Wieczorem dotarła do Krakowa. Wypełniony ludźmi wagon szybko opustoszał. Każdemu było gdzieś spieszno, każdy jak najszybciej chciał opuścić pociąg, jakby się w nim paliło. Każdy, tylko nie ona. Była chyba ostatnią osobą, która znalazła się na peronie. Rozejrzała się dookoła, jakby zobaczyła zupełnie inny świat. Ten wszechobecny pęd, pogoń w niewiadomym celu, tłumy gnające do wyjścia niczym stado baranów na pastwisko... Cóż, w małym miasteczku była z dala od tego całego zgiełku. Jednak to już tylko historia. Przeszłość, która nie miała teraz żadnego znaczenia. Niewiele myśląc przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła za innymi.
Znała to miasto, jednak minęło już parę lat od czasu, kiedy je opuściła. Od tamtej pory zjawiała się tu tylko sporadycznie. Przez szlaki, które sama wcześniej przemierzała, podążała obecnie jej siostra. Dwudziestodwulatka, „gówniara”, jak zwykła mawiać o niej Joasia gdy była jeszcze nastolatką, studiowała filologię angielską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W przeciwieństwie do starszej siostry, szatynka była duszą towarzystwa: wesoła, otwarta, życzliwa, niekonfliktowa, z dużym poczuciem humoru, ale też trochę lekkomyślna, przez co łatwo wpadała w tarapaty. Nie raz zdarzało się że Joasia musiała interweniować, jak to starsze rodzeństwo.
Teraz jednak role się odwróciły – to Ania miała poukładane i udane życie, a blondwłosa znalazła się na zakręcie. Teraz to ona potrzebowała pomocy. Wiedziała że studentka nie będzie w stanie wiele zrobić, ale też nie miała dużych oczekiwań.
Drogę z dworca pokonała pieszo. Ledwie dwadzieścia pięć minut spaceru. Nawet nie zdążyła się zmęczyć. Odnalazła wysoki budynek zamieszkiwany przez studentów. Bezpardonowo wtargnęła do środka i zdecydowanym krokiem minęła pustą portiernię. Stróż zapewne poszedł do łazienki albo kawę. Zresztą, nawet gdyby był, co mógłby jej zrobić? Przecież przyszła do siostry, a do godziny dwudziestej drugiej miała takie prawo. Jedynie w godzinach nocnych wejście do budynku było możliwe wyłącznie za okazaniem karty mieszkańca.
Za pomocą windy dotarła na szóste piętro. Odnalazła właściwy pokój i zastukała do drzwi. Wstrzymała oddech, nasłuchując. A co jeśli jej nie ma? Jeśli poszła na imprezę albo ten adres nie jest już aktualny? Nie pomyślała o tym wcześniej. Mogła zadzwonić, upewnić się... ale w podróży wyrzuciła kartę. Mogła jednak to zrobić przed wyjazdem.
Otworzyła jej niska, czarnowłosa dziewczyna w szlafroku. Przez moment chciała uciec, czuła że źle trafiła. Studentka w milczeniu wpatrywała się w zakłopotaną Joasię, która jak na złość nie mogła wydobyć z siebie ani słowa.
- Hej? - zapytała dziewczyna – Wszystko okej?
- Tak, tak – przemogła się – Mieszka tu Anka Hajka?
- Ania! - zawołała w głąb pokoju – Jakaś blondi do ciebie!
- Jaka znowu blondi? - usłyszała podniesiony głos siostry. Ucieszyła się, ale jednocześnie poczerwieniała ze wstydu i zażenowania. Nie mogła uwierzyć że jedno proste pytanie zadała z takim trudem.
- Jak gówniara, która pierwszy raz kupuje piwo albo fajki – skwitowała w myślach. Pospiesznie poprawiła grzywkę i wyprostowała się, okłamując nawet samą siebie że nic takiego się przecież nie stało.
- Czego... - zaczęła, ale zaniemówiła gdy zobaczyła iż wspomnianą „blondi” jest jej siostra. Przyjrzała jej się uważnie, jakby nie wierząc że to naprawdę ona, a potem się do niej przytuliła.
- Aśka! Co ty tu robisz?
- Przyjechałam – odparła bez przekonania – Masz czas?
- Dla ciebie? Co się głupio pytasz? - szturchnęła ją w ramię – No wchodź, wchodź.
- Wiesz co... może ja tylko zostawię torbę i się przejdziemy? - szatynka dopiero teraz zauważyła bagaż. W mig pojęła że wizyta Joasi nie jest przypadkowa, a rozmowa będzie poważna. Przystała na propozycję i już chwilę później kobiety udały się na rynek.
- Idziemy na piwo? Ja stawiam – oznajmiła, widząc niezdecydowanie
- W sumie to się napiję – było jej wszystko jedno. Zaczęło do niej docierać że nagły, nieprzemyślany wyjazd, bez żadnego planu działania, bez żadnych środków nie był dobrym pomysłem. Dopiero teraz zauważyła w jak niezręcznej sytuacji postawi siostrę, jeśli poprosi ją o nocleg. Było już jednak za późno. Most spalony, nie mogła wrócić. Łukasz na pewno zauważył jej zniknięcie i nawet gdyby dobrowolnie wróciła, nie darowałby jej tego.
- Mów, co się dzieje? – ponagliła ją Ania, kiedy blondwłosa przez kolejnych pięć minut nie odezwała się ani słowem i bezmyślnie wpatrywała się w kufel.
- Nic – mruknęła niewzruszona, na co szatynka uniosła brwi – Po prostu jestem idiotką.
- Bo?
- Bo sobie wyobrażałam nie wiadomo co...
- Możesz jaśniej?
Wzięła głęboki oddech. Przyznawanie się do błędów nie było jej mocną stroną. Zresztą, nikt nie uważał tego za przyjemne.
- Rzuciłam wszystko w cholerę – oznajmiła bezpardonowo, czekając na burzliwą ripostę od siostry.
- Wszystko? - spytała drżącym głosem
- Wszystko.
- Aśka – westchnęła, przewracając oczami
- Nic nie mów – uprzedziła ją – Wiem, kretynka.
- Co zamierzasz? - domyślała się iż siostra liczy na pomoc, jednak chciała usłyszeć to z jej ust
- Właśnie... nie wiem co ze sobą zrobić. Czułam tylko że dłużej nie wytrzymam, że za chwilę wybuchnę i nie będzie co zbierać. Wieczne poniżenie, niewdzięczność, ten cały wysiłek, który szedł na zmarnowanie... - spojrzała w oczy szatynce, szukając w nich zrozumienia – Co to za życie, kiedy zapieprzasz w knajpie za niecałe dwa tysiące na rękę, wysłuchujesz codziennie uszczypliwych komentarzy na swój temat i wdychasz unoszące się w powietrzu opary alkoholu zmieszane z potem piećdziesięcioletnich obleśnych zapijaczonych dziadów... W domu czeka na ciebie facet, który ma się za pana i władcę, a ty masz mu służyć. Żadnych koleżanek, które mogłyby cię podnieść na duchu, oderwać choć na chwilę od beznadziejnej rzeczywistości, podzielić się swoim szczęściem, tym że chociaż one są zadowolone z tego co mają... Jestem wykończona, rozumiesz?
- Wystarczy – powiedziała cicho, widząc w jakim stanie jest siostra. Dopiero kiedy się otworzyła, zdjęła maskę, dostrzegła że naprawdę źle to wszystko znosiła. Ręce jej drżały, oczy zaszkliły, a wzrok błądził gdzieś po stoliku.
- Myślałam że mi pomożesz, ale teraz zdałam sobie sprawę że to głupie. Przecież ty sama kisisz się w trzy osoby w małym pokoiku, pieniędzy też nie masz za dużo...
- Coś wymyślimy – zadeklarowała – A teraz nie myśl o tym i napij się ze mną – uniosła kufel do góry, oczekując że Joasia zrobi to samo
- Zdrowie – rzuciła mimowolnie
- Nie myślałaś o powrocie do rodziców? - rzuciła luźno, choć wiedziała że blondynka na to się nie zgodzi
- Nie ma mowy. Sama wiesz że się mnie wyrzekli jak rzuciłam studia...
- Minęło parę lat.
- Ale z mojej strony nic się nie zmieniło. Kazali mi żyć na własny rachunek skoro nie potrafiłam docenić tego dla mnie co robili i nie pokazywać się w domu to ja się tego trzymam.
- Aśka – pokręciła głową – Po kim ty taka uparta jesteś?
- No jak po kim? - wzruszyła ramionami – Po ojcu.
- Dobra, niech pomyślę...
Joasia cierpliwie czekała. Z zewnątrz wyglądała na spokojną i opanowaną, jakby cała sytuacja w ogóle jej nie dotyczyła, jednak we wnętrzu czuła nieprzyjemne mrowienie w żołądku. Pociągnęła solidny łyk piwa, ale po nim wcale nie była ani trochę spokojniejsza.
- Wiesz co? - mruknęła zamyślona – Myślę że mam kliku znajomych, którzy mogliby na parę dni cię przygarnąć. Ale tego dzisiaj nie załatwimy, musimy poczekać do jutra.
- A... dzisiaj? - spytała nieśmiało
- Pogadam z koleżankami. No nie przejmuj się, pod gołym niebem spać nie będziesz – trąciła ją w ramię by się w końcu uśmiechnęła i zaczęła myśleć pozytywnie.
środa, 31 sierpnia 2016
środa, 17 sierpnia 2016
Drugie podejście cz. 1
Miała dość. Tego domu, tego miejsca, swojego narzeczonego i wszystkiego wokół. Miała dość swojego życia. Już od dawna przyznała się przed samą sobą iż w pewnym momencie coś poszło nie tak. Nie była jednak w stanie określić co i kiedy, a tym samym nie mogła znaleźć sposobu by to naprawić. W tej sytuacji mogła zrobić tylko jedno – zacząć wszystko od nowa. Zaryzykować, rzucić na szalę wszystko co dotychczas miała i osiągnęła. Nikt nie mówił że będzie łatwo. Nikt nie mówił że wygra, ale jak sama twierdziła, niewiele było do stracenia. Praca w knajpie za tysiąc osiemset na rękę, notoryczny kłamca i oszust, jak mówiła ostatnio o swoim facecie, czterdziestometrowa klitka w starym bloku, która nawet nie należała do niej... Naprawdę tego chciała? Naprawdę jej na tym wszystkim zależało? To wszystko było warte jej potu, łez, wyrzeczeń?
Gdyby była tą Joanną sprzed paru lat, na pewno nie zgodziłaby się na takie życie. Wtedy jeszcze miała wolę walki, wewnętrzną siłę, która nie pozwalała jej spoczywać na laurach, zadowalać się byle ochłapami. Młoda, zadziorna i energiczna blondynka myślała że może zawojować świat. Że naprawdę jest panem swego losu i cokolwiek będzie się działo, to od niej będzie zależało co potem się wydarzy. Z czasem jednak rzeczywistość sprowadziła ją do parteru – straciła motywację, przestała mierzyć wysoko, a marzenia odeszły w niepamięć. Uwierzyła że trzeba cieszyć się tym co ma, stała się bierna wobec losu. Doszła do wniosku iż nie warto walczyć z życiem, skoro i tak nie wygra. Że nawet gdy coś się uda, przyjdzie czas gdy dostanie kolejny cios i znów padnie na deski. Po co więc wstawać? Może lepiej po prostu na nich pozostać i nie tracić sił?
Frustracja z każdym dniem narastała. A wraz z nią chęć zmiany, dziesiątki pomysłów, kilka możliwości i brak odwagi. Jakaś część mózgu nie pozwalała jej rozstać się z dotychczasowym życiem. Może nie było ono łatwe i wygodne, ale przynajmniej poukładane, stabilne. Wiedziała na czym stoi, nie podejmowała zbędnego ryzyka. Przez dwa lata jej to odpowiadało, ale w ostatnich paru tygodniach coraz gorzej się z tym czuła. I w końcu przyszedł ten dzień, kiedy pojawił się brakujący element do całej układanki. Nic nie zwiastowało że to będzie właśnie ten dzień, że za paręnaście godzin zrzeknie się wszystkiego i ruszy w podróż ku nowemu, oby lepszemu życiu...
Blondwłosa, szczupła i zgrabna kobieta punktualnie o czternastej zjawiła się w pracy. Spięła włosy w kucyk, założyła fartuch. O tej porze ruch był jeszcze niewielki, więc głównie siedziała za barem. Dopiero pod wieczór przybywało klientów. Najpierw to koleżanka realizowała zamówienia, zaś ona je przygotowywała. Po dwóch godzinach się zamieniły. Wtedy to, kiedy do jednego ze stolików przynosiła tacę z dwoma kuflami, jeden z lekko podchmielonych mężczyzn z sąsiedniego stolika nie mógł się powstrzymać gdy zobaczył jak kobieta lekko się pochyla i wypina pośladki. Zamachnął się i po chwili jego ręka zacisnęła się na jednym z nich. Joasia zadziałała instynktownie. Natychmiast odwróciła się i spoliczkowała delikwenta. W jednej chwili cała sala ucichła i spojrzała na zaskoczonego gościa oraz na wzburzoną kelnerkę. Bez słowa poprawiła grzywkę, odwróciła się na pięcie i odeszła na zaplecze.
- Aśka, takie rzeczy się zdarzają – próbowała uspokoić ją koleżanka – To nie ekskluzywna restauracja a zwykła knajpa przy szosie...
- Wiem – rzuciła sucho – Co nie znaczy że mam pozwalać by ktoś mnie obmacywał.
- Nie musiałaś od razu...
- Musiałam. Następnym razem co? Wsadzi ci łapę za dekolt? Na to też pozwolisz?
- Wiesz że on złożył skargę?
- Mam to w dupie – warknęła, rzucając fartuch na krzesło – Daj mi fajkę.
- Przecież ty nie palisz...
- Daj.
Bez słowa podała jej papierosa i zapalniczkę. Wyszła na zewnątrz i już po pierwszej próbie zaciągnięcia się zakaszlała. Zaklęła w myślach i spróbowała ponownie. Tym razem wzięła mniejszą porcję dymu, dzięki czemu próba zakończyła się sukcesem. Kiedyś miała już kontakt z papierosami. W technikum, w trzeciej klasie, namówiły ją koleżanki. Nie paliła dużo, tylko okazyjnie, na imprezach. Ledwie skończyła palić, pojawił się szef lokalu i przeprowadził z nią poważną rozmowę. Ponieważ nie była to już pierwsza taka sytuacja, tym razem zażądał od niej przeprosin, a na to nie mogły pozwolić jej honor i duma. Za pierwszym razem jeszcze ją zrozumiał, nie pracowała długo, to była dla niej nowa sytuacja. Za drugim i trzecim razem jej odpuścił, ostrzegając przy tym że kolejny raz nie obędzie się bez konsekwencji.
- Nie przeproszę gościa za to że mnie łapie za tyłek.
- Nie za to ma pani przeprosić, a za uderzenie go w twarz – wyjaśnił szef
- Należało mu się.
- Pani Joanno, nie może pani bić klientów. Poprzednim razem jeszcze się pani upiekło, bo gość odpuścił.
- A gdyby na moim miejscu była pana żona, też pan by powiedział „słońce, uśmiechnij się, przeproś pana i zapomnimy o sprawie”?
Mężczyzna lekko się zmieszał. Nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, bowiem to Joasia znów odezwała jako pierwsza.
- Mam dość. Zwalniam się.
- Słucham? - na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Miał zamiar ukarać dziewczynę, ale żeby od razu wyrzucać ją z pracy? To byłoby nieadekwatne do czynu.
- Miałam być kelnerką, nie lalką do obmacywania za napiwki. Do końca miesiąca czekam na rozliczenie.
Zabrała torebkę i poszła do domu. Nie wiedziała że najgorsze dopiero przed nią. Musiała powiedzieć narzeczonemu o tym co się stało. Na pewno nie będzie zadowolony że rzuciła pracę. Pewnie nie zrozumie jej motywów. Będzie zły, ale nie pozostało mu nic innego jak przyjąć to jak mężczyzna.
- Asia? Co tak wcześnie dzisiaj? - spodziewał się że wróci z pracy dobre dwie godziny później.
Kobieta przez moment chciała skłamać iż źle się poczuła i wyszła wcześniej, ale szybko uznała że to nie ma sensu. Co wymyśli jutro? A potem? A co jeśli szukanie nowej pracy zajmie jej więcej niż się spodziewa i braknie wymówek? Postanowiła być szczera.
- Ja już nie mam pracy.
- Słucham?! - w jego głosie mieszały się irytacja oraz zdumienie
- Rzuciłam to w cholerę. Mam dość wiecznych poniżeń i bluzg ze strony klientów. Mam dość tego cholernego piwa i wódy, które codziennie musiałam nalewać. Mam dość biegania wśród zapijaczonych mord, które oglądają się tylko za moim tyłkiem i to w dodatku za marne grosze!
- To jeszcze nie powód – wycedził przez zęby
- Wyobraź sobie że dzisiaj jeden z klientów klepnął mnie w tyłek, a szef jeszcze kazał mi go przeprosić!
- I dlatego rzuciłaś pracę, tak?! - poczerwieniał ze złości – Ty idiotko! Myślisz że ja na tej cholernej budowie zarabiam nie wiadomo ile?! - chwycił ją za ramiona i potrząsnął – Żeby księżniczka mogła sobie siedzieć w domu, bo ludzie na nią patrzą?!
- Uspokój się – poprosiła – Znajdę nową pracę.
- Ciekawe gdzie... Pod latarnią?
- Przestań.
- A do czego innego się nadajesz? Może jak byś zaświeciła gołym tyłkiem to w końcu zarobiłabyś jakieś normalne pieniądze.
- Jak możesz? - spytała zrozpaczona – To ty zamiast mnie pocieszyć, podnieść na duchu, że będzie dobrze robisz to samo co ci wszyscy schlani faceci w knajpie. Widzisz we mnie tylko zabawkę, na której można się wyżyć. Gówno cię obchodzi co czuję...
- A co niby sobie wyobrażałaś? Jesteś kobietą, rozumiesz? Tylko kobietą. Pranie, sprzątanie, gotowanie, zaspokajanie potrzeb mężczyzny, to jest twoja rola – powiedział z wyższością – A teraz, kiedy wszystko wyjaśniliśmy, to może zajmiesz się tym ostatnim? - zasugerował z uśmiechem, kładąc dłonie na jej pośladkach. Nie mogła mu się teraz oddać. Nie po tym co powiedział, nie po tym jak potraktował. Gwałtownym ruchem strąciła dłonie ze swojego ciała i uderzyła go w twarz. On zaś, w przypływie złości, pchnął ją na szafę. Uderzyła głową i plecami, przez chwilę ją zamroczyło. Przykucnęła, chcąc przeczekać ten trudny moment. Nie słyszała dokładnie co powiedział, ale ton jego wypowiedzi był pogardliwy. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości – nie ma nic do stracenia.
Następnego dnia, kiedy jej narzeczony był w pracy, spakowała swoje rzeczy w jedną torbę i wyszła. Tak po prostu, jakby szła na spacer. Ale już nigdy miała tu nie wrócić. Poszła na przystanek, wsiadła do autobusu, potem przesiadła się do pociągu. Wyjechała. Bez słowa pożegnania, bez żadnego listu. Nie zostawiła po sobie nic. Ani śladu.
Gdyby była tą Joanną sprzed paru lat, na pewno nie zgodziłaby się na takie życie. Wtedy jeszcze miała wolę walki, wewnętrzną siłę, która nie pozwalała jej spoczywać na laurach, zadowalać się byle ochłapami. Młoda, zadziorna i energiczna blondynka myślała że może zawojować świat. Że naprawdę jest panem swego losu i cokolwiek będzie się działo, to od niej będzie zależało co potem się wydarzy. Z czasem jednak rzeczywistość sprowadziła ją do parteru – straciła motywację, przestała mierzyć wysoko, a marzenia odeszły w niepamięć. Uwierzyła że trzeba cieszyć się tym co ma, stała się bierna wobec losu. Doszła do wniosku iż nie warto walczyć z życiem, skoro i tak nie wygra. Że nawet gdy coś się uda, przyjdzie czas gdy dostanie kolejny cios i znów padnie na deski. Po co więc wstawać? Może lepiej po prostu na nich pozostać i nie tracić sił?
Frustracja z każdym dniem narastała. A wraz z nią chęć zmiany, dziesiątki pomysłów, kilka możliwości i brak odwagi. Jakaś część mózgu nie pozwalała jej rozstać się z dotychczasowym życiem. Może nie było ono łatwe i wygodne, ale przynajmniej poukładane, stabilne. Wiedziała na czym stoi, nie podejmowała zbędnego ryzyka. Przez dwa lata jej to odpowiadało, ale w ostatnich paru tygodniach coraz gorzej się z tym czuła. I w końcu przyszedł ten dzień, kiedy pojawił się brakujący element do całej układanki. Nic nie zwiastowało że to będzie właśnie ten dzień, że za paręnaście godzin zrzeknie się wszystkiego i ruszy w podróż ku nowemu, oby lepszemu życiu...
Blondwłosa, szczupła i zgrabna kobieta punktualnie o czternastej zjawiła się w pracy. Spięła włosy w kucyk, założyła fartuch. O tej porze ruch był jeszcze niewielki, więc głównie siedziała za barem. Dopiero pod wieczór przybywało klientów. Najpierw to koleżanka realizowała zamówienia, zaś ona je przygotowywała. Po dwóch godzinach się zamieniły. Wtedy to, kiedy do jednego ze stolików przynosiła tacę z dwoma kuflami, jeden z lekko podchmielonych mężczyzn z sąsiedniego stolika nie mógł się powstrzymać gdy zobaczył jak kobieta lekko się pochyla i wypina pośladki. Zamachnął się i po chwili jego ręka zacisnęła się na jednym z nich. Joasia zadziałała instynktownie. Natychmiast odwróciła się i spoliczkowała delikwenta. W jednej chwili cała sala ucichła i spojrzała na zaskoczonego gościa oraz na wzburzoną kelnerkę. Bez słowa poprawiła grzywkę, odwróciła się na pięcie i odeszła na zaplecze.
- Aśka, takie rzeczy się zdarzają – próbowała uspokoić ją koleżanka – To nie ekskluzywna restauracja a zwykła knajpa przy szosie...
- Wiem – rzuciła sucho – Co nie znaczy że mam pozwalać by ktoś mnie obmacywał.
- Nie musiałaś od razu...
- Musiałam. Następnym razem co? Wsadzi ci łapę za dekolt? Na to też pozwolisz?
- Wiesz że on złożył skargę?
- Mam to w dupie – warknęła, rzucając fartuch na krzesło – Daj mi fajkę.
- Przecież ty nie palisz...
- Daj.
Bez słowa podała jej papierosa i zapalniczkę. Wyszła na zewnątrz i już po pierwszej próbie zaciągnięcia się zakaszlała. Zaklęła w myślach i spróbowała ponownie. Tym razem wzięła mniejszą porcję dymu, dzięki czemu próba zakończyła się sukcesem. Kiedyś miała już kontakt z papierosami. W technikum, w trzeciej klasie, namówiły ją koleżanki. Nie paliła dużo, tylko okazyjnie, na imprezach. Ledwie skończyła palić, pojawił się szef lokalu i przeprowadził z nią poważną rozmowę. Ponieważ nie była to już pierwsza taka sytuacja, tym razem zażądał od niej przeprosin, a na to nie mogły pozwolić jej honor i duma. Za pierwszym razem jeszcze ją zrozumiał, nie pracowała długo, to była dla niej nowa sytuacja. Za drugim i trzecim razem jej odpuścił, ostrzegając przy tym że kolejny raz nie obędzie się bez konsekwencji.
- Nie przeproszę gościa za to że mnie łapie za tyłek.
- Nie za to ma pani przeprosić, a za uderzenie go w twarz – wyjaśnił szef
- Należało mu się.
- Pani Joanno, nie może pani bić klientów. Poprzednim razem jeszcze się pani upiekło, bo gość odpuścił.
- A gdyby na moim miejscu była pana żona, też pan by powiedział „słońce, uśmiechnij się, przeproś pana i zapomnimy o sprawie”?
Mężczyzna lekko się zmieszał. Nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, bowiem to Joasia znów odezwała jako pierwsza.
- Mam dość. Zwalniam się.
- Słucham? - na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Miał zamiar ukarać dziewczynę, ale żeby od razu wyrzucać ją z pracy? To byłoby nieadekwatne do czynu.
- Miałam być kelnerką, nie lalką do obmacywania za napiwki. Do końca miesiąca czekam na rozliczenie.
Zabrała torebkę i poszła do domu. Nie wiedziała że najgorsze dopiero przed nią. Musiała powiedzieć narzeczonemu o tym co się stało. Na pewno nie będzie zadowolony że rzuciła pracę. Pewnie nie zrozumie jej motywów. Będzie zły, ale nie pozostało mu nic innego jak przyjąć to jak mężczyzna.
- Asia? Co tak wcześnie dzisiaj? - spodziewał się że wróci z pracy dobre dwie godziny później.
Kobieta przez moment chciała skłamać iż źle się poczuła i wyszła wcześniej, ale szybko uznała że to nie ma sensu. Co wymyśli jutro? A potem? A co jeśli szukanie nowej pracy zajmie jej więcej niż się spodziewa i braknie wymówek? Postanowiła być szczera.
- Ja już nie mam pracy.
- Słucham?! - w jego głosie mieszały się irytacja oraz zdumienie
- Rzuciłam to w cholerę. Mam dość wiecznych poniżeń i bluzg ze strony klientów. Mam dość tego cholernego piwa i wódy, które codziennie musiałam nalewać. Mam dość biegania wśród zapijaczonych mord, które oglądają się tylko za moim tyłkiem i to w dodatku za marne grosze!
- To jeszcze nie powód – wycedził przez zęby
- Wyobraź sobie że dzisiaj jeden z klientów klepnął mnie w tyłek, a szef jeszcze kazał mi go przeprosić!
- I dlatego rzuciłaś pracę, tak?! - poczerwieniał ze złości – Ty idiotko! Myślisz że ja na tej cholernej budowie zarabiam nie wiadomo ile?! - chwycił ją za ramiona i potrząsnął – Żeby księżniczka mogła sobie siedzieć w domu, bo ludzie na nią patrzą?!
- Uspokój się – poprosiła – Znajdę nową pracę.
- Ciekawe gdzie... Pod latarnią?
- Przestań.
- A do czego innego się nadajesz? Może jak byś zaświeciła gołym tyłkiem to w końcu zarobiłabyś jakieś normalne pieniądze.
- Jak możesz? - spytała zrozpaczona – To ty zamiast mnie pocieszyć, podnieść na duchu, że będzie dobrze robisz to samo co ci wszyscy schlani faceci w knajpie. Widzisz we mnie tylko zabawkę, na której można się wyżyć. Gówno cię obchodzi co czuję...
- A co niby sobie wyobrażałaś? Jesteś kobietą, rozumiesz? Tylko kobietą. Pranie, sprzątanie, gotowanie, zaspokajanie potrzeb mężczyzny, to jest twoja rola – powiedział z wyższością – A teraz, kiedy wszystko wyjaśniliśmy, to może zajmiesz się tym ostatnim? - zasugerował z uśmiechem, kładąc dłonie na jej pośladkach. Nie mogła mu się teraz oddać. Nie po tym co powiedział, nie po tym jak potraktował. Gwałtownym ruchem strąciła dłonie ze swojego ciała i uderzyła go w twarz. On zaś, w przypływie złości, pchnął ją na szafę. Uderzyła głową i plecami, przez chwilę ją zamroczyło. Przykucnęła, chcąc przeczekać ten trudny moment. Nie słyszała dokładnie co powiedział, ale ton jego wypowiedzi był pogardliwy. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości – nie ma nic do stracenia.
Następnego dnia, kiedy jej narzeczony był w pracy, spakowała swoje rzeczy w jedną torbę i wyszła. Tak po prostu, jakby szła na spacer. Ale już nigdy miała tu nie wrócić. Poszła na przystanek, wsiadła do autobusu, potem przesiadła się do pociągu. Wyjechała. Bez słowa pożegnania, bez żadnego listu. Nie zostawiła po sobie nic. Ani śladu.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)