką cholerę wróciłeś?! - rzuciła w drzwiach, po czym ze złości nimi trzasnęła.
Sebastian stał przez chwilę jak osłupiały. Przeanalizował rozmowę po raz kolejny i dopiero wtedy zrozumiał, jak to zabrzmiało. Wściekły na samego siebie uderzył dłonią w biurko, by za chwilę skrzywić się z bólu i rozmasowywać zaczerwienioną część ciała.
- Spieprzyłem – podsumował krótko.
Przez resztę dnia nie mógł skontaktować się z Joasią. Blondynka nie pojawiła się już na komendzie. Poprzez Maćka przekazała jedynie wiadomość partnerowi, że zajmuje się sprawą i żeby jej nie przeszkadzał w pracy ciągłymi telefonami. Brunet jakoś niespecjalnie starał się pocieszać mężczyznę po kłótni z partnerką. Sebastian wcale się temu nie dziwił. Swego czasu mocno nadszarpnął zaufanie przyjaciół do jego osoby i teraz każdy podchodził do niego z dystansem. Naprawa wzajemnych relacji wymagała wiele czasu oraz cierpliwości, co najbardziej irytowało komisarza. Codzienne przekonywanie się, że rzeczywistość nie jest taka, jakby tego pragnął.
- Maciek, możesz mi wyjaśnić jedną rzecz ? - zagadnął, kiedy Strzewiński był już gotowy do wyjścia
- Teraz się obudziłeś? - nie wyglądał na zachwyconego – Spieszę się.
- Dobra, to nie będę owijał w bawełnę. Dlaczego chciałeś, żebym wrócił na Pomorską?
- Skąd twierdzenie, że tego chciałem?
- Wstawiłeś się za mną u starego.
Przez chwilę zapadła cisza. Maciek pokiwał głową, oglądając kluczyki od samochodu, które trzymał w ręce. Zacisnął dłoń, kiedy odpowiedział.
- To nie oznacza, że chciałem twojego powrotu. Po prostu... - zastanowił się przez chwilę – Przeze mnie straciłeś pracę, więc czułem się zobowiązany, żeby załatwić ci nową. Wszystko jasne?
- Kłamiesz – odparł natychmiast Sebastian
- Nie, taka jest prawda. Przykro mi.
- Za długo się znamy – szedł w zaparte
- Dobra, to nie ma sensu. Tak, chciałem żebyś wrócił, bo myślałem, że będzie jak dawniej. Brakowało mi tych czasów, kiedy tworzyliśmy zgraną paczkę. I wiesz co?
Sebastian pokręcił głową.
- Nie jest. Nie jest i nigdy tak już nie będzie. Zbyt wiele się zmieniło, my też się zmieniliśmy...
- To przez mój wyjazd, prawda?
- Nie wiem czy i bez tego nie byłoby tak samo – westchnął ciężko – Ja przeszedłem zawał i od tamtej pory mam inne spojrzenie na świat. Aśka wyszła za mąż i zdecydowanie wychodzi z niej teraz taka domatorka. Rafał po rzuceniu przez Olę zamknął się w sobie i odciął od reszty. O jego relacjach z kobietami szkoda gadać – olewa je albo zalicza panienki jedna po drugiej. Może gdyby spotkał kogoś, kto naprawdę go pokocha...
Zamilkł. W tej chwili tylko czuł pustkę po dawnych zażyłościach, bezsilność i zawód po niespełnionych nadziejach. Do samego końca wierzył, że to się jeszcze uda, ale jeśli nawet tak silny bodziec jak powrót Sebastiana niczego nie zmienił... Wtedy zdał sobie sprawę, że wszystko stracone. Dawne czasy już nigdy nie powrócą, pozostały po nich jedynie wspomnienia.
- Taka jest prawda – rozłożył bezradnie ręce – Widzę, że tobie też to się nie podoba... Może z czasem się przyzwyczaisz, ale ja już chyba nie.
Maciek zakończył tymi słowami rozmowę. Na odchodne rzucił tylko „trzymaj się” i zostawił Sebastiana samego w biurze. Idąc do samochodu stwierdził, że jest beznadziejny. Nie zdołał pogodzić przyjaciół, zebrać paczki z powrotem, nie widział siebie w roli ojca, a życie zdawało się być coraz bardziej męczące. Tak bardzo chciałby to rzucić, ale nie pozwalała mu na to jego rodzina. Musiał pozostać wierny wobec nich, choć sam nie wiedział dlaczego. Nie czuł się potrzeby nawet w domu.

          Kilkanaście minut później Sebastian wszedł pewnym krokiem do lokalu, gdzie umówiony był z Sylwią. Rozejrzał się dookoła, a kiedy dostrzegł rudowłosą przy jednym ze stolików, skierował kroki w tamtą stronę. Kobieta bezmyślnie wpatrywała się w kufel piwa, obracając go dookoła jego osi. Mężczyzna przysiadł naprzeciw niej, zamówił to samo dla siebie i dopiero kiedy kelnerka odeszła, odezwał się.
- Przepraszam.
Zdziwiona kobieta podniosła wzrok.
- Nie odzywałem się przez prawie rok, zaniedbałem cię, a tak nie postępuje się z przyjaciółmi.
- I ty masz jeszcze czelność prosić mnie o wybaczenie? - warknęła poirytowana – Wiesz co ja przechodziłam? Wiesz jak ja się martwiłam?! Ile mnie to kosztowało nerwów, nim zdałam sobie sprawę, że nie warto, bo mnie olałeś?!
On tylko kiwał głową. Trudno było nie przyznać racji Sylwii.
- Ale jakoś nie potrafię się na ciebie gniewać – przyznała łagodniejszym tonem po chwili milczenia – Wiesz, jesteś dla mnie jak brat...
- A ty dla mnie jak siostra. Czyli nie masz żalu?
- Nie mam. I brawa za odwagę – rzekła z podziwem – Po twoim powrocie zastanawiałam się czy jeszcze kiedykolwiek podejdziesz do mnie i zagadasz albo zaprosisz na kawę czy na piwo.
- Co u ciebie?
Uśmiechnął się lekko, jakby nic złego nigdy nie zaszło. Odpowiedziała mu tym samym, ale tylko na chwilę, po czym jej twarz znowu przybrała smutny wyraz.
- Brakowało mi wsparcia... Szczególnie teraz, kiedy nie układa nam się z Tomkiem.
- Jest bardzo źle?
- Można powiedzieć, że toczymy psychologiczną grę – westchnęła, upijając łyk piwa – Każde z nas próbuje teraz pokazać, że to właśnie jemu mniej zależy...
- Może odpuść, co?
- Ale to będzie jak przyznanie się do winy! - zaprotestowała oburzona – Chodzi o to, że spotkałam Daniela Oksika na mieście, kilka razy umówiliśmy się na kawę, żeby powspominać dawne czasy...
- Tego Oksika? - spytał z niedowierzaniem – Tego, który się w tobie podkochiwał?
- A mieliśmy innego Oksika w klasie? No właśnie. Tomek od razu wyszedł z założenia, że go zdradzam. Ej no, kurde! Ja taka nie jestem!
Sebastian pokiwał głową. Nie czuł się wystarczająco pewnie, aby przypominać jej o byłym mężu. Kobieta jednak wyczuła jego intencje i sama zaczęła temat.
- Kamil to co innego. To już był kompletny rozpad pożycia, razem byliśmy tylko na papierze.
- Właśnie, a... co z nim?
- Popełnił samobójstwo w ośrodku zamkniętym.
Skrzywił się lekko i wbił wzrok w stół. Korzystając z chwili przerwy w rozmowie, pociągnął z kufla kilka łyków. W miarę upływu czasu, atmosfera rozluźniła się, przypominając tą sprzed lat. Rozmawiali długo, kilkanaście minut, na różne tematy. W pewnej chwili rudowłosa przeprosiła go i wyszła do toalety. Przeciągająca się nieobecność policjantki zaniepokoiła jej towarzysza. Kiedy już wstał, aby sprawdzić co się stało, ujrzał ją na sali. Szła szybkim krokiem w jego stronę. Była zdenerwowana, widział to w jej sposobie poruszania.
- Chodźmy stąd – zarządziła, sięgając po torebkę
- Ale...
- No chodźmy! - chciała go złapać za rękę, ale w tej chwili jakiś pijany mężczyzna wziął ją w ramiona.
- Ej, koleś, łapy przy sobie! - zawołał, kiedy jego dłonie zaczęły wędrować po plecach kobiety w dół.
Ponieważ facet nie zareagował, Sebastian siłą pomógł przyjaciółce uwolnić się z objęć natarczywego mężczyzny. W odpowiedzi tamten wybełkotał coś, ale najwidoczniej nie zamierzał się poddawać, bowiem znów ruszył w stronę kobiety, z wyciągniętymi ku niej rękoma.
- Ta pani jest ze mną! - krzyknął, ponownie go odpychając. Niestety zrobił to zbyt mocno, przez co facet wylądował na stoliku trzech grających w karty osiłków. Jeden rzucił się z pięściami na tamtego, a pozostałych dwóch podeszło do Sebastiana.
- Ty go pchnąłeś? - rzucił niskim głosem
- A bo co?
Komisarz okazał się sprytniejszy niż się spodziewali. Doskonale wyczuł intencje mężczyzny i zdołał się uchylić przed jego ciosem. Zaczęła się nierówna walka, w której głównie dzięki swojemu umysłowi oraz taktyce Sebastian miał szanse z dwoma mięśniakami. Kiedy inni, lekko podpici goście lokalu zobaczyli co się wyrabia, dołączyli się do bójki – niektórzy stanęli po stronie komisarza, inni po stronie osiłków, a jeszcze niektórzy zaczęli bić się między sobą. Kobiety w panice uciekały do wyjścia, podczas gdy obsługa lokalu bezskutecznie próbowała przekrzyczeć wszystkich ludzi.
Sebastian pomyślał, że skorzysta z chaosu, wyrwie się z bójki i wyciągnie Sylwię na zewnątrz, ale nie zdołał zrealizować planu, gdyż wciąż znajdował się w centrum zamieszania. Spróbował uciec na bok, lecz wtedy został trafiony jednym z krzeseł i padł na ziemię nieprzytomny.

wtorek, 8 października 2013

VI. Scen nr 80

- Powiedziała ci coś konkretnego ta dziewczyna zamordowanego? - spytał Sebastian partnerkę, kiedy wracali już na komendę
- Daj spokój – mruknęła, odwróciwszy głowę w stronę okna – Kompletnie się rozkleiła, kiedy zostałyśmy same. A u ciebie?
- Trzeci współlokator pokłócił się z Wernym i Wrobkiem. Skutkiem była przeprowadzka...
- Masz namiary?
Mężczyzna skinął głową, po czym dodał, że właśnie do niego jadą. Studiował zaocznie, a o tej porze w dni powszednie pracował jako konserwator w jednym z hoteli w centrum miasta.
- Potencjalny podejrzany?
- Zobaczymy co nam powie – uśmiechnął się tajemniczo

- Nie mam z tym nic wspólnego! - zarzekał się mężczyzna – Zerwałem z nimi kontakty, kiedy się od nich wyniosłem. To było dokładnie trzy tygodnie temu.
- O co wam poszło?
Chłopak odwrócił głowę i milczał. Nie wyglądał na nieustraszonego, więc komisarze postanowili go przekonać siłą swoich argumentów – czyli kajdankami i nocą w areszcie – do mówienia. Przez chwilę wahał się, by ostatecznie dojść do wniosku, że nie warto iść za nich siedzieć.
- Jacek i Paweł ciągnęli dużą kasę z jakichś szemranych interesów. Mieli spółkę. Nie powiem wam dokładnie o co chodziło, bo sam nie wiem... - podrapał się po czole, jakby obawiał się, że to nie wystarczy – Wiedziałem, że coś złego z tego wyniknie. I oczywiście to ja za nich obrywam!
Sebastian zmierzył wzrokiem byłego współlokatora ofiary, lecz Asia pociągnęła go za rękaw.
- Daj spokój, on naprawdę nic więcej nie wie.

          Komisarze wrócili na komendę. Oboje zgodnie stwierdzili, że muszą sprawdzić życiorysy oraz otoczenie Jacka Wernego i Pawła Wrobka. Po pierwszych działaniach wyglądało na to, że to tam znajdą odpowiedź na nurtujące ich pytania – skąd studenci czerpali sporą gotówkę oraz kto i dlaczego zabił Pawła.
- Dzwonił Bartek? - zapytała Asia, zaglądając do pokoju asystentów
- W sprawie przesłuchań lokatorów kamienicy? Tak. Większość jest teraz poza domem – w pracy albo na zakupach...
- Kurde. No nie wierzę, po prostu nie wierzę! Ciało leżało tam tyle czasu i przechodzili tak obojętnie?!
- Jedna ze starszych pań tak po prostu powiedziała nam, że pomyślała, że wczoraj za bardzo popił i nie miał siły już czołgać się dalej po schodach.
- Tak, a krew to resztki wina... - rzuciła ironicznie kobieta. Pokręciła głową z niedowierzaniem, po czym poszła do biura.
- O, Asia, dobrze że cię widzę – zaczepił ją Maciek – Możemy pogadać po pracy w cztery oczy?
- Jasne, nie ma sprawy.

          Późne popołudnie, komenda. Joasia specjalnie zaczekała, aż wszyscy komisarze rozejdą się do domów, by w spokoju porozmawiać z Maćkiem. Nie chciała zgadywać, czego ma dotyczyć ta rozmowa – w końcu za kilka chwil miała się tego dowiedzieć. Usiadła naprzeciw niego, zarzuciła nogę na nogę i splotła obie dłonie.
- Jak myślisz... - zaczął cichym, nieswoim głosem – Czy ja się jeszcze nadaję na ojca?
- Skąd takie głupie pytanie? Oczywiście że tak! O ile wiem, masz dobry kontakt z córkami.
- Tak, tak...
- Więc w czym problem?
Mężczyzna podniósł wzrok i uśmiechnął się lekko.
- Marta jest w ciąży.
- To świetna wiadomość, gratuluję. Ale... szok już chyba minął, co?
- Minął i właśnie zdałem sobie sprawę, że ja już się nie nadaję...
- Wiesz co? Ty nawet lepiej nie mów tego Marcie – pokręciła głową z dezaprobatą
- Właśnie dlatego chciałem pogadać z tobą... - zerwał się na nogi i podszedł do okna – Zmieniłem się. Nie jestem już tym samym człowiekiem co piętnaście lat temu, kiedy urodziła się Kaja... Zrobiłem się zbyt poważny i zbyt chłodny.
Westchnął ciężko, czując na sobie wzrok blondynki. Czuł, że za chwilę dostanie solidny opieprz, dlatego nie miał odwagi się odwrócić. Każda chwila milczenia zdawała się coraz bardziej go denerwować.
- Faceci... Nie przejmuj się, kiedy pojawi się dziecko, na pewno zmieni się twoje nastawienie. Przy Kai tego nie czułeś, bo Karolina wciąż była jeszcze mała...
- Skąd ty możesz to wiedzieć?
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że padły słowa, których nie powinien był wypowiadać. Najpierw poprosił ją o rozmowę, a teraz, kiedy ona próbuje mu pomóc, nie potrafi utrzymać nerwów na wodzy, bo powiedziała coś, czego nie przyjął do wiadomości. Zobaczył złość w oczach kobiety. Rzuciła tylko krótkie „Racja”, po czym odwróciła się na pięcie w stronę wyjścia.
- Aśka, poczekaj! - kobieta zatrzymała się w progu – Przepraszam. Nie to chciałem powiedzieć.
- Dobra, nieważne – natychmiast ucięła temat – Skoro już jest okazja, to mogę cię o coś spytać? Zawodowo oczywiście.
- No dawaj.
- Mamy morderstwo studenta. Motyw rabunkowy odrzuciliśmy, bo z domu nic nie zginęło. Przeszłość ma czystą, a wiadomo tyle, że czerpał sporą kasę z jakichś nielegalnych interesów. Podejrzewamy, że to ma jakiś związek z jego śmiercią, ale nie wiemy co takiego robiła ofiara. CO o tym sądzisz?
- Wiesz co... - westchnął, drapiąc się po brodzie – Na waszym miejscu postarałbym się wpuścić tajniaka w środowisko studentów.
- Myślisz?
- Nie wiem, może masz lepsze wyjście.
Wzruszył ramionami, kiedy blondynka wciąż nie spuszczała z niego wzroku. Pomysł zdawał się mieć sens, jeśli udałoby się znaleźć dość młodo wyglądającą osobę, która nagle znalazłaby się w grupie Jacka Wernego i wtopiła się w jego otoczenie, zdobywając informacje dla komisarzy.
Pożegnała się ze starszym kolegą, następnie zeszła do samochodu. Pieniądze znalezione w mieszkaniu denata cały czas nie dawały jej spokoju.

          Kiedy Maciek opuszczał już komendę, na schodach trafił na Sylwię. Dziewczyna siedziała zamyślona, opierając głowę o ścianę. Chciał udać obojętnego, tak po prostu ją minąć i zejść na dół, ale coś mu na to nie pozwalało. Postawa kobiety zaintrygowała go. Zwykle twarda, uparta i waleczna, wyglądała teraz na bezradną i załamaną.
Mężczyzna stanął jak wryty. Jeszcze przez chwilę obserwował ją z niedowierzaniem. Nawet nie słyszała jego kroków. Brunet przysiadł obok niej, trzymając w rękach swoją kurtkę.
- Czego chcesz? - rzuciła zniechęcona
- Pogadać.
- Nie mamy o czym. A jak byś mógł nie nastawiać mojego faceta przeciwko mnie to już naprawdę byłoby pięknie.
- Wiesz jak to jest, przychodzisz do przyjaciela i oczekujesz pomocy z jego strony. Musiałem mu coś poradzić.
- Złota głowa Maciek – zakpiła rudowłosa
- Słuchaj, on się martwi. O ciebie i o wasz związek.
- Jakoś nie widać.
- On myśli, że go już nie kochasz. Nie dostrzega żadnej inicjatywy z twojej strony.
Kobieta uśmiechnęła się smutno, po czym prychnęła.
- Dokładnie tego samego oczekuję z jego strony.
- To się nazywa zgranie – stwierdził lekko zaskoczony
- Ej, jak masz się nabijać to idź zanim zdążysz mnie zdenerwować.
- Kurde, Sylwia, wrzuć trochę na luz.
- A co, ty byłbyś taki wyluzowany i spokojny, gdyby twój związek się sypał?
Zamilkł. Trudno było nie zgodzić się z kobietą. Tym razem musiał przyznać jej rację.
- Mimo wszystko, nerwy nie są dobrym doradcą. Uwierz mi, wiem to z własnego doświadczenia.
- Tak, tak, czego ty nie przeżyłeś... - mruknęła znudzona. Maciek puścił ten komentarz mimo uszu. To tylko kilka zbędnych słów, które nie wymagały uwagi komisarza.
- Jeśli nie chcesz go stracić, to musicie sobie wszystko wyjaśnić. Nie wiem, może przydałby się wam jakiś wyjazd na weekend...
Poirytowana dość długim już towarzystwem Maćka podniosła się do pozycji stojącej. Mężczyzna nie zareagował. To i tak nic by nie zmieniło. Obiecał pomoc przyjacielowi, pomimo nie najlepszych stosunków z rudowłosą. Zdał sobie sprawę, że nie podołał. Czuł, że mógł lepiej pokierować tą rozmową i uzyskać inny, bardziej satysfakcjonujący efekt.
- Szkoda, że minąłeś się z powołaniem – westchnęła teatralnie – Powinieneś siedzieć w poradni małżeńskiej, a nie na komendzie policji. Chociaż w sumie, wiesz? Może jeszcze nie jest za późno.
Maciek odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła mu z pola widzenia. Pokiwał głową, przeklinając samego siebie w myślach. Że też musiał narobić Tomkowi złudnych nadziei. Teraz tylko cud mógł wybawić go od zawodu, jaki sprawi przyjacielowi, gdy nie będzie miał do niego dobrych wieści.
- Przynajmniej próbowałem... - próbował podnieść się na duchu. Niestety, z marnym skutkiem.

piątek, 4 października 2013

VI. Scen nr 79

          Następnego dnia Maciek pojawił się w pracy ze sporym, przeszło godzinnym opóźnieniem. Przywitał się z obecnymi w biurze Pauliną i Rafałem, po czym od razu wyszedł do kuchni. Potrzebował kawy. Z Martą wrócili do domu dopiero kilka minut po trzeciej. O ile kobieta miała tyle dobrze, że szła do wydawnictwa na popołudnie, o tyle jej mąż zaspał. Przed wyjściem do pracy zdołał tylko wziąć szybki prysznic i zabrać z kuchni suchą bułkę, którą jadł w drodze. Usiadłszy przed kubkiem kawy postawionym na biurku, mężczyzna wyglądał jakby nad nim medytował. Rozbawiło to pozostałą dwójkę komisarzy.
- Maciek, a co ty taki... skołowany?
- Daj spokój, nie wyspałem się... Jeszcze powiedz mi, że działo się coś ciekawego pod moją nieobecność.
- A działo się, działo – przytaknął zadowolony Rafał
- Super... - skwitował, ukrywając twarz w dłoniach
- Pozwól, że ci przedstawię – wstał, a za nim to samo zrobiła Paulina – Moja nowa partnerka, aspirant Paulina Zerowska.
Maciek parsknął śmiechem. To zabrzmiało dla niego jak słaby, mało śmieszny żart. Nawet pomyślał, że za chwilę wtargnie tu cała ekipa, krzycząc że dał się nabrać, ale upływały kolejne sekundy i nic takiego nie nastąpiło. Rafał wciąż stał z wyszczerzonymi zębami, zaś Paulina wciąż dumnie się prostowała. Komisarz w końcu zrozumiał, że to nie jest żart.
- A co z Aśką? Tylko mi nie mów, że się przeniosła.
- Nie no, skąd. Po prostu przyszedł nowy komisarz i kilkanaście minut temu pojechali w teren – uspokoił kolegę Rafał
- Tak wcześnie? Czyli rozumiem, że zna Kraków?
Rozmówca w odpowiedzi skinął głową. Maciek mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, przenosząc całą swoją uwagę na kawę. Paulina wykorzystała ten moment, aby skonsultować się ze swoim nowym partnerem. Trąciła go lekko w bok i przechyliła głowę w jego stronę.
- Mówimy mu?
- A może lepiej niech ma niespodziankę?
- Niespodziankę – parsknął, podchwyciwszy temat – Wczoraj miałem niespodziankę, wystarczy mi na cały najbliższy miesiąc.
Dwójka pozostałych komisarzy wymieniła porozumiewawcze spojrzenia. Żadne nie wiedziało, o czym mówi brunet. Paulina chciała zapytać o szczegóły, lecz Rafał ją uprzedził. Nie chciał, żeby wprost zadała Maćkowi pytanie dotyczące jego życia prywatnego.
- Nie wyglądasz na zadowolonego – próbował nakierować rozmowę na konkretne tory
- Trudno być zadowolonym, kiedy jesteś zmęczony.
- Ta niespodzianka miała na to wpływ? - wypaliła Paulina
- Nie... co najwyżej jestem jeszcze trochę w szoku. Ale cieszę się, naprawdę – uniósł kąciki ust, jakby symbolizując swoją radość – To co z tym partnerem Aśki? Coś z nim nie tak?
- Nie no... tylko że nazywa się... Sebastian Barański.
Ku zdumieniu obojga policjantów, Maciek przyjął te informację z niesamowitym spokojem. Nawet nie uniósł brwi, nic, jakby się tego spodziewał. Jak gdyby nic wyminął osłupiałych Rafała i Paulinę, narzekając pod nosem, że wsypał za mało cukru do kawy.

          Kilka minut później, gdy dochodziła godzina dziesiąta, Sebastian i Joasia dostali wezwanie. Dla mężczyzny było to pierwsze śledztwo w Krakowie od ponad roku. Choć nie powinno się nikomu życzyć źle, to jednak miał nadzieję, iż będzie to zabójstwo. W Anglii zajmował się jedynie przestępstwami gospodarczymi i kradzieżami. Przez krótkofalówkę otrzymali jedynie adres – szczegóły mieli poznać na miejscu.
Od razu w oczy rzucił im się tłum ludzi, przez który musieli się przedrzeć, by dostać się do wnętrza kamienicy. Bartek poprowadził ich na górę, gdzie pracowali technicy, a patolog oglądał ciało, próbując ustalić czas i przyczynę zgonu.
- Seba, jak miło cię widzieć! - krzyknął lekarz na widok policjanta – Asiu, wybacz że odprawię cię z kwitkiem, ale minęło tyle czasu...
- Dobra, Adam, nie tłumacz się – odparła blondynka, pokonując jeszcze kilka schodów – Technicy chętnie ze mną pogadają.
- Co mamy?
- Został zepchnięty ze schodów. Zmarł około trzeciej w nocy, pęknięcie podstawy czaszki. Klasyka.
- Wiesz, ja przez ostatni rok miałem same statystyki, znikające pieniądze i inne wartościowe przedmioty. Przy tym to nawet taka przyczyna zgonu to niesamowita sprawa.
- Nie sądzę, żeby to się stało w wyniku kłótni – kontynuował Adam – Brak śladów walki na całym ciele.
- Yhym. Czyli sprawca musiał go zaskoczyć.
- Więcej po sekcji – oznajmił, uścisnąwszy dłoń Sebastiana na pożegnanie
- Jak miło to znów słyszeć – westchnął, odchylając głowę do tyłu
W tym samym czasie Joasia przechadzała się po mieszkaniu, znajdującym się piętro wyżej.
- Mieszkał skromnie, jak to student – prychnęła, zauważając także wszechobecny bałagan – Ale chyba nie mieszkał sam, co? W końcu mamy trzy łóżka.
- I jeszcze jeden dowód osobisty – technik zamachał kawałkiem plastiku trzymanym w ręku.
Asia podeszła do niego i spojrzała przez ramię na dane osobowe.
- Jacek Werny, urodzony 16 listopada 1989. Jeśli poszedł na uczelnię, to jak to się stało, że nie zobaczył ciała kolegi? No chyba że miał z tym coś wspólnego...
Policjantka snuła dalsze teorie, wciąż chodząc z jednego pomieszczenia do drugiego. Niebawem dołączył do niej Sebastian.
- Kto i dlaczego zabija studenta? - spytała, bawiąc się palcami – Motyw rabunkowy raczej możemy odrzucić, bo taki student nie ma wiele...
- I tu się mylisz! - dobiegł ją głos z pokoju.
Zaintrygowana podeszła do progu. Mężczyzna rzucił jej jakiś worek. Złapała go i dokładnie przyjrzała się zawartości – w środku zabezpieczonych było kilkanaście tysięcy złotych.
- Dobra, może i miał kasę, ale skoro została w domu... To i tak motyw rabunkowy odpada. Żył skromnie, kto mógł wiedzieć, że ma...
- Dokładnie czterdzieści dwa tysiące i sto złotych! - dokończył za nią technik
- Dzięki! - odpowiedziała – No chyba że sprawca chciał ukraść te pieniądze, ale po prostu ich nie znalazł.
- Aśka, co powiesz na wykład z biologii?
- Słabo mi szło, z tróją skończyłam. Ale chyba nie mamy wyjścia... - wzruszyła ramionami, po czym poszła za partnerem do samochodu.

- Przepraszamy za najście, panie profesorze, ale musimy porozmawiać z grupą pańskich studentów – wyjaśniła Asia, kiedy wykładowca z oburzeniem zwrócił im uwagę. Niemal równocześnie z Sebastianem wyciągnęła odznakę.
- O czym chcą państwo rozmawiać?
- Raczej o kim. Chodzi o Pawła Wrobka...
- Nie ma go dzisiaj – odezwał się jeden ze słuchaczy, nim policjantka zdołała dokończyć
- Wiemy i właśnie dlatego tu jesteśmy. Paweł Wrobek nie żyje. Został zamordowany dzisiaj w nocy.
Na sali zapanował jeden wielki chaos. Studenci poczęli rozglądać się między sobą, jakby to gdzieś wśród nich znajdował się morderca. Komisarze próbowali ich uciszyć, ale nie przynosiło to skutku. Dopiero kiedy profesor, nie mogąc patrzeć na daremne przekrzykiwania przez parę policjantów, krzyknął swoim mocnym, niskim głosem, na sali ponownie zapanowała cisza.
- Dziękuję – powiedział Sebastian do lekko siwawego mężczyzny – Słuchajcie, może wiecie czy Paweł miał jakieś problemy, zatargi... może kogoś się obawiał? Każda informacja może być ważna.
Jednak nie uzyskali odpowiedzi. Komisarz niezrażony kontynuował:
- Czy jest wśród was Jacek Werny?
- Nie, on jest z wydziału prawa – zakomunikował jeden z młodych ludzi – Ale jego i tak teraz nie ma, bo dwa dni temu jego ojciec zmarł. Jacek pojechał na pogrzeb, ma wrócić dopiero za tydzień albo dwa.
- Rozumiem... Kto z was najlepiej znał Pawła?
W tym momencie wstała dziewczyna. Koledzy przepuścili ją, pozwalając wyjść i podejść bliżej do Asi i Sebastiana.
- Klaudia Pietrzycka. Jestem... znaczy byłam... jego dziewczyną.
- Nie zauważyłaś nic dziwnego w jego zachowaniu? Może unikał jakiegoś tematu w ostatnim czasie albo właśnie nadzwyczaj często o czymś mówił...
- Nie przypominam sobie. Wszystko wyglądało normalnie.
- Okej, chciałabym porozmawiać jeszcze z tobą na osobności – zaproponowała Joanna
- W porządku, chodźmy do kawiarenki. Można, panie profesorze?
Wykładowca skinął głową. Po zniknięciu obu kobiet Sebastian poprosił jeszcze osoby, które dość dobrze znały zamordowanego i spędzały z nim wiele czasu. Na sali był tylko jeden taki chłopak. Komisarz poprosił go na zewnątrz, aby nie przedłużać wizyty i pozwolić profesorowi na dalsze prowadzenie zajęć.