piątek, 28 marca 2014

Czas na przerwę...

Ostatnio coś mi ten marzec nie służy... Czyżby to przesilenie wiosenne miało na mnie aż tak duży wpływ? W tamtym roku też w marcu mi nie szło, aż nawet chciałem rzucić pisanie... I to niemal dokładnie prawie rok temu. Nawet to zrobiłem, ale dwa miesiące później wróciłem. Teraz nie chcę popełnić tego samego błędu, nie chcę zbyt pochopnie podejmować decyzji, dlatego zdecydowałem że potrzebuję trochę czasu żeby odpocząć i zastanowić się co dalej z tym pisaniem.
Jak widać, marzec nie był zbyt obfity w porównaniu do poprzednich miesięcy. Nie mogę usprawiedliwiać się brakiem wolnego czasu, bo nawet kiedy trochę się go znalazło, to nie umiałem się zabrać do pisania. Kończyłem po 3 - 5 linijkach. Nie chodzi też o brak pomysłów, bo mam pewien zarys sytuacji do najbliższych części. Liczę na to, że to po prostu brak świeżości, gdyż przez ostatnie 4 lata z wyłączeniem dwóch miesięcy pisałem praktycznie cały czas, jednym "ciągiem". Być może kilkanaście dni przerwy sprawi, że wróci motywacja i wrócą siły, być może nie. Nie myślę na razie co będzie, jeśli nie pojawi się oczekiwany efekt. Będę nad tym myślał dopiero wtedy, gdy tak się stanie.
Jak długo to potrwa? Trudno mi powiedzieć. Może się nawet okazać, że będzie to ponad miesiąc, że być może dopiero po maturach... W każdym razie nie składam jeszcze broni i kiedyś podejmę próbę kontynuacji. Chciałbym jednak, żeby to stało się wcześniej, ale to nie wystarczy. Muszę poczekać na sygnał od samego siebie, że jestem gotów, że jestem w stanie wrócić.
Kolejnej informacji ode mnie należy spodziewać się po 10 kwietnia. Trudności są po to, żeby je pokonywać. Czasem tylko trzeba być cierpliwym...

niedziela, 23 marca 2014

VII. Scen nr 6

          Jeszcze tego samego dnia Ania i Maciek udali się do rodziców zamordowanego dziecka. Ustalili, że mężczyzna pójdzie do swojej kochanki i tak poprowadzi rozmowę, żeby jednoznacznie przyznała, iż to jej brat za tym wszystkim stoi. Pod ubraniem przygotowano mikrofon, tak aby nagrać rozmowę, która miała być dowodem w sądzie.
- Marzena widziała jak porywają nasze dziecko. Opisała mi dokładnie tego faceta. Czarna bluza z kapturem, wysoki, napakowany. Miał czarne audi. Nie przypomina ci to kogoś?
- Co ty sugerujesz?! Mój brat nie zrobił nic złego!
- Nie? To gdzie był wtedy? Bo na pewno nie w pracy, sprawdziłem to!
- Osz ty... - syknęła przez zęby
- Co tu się dzieje? - w drzwiach salonu stanął brat kobiety
- Zabiłeś moje dziecko!
- Zamknij się – mężczyzna podszedł do niego i pchnął go na ścianę – Trzeba było nie pchać się do łóżka mojej siostrze. Co, masz jeszcze jakieś opory przed zostawieniem swojej żony? Dziecka już nie ma, teraz już nic cię nie trzyma!
- Dlaczego to zrobiłeś? Dziecko nie było niczemu winne!
- Ten bachor za głośno ryczał. Łeb mnie już napierdalał. Nie chciało się uspokoić to trzepnąłem raz, drugi i od razu błogi spokój powrócił...
W samochodzie pod blokiem, gdzie siedzieli policjanci i przysłuchiwali się rozmowie, Ania i Maciek wymienili się spojrzeniami.
- Mamy to. Wchodzimy – zadecydowała.
Facet nie stawiał żadnych oporów przy zatrzymaniu. Był na tyle inteligentny by wiedzieć, że ewentualna próba ucieczki może tylko pogorszyć jego sytuację. Szczególnie, że policjanci mieli niepodważalny dowód jego winy.

          Jak w każdy weekend, tak i w to niedzielne popołudnie Maciek wybrał się na tor gokartowy. Mężczyzna cieszył się jak dziecko za każdym razem, kiedy zasiadł za kierownicę tego niewielkiego i trochę dziwnego pojazdu. Poza kartem, posiadał własny sprzęt – firmowe rękawice, kombinezon, kask. Kosztowało to wiele pieniędzy, ale żadna siła nie była w stanie go przed tym powstrzymać. Na szczęście mógł on służyć na lata, więc przed kolejną taką inwestycją miał sporo czasu, by odłożyć parę groszy ze swojej comiesięcznej pensji.
Kiedy siadał za kierownicę, tracił poczucie czasu. Zdarzało mu się jeździć nawet dwie godziny bez żadnej przerwy, okrążenie za okrążeniem. Szukał możliwości poprawy na każdym centymetrze toru, wykonywał ruchy automatycznie, mógłby nawet jeździć z zamkniętymi oczami – wzrok w tej chwili służył mu tylko do kontroli sytuacji przed nim – czy czasem nie trzeba zwolnić ze względu na inne pojazdy, czy nie trzeba trochę wcześniej hamować, czy nic się nie zmieniło od upływu tych kilkudziesięciu sekund, kiedy przejeżdżał przez te same sekcje na poprzednim okrążeniu.
W pewnym momencie zobaczył że właściciel toru stoi przy linii mety i macha do niego. Policjant pokazał mu coś ręką i pomknął dalej.
- W porządku, za chwilę będzie pani mogła z nim porozmawiać – oznajmił mężczyzna, uśmiechając się do blondynki.
Nie poznała go, kiedy szedł w kombinezonie przyozdobionym czarno-białym wzorem, w czarnym kasku z motywem płomienia na dolnej jego części. On zaś nawet jej nie zauważył, od razu podszedł do swojego dobrego znajomego, właściciela toru i podniósł wizjer.
- Co jest? - wydobył się jego stłumiony głos
- Ta pani chce z tobą rozmawiać. Ostrzegałem, że nie lubisz kiedy ktoś ci przerywa jazdę, ale się uparła...
Spojrzał w bok i dopiero teraz zauważył Joasię.
- W porządku.
Zdjął kask, a następnie coś, co przypominało kominiarkę (tylko że białą) i przejechał ręką po lekko spoconych włosach.
- Cześć Asia – przywitał koleżankę – Skąd wiedziałaś że tutaj będę?
- Powiedzmy że... mam swoje źródła informacji.
- Rozumiem – uśmiechnął się tajemniczo – Anka się pochwaliła, co? Dobra, nieważne. Jest niedziela, a ty lecisz na sam koniec miasta na tor kartingowy. Zapewne musiałaś mieć powód.
- Mam do ciebie sprawę. W ogóle, przepraszam że ci przeszkodziłam.
- Nie no, w porządku, nie szkodzi.
Dziewczyna pokiwała głową. Maciek natychmiast zauważył, że jest czymś zaniepokojona. Zwrócił uwagę na jej dłonie. Blondynka kręciła pierścionkiem wokół palca.
- Muszę się spotkać z Marcinem. Chcę ostatecznie zamknąć ten rozdział.
- Jaka jest moja rola?
- Pracowałeś w narkotykowym, masz tam jakieś znajomości. Mógłbyś załatwić mi widzenie? To nie potrwa długo, jakieś pięć minut, może mniej...
- Zobaczę co da się zrobić – rzekł ostrożnie, nie chcąc składać obietnic bez pokrycia. Nigdy o czymś nie zapewniał, jeśli nie czuł w 100% że jest w stanie to zrobić. Sam przeżył zbyt wiele rozczarowań w swoim życiu i nie chciał żeby inni doświadczali tego samego z jego powodu.
- Dzięki – szepnęła – A co do Anki... nie przejmuj się, ona tylko taką udaje. Jakoś się dogadacie.
- Tak... - westchnął – Nie widzę po niej, żeby miała takie chęci. W ogóle odnoszę wrażenie, że ona chce mi coś udowodnić, tylko nie wiem co.
- Daj jej szansę. Początki zawsze bywają trudne.
Strzewiński uśmiechnął się kpiąco.
- Jakoś ty i Rafał potraficie się normalnie zachować. Za to Anki i Seba to całkowicie inny biegun. Oni już postawili na mnie kreskę, nie nadaję się i tyle.
- Nie mów tak – starała się go jakoś pocieszyć i jednocześnie zmienić jego zdanie o swoim partnerze – Seba to całkiem wrażliwy facet, tylko... no po prostu ma ostatnio gorsze dni. Dorota zabrała ich córkę i wyprowadziła się do rodziców, na drugi koniec Polski. Chciał odreagować, a niestety to się zbiegło w czasie z twoim przybyciem no i...
Kobieta rozłożyła bezradnie ręce. Dla Maćka to jednak nie było żadne usprawiedliwienie. To że ktoś go zdenerwował nie dawało mu prawa wyładowywać emocji na reszcie świata.
- A ta Dorota to kto? Żona, narzeczona?
- A to był tylko taki przelotny romans. Poznał ją kiedyś na basenie, spotykali się przez dwa, może trzy miesiące, a kiedy zauroczenie minęło to tylko się kłócili. Jakiś czas po rozstaniu okazało się, że zaszła w ciążę. Seba nawet proponował jej małżeństwo, ze względu na dobro dziecka, ale nie zgodziła się. Póki mieszkała w Krakowie, mógł widywać się z córką prawie codziennie...
- Ma chłop przerąbane – przyznał – Tak na dobrą sprawę nic nie może zrobić. Sąd zwykle prawo do opieki przyznaje matkom, a jeśli weźmiemy pod uwagę jego pracę...
- Bez szans – dokończyła Aśka – To nie w porządku, on kocha to dziecko ponad wszystko...
- Życie – skwitował – Wiem jak to jest wychować się bez ojca. Facet zostawił moją matkę jak była w ciąży i już nigdy więcej się nie pojawił. Nawet lepiej, bo nie zniósłbym tego widoku.
Joasia spoglądała na niego z niedowierzaniem. Była pełna podziwu dla jego mamy, że poradziła sobie, będąc w trudnej sytuacji i wychowała syna na porządnego człowieka. Czuła, iż ona w takiej roli nie dałaby rady.
- Dobra, muszę już lecieć. Jutro z samego rana dam ci znać co z tym widzeniem. Cześć.
- Cześć – mruknęła zamyślona, ponownie spoglądając na pierścionek. Mimo tego co uda się załatwić Maćkowi, wiedziała że już za kilka godzin zniknie on z jej palca.

          Z samego ranka, kiedy już Joasia parkowała swój samochód przed komendą, Maciek czekał na nią. Stał, opierając się o ścianę, z papierosem w ustach. Zauważył ją kątem oka, jednak wzrok ciągle miał skierowany w inną stronę. Jeszcze jedno zaciągnięcie się dymem, po czym wcisnął niedopałek w specjalnie wydzielony fragment kosza na śmieci. Niestety, w przeciwieństwie do jego poprzedniego miejsca pracy, na tym wydziale nie było palarni. Za każdym razem musiał więc wychodzić na zewnątrz budynku – co w obliczu zbliżającej się wiosny stanowiło coraz mniejszy problem, jednak z pewnością powróci on za kilka miesięcy, kiedy temperatury będą spadać.
- Nie szkoda ci zdrowia? - zaczepiła go blondynka
- Wyznaję zasadę selekcji naturalnej.
- Ciekawe...
Maciek sięgnął do kieszeni swojej kurtki, wyciągnął z niej jakąś kartkę i wcisnął kobiecie w dłoń.
- Dzisiaj o dwudziestej. Powołaj się na mnie.
- Dzięki. Masz u mnie piwo.
- Nie pijam piwa – odparł, kiedy położyła dłoń na klamce
- Dobra, to ci kupię paczkę fajek.
- Tylko jakieś dobre, okej?
Pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
- Westy mogą być?
- O widzisz, jednak się trochę na tym znasz.
- Kiedyś próbowałam, ale stwierdziłam że to nie dla mnie. A prawdziwym koneserem fajek jest tutaj Sebastian. Może to sposób, żeby się z nim dogadać?
- Może i tak...
Zmarszczył brwi, poprawił nogawkę spodni, po czym ruszył za Joasią do biura.

środa, 19 marca 2014

VII. Scen nr 5

           Kolejny dzień przyniósł nowe poszlaki, wskazujące pewien trop. Policjantom udało się ustalić tożsamość dziecka, a także odnaleźć zgłoszenie dotyczące porwania. Jeszcze przed godziną dziewiątą Ania i Maciek ruszyli w drogę do domu rodziców, licząc na to że otrzymają kolejną porcję informacji.
Niewiele ponad godzinę później wrócili na komendę. Jeszcze nie zdążyli dotrzeć do biura, a już o ich obecności dowiedzieli się asystenci, a to za sprawą głośnego, podniesionego głosu Ani.
- Kretyn, po prostu kretyn – krzyczała – Teraz tylko módl się, żeby facet nie złożył na ciebie skargi.
- To nie moja wina! Skąd miałem wiedzieć, że...
- Zamknij się! Po prostu się zamknij. Nawet prostej rozmowy nie potrafisz przeprowadzić.
Nastała chwila ciszy. Bartek i Kasia wymienili między sobą zdezorientowane spojrzenia. Mężczyzna postanowił pójść dowiedzieć się czegoś więcej, lecz wtedy w drzwiach stanął lekko pobladły aspirant.
- Co się stało? Co ona taka wściekła?
- A weź daj spokój – machnął ręką zrezygnowany – Byliśmy u tego małżeństwa, do faceta zadzwonił jakiś telefon. Dyskretnie poszedłem za nim i podsłuchałem rozmowę.
- I o to jest taka zła?
- Nie. Wyglądało mi to na rozmowę z kochanką, więc kiedy skończył, spytałem wprost czy ma kochankę. Nie wiedziałem tylko, że za mną stała jego żona... Facet jest wpieniony wcale nie mniej niż Anka, bo przeze mnie wydał się jego romans, kobieta wpadła w histerię, zaczęła grozić rozwodem... a nawet zarzuciła mu, że upozorował porwanie dziecka, by je zabić i spokojnie odejść do kochanki, skoro już nic ich nie łączy.
Asystenci milczeli. Ciszę przerwało dopiero pojawienie się Anki.
- Jadę do kochanki ojca. Ty sprawdź niejakiego Romana Plodyna, to jego były wspólnik. Facet podstępem wykupił jego udziały w firmie po zaniżonej cenie – upił go i podsunął papiery. Miał motyw.
- Twoim zdaniem brutalnie znęcałby się nad dzieckiem, żeby zemścić się na facecie, który go oszukał? Samo zabójstwo by wystarczyło.
- Czemu nie? - przechyliła głowę – Może potrzebował się wyżyć? Tylko tego nie schrzań.
- Jasne – rzucił znudzony – Ciekawe czy ty miałaś idealny start – dopowiedział sobie w myślach
Powoli wstał z miejsca i ruszył ku wyjściu, lecz w ostatniej chwili coś sobie przypomniał. Zatrzymał się, odwrócił głowę, po czym zwrócił się do Bartka.
- Skocz w wolnej chwili do informatyków, sprawdź czy już coś interesującego mają z nagrania.
- Okej.

           Kilkadziesiąt minut później Maciek parkował samochód pod domem jednego z podejrzanych. Od razu dostrzegł mężczyznę około pięćdziesiątki, który przed garażem mył srebrnego mercedesa. Samochód nie należał do tych najtańszych. Aspirant pewnie wkroczył na teren posesji i podszedł do jej właściciela.
- Roman Plodyn?
- A pan to kto?
- Aspirant Strzewiński, policja kryminalna – pokazał swoją odznakę – Co pan może powiedzieć o swoim byłym wspólniku?
- Szczerze? Skurwysyn bez uczuć. Z nikim się nie liczył, dla niego ważna jest tylko kasa i kasa. I uprzedzę pana pytanie – nic mu nie zrobiłem, zresztą, nie tylko mnie zrobił na szaro.
- A skąd pan wie, że coś mu się stało? - spytał podejrzliwie
- No a w jakiej innej sprawie by pan przychodził i pytał o niego?
- Jemu nic nie jest, ale... ktoś porwał, a następnie znęcał się nad jego dzieckiem. Znaleźliśmy ciało na jednym ze śmietników. Co pan robił w środę wieczorem?
- A co mogłem robić? - zaśmiał się mężczyzna – W domu siedziałem, przed telewizorem, z piwkiem w ręku. Liga Mistrzów akurat leciała.
- Ktoś może to potwierdzić?
- Sąsiedzi, zaprosiłem kilku, razem oglądaliśmy ten mecz. Józek z naprzeciwka, Zygmunt spod 33 i Wincenty, jego brat. Wystarczy?
- Wystarczy – odparł, zapisując informacje w swoim kieszonkowym notesie – Jeszcze jedna sprawa... Kto mógłby najbardziej chcieć zemsty na panu Rawieckim?
- Prawdę mówiąc... nie wiem. Zdarzały się przypadki, że ktoś mu poprzebijał opony albo wysłał jakąś groźbę, ale nigdy nic poważniejszego... Być może oszukał kogoś już po moim odejściu z firmy i to właśnie ten ktoś...
- Dobrze, dziękuję. To na razie wszystko. Gdyby coś pan sobie przypomniał, proszę dzwonić.
Odwrócił się na pięcie i natychmiast skierował do domu naprzeciw. Skoro już jest w okolicy, to przy okazji sprawdzi alibi Plodyna...

           Prawdziwy przełom w sprawie nastąpił jednak wieczorem. Ania i Maciek wymieniali się danymi, dochodzili do pesymistycznych wniosków, że nie mają konkretnego punktu zaczepienia, kiedy do biura wpadł Tomek z prawdziwą „bombą”.
- Mamy gościa z nagrania. To drobny złodziejaszek, niejaki Marek Groch. Właśnie go wiozą do nas.
Komisarze niemal równocześnie zerwali się z miejsc. Każde z nich osobno przygotowało się do przesłuchania i choć Ania uważnie zaznaczyła, że to ona będzie prowadzić przesłuchanie, jej partner nie zamierzał się temu biernie przyglądać.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała ostrym tonem
- Dla kasy – westchnął zatrzymany
- A co, jak będą ci dawali milion to upierdolisz sobie łeb? - wtrącił Maciek, na co Ania natychmiast odpowiedziała, posyłając mu karcące spojrzenie
- No... chyba nie, bo wtedy nic mi z tego miliona...
- Jak było?
- Podszedł do mnie facet i powiedział, że trzeba pozbyć się towaru. Nie wiedziałem co jest w tej torbie, przysięgam! Myślałem że to tylko narkotyki.
- Narkotyki? I co, tak po prostu wywaliłeś narkotyki do kosza na śmieci? Dlaczego nie rzeka, dlaczego nie kibel?
Groch spuścił głowę i wbił wzrok w swoje splecione dłonie. Strzewiński natychmiast zauważył, że chłopak zaczyna trząść się z nerwów. Szepnął Ani na ucho, aby go przycisnęła, bo już niewiele brakuje by go złamać.
- Wiem co mam robić – odpowiedziała mu półszeptem, po czym zwróciła się do zatrzymanego – Posłuchaj, w takie bajeczki to nawet siedmioletnie dzieci nie wierzą. Sąd uzna cię winnym i pójdziesz siedzieć za porwanie i zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Do końca życia będziesz oglądał świat w kratkę.
- Dobra, wiedziałem co było w tej cholernej torbie! Jakiś facet podszedł do mnie, powiedział że chciał uspokoić dziecko i trochę przesadził...
- Trochę – zakpiła Ania – Co to za facet?
- Nie wiem, nie znam go. Ale musiał być nieźle dziany, piętnaście kafli mi za to dał.
- Ile? - zapytał Maciek z niedowierzaniem
- Piętnaście tysięcy polskich złotych.
- Jak wyglądał?
- No... taki trochę napakowany, wysoki, nie widziałem za dobrze twarzy, bo było ciemno, a on miał kaptur...
Policjanci wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym wyszli na korytarz, zostawiając zatrzymanego z mundurowym.
- To nie Rawiecki – stwierdziła Ania
- Plodyn też nie pasuje do tego opisu...
- A tak na przyszłość – mógłbyś nie mówić mi, co mam robić? I nie wtrącać się w przesłuchanie?
Brunet uniósł brwi ze zdumienia. O ile w pierwszej części był w stanie zgodzić się z Anią, bowiem jako doświadczona policjantka potrafi działać, to jednak zaskoczyło go drugie pytanie. Szybko jednak zdołał otrząsnąć się z szoku i przejść do ofensywy.
- Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz, dobra? Nie chcę z tobą rywalizować. Jesteśmy partnerami, mamy współpracować. Mam w dupie kto robi więcej, kto jest lepszy, chodzi przecież o to, żeby wsadzić za kratki przestępcę, prawda?
- Prawda. Więc może postaraj się bardziej, żeby ta współpraca się jakoś układała?
- O nie. Ja wiem że twój poprzedni partner zginął, doskonale rozumiem że nie jest ci łatwo, ale teraz pracujesz ze mną, dotarło? Współpraca nie ma wyglądać tak, że jedna osoba dostosowuje się do drugiej. Obie strony muszą wzajemnie iść na kompromisy, coś jak w małżeństwie...
- Co ty wiesz o małżeństwie? Z tego co wiem to nigdy nie byłeś żonaty.
Tym razem puściły mu nerwy. Uznał, że Anka przesadziła, otwarcie chwaląc się że wie o nim więcej, niż sam o sobie powiedział.
- I co jeszcze takiego się dowiedziałaś, co? Że wychowywałem się bez ojca? Że w czasach liceum byłem kujonem, bo skończyłem szkołę z wyróżnieniem? Że studiowałem zaocznie? No i co z tego do cholery?! Uważasz się za lepszą z tego powodu?! No to idź, skończ to cholerne przesłuchanie i znajdź zabójcę, skoro jesteś taka zajebista!
Policjantka wydawała się być zszokowana słowami swojego partnera. Dotychczas próbował być miły, starał się, by go polubiła, lecz teraz wybuchnął. I być może zaprzepaścił te wszystkie starania.
- Ale...
- Co ale?! A może przeszkadza ci to, że nie jestem napakowany?!
- Coś ty powiedział?
- To co słyszałaś!
- No jasne! W mieszkaniu kochanki Rawieckiego był sprzęt do ćwiczeń. Wyjaśniła mi, że mieszka z bratem, który ma wręcz bzika na punkcie dobrej formy... Jesteś... jesteś genialny!
Przez chwilę sama nie mogła uwierzyć, że te słowa przeszły jej przez gardło. Na Maćku nie zrobiły one jednak żadnego wrażenia. Bez mrugnięcia okiem odwrócił się na pięcie i zostawił ją samą na korytarzu. Wtedy zdała sobie sprawę, że nie mają żadnych dowodów na to, że to brat kochanki porwał i zabił to dziecko.

sobota, 15 marca 2014

VII. Scen nr 4

- Asia, Seba, macie sprawę – od takich słów zaczął się piątkowy poranek w Wydziale Śledczym na Pomorskiej. Ania i Maciek wypełniali raporty, natomiast Ania i Rafał mieli popołudniową zmianę. W pewnej chwili aspirant powoli, jakby ociężale, podniósł się z miejsca, obszedł swoje biurko i skierował się ku wyjściu.
- Chcesz kawy? - zwrócił się do swojej partnerki
W odpowiedzi kobieta jedynie wzruszyła ramionami.
- No to ci zrobię.
Mężczyzna zniknął na kilka minut, by potem wrócić do biura z dwoma kubkami gorącego, czarnego, aromatycznego napoju. Jeden z nich postawił na swoim stanowisku pracy, drugi zaś bezpośrednio przed Anią. Kobieta podniosła głowę i zmierzyła go wzrokiem.
- Chcesz mi się podlizać?
- Ty tak to widzisz. Chcę po prostu zbudować dobre relacje między nami, bo tak będzie nam lepiej pracować, prawda? Staram się być uprzejmy, ale jeśli ci to przeszkadza, to nie będę.
- Ojejku, ależ ty wrażliwy! - rzekła drwiącym tonem – Nic nie można ci powiedzieć, bo zaraz się obrażasz?
- Nie znasz mnie, skąd możesz to wiedzieć?
- A może mam dar jasnowidzenia? - uśmiechnęła się tajemniczo.
Maciek odwrócił się na pięcie i wrócił do swojego biurka. Wciąż czekała na niego spora ilość raportów. Liczył się z tym, że awans oznacza nie tylko wyższy stopień i wyższe zarobki, ale także większą ilość pracy, a także obowiązków. To co jednak go tutaj spotkało, trochę przerosło jego oczekiwania. I nie miał tu na myśli postawy swoich nowych współpracowników.
- Nawet dobra – wymsknęło się Ani, kiedy upiła łyk kawy. Zaraz potem spojrzała na Maćka, chcąc sprawdzić jego reakcję. Policjant cały czas pochylał się nad biurkiem, intensywnie pracując nad raportami. Być może nawet nie usłyszał tych słów – takie rozwiązanie o wiele bardziej jej odpowiadało, bowiem wyglądało to trochę jak komplement w jego stronę.

- Nikt nie mówił że będzie łatwo. Szczególnie, jeśli wchodzisz nieproszony do zgranej z sobą ekipy... - zwierzał się wieczorem swojej koleżance z czasów liceum. Była ona jedną z nielicznych osób, z którą Maciek długo utrzymywał kontakt. Uchodził on za samotnika, głównie przez swój charakter i temperament. Czasem jednak potrzebował kogoś, kto go zwyczajnie wysłucha, nawet nie wypowie własnego zdania, tylko po prostu weźmie na siebie część ciężaru problemów, aby jemu choć trochę ulżyło. Wtedy zwracał się właśnie do Oli, szczupłej, uroczej, ciemnowłosej dziewczyny, na którą zawsze mógł liczyć (a ona na niego). Przez pewien czas był nawet w niej zakochany. Nie, zakochany to za duże słowo. Zauroczony. Nigdy nie był stały w uczuciach, nawet doszedł kiedyś do wniosku, że nie potrafi kochać. Miał na koncie jedynie kilka przelotnych romansów, jego najdłuższy związek trwał 8 miesięcy, a przy rozstaniu partnerka zarzuciła mu, że dla niego liczy się tylko praca.
Ola za to miała stabilną sytuację w życiu prywatnym. Siedem lat temu wyszła za mąż za studenta informatyki, a trzy lata po ślubie urodziła dziecko.
- Chłopie, ja cię nie poznaję... - westchnęła – Przecież zawsze chciałeś walczyć o swoje, nigdy nie odpuszczałeś. Gdzie twoja motywacja? Gdzie twoja wola walki?
- Nie wiem, może już się starzeję.
Kobieta wybuchnęła śmiechem.
- Masz dwadzieścia osiem lat, kawał życia jeszcze przed tobą.
- Nie znasz dnia ani godziny... - mruknął tajemniczo – Tym bardziej w moim zawodzie.
Jak na zawołanie, zadzwonił telefon policjanta. Po dokładnym wysłuchaniu informacji dotarło do niego, że właśnie teraz rozpoczyna się jego pierwsze śledztwo. Na jednym z osiedli bloków mieszkalnych, w śmietniku, znaleziono noworodka.
- O widzisz, jak na potwierdzenie moich słów... Wybacz, ale muszę jechać.

Kilkanaście minut później Maciek wysiadał ze swojego samochodu w pobliżu miejsca zbrodni. Już z daleka dostrzegł tłum gapiów i radiowozy policyjne. Wziął głęboki oddech i ruszył przed siebie. Przedarł się pomiędzy zszokowanymi mieszkańcami osiedla, przeszedł pod taśmą i już zobaczył Ankę pochylającą się wraz z jakimś mężczyzną... aż wtedy zatrzymał go jeden z mundurowych.
- Proszę wrócić za taśmę.
Maciek bez słowa sięgnął do kieszeni i wyciągnął odznakę. Policjant natychmiast go przeprosił, ale ten nic sobie z tego nie zrobił. Zatrzymał się dopiero obok Anki.
- Boże, takie małe dziecko... - usłyszał jej głos
- Co mamy?
- Pan pewnie jest tym nowym – zwrócił się do niego Adam
- Aspirant Maciej Strzewiński.
- Adam Wietrzyński, patolog.
Panowie uścisnęli sobie dłonie, na co Ania spojrzała na jednego, a potem na drugiego z dezaprobatą. Okoliczności w jakich się znaleźli, zdecydowanie nie sprzyjały zapoznaniu, lecz jednak obaj doszli do tego samego wniosku – niegrzecznie byłoby się nie przedstawić.
- Dziecko było bite, wręcz torturowane. Zobaczcie na nóżkę – bez wątpienia złamanie. Przyczyną śmierci najprawdopodobniej były obrażenia głowy, a przede wszystkim pęknięcie podstawy czaszki.
- Kto mógł to zrobić takiemu małemu dziecku? - Anka niemal kipiała ze złości
- Zwyrodnialec. Nie sądzę żeby to był ktoś z tego osiedla, zbyt łatwo byłoby do niego wtedy dotrzeć...
- Pójdę pogadać z ludźmi – oznajmiła kobieta, jednocześnie dziwiąc się, że Maciek podchodzi do tej sprawy tak spokojnie. Jakby w ogóle go to nie ruszało.
- Czas zgonu?
- Mniej więcej sześć godzin temu.
- W biały dzień...
- Więcej po sekcji – rzucił Adam, sięgając po swoją torbę.
Brunet postanowił się trochę rozejrzeć. Minął techników, zabezpieczających każdy istotny ślad, usiłując znaleźć coś, co mogłoby mieć znaczenie dla tej sprawy... Korzystając z okazji, wyciągnął z kieszeni paczkę Westów, szybko przeliczył ilość papierosów, po czym wyciągnął jednego i włożył sobie do ust...
Anka nie kryła złości, kiedy wrócił po blisko pół godziny nieobecności. Na domiar złego, od razu wyczuła zapach papierosów – zapach, którego tak bardzo nienawidziła.
- No tak! To ja latam od człowieka do człowieka, zadaję cały czas te same pytania jak kretynka jakaś a ty w tym czasie co? Na fajkę żeś polazł!
Wcale nie przejął się krytyką. Zamiast okazać skruchę i przeprosić, wyprostował się dumnie, patrząc partnerce w twarz.
- Osiedle ma monitoring.
- Co?
- Na jutro rano będziemy mieli nagranie na komendzie. Dzwoniłem już do administracji.
Ania w ostatniej chwili się opanowała, żeby nie otworzyć ust ze zdumienia. Nie spodziewała się takiej informacji, a już szczególnie od niego.
- Dobra, na dzisiaj to tyle – westchnęła – Mogę cię o coś spytać?
- Zależy o co.
- Skąd wiedziałeś ile słodzę? Jak robiłeś kawę rano – dodała, kiedy zrobił zdziwioną minę
- Zasięgnąłem rady u Rafała. Powiedział mi, że to trzeba wykuć jak dziesięć przykazań.
Pokiwała głową. Rzuciła mu ciche „cześć”, po czym zatrzasnęła drzwi swojego samochodu. Niechętnie, ale jednak musiała przyznać, że jej nowy partner umie sobie radzić.
On zaś nie chciał sobie wyrabiać opinii o Ance. Nie znał jej dobrze, a na podstawie dotychczasowych, niespełna tygodniowych obserwacji nie mógł wyciągnąć daleko idących wniosków, ponieważ jej prawdziwy charakter przysłaniała złość i niechęć wobec jego osoby. Dostrzegł jednak pewną zmianę w jej zachowaniu – więc zaczynała się przyzwyczajać do nowej sytuacji.
- Jest postęp – stwierdził z satysfakcją

czwartek, 6 marca 2014

VII. Scen nr 3

          Niespełna dwa tygodnie później, Maciek, po otrzymaniu awansu ze stopnia młodszego aspiranta do stopnia aspiranta, został wezwany do komendanta. Wszyscy gratulowali mu i życzyli szczęścia, ale on wciąż nie wiedział z jakiego powodu. To tylko wzmocniło niepewność, którą odczuwał policjant. O ile zawsze stresował się przed rozmową z przełożonym, tym razem denerwował się bardziej niż zwykle. Szczególnie po stwierdzeniu „szkoda że nie będziesz już z nami pracować”, które padło z ust Grzegorza. Co miało to oznaczać? Czyżby chcieli go zwolnić? Ale za co? Przecież dotychczas miał nieskazitelny przebieg służby, po ostatnich sukcesach dostał awans więc... utrata pracy nie wchodziła w grę. Jedyną możliwością pozostało przeniesienie. Pytanie tylko dokąd...
Kiedy przekroczył próg gabinetu komendanta, od razu w jego nozdrza uderzył dym papierosowy. Sam palił, ale w porównaniu z szefem to było nic. Nie tylko palił więcej, ale też mocniejsze papierosy, z większą zawartością nikotyny. Maciek jednak nie zwrócił na to uwagi, zajął miejsce przy biurku, naprzeciw przełożonego.
- Wszyscy mi gratulują i mówią jakieś dziwne rzeczy... jak byśmy mieli się już nie zobaczyć. O co w tym wszystkim chodzi? Może mi pan to wyjaśnić?
- Oczywiście, właśnie po to tutaj pana wezwałem. W swojej ostatniej akcji... zrobił pan spore wrażenie. Nie tylko na mnie, ale również na komendancie wojewódzkim i komendancie z Pomorskiej. Jest pan świetnym policjantem, wykazał się pan dużą dojrzałością, inteligencją oraz sprytem.
- I co w związku z tym? - ponaglił szefa, z każdą chwilą denerwując się coraz bardziej
- Co prawda brakuje panu trochę doświadczenia, ale komendant wojewódzki przymknął na to oko i zgodził się. Chcą pana na Pomorskiej, na stanowisko głównego śledczego.
Ostatnie słowa wciąż dźwięczały w jego uszach i nie docierały do świadomości Maćka. Oto właśnie on, dwudziestoośmioletni prosty facet znikąd, stuknięty marzyciel idealista, dostaje swoją życiową szansę. Zamiast ganiać za nastolatkami z kilkoma gramami marihuany, będzie szukał morderców, sprawców gwałtów, porywaczy i innych najgroźniejszych przestępców. Czy można znaleźć równie niebezpieczny i poważny wydział? Być może jeszcze pirotechnicy, ale na to nie miał papierów. Na Wydział Śledczy – owszem. Prawie każdy policjant marzył, żeby się tam znaleźć. Jeśli ktoś rezygnował, to tylko ze względu na zdrowie i życie swoje bądź najbliższej rodziny.
- Muszę się jeszcze zastanowić – odparł cicho, choć miał ochotę już teraz potwierdzić przyjęcie propozycji
- Rozumiem, ma pan czas do jutra.
Nie musiał już dłużej siedzieć w biurze. Dostał wolne, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie. Żałował jedynie, że nie może zobaczyć miny swoich dziadków (ponieważ już nie żyli). Zawsze uważali, że do niczego w życiu nie dojdzie, tylko dlatego że miał inne poglądy i zdecydował się iść własną drogą. A ta zaprowadziła go właśnie na Pomorską.
Wieczorem zatelefonował do szefa, aby oznajmić iż zdecydował się przyjąć propozycję. Odesłali go na szkolenie, po którym od razu mógł zacząć pracę w Wydziale Śledczym.

          Był słoneczny, lecz mroźny poniedziałkowy poranek. Pomimo braku śniegu, zima, jak przystało na początek lutego, dawała się ludziom we znaki. Przez kilka ostatnich dni emocje zdążyły opaść – Maciek do pierwszego dnia w nowej pracy podchodził spokojnie. Zdążył oswoić się z myślą, iż teraz jest już śledczym. Nie spodziewał się zbyt ciepłego powitania na komendzie. Doskonale pamiętał jak przyjęli go w wydziale narkotykowym. Większość z góry założyła, że skoro jest młody, to na pewno nie da sobie rady i trzeba będzie go we wszystkim wyręczał. Maciek już co nieco pokazał przed nowymi kolegami (o ile uda im się znaleźć wspólny język), ale równie dobrze to mogło zadziałać na jego niekorzyść. Mógł wzbudzić zazdrość wśród niektórych osób, że jego kariera w policji tak błyskawicznie się rozwija, a nawet jeśli nie, to jednak przez pewien czas był tym, który uczestniczył w porwaniu Joasi.
Nie przejmował się zbytnio swoim wizerunkiem. Tak czy inaczej, będą pracować w jednym biurze i muszą to zaakceptować, czy to im się podoba, czy też nie. Po rozmowie z komendantem przyszedł czas, aby pojawić się w biurze i oficjalnie przywitać z współpracownikami. Szedł przez wąski, długi korytarz, wyścielony wykładziną na podłodze. Ciemnoszary kolor ścian nie przyniósł Maćkowi żadnych odczuć, zresztą, nie bardzo zwracał uwagę na wygląd. Minął pokoje przesłuchań, w których był jeszcze kilkanaście dni temu, toaletę, biuro asystentów i kuchnię, by na końcu korytarza trafić na biuro śledczych. Zapukał w uchylone drzwi, po czym wślizgnął się do środka z kartonem pod pachą.
Pięć par oczu niemal równocześnie podniosło się znad papierów. Wszyscy patrzyli na niespełna trzydziestolatka, jak na niespotykane zjawisko, które nawiedziło ich biuro. Miał krótkie, czarne włosy, lekko zmrużone, brązowe oczy, zaciśnięte usta, niewielki zarost, a ubrany był w dżinsowe spodnie, czarny t-shirt i również czarną kurtkę. Był szczupły. Błądził wzrokiem po wszystkich, jakby czekał na to, które z nich podniesie się jako pierwsze, jednak każdy siedział na swoim miejscu i tylko patrzył.
- Jestem aspirant Maciej Strzewiński – przedstawił się, choć już o nim wcześniej słyszeli – Od dzisiaj będę pracował z podkomisarz Anną Łaskawską.
Kobieta wstała jak na zawołanie. Zmarszczyła czoło, niezadowolona z tego, co przed chwilą wypowiedział. Nie mogła się pogodzić z myślą, że miejsce Kuby zajmie inna osoba. Już wcześniej próbowała się na to przygotować, wiedziała iż prędzej czy później stary kogoś przyjmie na to miejsce, że nie może ono przez cały czas być wolne, lecz mimo to informacja wzbudziła u niej złość.
- Panią podkomisarz – poprawił się, choć to ani trochę nie rozchmurzyło policjantki.
Niewysoka, „trochę okrągła” - jak to powiedział sobie w myślach Maciek – naburmuszona kobieta o włosach w kolorze kasztanowego brązu stała tuż przed nim i milczała. W pewnej chwili pokiwała głową, chwyciła go za ramię i wskazała na jedno wolne biurko.
- To twoje miejsce pracy – wyszeptała – Przepraszam.
Gwałtownie ruszyła w kierunku drzwi, ocierając kręcącą się w oku łzę. Zdezorientowany aspirant postawił karton ze swoimi rzeczami na biurku, obok komputera i spojrzał znacząco na pozostałą czwórkę, czekając na wyjaśnienia.
- Jej partner, Kuba... - zaczęła Asia, łamiącym się głosem – Zginął niespełna trzy miesiące temu. Był dla niej nie tylko kolegą z pracy, przyjaźnili się, był kimś w rodzaju starszego brata...
- Wszystkim nam go brakuje, ale jej najbardziej – westchnęła druga kobieta, miała długie i ciemne włosy i śniadą cerę. Joasia była trochę bledsza od niej, ale to nawet pasowało do jej blond włosów. W biurze siedział też Sebastian – dobrze zbudowany, wysoki, postawny mężczyzna, miał ciemnobrązowe włosy i nieufne spojrzenie. To właśnie z nim Maciek rozmawiał, kiedy Joanna była porwana. Nie wiedział czy ta nieufność w oczach wzięła się właśnie z tego, czy po prostu tak jest w każdym przypadku, gdy poznaje nowych ludzi. Ostatni był groźnie wyglądający, łysy, brodaty i również wysoki mężczyzna o imieniu Rafał. Komendant mówił, że potrafi być bezwzględny wobec przestępców, ale wobec tych, którzy są wobec niego w porządku, jest łagodny i spokojny.
- No tak, nie przedstawiliśmy się – zauważyła Asia – No to może ja to zrobię: aspirant sztabowy Rafał Korzyk, starszy aspirant Anna Wiernicka, starszy aspirant Sebastian Barański, no i ja, podkomisarz Joanna Borowiecka.
- Miło mi – odparł Strzewiński, uśmiechając się lekko – Rozumiem, że to dla mnie? - wskazał na stos raportów znajdujący się na krawędzi jego biurka
- Tak, ale najpierw chyba powinieneś zwiedzić całą komendę,
- Nie spieszy mi się, zresztą, nie chciałbym wyjść na obiboka – zaśmiał się lekko
- No coś ty, przecież nikt nie stoi nad nami z batem i nie każe pisać bez przerwy. Chodź, przy okazji zrobisz nam kawę na dobre wejście – zachęciła go gestem do wyjścia zza biurka.
- Pracuś placuś się znalazł – rzucił drwiąco Sebastian, kiedy został w biurze z Anką i Rafałem
- Ty, głośniej, to cię stary usłyszy i uzna to za komplement – zaśmiał się Rafał, ponieważ komendant miał na nazwisko Placek – Może nie będzie taki zły.
- A mnie też on jakoś się nie podoba – wtrąciła Ania
- Przypominam ci, że masz męża.
- Nie w tym sensie, waflu. On jest jakiś taki... dziwny.
- Bo co? Bo młody? Bo zdolny? Bo go nieznany? Dajcie mu szansę, zobaczymy co z niego będzie.
- Pewny siebie cwaniaczek. Sam to mówiłeś, pamiętasz?
- Nie zapominaj, że tylko odgrywał rolę złego. A nawet jeśli, to ile minut z nim gadałeś, co? Tak na dobrą sprawę to nie znamy go w ogóle. Na waszym miejscu wstrzymałbym się z oceną...
- To się wstrzymuj – wypalił Sebastian, pochylając się nad raportem
- Wiesz co? Weź ty się skumaj z Aśką, ona też nie wiadomo czego taka miła dla niego – wtórowała Sebastianowi Ania. Ani on, ani ona nie byli zachwyceni pojawieniem się nowego policjanta w ich biurze. Rafał nie potrafił określić, co jest tego przyczyną – czy jego młody wiek, czy też poprzednie spotkanie z nim, czy może sam fakt, że pojawił się ktoś w miejsce Kuby? Miał tylko nadzieję, że kiedy minie trochę czasu i przyzwyczają się do nowego kolegi w zespole, dadzą mu szansę, a nie będą wiecznie nastawieni przeciw niemu.

środa, 5 marca 2014

VII. Scen nr 2

          Minęły dwa długie dni. Bartek i Sebastian, w tajemnicy przed resztą ekipy, próbowali namierzyć Jarka i w ten sposób dotrzeć do Joasi, jednak młodzian zniknął, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Asystent śledził go po spotkaniu, lecz zgubił go, kiedy ten wplątał się w tłum ludzi na rynku.
Komisarze nie poddawali się, jednak każdy trop prowadził ich w ślepą uliczkę. Nikt nie chciał uwierzyć, że policjantka poinformowała że potrzebuje urlopu, tym bardziej że mieli jej telefon. Jedynie Sebastian i Bartek mieli stuprocentową pewność, że mają do czynienia z porwaniem.
W tym samym czasie, willa porywaczy.
- Teraz to jesteśmy goście – uśmiechnął się szef gangu i otworzył walizkę wypełnioną pieniędzmi – Towar odsprzedany, możemy pozbyć się suki i zwijamy. Swoją drogą młody, miałeś niezły pomysł żeby się do niej przymilić. Ona myśli, że jesteś całkiem dobry i da ci się wyprowadzić w pole. Dlatego to ty ją załatwisz.
Szef wręczył Jarkowi broń. Mężczyzna z tajemniczym uśmiechem na twarzy schował ją za pas. Paweł jednak nie wyglądał na zachwyconego. Wciąż miał żal o udaremnioną przez niego próbę gwałtu. Co by zmienił gwałt, skoro i tak ją zabiją? A może Jarek sam zamierzał zgwałcić kobietę i nie chciał „dzielić się” z kolegami? Paweł postanowił go śledzić.
- Dokąd mnie pan zabiera? - zapytała Joasia, kiedy Młody przygotowywał knebel
- W daleką podróż – odparł bez zastanowienia i wcisnął jej ścierkę do ust. Nie chciał być brutalny, ale nie dało się tego zrobić dość delikatnie. Blondynka skrzywiła się, a już po chwili poczuła jak silne ręce podnoszą ją z ziemi. Jarek przerzucił ją przez ramię i ostrożnie zaniósł do samochodu. Zamiast wrzucić kobietę do bagażnika, posadził ją na tylnej kanapie. Zdziwiło ją to, ale już wcześniej mężczyzna traktował ją inaczej. To on obronił ją przed natarczywym porywaczem, to on przynosił jej jedzenie, a nawet interesował się nią. Wypytywał o jej pracę i przyjaciół. Szczególnie jego uwagę zwrócił jej partner, Sebastian. Obawiała się, że ona jest tylko pionkiem, za pośrednictwem którego chcą dotrzeć do jej przyjaciela i wyrządzić mu krzywdę. Choć Jarek sprawiał wrażenie dobrego, Joasia nie zapominała że jest jednym z porywaczy i nie chciała podawać mu wiele informacji. Przestrzegła go, iż Sebastian potrafi być groźny i mściwy, jednak nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia.
Kiedy odjechali kawałek, Młody odwrócił się na chwilę i wyciągnął knebel z jej ust. Rzucił ścierkę na fotel pasażera, po czym spojrzał w lusterko wsteczne. Joasia oddychała głęboko, patrząc w jeden punkt.
- Powiem ci coś – wypalił nagle – Zapewne już wiesz, czym się zajmował twój narzeczony i wiesz, że to przez niego znalazłaś się w tej sytuacji. Być może domyślasz się, co cię czeka, ale uwierz mi, potrafię zaskakiwać.
- No co tam dla mnie przyszykowałeś? Elektryczne krzesło? A może utopisz mnie w rzece?
- Niespodziankę – odparł z uśmiechem na twarzy
- Szkoda, bo wydajesz się być w porządku. Niestety, pozory mylą. Prędzej czy później zgnijesz w pierdlu.
- To się jeszcze okaże.
Przez dłuższą chwilę Joasia milczała. Była wściekła, że dała się tak podejść. Miała nadzieję, że może jej choć odrobinę pomoże, a tymczasem on wszystko robił tylko po to, by dała mu się zawieźć na śmierć. Ale po co? Nie mogli zawlec ją siłą? Tylko ten jeden element nie potrafił się wpasować w całość.
Zauważyła, że przyspieszył. Przez chwilę myślała że właśnie w ten sposób miałaby zginąć, ale najprawdopodobniej on też. A może to jego sposób na uniknięcie więzienia?
- Zwolnij – rzekła półszeptem lekko wystraszona
- Nie mogę. Mamy ogon.
- Jaki ogon? Przecież to nie policja, nie słyszę syren.
- Bo to Paweł. Chyba nie chcesz żeby się do ciebie dobrał, co?
Dziewczyna pokręciła głową. Sama już nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Była niemal pewna, że to ostatnie godziny jej życia, że zginie z ręki Jarka, a tymczasem on uciekał przed swoim kolegą. W jej głowie powstał mętlik.
- Kim ty do cholery jesteś?! - wykrzyczała zdenerwowana
- Zaufaj mi – rzucił krótko.
Wyścig po ulicach trwał jeszcze jakąś chwilę, aż w końcu przyłączyła się do niego policja. Blondynka była zadowolona z takiego obrotu sprawy, Młody również. Nie był w stanie zgubić Pawła, zaś policjanci nie byli w stanie zatrzymać ani jednego, ani drugiego. Jarek postanowił więc zmienić taktykę. Skręcił kierownicą i zaciągnął ręczny. Postawił samochód bokiem, blokując uliczkę. Zaraz potem wyskoczył z samochodu z bronią i doskoczył do Pawła, który ledwie zdążył wysiąść z pojazdu.
- Na kolana!
- Ej, wyluzuj...
- Na kolana! - powtórzył, przystawiając mu pistolet do głowy – Po co za mną jechałeś?
- Tak myślałem – coś kręcisz. Od samego początku chciałeś uratować tą sukę, dobrze mówię?
Nie zdążyli dokończyć rozmowy, ponieważ do akcji wkroczyli policjanci. Otoczyli ich i nakazali mężczyźnie rzucić broń. Ten posłusznie wykonał polecenie, podniósł ręce do góry i pozwolił się aresztować.
- Na Pomorską ich – powiedziała Asia, którą już rozwiązano. Kobieta rozmasowywała obolałe od sznura nadgarstki. Patrząc jak zaprowadzają mężczyzn do radiowozu, odetchnęła z ulgą.

          Przez pierwsze pół godziny od przybycia na komendę Joasia była w centrum uwagi. Komisarze nawet opóźnili przesłuchanie Pawła i Jarka, którzy musieli cierpliwie poczekać w pokojach przesłuchań w towarzystwie mundurowych. Blondynka opowiedziała wszystko ze szczegółami. Tomek, który miał wysłać patrol, oznajmił że niespełna pół godziny temu aresztowali pozostałych dwóch.
- No to mamy całą czołówkę, gorzej będzie z pionkami – uśmiechnął się Sebastian
- A to już problem wydziału narkotykowego. Idę przesłuchać tego młodzieniaszka – oznajmił Rafał
- Poczekaj – ożywiła się Asia – Chcę być obecna przy przesłuchaniu.
Policjant zawahał się przez chwilę. Kobieta nie wyglądała najlepiej, potrzebowała odpoczynku, ale kiedy dostrzegł jak bardzo jej na tym zależy, zgodził się. Oboje weszli do pokoju, gdzie zostali sami z przestępcą.
- Mówiłam że zgnijesz w pierdlu – zaczęła kobieta
- Dobra, czas skończyć te wszystkie gierki.
Powoli sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej jakiś przedmiot. Położył go na stole, a kiedy cofnął rękę, oczom Joasi i Rafała ukazała się policyjna odznaka.
- Młodszy aspirant Maciej Strzewiński, wydział narkotykowy – powiedział jednym tchem – Wybaczcie, ale nie mogłem zdradzić się wcześniej. Od miesiąca pracowałem pod przykrywką, żeby zebrać dowody na tą szajkę. Pojawienie się pani komisarz znacznie skomplikowało sprawę, ale udało się jeszcze przetrzymać te dwa dni. Poprzedniego wieczoru odbyła się transakcja z handlarzami z Warszawy, dzięki czemu także ich będzie można zamknąć. Moje zadanie miało skończyć się o wiele wcześniej, ale kiedy moi przełożeni poznali te plany, nakazali mi zostać. Dzisiaj już prawie od rana byli gotowi do zatrzymania, musiałem jedynie wyprowadzić panią komisarz na zewnątrz. Zaraz potem jak odjechaliśmy, wtargnęli do środka.
Zamurowało ich. Rafał dla pewności sprawdził jeszcze jego legitymację służbową, a Joasia pokiwała głową z uznaniem.
- Teraz wszystko rozumiem. Niezła mistyfikacja.
- Jest pan wolny – oznajmił Rafał, a kiedy tylko został sam z koleżanką, uśmiechnął się i pokręcił głową
- Cwaniaczek z niego.
- Zobaczysz, on daleko zajdzie.
Maciek szedł korytarzem zadowolony. W końcu będzie mógł wrócić do domu, koniec z podawaniem się za kogoś, kim nie jest i koniec z udawaniem. Nawet trochę zatęsknił za ściganiem gówniarzy, którzy posiadali narkotyki oraz ich używali.
- Nareszcie – uśmiechnął się pod nosem.

sobota, 1 marca 2014

VII. Scen nr 1

- Gdzie ta Joasia? - westchnęła pod nosem szatynka pewnego czwartkowego poranka
- A co, stęskniłaś się? - rzucił drwiąco Sebastian. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o ciemnych włosach i pogodnej twarzy. Jednak kiedy mrużył oczy i marszczył czoło, wyglądał groźnie. Joasia była jego partnerką, wspólnie rozwiązali wiele spraw, wychodzili już z różnych opresji. Choć żadne z nich tego otwarcie nie powiedziało, przyjaźnili się. Sebastian jednak nie martwił się jej nieobecnością, mimo że kobieta słynęła z punktualności.
- Ostatnio była jakaś taka dziwna – zauważyła Ania – To znaczy, zamyślona, smutna... Może coś się stało?
- Jesteś chyba trochę przewrażliwiona – policjantka przechyliła głowę z zaciekawieniem – Odkąd zginął Kuba bardziej się przejmujesz.
Zapomniał, że powinien być delikatny. Minęły już dwa miesiące od feralnego zdarzenia, lecz ona wciąż pamiętała każdy szczegół. Niemal siłą wypchnął ją z budynku, a sam podjął próbę rozbrojenia bomby. Niestety, nie udało się. Policjant, a wraz z nim dziesięć innych Bogu ducha winnych ludzi straciło życie. Ania bardzo to przeżyła. Jakub był dla niej kimś w rodzaju mentora, starszego brata. Bardzo ceniła sobie współpracę z nim, wiele się od niego nauczyła. Rozważała nawet odejście z policji, lecz przyjaciele przekonali ją, że to nie jest najlepszy pomysł.
- Zadzwonię do niej.
- Aniu, proszę cię, wyluzuj. Jest dopiero czternaście po ósmej!
- No właśnie, o czternaście minut za późno! Aśka nigdy się nie spóźnia, a gdyby miała dzisiaj nie przyjechać do pracy, zadzwoniłaby i powiedziała o tym. Wiem że to ty z nią pracujesz, ale ja znam ją trochę dłużej.
Ania i Joanna poznały się w szkole policyjnej. Obydwie osiągały najlepsze wyniki z całego rocznika. Potem szatynka trafiła do Katowic, zaś jej przyjaciółka do Poznania – by kilka lat później spotkać się na tej samej komendzie w Krakowie.

W tym samym czasie – dzielnica willowa na obrzeżach miasta.
- Po jaką cholerę ją tu przywiozłeś?! Przecież to policyjna suka! Teraz wszystko się wyda! - denerwował się blondwłosy „napakowany” mężczyzna około czterdziestki
- Nic się nie wyda – odpowiedział – Dobrze ją przypilnujemy. Cwaniara, wszystkiego się dowiedziała. Gdybym jej nie ogłuszył, już byśmy siedzieli w pudle.
- A mówiłem ci, żebyś odpuścił sobie tę policyjną kurwę – warknął – A ty, młody, co o tym myślisz?
Wśród nich był jeszcze trzeci, który dotychczas nie odezwał się ani słowem. Już na oko widać było, że ustępuje im pod względem wieku, stąd też wzięła się jego ksywka. Mężczyźni stanowili trzon gangu narkotykowego, który od kilku miesięcy budował swoją pozycję w mieście. Dotychczas wszystko szło zgodnie z planem, choć szefa niepokoiło, iż obecny tu z Pawłem i Jarkiem (zwanym „młodym”) Marcin spotyka się z policjantką. W końcu musiało się stać to, czego tak bardzo cała czwórka się obawiała – kobieta poznała całą prawdę. Jej narzeczony, nie zastanawiając się długo, ogłuszył ją i przywiózł tu, do willi szefa, gdzie koledzy pomogli mu skrępować ją sznurem oraz uwięzić w piwnicy.
- Ona nie może tutaj długo zostać. Jej koledzy szybko zorientują się, że coś jest nie tak, a jeśli dotrą do nas...
- Młody ma rację – poparł go Paweł – Ty lepiej wracaj do swojego „normalnego” życia, bo psy na pewno przyjadą do ciebie. A ty młody... zajmij się tym.
Po tych słowach wcisnął mu do ręki telefon policjantki. Mężczyzna zadeklarował, że on bierze na siebie rozmowę z szefem. Mężczyźni rozeszli się, każdy w swoją stronę. Jarka jednak coś tknęło i zawrócił. Pawła nie było już w domu. Na wszelki wypadek postanowił zejść do piwnicy. Od samego początku nie ufał mężczyźnie. Nikomu w tej bandzie nie ufał.
Instynkt go nie zawiódł. Drzwi do komórki, w której ukryli policjantkę, były uchylone. Młody wślizgnął się przez szparę i zobaczył... zobaczył jak Paweł wsuwa ręce pod bluzkę kobiety. Zakneblowana i skrępowana blondynka szarpała się, jednak była bez szans. Jarek bez wahania chwycił deskę i uderzył nią Pawła w głowę. Mężczyzna padł nieprzytomny wprost na policjantkę. Młody szybko odsunął go na bok i obejrzał dokładnie kobietę. Nic poważnego się jej nie stało, była tylko trochę wystraszona. Bez słowa wytaszczył nieprzytomnego blondyna na zewnątrz, po czym zamknął drzwi na kłódkę. Choć kobieta nie czuła się bezpieczna, w tym momencie jej ulżyło.

           Po południu na komendę zgłosił się Marcin. Udawał, że przyszedł w odwiedziny do Joasi, bardzo dobrze zagrał rolę zaskoczonego i wystraszonego. Komisarze ogłosili mobilizację. Asystenci zajęli się namierzaniem komórki blondynki oraz sprawdzeniem ostatnich połączeń i smsów. Jedna para policjantów, Ania i Rafał, pojechali wraz z narzeczonym kobiety do ich mieszkania, aby poszukać jakichkolwiek poszlak. Druga Ania, wraz z Sebastianem przeszukiwała jej biurko. W pewnej chwili jednak do policjantki przyszedł sms od Joasi.
- Musiałam wyjechać na kilka dni. Potrzebuję trochę odpocząć, przemyśleć. Przepraszam, że tak nagle. Powiedzcie staremu, że wracam za tydzień – odczytała na głos treść wiadomości
- Tomek! - zawołał natychmiast mężczyzna, biegnąć do biura asystentów – Skąd został wysłany sms?
- Rynek.
- Ale u nas?
- Tak, w Krakowie.
- Niech to szlag! - uderzył pięścią w biurko ze złości – Czyli to porwanie. Lecę do starego, ty zarządź poszukiwania.
- Poczekaj!
- Co?
- Telefon jest nadal włączony. Porusza się w stronę dworca.
- Dobra, zmiana planów. Bartek, chodź ze mną, jedziemy na ten cholerny dworzec!
Asystent zerwał się z miejsca i ruszył biegiem za komisarzem. W drodze cały czas byli w kontakcie z Tomkiem. Policjant cały czas monitorował położenie telefonu Joanny.
- Od pięciu minut jest na dworcu. Może czeka na pociąg?
- My już jesteśmy na miejscu – odparł ciemnowłosy – Zaraz sprawdzimy co tu jest grane.
Wbiegli do hali dworcowej i zobaczyli tłum ludzi. Wśród nich nie było Joasi, ale mógł być ten, który ma jej telefon. Ale jak to sprawdzić? Nie mogą przecież zatrzymać wszystkich i przeszukać każdego z osobna. Bartek wpadł na pewien pomysł. Sięgnął do kieszeni i wybrał numer do policjantki.
- Zwariowałeś?! Spłoszysz go!
- A jak chcesz inaczej to sprawdzić? Idź na perony, on tam może być.
Sebastian pospiesznie zszedł w dół, minął korytarzem już dwie platformy, żeby wyjść na tą trzecią, w środku. Stanął na górze i uważnie obserwował, kto na tym, bądź na innym peronie odbierze telefon. Usłyszał charakterystyczny dzwonek telefonu Joasi – początek piosenki „Crying” Aerosmith. Młody facet na tym samym peronie wyciągnął aparat i odrzucił połączenie. Sebastian nie miał wątpliwości, że to on. Podbiegł do niego i złapał mocno za rękę.
- Policja, pójdziesz ze mną.
- W jakiej sprawie? - odparł spokojnym tonem
- W sprawie telefonu. Skąd go masz?
- Dobra, pogadajmy, ale nie tutaj.
Reakcja mężczyzny zaskoczyła go, ale postanowił przyjąć nieoczekiwaną propozycję. Zaprowadził go do samochodu, po drodze zgarniając Bartka. Kiedy zamknęli drzwi, zatrzymany rozejrzał się uważnie i dopiero wtedy się odezwał.
- Co chcecie wiedzieć?
- To telefon Joanny Czerwińskiej, prawda? - zaczął asystent
- Zgadza się. Nie jest to najnowszy model, ale ma trochę kasy na koncie.
- Koleś, jeśli tak bardzo chcesz to pogadamy na komendzie – zirytował się Sebastian
- Słuchaj, jeśli mnie zatrzymacie to wasza koleżanka zginie. Póki co jest cała i zdrowa, ale nie wiem jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Dajcie mi dwa dni, a ja wskażę wam miejsce pobytu waszej koleżanki.
- Hahaha, a to dobre, uśmiałem się – wypalił Bartek – Ty chcesz nam pomóc? Wolne żarty!
- Nie znajdziecie jej. Chcecie – szukajcie. Może i nie wierzycie, że was doprowadzę do niej, ale nic na tym nie stracicie. Dwa dni.
- Co ty niby na tym zyskasz?
- To już moja sprawa. Wchodzicie w to czy zabieracie mnie na dołek, a wasza koleżanka umiera w męczarniach? Wygłodniała, zmęczona, bita, gwałcona po kilka razy dziennie...
- Ty sukinsynu – wycedził przez zęby komisarz – W co ty pogrywasz? Specjalnie nie wyłączyłeś tego telefonu, chciałeś się podłożyć. Nie zaprzeczaj – dodał, kiedy zobaczył w lusterku że otwiera usta, aby coś powiedzieć.
- Drwisz sobie z nas, mówisz że chcesz pomóc, ale jednocześnie grozisz że Aśce stanie się krzywda. Co to, kurwa, ukryta kamera?
- Wchodzicie w to czy nie?
Policjanci wymienili między sobą spojrzenia. Umowa z porywaczem? To wszystko wydawało się być dziwne. Ale chyba na dobrą sprawę nic nie tracili, wchodząc w taki układ...
- Dawaj dokumenty – zwrócił się do niego Sebastian – Jak kłamiesz to cię znajdę i osobiście wymierzę ci karę. Chyba nie chciałbyś biegać na boso po żwirze, przywiązany do rozpędzającego się samochodu?
- To nie będzie konieczne, komisarzu
- Aspirancie. Jestem starszym aspirantem. Jarosław Paliczarek... lat 26, zamieszkały w Krakowie, ulica Kwiatowa 32/8... własne czy wynajmowane?
- Dostałem w spadku po pewnej babci, której pomogłem umrzeć.
- Oj, żartowniś z ciebie – westchnął – Daleko to ty nie zajdziesz w życiu.
- To się jeszcze okaże, panie aspirancie. A telefon zostawię wam na pamiątkę.
Jarek zostawił telefon Joasi i wysiadł z samochodu. Sebastian, wciąż obserwując mężczyznę, zwrócił się do Bartka.
- Nie wierzę mu. Obserwuj go, ja wrócę na komendę na piechotę. Niech to zostanie między nami, jakby co to znaleźliśmy telefon w jednym ze śmietników.