środa, 25 kwietnia 2018

Czas nie leczy ran cz. 5

- Maciek? - jego uszu dobiegł głos Sebastiana – Wszystko w porządku?
- W porządku? - powtórzył ironicznie – Ona tam spłonęła, być może nawet żywcem, być może cierpiała, wołała o pomoc, a ty mnie pytasz czy jest w porządku? - mówił zrezygnowany. Nie miał już nawet sił się denerwować. Był kompletnie bezradny. Cokolwiek by nie zrobił, nie wróci życia żonie i córce. Myśl że on był gdzieś daleko, być może spokojnie popijał kawę, jadł śniadanie albo po prostu spał, kiedy ona umierała, odbierała mu resztki energii.
- Chodź, jedziemy do domu – brunet podał mu rękę i pomógł wstać – Musisz się porządnie wyspać.
Czarnowłosy uśmiechnął się ponuro. Ostatnią rzeczą, o której myślał w tej chwili był sen. W głowie pojawiły się setki pytań, na które jak najszybciej chciał znaleźć odpowiedź, lecz brakowało mu sił do działania. Musiał dać za wygraną i się położyć. Przynajmniej na trochę, na kilka godzin. Zmęczenie zrobiło swoje i już kilka minut po zamknięciu oczu udał się w objęcia Morfeusza.

          Miał do niej żal. Nie chciał się przyznać że się martwił. Zgrywała bohaterkę, udawała że nic się stało, chociaż ta akcja mogła zakończyć się tragicznie. Przecież miała nóż na gardle! Ryzykowała własnym życiem! Gdyby nie jego spryt, który pozwolił mu zajść od tyłu napastnika, oraz odważny atak, nie skończyłoby się jedynie na draśnięciu ręki. Oczywiście upierał się że opatrunek w niczym mu nie przeszkadza i jest w stanie pracować, ale lekarz i komendant postawili na swoim.
Spędzał właśnie kolejny nudny wieczór przed telewizorem, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Zaintrygowany zerwał się pospiesznie z kanapy i otworzył. Zgodziłby się w ciemno na jakiekolwiek towarzystwo. Przynajmniej tak myślał, dopóki nie zobaczył na korytarzu Marty.
- Cześć – rzuciła – Mogę?
Zamurowało go. Ona tutaj? To nie mogło skończyć się dobrze.
- Jak ręka?
Wzruszył ramionami. Co miał powiedzieć? Że wszyscy dramatyzują i ma już tego dość? Że ciągłe siedzenie w domu doprowadza go do szału? Chciał być miły. Przynajmniej dopóki nie dowie się po co przyszła.
- Chciałam... chciałam Ci podziękować.
- Żartujesz? - nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę. To tylko jeden z tych dziwnych snów, które ostatnio często go nawiedzały.
- A wyglądam jakbym żartowała? - usiłowała zachować spokój. Nie przyszła się tu kłócić.
- No dobrze – westchnął – Napijesz się czegoś?
- Nie, właściwie to... to ja powinnam ci to zaproponować. Może jakaś kawa, obiad?
Nie wytrzymał. Zaczął się śmiać, co wyprowadziło z równowagi Martę. To ona przychodzi tutaj pokojowo, próbuje uzdrowić ich relacje, a on ją potraktował jak wariatkę!
- No i z czego się śmiejesz, baranie? - warknęła poirytowana
- Przepraszam, ale my, razem, na obiad? - mówił przez śmiech – Przecież zamiast jeść to byśmy się tym żarciem obrzucali!
- Niestety, tak jak myślałam. Jesteś po prostu zwyczajnym burakiem! - ruszyła w stronę drzwi, ale zatrzymała się jeszcze w progu – Wiesz co? Wal się!

          Obudził się kilkanaście minut po czwartej. Śniła mu się. Wtulił się mocniej w poduszkę, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej z tego snu. Chciał czerpać jak najwięcej z tych pięknych obrazków, nim rano wróci szara i brutalna rzeczywistość. Potrzebował tego, by stawić czoła kolejnym życiowym wyzwaniom. Potrzebował jej, by to życie miało jakikolwiek sens.
Pragnął już tylko jednego – wyjaśnić zagadkę jej śmierci. Co robiła w Toruniu? Jak doszło do wypadku? Dlaczego go okłamała i uciekła? To nie mógł być przypadek. Był przekonany że ktoś maczał w tym swoje brudne palce...

          Miała rację. Był zazdrosny. Nie mógł patrzeć na uśmiechniętą brunetkę w towarzystwie lalusiowatego blondyna, zgrywającego dżentelmena. Facet myślał że jak wskoczy w garnitur i ukłoni się grzecznie to już każda dziewczyna będzie jego. Niedoczekanie! Co ona w nim widziała? Wcale nie był taki elegancki, na jakiego się kreował, ani odważny, ani bogaty. A podobno to ci „źli chłopcy” mają większe szanse u kobiet. Bzdura.
Zbliżała się dziewiąta wieczorem, a on wciąż siedział na komendzie. Nie spieszyło mu się do pustego domu. Siedział zamyślony przy biurkiem, kiedy niespodziewanie wpadła tam Marta. Miała potargane włosy i rozciętą wargę.
- Co za dupek! - chodziła nerwowo od ściany do ściany – Pieprzony tchórz!
- Marta, ale co się stało? - spytał zaniepokojony jej wyglądem i zachowaniem
- Po prostu jestem idiotką! Doskonale wiedziałam że to życiowa niedorajda, ale nie sądziłam że aż taka!
- Po kolei – poprosił, chwyciwszy ją za ramiona
- Napadło nas dwóch kolesi. Ja im się stawiłam, a on w tym czasie... - przerwała, by wziąć głęboki oddech – spieprzył, rozumiesz?!
- Ale dałaś sobie radę? Nic ci nie zrobili? - zaczął uważnie się jej przyglądać. Ich spojrzenia nagle się spotkały.
- Ja bym na to nigdy nie pozwolił, żebyś ty, sama... – wyszeptał. Ich twarze powoli zaczęły się do siebie zbliżać, a kiedy Maciek musnął jej usta, nagle odskoczyła. Mała, nieznacząca rana dała o sobie znać.
- Przepraszam – rzucił, po czym odwrócił się do niej plecami. Był zły na siebie. Myślał że popełnił błąd, wykonał fałszywy ruch, ale wtedy Marta podeszła do niego i przytuliła się, opierając głowę na ramieniu.
- To było na pokaz – wyznała – Chciałam żebyś wreszcie coś zrobił. Żebyś pokazał że ci zależy...

          Następnego ranka Maciek wraz z Sebastianem pojawili się na komendzie. Czarnowłosy przekazał szczoteczkę do zębów Marty, by mogli pobrać z niej materiał DNA. Usiłował dowiedzieć się czegoś więcej od policjantów prowadzących sprawę, ale ci byli bardzo tajemniczy. Z pewnością posiadali większą wiedzę na ten temat, ale nie chcieli nic zdradzić.
- Komisarzu – zawołał go komendant – Dobrze że pana widzę. Chciałbym porozmawiać.
- Dobrze – westchnął, nie spodziewając się niczego dobrego. Jeszcze zanim udał się z przełożonym do jego gabinetu, poprosił Sebastiana by ten przejrzał informacje w internecie na temat feralnego wypadku pod Toruniem.
Pomieszczenie, w którym urzędował szef, nigdy nie kojarzyło mu się dobrze. Wizyta któregoś z podwładnych najczęściej dotyczyła uwag czy zastrzeżeń, zwykle kończyła się burą. Tym razem było mu wszystko jedno. Nie zależało mu już ani na opinii, ani na pracy. Nic gorszego nie mogło go już spotkać.
- Wiesz że cię cenię? Jesteś dobrym gliną, masz głowę na karku, umiejętności... - zaczął spokojnie lekko siwawy mężczyzna
- Mam potraktować to jako komplement? - nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego komentarza
- Prosiłem cię, żebyś to zostawił. Kiliński i Zarycha wiedzą co robią.
- Chodzi o moją rodzinę – przypomniał stanowczym tonem
- Dlatego powinieneś trzymać się z daleka.
- Właśnie dlatego nie mogę.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. Maciek nie zamierzał odpuścić. Kochał Martę i nie potrafił jej zostawić, mimo że jej już nie było na tym świecie.
- Jesteś na urlopie – zauważył komendant
- To chyba w niczym nie przeszkadza?
- A chcesz wrócić do pracy?
Zrozumiał aluzję. Komendant nie chciał mieć w swoich szeregach osoby, która ciągle będzie zajmować się prywatnymi sprawami zamiast skupić się na pracy. Choć nigdy nie stanął przed takim wyborem, był on dla niego jasny.
- W takim razie proszę mnie zwolnić – oznajmił, opuszczając gabinet

         Sebastian czekał na niego w samochodzie. Nie miał zbyt dobrych informacji. W mediach nie podano nic, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop.
- No tak, czego mogłem się spodziewać – westchnął Maciek – Przecież rzecznik i tak nie powie całej prawdy, żeby media nie miały pożywki.
- Maciek, może faktycznie powinieneś poczekać – zasugerował, wiedząc że przyjaciel nie jest w najlepszej kondycji
- A ty byłbyś w stanie na moim miejscu?
- Nie wiem, chyba nie. Ale na wszystkich frontach odbijasz się od ściany.
- Mam się poddać tylko dlatego że mi nie wychodzi?
W głębi duszy przyznał Sebastianowi rację. Ale wiedział też że jeśli pogodzi się ze swoją słabością i odpuści, to będzie koniec. Nie chciał przegrać, nie chciał uznać tej bezsilności. Teraz, kiedy zabrakło Marty, wyjaśnienie jej śmierci stało się dla niego jedynym celem. Tylko dzięki temu miał jeszcze siłę wstać z łóżka, wyjść z domu, zmotywować się do jakiegokolwiek działania. Tylko dzięki temu nie popadł jeszcze w otchłań rozpaczy.
- Wykończysz się. Marta by tego nie chciała.
Miał nadzieję że w ten sposób zdoła go przekonać. Lada chwila będzie musiał wrócić do Krakowa, a czarnowłosy zostanie z tym wszystkim sam. Nikt go nie przypilnuje, nikt o niego nie zadba. Przez swoją desperację i upór mógł jedynie narobić sobie problemów albo zniszczyć zdrowie.
- Marta by chciała... - westchnął ciężko, po czym ukrył twarz w dłoniach. Gdyby go teraz zobaczyła, kazałaby mu jechać do domu, odpocząć, zadbać o siebie. Ale nie mógł myśleć o sobie. Była dla niego najważniejsza. Chciał ją chronić przed zagrożeniami, przed złem, przed całym światem. Nie udało się. Nigdy nie miał takiej mocy, choć dla niej zrobiłby wszystko.
- Poradzę sobie – zapewnił, choć jego głos nie brzmiał przekonująco – Możesz śmiało wracać do Krakowa.
Starał się grać twardziela, lecz w głębi duszy był w całkowitej rozsypce. Nie wiedział co ze sobą zrobić, jak dalej żyć, jak pogodzić się z tą stratą, jak przestać tęsknić. Chciał zostać sam tylko dlatego, by zachować pozory i nie zdradzić nikomu jak bardzo cierpi.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Czas nie leczy ran cz. 4

          Każdy kolejny pokonany kilometr bym niczym kolejne kilogramy ciężaru, który dźwigał na swoich barkach Maciek. Był jednocześnie tak blisko i tak daleko. Niecierpliwił się, ale rozumiał że Sebastian był już zmęczony tym dniem i jechał ostrożnie. Usiłował sobie wyobrazić spotkanie z Martą, co jej powie, o co zapyta, czy się wścieknie, czy rozklei. Tak naprawdę nie interesowało go nic poza tym by wziąć ją w ramiona, mocno przytulić, by wreszcie być z nią.
Odzyskał całą energię, kiedy zobaczył budynek komendy. Nie zaczekał nawet aż Sebastian zgasi silnik, od razu wyskoczył z samochodu i pognał do środka. Nie sposób go było zatrzymać. Gnał jak szalony, o mało nie potrącając jednej z policjantek na korytarzu. Wpadł z impetem do biura kolegów, zatrzymując się dopiero przed biurkiem jednego z nich?
- Gdzie ona jest? - wysapał, pochylając się lekko – Muszę się z nią zobaczyć.
Policjanci wymienili między sobą spojrzenia.
- Obawiam się... - zaczął Kiliński – Że to nie będzie takie proste.
- Człowieku, to jest moja żona! - warknął – Nie po to zapieprzałem tu prawie po nocy, żeby odejść z kwitkiem.
- To nie o to chodzi – westchnął drugi z policjantów
- To o co? Chyba nie chcecie mi powiedzieć że wam zwiała?! - w jego głosie narastała irytacja.
Jak mogli do tego dopuścić! Przecież znaleźli ją, ściągnęli go tutaj! Teraz, kiedy zrobili mu nadzieję, wszystko na nic?!
W tym momencie w progu pojawił się Sebastian. Położył dłoń na ramieniu przyjaciela, chcąc go nieco uspokoić, ale ten natychmiast ją strącił.
- Co jest do cholery grane? - przenosił wzrok to na jednego, to na drugiego – Kłamaliście? Po co?
- Panie komisarzu... - zaczął poważnym tonem Kiliński – Dzisiaj nad ranem, pod Toruniem, znaleziono spalony wrak samochodu.
Poczuł że powoli traci kontrolę nad swoim ciałem. Ręce opadły wzdłuż tułowia, a głowa z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Po co mu o tym mówią? Co ten wypadek mógł mieć wspólnego z Martą? Dlaczego nie powiedzą wprost co się wydarzyło?
- To był samochód wynajęty z wypożyczalni przez niejaką Aleksandrę Słowińską.
Zmarszczył czoło. Pierwszy raz słyszał to nazwisko. Nie rozumiał o co chodzi, do czego zmierzają. Chciał tylko zobaczyć ukochaną, a oni z nim sobie pogrywali.
- Jaki to ma związek z moją żoną? - usiłował zachować resztki spokoju. Przez moment wsłuchiwał się w dźwięki wystukiwanych klawiszy na klawiaturze komputera, do czasu gdy policjant obrócił monitor. Maciek przyjrzał się uważnie postaci na zdjęciu.
- To jest właśnie Aleksandra Słowińska – rzucił tajemniczo – A może... Marta Strzewińska?
Komisarz od razu zobaczył porażające podobieństwo kobiety ze zdjęcia do swojej żony. Owszem, miała krótsze włosy, mocny makijaż, ale kiedy patrzył na jej oczy... Tego nie mogła zmienić. To musiała być ona.
- Co wy chcecie mi powiedzieć? - spytał drżącym głosem, powoli osuwając się na krzesło przy ścianie
- Podejrzewamy że pańska żona podała się za wspomnianą Aleksandrę Słowińską i to ona zginęła w tym samochodzie. I nie tylko ona... - głos policjanta nagle ucichł
- W samochodzie było dziecko – dokończył jego partner
Cała trójka obecna w biurze z niepokojem obserwowała reakcję Maćka. Oddychał głęboko, jego twarz pobladła, a dłonie zaczęły drżeć. Nie mógł być gotowy na takie wiadomości. Nikt nie potrafiłby się temu poddać. Nagle, w jednej chwili, mężczyzna zerwał się na równe nogi.
- Bzdura! - uderzył dłonią o blat – Niby po co miałaby się podawać za kogoś innego?!
- Żeby pan komisarz jej nie znalazł – wypalił Kiliński, zanim zdążył przemyśleć swoje słowa. Maciek chwycił krzesło i gwałtownie przewrócił je na podłogę.
- Może jeszcze powiesz że to było samobójstwo, co?! Bo nie chciała żyć ze mną?! Że niby to wszystko to moja wina?! A kto tak do cholery powiedział?!
Milczeli. Pozwolili by pozbył się nieco emocji, by mógł ochłonąć. To wciąż były jedynie podejrzenia, które musieli potwierdzić, a bez Maćka nie było to możliwe. Tylko on mógł im dostarczyć przedmioty należące do Marty, z których pobiorą próbki DNA do badań.
Stanął przy oknie, tyłem do pozostałych. Nie chciał by widzieli jego łzy. W głębi duszy modlił się by to nie była ona. Dotychczas pragnął by się odnalazła, by była przy jego boku. Teraz nie prosił już nawet o tyle. On mógł cierpieć, ona mogła być gdzieś daleko, ale najważniejsze by wraz z córką była cała i zdrowa.

          Maciek jak co dzień na komendę przyjechał kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy. Kiedy wjeżdżał na swoje miejsce parkingowe, drzwi samochodu obok niespodziewanie otworzyły się. Natychmiast wcisnął hamulec, unikając kolizji.
- Kobieto! - krzyknął do uroczej brunetki, która wychyliła się z pojazdu – Wiesz do czego służą lusterka?
Wysiadła i podeszła do bruneta. Gdyby nie ta sytuacja, pewnie by się do niej ładnie uśmiechnął, licząc na taką samą odpowiedź. 
- Patrzyłam! Wyjeżdżałeś zza mojego samochodu, powinieneś być ostrożniejszy!
- Że niby to byłaby moja wina? - spytał z irytacją i jednocześnie nutką rozbawienia – Błagam.
- To jest parking, nie autostrada – warknęła, po czym odwróciła się na pięcie
- Daj kobiecie samochód... - westchnął
- Słyszałam! - rzuciła, po czym nie odwróciwszy się w jego kierunku podniosła rękę i pokazała mu środkowy palec.

          Był sam w biurze. Jego partnerka kolejny raz się spóźniała, zaś Sebastian i Joasia byli już w terenie. Popijał poranną kawę, kiedy usłyszał kroki i donośny głos komendanta. Niewiele myśląc, szybko złapał pierwszą teczkę, która wpadła mu w ręce, by przynajmniej sprawiać pozory.
- Wyjątkowo tu pusto – oznajmił w progu – O, ale jest jeden komisarz. Poznajcie się.
Maciek podniósł wzrok i obok szefa zobaczył tę samą brunetkę, którą spotkał na parkingu. Na widok czarnowłosego uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
- O, pan kierowca – rzuciła z lekką pogardą – A myślałam że pan z drogówki.
Odgryzała się. Od razu chciała pokazać że nie będzie tutaj „statystką” i zamierza powalczyć o istotną pozycję. Obiecał sobie że na to nie pozwoli.
- Bystrzacha – mruknął pod nosem – Przepraszam, szefie, ta pani ma ze mną pracować?
- Z wami – poprawił go – Od dzisiaj pani Marta obejmuje stanowisko asystentki w naszym wydziale. Jest młoda, inteligentna i zdolna. A jak sam wiesz, stawiam na młodzież.
- Tak, tylko przedszkole jest dwie ulice dalej – wypalił bez zastanowienia
- Maciek, a ty ile masz lat, co?
Westchnął ciężko. Doskonale pamiętał że sam nie zawsze był traktowany poważnie ze względu na swój wiek. Ale tym razem powodem jego irytacji była sytuacja sprzed kilku minut. Wydawało mu się że do ich ekipy dołącza zadziorna, zapatrzona w siebie, zarozumiała, przereklamowana gwiazdeczka, która chce się wybić i nie będzie grać zespołowo. Obawiał się że ta nowa zacznie knuć, stworzy jakieś tajne układy, a przyjazna atmosfera niebawem pozostanie tylko wspomnieniem. Znał ten typ. Takie osoby niczego dobrego nie wnosiły.

          Upierał się by zobaczyć ciało. Nie trafiały do niego żadne ostrzeżenia, że spłonęło, że widok jest makabryczny, że mimo wszystko nie będzie w stanie jej zidentyfikować. Pozostawał jednak nieugięty. Przecież niejedno już widział w swojej pracy i musiał przetrawić różne widoki. Jeśli to była ona to musiał się z nią spotkać. Nawet jeśli nie żyła.
Patolog, uprzedzony wcześniej przez policjantów prowadzących sprawę, czekał już na nich. Cała trójka zdawała sobie sprawę że Maciek im nie pomoże, ale było to coś w rodzaju przysługi dla kolegi po fachu. Zresztą, chodziło o jego żonę. Mimo wszystko powinien mieć do tego prawo, skoro tego chciał.
- To ona? - zapytał o ciało leżące pod białym materiałem
- Jesteś pewien że chcesz to oglądać? Ciało spłonęło, paskudny widok – ostrzegał po raz ostatni
- Słyszałem co się stało – odparł, wpatrzony w stół
- Zostawię was samych – oznajmił, opuszczając pomieszczenie. Maciek został sam, pośród czterech ścian wyłożonych kaflami, jaskrawego światła i zakrytego ciała, prawdopodobnie należącego do Marty. Wiele razy tu bywał służbowo, kiedy dopytywał o przyczynę i czas zgonu, kiedy ustalali co stało się ofierze. Ale po raz pierwszy był tu prywatnie i po raz pierwszy poczuł bijący tutaj chłód. Zawsze starał się zrozumieć rodziny ofiar, które przychodziły zidentyfikować ciało, ale tego co czują nie sposób było sobie wyobrazić.
Wziął głęboki oddech. Wyciągnął przed siebie rękę, spojrzał na nią. Palce drżały niespokojnie, serce przyspieszyło, a przez plecy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Złapał za róg nakrycia, ścisnął je mocno w dłoni i poczuł ukłucie w sercu. Nie był pewien tego co robi. To nie była ta sytuacja, w której się wielokrotnie znajdował. W ogóle nie czuł się sobą. Nigdy na stole nie leżał ktoś bliski. Nigdy na stole nie leżała osoba, dla której poświęciłby wszystko, na której zależało mu bardziej niż na kimkolwiek. Osoba, bez której nie potrafił żyć. Osoba, bez której jego świat nie istniał.
Przymknął oczy. Zobaczył płomienie. Były coraz większe, a wśród nich pojawił się zarys postaci. Z każdą chwilą był on coraz wyraźniejszy. To była ona. Trwała w bezruchu, a ogień sycił się jej ciałem. Czy była w ogóle przytomna, kiedy to się stało? Cierpiała? A dziecko? W jego uszach zabrzmiał przeraźliwy krzyk kobiety. Natychmiast otworzył oczy. Światło jakby nieco przygasało. Zrobiło mu się duszno i nieprzyjemnie gorąco. Zakrył usta dłonią i zerwał się jak oparzony. Wypadł na korytarz, nie zwracając uwagi na stojące przy ścianie postaci. Wpadł do łazienki, klęknął przed muszlą klozetową i zwymiotował. Oddychał głęboko, próbując się uspokoić. Ale po chwili przyszła kolejna fala zawartości żołądka, która usiłowała się wydostać. Nie bronił się, nie miał siły. Splunął jeszcze kilka razy, jakby to miało mu pomóc pozbyć się nieprzyjemnego, palącego posmaku. Usiadł na podłodze i oparł się o ścianę. To nie mogło być prawdą. To musiał być przerażający sen, który niebawem się skończy, a on odetchnie z ulgą, wtulając się w ramiona ukochanej.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Czas nie leczy ran cz. 3

           Następnego ranka Sebastian poprosił przełożonego o kilka dni wolnego, by pojechać z Maćkiem do Gdańska. Komendant, mimo że dobrze znał bruneta i miał okazję z nim współpracować, nie zgodził się na więcej niż trzy dni. Strzewiński był niepocieszony tą wiadomością. Miał nadzieję że przynajmniej uda im się znaleźć jakikolwiek trop w poszukiwaniach Marty.
- Musimy znaleźć punkt zaczepienia – stwierdził Sebastian – Może Marta prowadziła coś w rodzaju dziennika albo pamiętnika?
- Nie sądzę – odparł Maciek. Ponury nastrój nie ustępował. Miał dość, był zmęczony tą sprawą. Jedyne czego pragnął to znaleźć żonę, przytulić ją i zapewnić że wszystko będzie dobrze. Jej zniknięcie spędzało mu sen z powiek. Prawdopodobnie stracił córkę, nie mógł pozwolić, żeby w jego życiu zabrakło również ukochanej.
- Sprawdziłeś jej komputer, telefon?
- Owszem. Maile, portale społecznościowe... Nic podejrzanego. Nic co wskazywałoby drogę.
- A jakieś nowe znajomości?
- Czysto. Sprawdziłem to.
- Rodzice?
Maciek westchnął ciężko. Spotkanie z nimi nie należało do najprzyjemniejszych. Niełatwo było się przyznać że nie ma pojęcia gdzie jest ich córka i wnuczka. Przecież powinien się nimi opiekować, chronić je, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.
- Jej ojciec nie krył satysfakcji. Od początku mnie nie lubił. Twierdzi że Marta wreszcie przejrzała na oczy i zwiała wraz z córką.
- Nie mówiłeś im o wypadku?
- Skłamałem że Marta wyprowadziła się wraz z nią. Co miałem powiedzieć? - wzruszył ramionami
- A może ojciec coś wie?
Maciek nie odpowiedział. Nawet jeśli sugestia Sebastiana miała jakikolwiek sens, nie miał żadnych szans w starciu z szanowanym prokuratorem. Rozwiązaniem mogłaby być dyskretna obserwacja, lecz wymagała ona czasu, którego nie mieli.
- A dziecko? Coś musiało się z nim stać. Jeśli faktycznie... nie żyje...
- To ciało gdzieś musi być – dokończył za niego – Marta uciekła, nie mogła załatwić pogrzebu tak szybko.
- A jeśli ktoś zrobił to za nią?
Maciek milczał. Zastanawiał się kto mógłby to zrobić dla Marty. Jedyną osobą, która przychodziła mu na myśl był jej ojciec. Ale czy pozwoliłby na to wszystko? Pozwoliłby córce na popełnienie ogromnego błędu? Mimo wszystko był przekonany że mężczyzna powstrzymałby ją od ucieczki.

           W mieszkaniu ponownie przeszukiwali rzeczy brunetki. Maciek nie ukrywał że mógł nie myśleć racjonalnie po jej zniknięciu, tym bardziej że przez swoje działania zaniedbał pracę i podpadł szefowi. W jednym momencie zbyt wiele na niego spadło, przez co mógł przegapić ewentualną wskazówkę.
- A koledzy którzy prowadzą sprawę jej zaginięcia? - spytał nagle Sebastian
- Koledzy – rzucił kpiąco – Myślą to samo co wszyscy. Zwiała i nie życzy sobie ze mną kontaktu. Prowadzą to śledztwo tylko dlatego że muszą.
- Ustalili coś?
- Marta kontaktowała się z psychiatrą. Że niby nie umiała się odnaleźć w roli żony i matki, że czuła się wypalona, bo popadła w rutynę. Nie, ja w to do cholery nie wierzę! - uderzył pięścią w stół
- Uspokój się – odparł stanowczo – Coś więcej?
- Malwinka nie mogła zginąć tamtego dnia – kontynuował, zabierając się za komputer Marty – Sprawdzili samochód i wypadki. Ale to samo zrobiłem wcześniej.
- Więc dlaczego Marta powiedziała że wasza córka nie żyje?
- Chciała żebym ją znienawidził – odparł po dłuższej chwili, doznawszy nagłego olśnienia – Żebym nie szukał jej i dziecka.
- Mówiłeś że chciała byś wyjechał razem z nią.
- Bo wiedziała że się nie zgodzę! - złapał się za głowę – Kurwa mać! Ale dałem się podejść!
Sebastian wciąż nie rozumiał jednej rzeczy i domyślał się iż Maciek także nie zna odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego tak postąpiła? Dlaczego nie powiedziała mu wprost, że chce odejść? Po co ta cała szopka?
- Co teraz? - spytał cicho
- To chyba oczywiste. Muszę ją znaleźć. Muszę to usłyszeć od niej, muszę zobaczyć naszą córkę. Przecież ona nie może mnie tak całkiem odciąć! Jestem ojcem do cholery, czy ona tego chce czy nie!
Miał mieszane uczucia. Z jednej strony bał się o Martę, z drugiej strony był na nią wściekły. Jeśli jego teoria była prawdziwa, kobieta którą kochał zniszczyła to wszystko, co budowali razem przez lata, zniszczyła jego wiarę w miłość, w zaufanie, że można w życiu spotkać osobę, która będzie wszystkim, całym światem, a ten świat będzie taką bezpieczną strefą, ostoją, gdzie problemy i troski nie będą miały wstępu, gdzie znajdzie siłę by z nimi walczyć, gdzie będzie mógł zaznać szczęścia i zawsze powracać, niezależnie od tego co się wydarzy.
Ukrył twarz w dłoniach. Nie wiedział już co o tym wszystkim myśleć. Balansował na granicy szaleństwa, każdy kolejny dzień był drogą przez mękę. Złamane serce i codzienne bóle głowy nie ułatwiały mu zadania. Musiał to przerwać, ale było to możliwe tylko w jeden sposób. Robił wszystko by do tego doprowadzić, ale wciąż za mało.
- Jedziemy do Szczecina – oznajmił niespodziewanie spokojnym tonem – Do jej rodziców.

           Wieczorem dotarli do celu podróży. Sebastian odczuwał już zmęczenie podróżami, ale desperacja Maćka nie pozwalała mu czekać. Opuścił samochód, otworzył furtkę i szybkim krokiem dotarł do drzwi. Zapukał energicznie, serce zabiło mu mocniej na myśl, że Marta może się jednak u tutaj ukrywać. Oddał by wszystko w tym momencie, żeby to właśnie brunetka otworzyła drzwi.
- Maciek? - w progu pojawiła się jednak matka kobiety – Co tu robisz? Wiesz która jest godzina?
Nawet nie zwrócił na to uwagi. Wiedział tylko jest późno. Może parę minut po dwudziestej pierwszej, może okolice dwudziestej drugiej. Wziął głęboki oddech i podniósł głowę.
- Szukam Marty – odpowiedział cicho – Nie odpuszczę.
- Nie ma jej u nas – rozłożyła bezradnie ręce – Od twojej poprzedniej wizyty nie odezwała się ani razu.
- Muszę ją znaleźć, muszę z nią porozmawiać – upierał się przy swoim – Proszę.
- Kiedy my naprawdę... - pokręciła głową, a za jej plecami pojawił się mąż. Maciek przez moment mierzył się z nim wzrokiem. Matka Marty mogła naprawdę nic nie wiedzieć, ale on? Musiał. Nie byłby aż tak spokojny w tej sytuacji. Przejąłby się jej zniknięciem, a on wręcz przeciwnie, triumfował.
- Czego nie rozumiesz? - rzucił groźnie mężczyzna – Pogódź się z tym że cię zostawiła.
- Mamy razem dziecko, nie może mnie od niego odciąć.
- Jak widać już to zrobiła – kącik jego ust się delikatnie uniósł – Szkoda tylko że musiała zmarnować z tobą aż dwa lata, żeby przejrzeć na oczy.
- Gdzie ona jest? - wycedził przez zęby
- Tego ci nie powiem, bo nie wiem. A nawet gdybym wiedział...
- Pieprzenie – przerwał mu ostro – Jesteś zbyt spokojny. Twoja córka zniknęła i nie daje znaku życia, a ty co? Ty się cieszysz! Musisz coś wiedzieć!
- Wiem że moja córka jest rozsądna i zadba o siebie i o córkę. Nie jesteś jej do niczego potrzebny.
Maciek ledwie utrzymywał nerwy na wodzy. W normalnych okolicznościach nie dałby się sprowokować teściowi, ale teraz czuł jak mężczyzna perfidnie wykorzystuje sytuację by mu dokopać.
- Znajdę ją – zadeklarował, choć sam już nie wierzył w swoje słowa. Grunt usuwał mu się spod stóp, czuł się bezsilny, zagubiony, poirytowany. Po co właściwie tu przyjeżdżał? Naprawdę myślał że Marta nie znajdzie sobie lepszej kryjówki niż dom rodziców? Albo że mu tak po prostu powiedzą gdzie ona jest? Pokręcił głową, nie dowierzając swej naiwności.
- Znajdę ją, czy tego chcecie czy nie – zagroził, po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszył w stronę samochodu. Otwierał właśnie drzwi pojazdu, kiedy zadzwonił telefon. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrał połączenie.
- Halo? - westchnął ciężko, wspierając się na łokciu
- Panie komisarzu, aspirant Kiliński z tej strony.
- Poznałem po głosie – odparł niewzruszony
- Proszę przyjechać na komendę. Chyba mamy pańską żonę...
Maciek z trudem przełknął ślinę. A więc to koniec. Udało się. Wreszcie wyjaśni sprawę, dowie się na czym stoi, co dalej z jego małżeństwem, rodziną. Słowa policjanta jeszcze przez chwilę dźwięczały w jego uszach, zanim przyjął to do wiadomości.
- Wracamy do Gdańska. Mają Martę – odparł nieswojo